Rozdział 4 – Serce Czarnej Wieży
by Vicky
Effie, dzień ósmy
Po tym, jak odziany w szarą liberię, przerażony służący wręczył mi liścik z zaproszeniem na lunch w ogrodzie, Aedan stwierdził, że lepiej byłoby nie odmawiać. Przyjęcie organizowała lady Mara, podobno moja przyszła macocha. Chłopak zapewnił mnie, że nie chcę denerwować tej kobiety i by nie poczuła się urażona, wystarczy, jeżeli pojawię się tam choćby na kwadrans. To właśnie zamierzałam zrobić.
Włożyłam na siebie liliową suknię z rozcięciem i rozpuściłam czarne włosy, a potem zeszliśmy do ogrodów. Odetchnęłam z ulgą, gdy okazało się, że spotkanie ani trochę nie jest kameralne. Po różanym ogrodzie kręciła się blisko setka kobiet. Te, które spotkałam pozdrawiały mnie, starając się zamienić ze mną kilka słów. Większość z nich pożerała wzrokiem, stojącego za mną bez koszulki, Aedana. Chłopak uprzedził mnie wcześniej, że Vivien o to właśnie chodziło, ale i tak czułam się bardzo nieswojo. Gdy wreszcie usiadłam na jednej z szerokich, wiszących huśtawek, a Aedan uklęknął na trawie tuż obok mnie, byłam już wyczerpana psychicznie.
Prawie natychmiast zbliżyły się do nas dwie, obce, eleganckie kobiety. Dowiedziałam się, że Vivien, tak jak ja, miała w chwili śmierci dziewiętnaście lat, one natomiast sprawiały wrażenie parę lat starszych. Odziana w ciemną zieleń, z burzą rozpuszczonych, rudych loków na głowie, podeszła do klęczącego u moich stóp Aedana. Wzdrygnął się, kiedy długimi paznokciami przesunęła po jego twarzy. Nosząca srebrne spodnie i burgundową tunikę blondynka z ciasno splecionym, sięgającym pasa warkoczem, stanęła tuż obok mnie, a w kącikach jej ust błąkał się pełen okrucieństwa uśmiech. Zdałam sobie sprawę, że musiały być ważne, a ja… powinnam doskonale wiedzieć kim są.
– Podzielisz się z nami swoją zabaweczką? – zapytała radośnie ruda, a ja poczułam, jak Aedan sztywnieje. – Mogłybyśmy się zabawić dzisiaj, przy kilku dzbanach wina… – zasugerowała. – Słyszałam, że Daemon wrócił – mruknęła z zadowoleniem.
– Nie! – odpowiedziałam stanowczo, mając nadzieję, że w moim głosie jest wystarczająco dużo chłodu. – Jak sama zwróciłaś uwagę, to moja zabaweczka i jeszcze mi się nie znudziła, a bardzo nie lubię się dzielić…
Na twarzy blondynki pojawił się nieprzyjemny grymas.
– Daj znać, gdybyś zmieniła zdanie – westchnęła teatralnie – dawno się z nami w nic nie bawiłaś. Jeszcze trochę, a zapomnę, że jesteś naszą przyjaciółką… – wymruczała i oddaliła się razem z rudą.
Wzięłam głęboki oddech, żeby się uspokoić. To zdecydowanie nie było miłe spotkanie.
– Powinnaś się była zgodzić – mruknął cicho Aedan, gdy już nikogo nie było w pobliżu. – Oddać im mnie, a sama wymówić się Daemonem. Będziesz miała kolejnych wrogów.
– Nie szkodzi – odezwałam się cicho, nie wierząc w to, co chłopak mówił… że naprawdę dałby radę to znieść. – Pamiętasz? Pomagamy sobie nawzajem… Jak tylko się da.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Czułam ekscytację. Magia była… ciekawą umiejętnością, która intrygowała mnie coraz bardziej. Książki z pokoju Vivien wiele mi ułatwiały. Cieszyłam się, gdy udał mi się każdy, najdrobniejszy nawet eksperyment. Wystarczyło, że odpowiednio mocno skupiłam się na kimś, żeby bez trudu móc go odnaleźć. Tym razem szukałam Daemona, który obiecał, że pomoże mi odkryć mojego niedoszłego, a może raczej całkiem skutecznego, zabójcę.
Ku mojemu zdumieniu mężczyzna przebywał w kwaterach służby. O tej porze dnia miejsce było zupełnie wymarłe. Przeszłam krętymi korytarzami, by znaleźć się pod jednymi z wąskich, drewnianych drzwi. To tutaj. Bez namysłu nacisnęłam klamkę i weszłam do środka.
Stanęłam w progu zupełnie zaskoczona. Mój podobno chłopak faktycznie tu był, tylko, że… nie sam… Na wąskim łóżku pod ścianą leżała młoda dziewczyna. Jej nagie ciało zasłaniała jedynie skłębiona pościel i… równie nagie ciało uprawiającego z nią seks Daemona. Poczułam się zażenowana, ale jednocześnie zalała mnie fala niesamowitej ulgi. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego pretekstu, żeby nie musieć z nim sypiać.
Mężczyzna spojrzał na mnie przerażony, a potem gwałtownie zerwał się z łóżka, stając na drodze między mną a dziewczyną. Och. To było… słodkie. I zupełnie nie pasowało do obrazu, który zbudował Aedan. – Ubierz się – zasugerowałam pierwsze, co przyszło mi do głowy i wyszłam z pokoju, zostawiając ich samych.
Nie zdążyłam nawet opuścić korytarza, kiedy dogonił mnie Daemon. Miał na sobie włożone w pośpiechu, pogniecione ubranie. Gwałtownie chwycił mnie za ramiona i przycisnął do ściany. W jego wzroku ujrzałam panikę. Więc jednak zdrady na boku w ich związku nie były mile widziane. Ciekawe…
– Co zamierzasz zrobić? – spytałam chłodno, mimo że serce biło mi jak oszalałe.
Wiedziałam, że jeżeli postanowi mnie skrzywdzić, to nie będę umiała się przed nim obronić. Mimo że treningi z Aedanem wiele mi dawały, to jednak byłam pewna, że Deamon potrafi znacznie więcej niż ja. Nie wspominając już o samej sile. Przewagą Vivien była wyłącznie magia, której ja niestety jeszcze zbyt dobrze nie znałam. Ku mojemu zdziwieniu mężczyzna puścił mnie i padł na kolana.
– Nie krzywdź Sol, błagam – wyszeptał gorączkowo, wzrok wbijając w podłogę. – To nie jej wina, a ja zniosę każdą karę… i zrobię wszystko, co zechcesz.
Z oddali dobiegł nas odgłos kroków, a ja nie miałam pojęcia co z nim zrobić. Byłam pewna, że Vivien nie odpuściłaby mu zdrady, ale…
– Porozmawiamy później – oznajmiłam ponuro – nie chcemy wzbudzać niepotrzebnej sensacji, prawda?
Daemon posłusznie wstał, a potem u mojego boku opuścił korytarze kwater dla służby. Musiałam porozmawiać z Aedanem, bo… nie miałam zielonego pojęcia, jak powinnam się w tej sytuacji zachować.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Odziany w szarą, elegancką liberię mężczyzna wpatrywał się we mnie z pobladłą twarzą, zupełnie, jakby zobaczył ducha. Być może zresztą właśnie tak się czuł, jeżeli to on zaplanował zabójstwo Vivien… Uśmiechnęłam się do niego uroczo, świadomie. Wiedziałam, że znalazłam się w niebezpiecznej sytuacji, a jednak, mimo wszystko, to całe udawanie niezmiernie mnie w tym momencie bawiło. Czułam przyjemny dreszczyk emocji.
– Nareszcie udało mi się znaleźć odpowiednią służącą – oznajmiłam mu pogodnie. – Chcę, żeby była moja na wyłączność. Ma nie mieć żadnych innych obowiązków.
– Oczywiście panienko – zarządca skłonił się nisko. – Kto to taki?
– Sol Hinds – odpowiedziałam bez wahania.
Szpakowaty mężczyzna pobladł jeszcze bardziej. Przyjrzałam mu się uważniej. Był szczupły, wysoki i miał odrobinę zbyt zadarty nos, ale nie wyróżniał się niczym szczególnym.
– Jestem pewien, że moja córka spełni wszelkie panienki oczekiwania – jego głos był pusty, zupełnie wyprany z wszelkich emocji.
Dopiero po chwili dotarły do mnie jego słowa. Och! Do tej pory wiedziałam tylko, że zarządca nazywa się Natan. Jeżeli to on chciał mnie otruć, to właśnie nieświadomie dałam mu znać, że o tym wiem… Tylko że on uznał to za groźbę. Zaczęłam żałować, że nigdy nie oglądałam Dynastii, Gry o tron, ani podobnych, pełnych intryg seriali. Może wówczas łatwiej byłoby mi się poruszać w tym świecie…
– Świetnie, przyślij ją do mnie od razu – rzuciłam i nie czekając na odpowiedź swobodnym krokiem opuściłam jego biuro.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Właściwie nie byłam pewna, kiedy udało mi się zaprzyjaźnić z Aedanem. W dawnym życiu należałam raczej do wycofanych osób i nie przywykłam do tego, że ktoś mógłby na mnie polegać. Miałam chłopaka i swoją paczkę, grono zawsze tych samych znajomych, ale nazwanie któregokolwiek z nich przyjacielem, byłoby po prostu kłamstwem. Być może sprawiła to napięta sytuacja, albo fakt, że spędzaliśmy razem prawie każdą wolną chwilę, ale Aedan był pierwszą w moim życiu osobą, którą mogłam uczciwie tak właśnie określić. Nie miałam również pojęcia w jaki sposób z kłótni o to, czy powinnam skazać Daemona na śmierć i co zrobić z Sol, przeszliśmy do prawdziwej głupawki. Siedzieliśmy na łóżku i nie mogliśmy przestać się śmiać. Na domiar złego Aedan postanowił, że zacznie mnie łaskotać, więc już chwilę później leżałam na kołdrze, zwijając się ze śmiechu, a on przygniatał mnie swoim ciężarem, żebym nie mogła przed nim uciec. Żadne z nas nie zauważyło, kiedy w pokoju pojawił się Daemon, ani jak długo stał w przejściu. Aedan odsunął się, gdy tylko zdał sobie sprawę z jego obecności. Usiadłam zmieszana, odgarniając z twarzy niesforne kosmyki włosów. Blondyn patrzył na nas wyraźnie zaintrygowany.
– Vivien się nie śmiała – odezwał się po dłuższej chwili milczenia. – Nigdy tego nie robiła.
– I co w związku z tym? – spytałam wrogo.
Jego zielone oczy wpatrywały się we mnie intensywnie.
– Podejdź tu, to ci pokażę – zasugerował.
Zanim zdążyłam wstać, Aedan chwycił mnie za rękę, przytrzymując w miejscu.
– Nie ufaj mu – mruknął.
– Przecież mnie nie zabije – wzruszyłam ramionami. – Nie uszedłby z tego z życiem.
Chłopak niechętnie mnie puścił, a ja stanęłam przed Daemonem, który wyciągnął do mnie dłoń. Postawiłam wokół swoich myśli mur i dotknęłam jego ręki. Ku mojemu zdumieniu pokazał mi wspomnienia… obrazy z mojego świata. Młoda, złotowłosa kobieta na fotelu pasażera, a z tyłu, w różowym foteliku, roześmiana, kilkuletnia dziewczynka. Za oknem strugi deszczu. Błysk świateł z naprzeciwka, zderzenie, a potem ciemność. Jasna szpitalna sala i beznadziejna pustka, która została po niewyobrażalnej stracie. Wreszcie kolejny rozpędzony samochód, kajdanki przy kierownicy i ciemna, zimna woda napływająca ze wszystkich stron. Odsunęłam się gwałtownie, puszczając jego dłoń.
– Jak dawno temu to było? – spytałam cicho.
Skrzywił się nieznacznie.
– Jestem tutaj od czterech lat. A Ty?
– Od trochę ponad tygodnia – mruknęłam, ponownie opadając na łóżko. – Jak masz na imię i dlaczego związałeś się z Vivien? – spytałam zaciekawiona.
Mężczyzna usiadł na podłodze, opierając się plecami o ścianę. Znów spojrzał na mnie, zupełnie ignorując obecność Aedana.
– Przez dwa pierwsze lata starałem się być fair sam ze sobą i ze swoim sumieniem, ale ledwo udawało mi się przetrwać. Kiedy spodobałem się księżniczce, po prostu wykorzystałem okazję. Była mną oczarowana, a ja robiłem wszystko, żeby tak zostało – wyjaśnił zrezygnowany. – Kiedyś nazywałem się Lucas, ale już niemal nie pamiętam tego imienia – przyznał.
– A co z Sol? – spytałam.
W zielonych oczach zapłonął ogień.
– Będę ją chronił za wszelką cenę – oznajmił twardo. – Poza tym… ona o niczym nie wie.
– Więc dlaczego tak ryzykowałeś? – nie mogłam zrozumieć.
– Nie ryzykowałem – warknął na mnie. – Vivien… ona nigdy nie zniżyłaby się do tego, żeby zejść do kwater dla służby. Jak mnie w ogóle tam znalazłaś?
Aedan położył dłoń na mojej dłoni, zwracając na siebie moją uwagę.
– Ktoś wszedł – mruknął cicho.
Wszyscy troje odwróciliśmy wzrok w kierunku przejścia pomiędzy pokojami. Chwilę później pojawiła się w nim pobladła na twarzy, kasztanowo-włosa dziewczyna w szarym uniformie. Spojrzenie wbijała w podłogę.
– Panienka mnie wzywała – odezwała się niezbyt pewnie.
Daemon chciał wstać, ale powstrzymałam go, patrząc na niego karcąco. To wystarczyło… przynajmniej na razie.
– Od dzisiaj będziesz moją prywatną pokojówką – wyjaśniłam jej swobodnie. – I zabezpieczeniem – dodałam po chwili namysłu. – Twój ojciec próbował mnie otruć, a ja nie chcę, żeby to się znowu powtórzyło.
Jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki, a ja nabrałam pewności, że nie miała z tym nic wspólnego. Postanowiłam przemilczeć sytuację, w jakiej ją po raz pierwszy zobaczyłam i udawać, że jesteśmy z Daemonem w otwartym związku. Westchnęłam cicho. Niekiedy gra była fascynująca, ale wiedziałam, że swoje życie mogę stawiać na szali dowolną ilość razy, jednak nie miałam ochoty odpowiadać również za cudze…