Rozdział 1 – Cień Kruka III
by Vicky
Suri
Minęły dwa tygodnie na przeklętej, bezludnej wyspie. Nie tak wyobrażała sobie pierwsze wakacje w Akademii. Tęskniła za Krukiem. Tęskniła za Kuro. Tęskniła za ojcem. Tęskniła nawet za Ryūjim. Wieczorami, kiedy ocean stawał się czarny, a instytut cichł, te uczucia układały się w niej jedna na drugiej i nie dawały spać.
Wciąż nie potrafiła też poukładać swoich uczuć wobec Christophera. Z jednej strony była na niego naprawdę wkurzona, z drugiej potrafiła go zrozumieć. Widziała, skąd przyszedł ten strach. Zdawała sobie sprawę, jak bardzo bał się, że zostanie sam. Czuła się też koszmarnie winna tego, że bez wahania wybrała Kruka, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że postąpiłaby tak za każdym razem. W dalszym ciągu miała jednak cichą nadzieję, że Chris wciąż będzie jej przyjacielem. Szczególnie że poza pierwszym wieczorem, który spędzili na wyspie, chłopak zachowywał się względem niej nienagannie. Do niczego jej nie próbował zmuszać. Po prostu był obok.
Teraz siedziała na kocu, na plaży, i wpatrywała się w morskie fale. W rękach trzymała książkę, ale od dłuższego czasu nie przesunęła wzroku o ani jedną linijkę. Starała się skupić i nie potrafiła. Nie miała pojęcia, jak się stąd wydostaną. Udało im się uruchomić generator i mieli prąd, ale radio milczało tak samo jak pierwszego dnia. Suri nie chciała zmarnować tu kolejnego miesiąca, czekając, aż pojawią się pracownicy instytutu.
W pewnym momencie jej uwagę przyciągnęła obca sylwetka. Ktoś stał przy brzegu. Zamrugała. Nikogo nie powinno tam być. Wyspa była pusta. Ocean również. A jednak postać zbliżała się do niej powoli, pewnym krokiem kogoś, kto już wiedział, kogo szuka.
Suri gwałtownie zerwała się z miejsca. Książka spadła na koc. Przez chwilę nie umiała wydać z siebie dźwięku, a potem rozpoznała szpakowate włosy i znajomą, prostą postawę.
— Tato! — krzyknęła i podbiegła do niego, zanim zdążyła pomyśleć, czy to w ogóle możliwe.
Daniel zamknął ją w swoich ramionach. Przytrzymał mocno, tak jak trzymał ją kiedyś, kiedy była mniejsza i świat wydawał się prostszy.
— Nareszcie cię znalazłem — powiedział w jej włosy. — Nic ci nie jest? Napędziłaś wszystkim niezłego strachu.
Suri nie odpowiedziała. Zamiast tego rozpłakała się z ulgi. Płakała tak, jak nie płakała od czasu, kiedy była zupełnie mała, wtulona w ramiona jedynego ojca, którego naprawdę znała, na plaży, z której nie potrafiła sama uciec. Za jej plecami huczał ocean. Ulga, że ktoś naprawdę po nią przyszedł była obezwładniająca.
✩ ✩ ✩
Christopher
Schodząc ze wzgórza, Christopher poczuł niepokój, zanim jeszcze zdążył nazwać jego przyczynę. Przy brzegu, obok Suri, stał obcy mężczyzna w średnim wieku. Szpakowate włosy. Wysoka sylwetka. Zbyt spokojny jak na kogoś, kto właśnie pojawił się na bezludnej wyspie. Czyżby ktoś z instytutu wrócił wcześniej?
Suri odwróciła się i uśmiechnęła się na jego widok.
— Chris! — zawołała. — Poznaj mojego tatę.
Tatę. Christopher zatrzymał się w pół kroku. Ojcem Suri był Marcus Nacht, władca Nivarii. Widział to na własne oczy. Słyszał ogłoszenie. A jednak Suri stała przy tym mężczyźnie tak, jakby nie było w tym żadnej sprzeczności.
Podszedł bliżej. Im mniejszy dystans ich dzielił, tym silniejszy stawał się niepokój. Nieznajomy tylko udawał człowieka. Pod skórą, pod spokojnym wyrazem twarzy, Christopher wyczuwał zmiennokształtnego.
— Jesteś pewna, że wszystko w porządku? — zapytał cicho, nie spuszczając wzroku z mężczyzny.
— Oczywiście — odparła Suri radośnie.
Mężczyzna skinął mu zdawkowo głową, po czym zwrócił się do córki.
— Zaczekasz kilkanaście minut? — zapytał. — Sprowadzę tu Kruka, żeby otworzył dla was portal.
Suri spojrzała na niego przez chwilę. Potem odwróciła wzrok na Christophera. W jej oczach było wahanie, ale nie strach. W końcu, ku jego zdumieniu, skinęła głową.
— Jasne, że zaczekamy.
Mężczyzna zniknął. Nie odszedł. Rozpłynął się w powietrzu tak szybko, że ktoś inny mógłby pomyśleć, iż to złudzenie. Christopher wiedział lepiej. To nie był portal. To była jego nadnaturalna prędkość.
Zostali sami na plaży. Wiatr targał koc i falował trawą na zboczu. Suri wciąż uśmiechała się trochę zbyt jasno jak na kogoś, kto dwa tygodnie spędził w pułapce.
— Jesteś pewna, że możesz mu ufać? — zapytał.
Suri spojrzała na niego z lekką irytacją.
— Oczywiście. Mówiłam ci, że to mój tata. To on mnie wychowywał przez całe życie.
— Wiesz, że on nie jest człowiekiem?
— No i co z tego?
Christopher westchnął i nie komentował dalej. Nie miał na to siły. Nie po tym, jak sam zabrał ją w miejsce, z którego nie umiał wrócić.
Usiedli obok siebie na kocu. Ocean był spokojniejszy niż podczas nawałnicy, ale w żołądku Christophera siedziało nieprzyjemne, ciężkie napięcie. Zrobił wszystko, co było w jego mocy, żeby ją zatrzymać. Uwięził ich na wyspie. Liczył, że czas, bliskość i brak obecności Kruka coś zmienią. Nie zmieniły. Teraz poniesie tego konsekwencje.
Po kwadransie powietrze nad plażą zafalowało. Otworzył się portal, z którego wyszedł Kruk, a tuż za nim ponownie zmiennokształtny, którego Suri nazywała ojcem. Przez chwilę Christopher nie potrafił skupić się na niczym innym poza tym, jak bardzo Kruk zdążył się zmienić w ciągu zaledwie dwóch tygodni. Wyglądał na wyczerpanego do cna. Miał mocno podkrążone oczy, spięte ramiona i ten rodzaj ciężkiego milczenia, które zostaje w człowieku po zbyt wielu dniach bez snu i bez odpowiedzi. Christopher poczuł nieprzyjemną, niemal fizyczną pewność, że przez cały czas, kiedy oni byli zamknięci na wyspie, on nie przestawał jej szukać. Ani przez jeden dzień. Ani przez jedną noc.
Suri poderwała się z koca tak gwałtownie, że krawędź materiału uniosła się za nią na wietrze. Nie powiedziała od razu nic mądrego i nic uporządkowanego. Po prostu stanęła naprzeciwko Kruka, jakby dopiero w tej chwili naprawdę uwierzyła, że wrócił, że to nie kolejne złudzenie, które ocean podsuwał jej przez ostatnie dni. Kruk spojrzał na nią tak samo. Z taką nagłą, bezbronną ulgą, że Christopherowi zrobiło się niedobrze w żołądku. W tym jednym spojrzeniu było wszystko, czego przez dwa tygodnie próbował nie widzieć i czego nie potrafił zagłuszyć bliskością, rozmową ani milczeniem. Ona na niego czekała. On jej szukał. Wyspa, instytut i odcięcie od reszty świata nie zmieniły między nimi absolutnie niczego.
Daniel cofnął się o krok, zostawiając im przestrzeń z tą samą cichą pewnością, z jaką wcześniej zniknął z plaży. Christopher został tam, gdzie siedział, ponieważ nie wiedział, czy ma jeszcze prawo wstać i stanąć obok nich.
Kruk pierwszy odzyskał głos.
— Nic ci nie jest?
Suri pokręciła głową, a potem, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że obok stoi jeszcze ktoś trzeci, odwróciła się trochę w stronę Christophera.
— Jesteśmy cali — powiedziała. — Po ataku przed Akademią trafiliśmy tutaj. Wyspa jest pusta. Radio nie działało. Przez dwa tygodnie nie mieliśmy jak wrócić.
Christopher słuchał i czekał. Czekał na to jedno zdanie, które musiało paść. Na to, że powie wprost — on mnie tu zabrał. Otworzył portal i wciągnął mnie za sobą, z premedytacją. Wiedział, że nie potrafi nas stąd zabrać z powrotem. Czekał, aż nazwie rzeczy po imieniu, ponieważ część niego — ta zmęczona i uczciwsza — uważała, że powinna to zrobić.
Nie powiedziała tego.
Ani razu nie wspomniała, że zabrał ich tutaj z premedytacją. W jej relacji był atak, chaos, pusta wyspa i brak drogi powrotnej. On występował w tej opowieści jako ktoś, kto też tu utknął. Jako ktoś, kogo trzeba było uratować razem z nią, a nie jako ten, który zamknął za nimi drzwi.
Kruk spojrzał na niego krótko i ciężko. W tym spojrzeniu było zmęczenie, ulga i coś ostrego, czego Christopher nie umiał jeszcze w pełni odczytać. Potem Illi’andin znowu wrócił wzrokiem do Suri, jakby reszta świata, łącznie z nim, mogła przestać istnieć.
Powoli wstał. Piasek osunął mu się z dłoni, a wiatr szarpnął koc w stronę wody, jakby chciał zabrać z plaży nawet tę resztkę ich wspólnego czekania. Za plecami Kruka portal wciąż pulsował, trzymając otwartą drogę do domu, którą Christopher sam mógłby teraz skopiować.
Suri nie spojrzała na niego, kiedy kończyła opowieść. I właśnie to było najgorsze. Nie oskarżenie, którego się spodziewał. Milczenie. To, że nawet teraz, po tym wszystkim, wciąż próbowała go osłonić. Albo nie potrafiła powiedzieć tego na głos przy Kruku. Być może jeszcze nie zdecydowała, czym właściwie chce to nazwać, kiedy obaj na nią patrzą.
Christopher zacisnął palce na materiale własnej koszuli i pomyślał, że konsekwencje i tak przyjdą. Tylko nie z jej ust. Nie tutaj. Nie w tej pierwszej chwili, w której ona znowu miała Kruka przed sobą, a on — po raz kolejny — stał z boku i patrzył, jak wybiera kogoś innego, nawet wtedy, gdy próbowała go oszczędzić.
✩ ✩ ✩
Suri
Ku jej zdumieniu portal otworzył się nie przed Akademią i nie w Tokio, tylko na granicy z Nivarią. Powietrze było tutaj inne. Chłodniejsze, gęstsze, przesycone mgłą i cichą, znajomą magią, która zawsze dawała jej znać, że należy do tego miejsca, nawet jeśli sama wciąż tego jeszcze nie czuła.
Na skraju zamglonej półki skalnej czekali już Ryūji i Kuro. Jej brat spojrzał na nią z taką nagłą, nieukrywaną ulgą, że Suri zmiękła pod tym spojrzeniem, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Nie było w nim dawnej ostrości ani tej zimnej oceny, do której zdążyła się przyzwyczaić na początku. Zdawała sobie sprawę, że on naprawdę się o nią martwił.
Kuro nie dał jej nawet chwili. Oplótł ją ramionami i ogonami tak ciasno, jakby już nigdy nie zamierzał jej wypuścić. Suri poczuła znajomy zapach jego włosów i chłodną, błękitnawą poświatę ogonów na plecach. Przez dwa tygodnie koszmarnie jej go brakowało.
Kruk stanął tuż za nią. Tak blisko, że czuła jego ciepło nawet przez materiał ubrania. Nie objął jej. Nie musiał. Sam fakt, że zajął miejsce za jej plecami, wystarczał, żeby wrócił jej oddech.
Daniel pozostał nieco z boku i patrzył na nią z cichą, uważną troską. Nie wtrącał się. Jakby wiedział, że ta chwila nie należy już tylko do niego.
Christopher natomiast przywdział na twarz niczego nie wyrażającą maskę. Stał prosto, spokojnie. Suri zerknęła na niego tylko na moment. Nie potrafiła teraz rozplątać tego, co wobec niego czuła. Ulga, że wrócili, wciąż była silniejsza niż cała reszta.
Ryūji przeniósł wzrok na Christophera.
— Słyszeliśmy o twojej… sytuacji — powiedział rzeczowo, ale bez jadu. — Dwór Nowej Australii otrzymał oficjalne zaproszenie. Zostało sformułowane w taki sposób, że król nie mógł odmówić.
Christopher skinął mu głową. Na tę jedną chwilę maska pękła na tyle, że Suri zdążyła zobaczyć ulgę. Prawdziwą ulgę człowieka, który nie będzie musiał wracać tam, skąd uciekł.
Suri wyplątała się z objęć Kuro i zanim zdążyła się zastanowić, podeszła impulsywnie do Ryūjiego i pocałowała go w policzek. Jej brat był wyraźnie zaskoczony. Nie odsunął się jednak. Zastygł tylko na ułamek sekundy, jakby nie był pewien, czy wolno mu przyjąć ten gest.
— Nawet za tobą się stęskniłam — oznajmiła swobodnie.
Ryūji parsknął cicho. Próbował wyglądać na zniecierpliwionego, ale Suri widziała, że jest usatysfakcjonowany. Może nawet bardziej, niż chciał pokazać.
Kuro natychmiast przysunął się znowu i objął ją od tyłu, owijając ogony wokół jej talii z wyraźną, dziecięcą zaborczością. Suri zaśmiała się z ulgi. Za plecami czuła Kruka. Przy boku Kuro. Przed sobą brata. Z boku ojca, który po nią przyszedł. Wreszcie była w domu.
✩ ✩ ✩
Kuro
Radość, że Suri jest znowu przy nim, przyćmiewała wszystko. Ciepło jej ciała, zapach jej włosów, sposób, w jaki zaśmiała się, kiedy owinął ją ogonami — to wszystko układało się w nim w jedno, proste i zachłanne uczucie. Jest. Cała. Jego. Na razie nic innego nie powinno się liczyć. A jednak Kuro, jak zawsze, zauważał szczegóły.
Pierwszy był Kruk. Chłopak stał tuż za Suri, wyczerpany, cichy i zbyt oczywisty w swojej uldze. Kuro nie miał nic przeciwko tej bliskości, przynajmniej nie teraz, bo Suri jej potrzebowała. Interesowało go coś innego. Kruk otworzył teleport prosto na granicę z Nivarią. Nie przed nią. Nie w szarą przestrzeń, z której trzeba było iść pieszo przez mgłę. Stanęli już za obszarem granicznym, tam gdzie magia kraju powinna była odrzucić obcego.
To mogło oznaczać tylko jedno. W żyłach tego asasyna płynęła krew Nivarii.
Kuro przycisnął policzek do ramienia Suri i przez chwilę udawał, że tylko się do niej tuli. W rzeczywistości ważył tę myśl z rosnącą ciekawością. Kruk nigdy nie pachniał jak Nachtowie. Nie nosił ich mocy. A mimo to granica go wpuściła. Nivaria rozpoznała w nim coś, czego reszta świata nie widziała.
Drugim szczegółem był Christopher. Kuro nie pomylił się co do niego. Nie wtedy, kiedy jeszcze w Akademii uznał, że ten chłopak zaopiekowałby się Suri lepiej niż Kruk. Christopher byłby jej oddany w stu procentach. Stałby przy niej, broniłby jej, nosiłby ją przez życie tak ostrożnie, jak nosi się coś kruchego i drogocennego. To nadal było w nim widoczne. W sposobie, w jaki nie odzywał się. W tym, jak trzymał twarz w ryzach. W uldze, która pojawiła się, kiedy Ryūji wspomniał o zaproszeniu.
Teraz jednak Kuro czuł również coś innego. Zakochanie Christophera zaczynało podchodzić pod obsesję. Nie było już w nim tylko chęci bycia blisko. Było w nim to napięcie człowieka, który nie potrafi znieść myśli, że Suri może wybrać kogoś innego. To mogło spowodować kolejne kłopoty.
Nie. Już je sprawiło. Kuro czytał w nim jak w otwartej księdze. Widział wyspę, nawet jeśli nikt mu o niej nie opowiedział słowami, które by to nazwały. Widział impuls. Dostrzegł dłoń na nadgarstku Suri. Zdawał sobie sprawę z działania, którego ona nie chciała. Widział dwa tygodnie starannego, nienagannego zachowania, które miało naprawić to, czego naprawić się nie dało. Christopher wciąż kochał Suri. Tyle że ta miłość przestała być bezpieczna.
Kuro mocniej owinął ogony wokół jej talii i zmrużył srebrzyste oczy, patrząc na blondyna znad jej ramienia. Suri śmiała się jeszcze, rozluźniona, otoczona rodziną. On pozwolił jej mieć dla siebie tę chwilę. Sobie zostawił resztę.
Kruk miał w sobie krew Nivarii. Christopher nosił w sobie uczucie, które stawało się niebezpieczne. A Kuro nie zamierzał pozwolić, żeby którykolwiek z ich dwojga zaskoczył go po raz drugi.