Rozdział 5 – Serce Czarnej Wieży
by Vicky
Effie, dzień czternasty
Siedziałam przy biurku, próbując skupić się na rozłożonej przede mną książce. Daemon okazał się wyjątkowo pomocny. Tłumaczył mi zasady i niuanse, o których istnieniu Aedan zwyczajnie nie miał pojęcia. Opowiedział mi również wszystko, czego w ciągu czterech lat dowiedział się na temat wędrówki dusz. Informacje wcale nie były pokrzepiające. Według legend powinniśmy zasłużyć sobie na nowe życie, inaczej w nieskończoność będziemy tułali się po różnych światach, a nasza sytuacja za każdym razem będzie coraz gorsza. Taki rodzaj karmy, który ani trochę nie przypadł mi do gustu.
Odwróciłam się zaskoczona, kiedy Daemon wparował do pokoju, trzymając za nadgarstek Sol i niemalże ciągnąc dziewczynę za sobą. Była wyraźnie przerażona.
– Mów – rozkazał mężczyzna popychając ją w moim kierunku.
Ku mojemu zdumieniu opadła na podłogę przede mną, zginając ciało w ukłonie rodem z Japonii.
– Panienko, być może to tylko plotki – zaczęła drżącym głosem – ale podsłuchałam rozmowę… – zamilkła wyraźnie przerażona.
– Mów dalej – poprosiłam starając się ukryć zniecierpliwienie.
– Lady Mara chce cię otruć dzisiaj, podczas swojego przyjęcia zaręczynowego. Trucizna ma być na twoim kielichu do toastów – wyrzuciła z siebie dziewczyna.
Zaskoczona spojrzałam na Daemona. Wzruszył ramionami, ale wyczuwałam, że w środku aż kipi ze złości.
– Suka ma nadzieję, że spłodzi dziedzica tronu, a ty stoisz mu na drodze do sukcesji – wyjaśnił ponuro.
Spojrzałam na dziewczynę, która ani drgnęła ze swojej poddańczej pozycji.
– Sol, wstań – poprosiłam. – Nic ci nie grozi – dodałam na wszelki wypadek, kiedy to uczyniła. – Dziękuję, że mi powiedziałaś, nawet jeśli to tylko plotka.
Sprawiała wrażenie mocno zmieszanej. Daemon w uspokajającym geście położył jej rękę na ramieniu.
– Chyba już czas, żebyś porozmawiała z ojcem – zwrócił się do mnie. – Tylko proszę, nie zdradzaj mu swojego źródła…
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Ku mojemu ogromnemu zdumieniu Władca Północnych Ziem od razu odpowiedział na moją prośbę o spotkanie. Słyszałam już, że Vivien była jego ukochaną córeczką i spełniał większość jej zachcianek, ale dostanie się do niego i tak wydało mi się nieco zbyt proste. Czy jako władca rozległego państwa nie miał natłoku zajęć? Już chwilę później szłam po zupełnie opustoszałym, różanym ogrodzie. Stojący w przejściach gwardziści nie przepuszczały nikogo innego.
– Ojcze – skłoniłam głowę, podchodząc do spacerującego po jednej ze ścieżek mężczyzny.
Miał na sobie skromny ubiór, czerń, ozdobioną jedynie srebrnymi lamówkami, a mimo to nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że władza dosłownie od niego promieniuje. Sprawiał wrażenie odpowiedniego człowieka, na odpowiednim stanowisku. Był też wysoki i potężnie zbudowany. Uznałam jednak, że musi mieć więcej niż czterdzieści lat. Miał ciemne, krótko ścięte włosy poprzetykane kilkoma siwymi pasmami i stalowoszare oczy, zupełnie inne od moich fiołkowych.
– Córko – mruknął jakby odrobinę rozbawiony, a ja bałam się, że w każdym momencie mogę popełnić jakieś faux pas. – Jestem bardzo ciekawy twoich dzisiejszych rewelacji.
Och! Z jego słów wywnioskowałam, że Vivien nie spotykała się z nim dla przyjemności.
– Czy jesteś bardzo przywiązany do swojej przyszłej żony? – spytałam starając się ukryć wszelkie możliwe emocje.
– Jest ładna, inteligentna i wyrachowana, ale nie jest mi niezbędna – oznajmił – myślałem jednak, że dobrze się dogadujecie…
– Tak było do czasu, kiedy się nie dowiedziałam, że planuje mnie otruć – posłuszna poleceniom Daemona zdecydowałam się mówić prosto z mostu.
Zatrzymał się w miejscu. Spojrzał na mnie zaintrygowany, ale z pewnością nie zmartwiony.
– Czy wiesz co dokładnie zaplanowała? – spytał.
– Tak – przyznałam – i dlatego chciałam cię dzisiaj prosić o przysługę. Czy przed toastem mógłbyś rozkazać zamienić się nam kielichami? – poprosiłam. – W imię jakiejś wyimaginowanej tradycji. Jeżeli nie mam racji, nic się nie stanie, jednak jeżeli ją mam…
Roześmiał się wyraźnie rozbawiony.
– Możesz na mnie liczyć – oznajmił. – A teraz przejdźmy do ważniejszych spraw – dodał, a ja poczułam się dziwnie, gdy dał mi do zrozumienia, że próba otrucia jego rodzonej córki wcale do takich nie należy… – Czarna Wieża pozytywnie odpowiedziała na twoją prośbę. Obiecali uczyć cię przez kolejny rok. Nie cieszysz się? – spytał widząc moją zaskoczoną minę.
– Nie spodziewałam się, że tak szybko odpowiedzą – zaryzykowałam.
Na jego twarzy zagościł arogancki, pewny siebie uśmiech zwycięzcy.
– Nie śmieli nam odmówić, dobrze wiedzieli, że to oznaczałoby koniec Czarnej Wieży. Niedługo zjawi się ich przedstawiciel, więc w każdej chwili powinnaś być gotowa do wyjazdu.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Siedziałam po lewej stronie Władcy, a tuż obok mnie znajdował się Deamon, co choć trochę dodawało mi otuchy. Miałam na sobie suknię w kolorze nocnego nieba, mieniącą się setkami gwiazd. Sol upięła moje włosy w misterny kok. Powoli przyzwyczajałam się do swojego nowego wyglądu, a dziewczyna, którą się stałam, nie była już dla mnie tak bardzo obca.
Po prawej stronie mojego ojca miejsce zajmowała Lady Mara, a ja byłam ciekawa czy naprawdę mogę mu zaufać. Służący obeszli suto zastawione stoły i po chwili w każdym ze stojących obok talerzy kielichów znalazło się krwistoczerwone wino. Władca wstał, a wszyscy podążyli jego śladem.
– Za chwilę wzniesiemy toast za moją przyszłą żonę – oznajmił podniosłym głosem, w którym wyczułam lekko drwiące, niepozorne nuty – ale najpierw, ponieważ zostanie macochą mojej córki, na znak zjednoczenia, najbliższe memu sercu panie wymienią się kielichami.
Odsunął się odrobinę, by nam to umożliwić. Wystarczyło mi jedno spojrzenie w pobladłą twarz mojej niedoszłej macochy, bym nabrała pewności, że Sol miała rację. Lekko drżącą dłonią przyjęła ode mnie kielich i podała mi swój.
– Wznieśmy toast – kontynuował Władca Północnych Ziem.
Zebrani dworzanie podnieśli swoje kielichy, a potem upili z nich po kilka łyków radośnie wiwatując. Lady Mara ledwie musnęła wargami czerwony płyn. Mój ojciec usiadł, a wszyscy podążyli jego śladem.
– Moja droga – zwrócił się do narzeczonej. – Kazałem podać najlepsze wino, które przyjechało do nas aż z Vente i było przechowywane przez ostatni rok specjalnie na tę okazję. Czyżby ci nie posmakowało? – w jego głosie zabrzmiała wyraźna groźba.
– Ależ nie, kochany, jest przepyszne – kobieta zrobiła dobrą minę do złej gry i upiła kolejny łyk.
Służący wnieśli na stół parujące potrawy. Władca sięgnął ku jednemu z półmisków i nałożył narzeczonej pełen talerz. Poczułam jak pod stołem Daemon zaciska swoją rękę na moje dłoni. Spojrzałam na niego pytająco. Jego twarz była blada jak śnieg. Zbliżył usta do mojego ucha.
– Jedz tylko owoce – powiedział twardo. – Nie chcesz wiedzieć co jest na tych półmiskach.
Szczerze mówiąc ani trochę nie byłam głodna, a po jego słowach już w ogóle straciłam apetyt.
Kiedy Władca dał znać, większość zgromadzonych przeszła do kolejnej sali, w której rozpoczęły się tańce. Tu pod kamiennymi ścianami również stały stoły, ale były na nich poukładane owoce i słodycze. Służący w szarych uniformach roznosili na srebrnych tacach kieliszki z winem. Daemon zaprosił mnie do tańca, a ja, mimo że nie znałam kroków, pozwoliłam mu się prowadzić. Wzrokiem odszukałam ojca. Sprawiał wrażenie, jakby był w wyśmienitym humorze. Mój partner również to zauważył.
– Niedobrze – mruknął cicho.
– Dlaczego? – spytałam nie rozumiejąc.
– Kiedy Władca ma dobry humor, możesz być pewna, że wydarzy się coś złego.
Przyciągnął mnie do siebie mocniej, a ja westchnęłam cicho. Miałam nadzieję, że Daemon zamartwia się na zapas, albo przynajmniej, że słowo złego nie będzie dotyczyło żadnego z nas.
Mój ojciec nie odstępował wciąż bladej na twarzy Lady Mary. Gdy skończyła się muzyka, przywołał nas do siebie gestem, zanim orkiestra rozpoczęła kolejny utwór. Jego narzeczona zaniepokojona rozglądała się po wielkiej sali.
– Co się stało, moja droga? – spytał jej Władca.
– Nie mogę nigdzie dostrzec siostry – wyjaśniła starając się ukryć zaniepokojenie.
– Och, to dlatego, że była głównym daniem dzisiejszej kolacji – wyjaśnił swobodnie, ale na tyle głośno, by usłyszeli go stojący najbliżej dworzanie.
O ile to możliwe, kobieta pobladła jeszcze bardziej, a ja z całej siły zacisnęłam dłoń, gniotąc lekko odświętną szatę stojącego przy mnie Daemona. Czy on mówił poważnie? Poczułam się jakbyśmy znaleźli się w „Tytusie Andronikusie” lub innym, równie makabrycznym dziele Szekspira.
– Dlaczego?! – zapytała wyraźnie wierząc w to co jej powiedział.
– Oczywiście, żeby cię ukarać – oznajmił z leniwym uśmiechem na ustach. – I, żeby nie mogła przyrządzić dla ciebie antidotum – dodał po chwili ciszy.
– Jak się dowiedziałeś? – sprawiała wrażenie, jakby się poddała.
– Mam swoje sposoby – uśmiechnął się do niej niemalże zalotnie. – Moi drodzy goście – odezwał się głośno, a cała sala zamarła w bezruchu. Nawet muzycy w jednej chwili przestali grać. – Moja narzeczona miała zamiar otruć moją córkę – oznajmił spokojnie, niemalże tonem swobodnej pogawędki. – Mam nadzieję, że ukażecie ją odpowiednio do zbrodni, którą chciała popełnić.
W oczach kobiety pojawiło się przerażenie. Zerwała się do ucieczki, ale dworzanie, jak na komendę, rzucili się za nią w pogoń. Nie udało jej się nawet opuścić komnaty. Zdarli z niej suknię. Spadał na nią grad ciosów. Ktoś głośno zaproponował zbiorowy gwałt.
– Liczę na to, że podoba ci się przedstawienie – zwrócił się do mnie wesoło Władca Północnych Ziem, a potem, nieniepokojony przez nikogo, wolnym krokiem opuścił balową salę.
Stałam oniemiała i przerażona, dopóki Daemon nie wziął mnie za rękę.
– Chodźmy stąd – powiedział, łagodnie przyciągając mnie ku sobie.
Posłusznie poszłam za nim aż do swojego pokoju. Posadził mnie na łóżku. Na chwilę zniknął w czarno-białym pokoju, a potem wrócił z karafką bursztynowego płynu i kieliszkami.
– Co się stało? – spytał zaniepokojony Aedan, odkładając na bok czytaną przed chwilą książkę.
– Dzisiaj po raz pierwszy była świadkiem wyrachowanego okrucieństwa swojego ojca – wyjaśnił ponuro Daemon, podając mi pełen kieliszek.
Posłusznie wypiłam palący płyn. Wciąż nie do końca docierało do mnie to, co stało się podczas przyjęcia. Oni naprawdę zabili kogoś, a potem podali go na kolację?! A potem… potem… Co to za popieprzone miejsce?! Aedan przysunął się bliżej, oplatając mnie od tyłu ramionami. Wtuliłam się w niego ufnie, niczym mała dziewczynka. Dopiero po chwili się rozpłakałam.
Po pewnym czasie wypiłam kolejny kieliszek bursztynowej cieczy, a potem, sama nie wiedząc kiedy, zasnęłam, kołysana w ramionach Aedana.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie, dzień piętnasty
Obudził mnie nieprzyjemny ból głowy i suchość w ustach. Poczułam się odrobinę nieswojo, zdając sobie sprawę, że leżę z głową na ramieniu Daemona, a Aedan przytula się do moich pleców, obejmując mnie ręką w pasie. Wciąż też miałam na sobie baśniową suknię z poprzedniego wieczora.
Wstałam po cichu, delikatnie wyplątując się z objęć chłopaka. Na stole w czarno-białym pokoju czekało już śniadanie. Po wczorajszym wieczorze nie zamierzałam dotykać niczego, co choć odrobinę przypominałoby mięso, dlatego zdecydowałam się na pieczywo, miód i owoce. Chwilę później pojawiła się Sol.
– Przepraszam, nie chciałam panienki budzić – wyjaśniła swoją nieobecność. – Czy przygotować kąpiel?
Skinęłam głową, czując się bardzo głupio z tym, że widziała jak śpię przytulona do Daemona. Byłam przekonana, że łączy ich znacznie więcej niż tylko seks i ani trochę nie miałam ochoty przed nią udawać, że mnie z nim również cokolwiek łączyło. Nie miałam jednak pomysłu na to, jak w bezpieczny sposób wyjaśnić jej, że nasz związek jest tylko na pokaz.
Wykąpałam się w wyjątkowo ładnie pachnącej wodzie i włożyłam na siebie czyste ubranie. Kiedy wróciłam do czarno-białego pokoju Daemon i Aedan jedli śniadanie o czymś cicho rozmawiając. Na mój widok zamilkli. Usiadłam na kanapie podwijając pod siebie nogi.
– Słyszeliście kiedyś o Czarnej Wieży? – spytałam, nie mając ochoty wracać do wydarzeń z poprzedniego dnia.
– Gdzie usłyszałaś tę nazwę? – Aedan spojrzał na mnie podejrzliwie.
Wzruszyłam ramionami.
– Od ojca – przyznałam.
– Według książek to miejsce poza czasem, które istnieje równocześnie w różnych światach, między innymi w tym, w którym obecnie przebywamy – wyjaśnił Daemon. – Mieszka tam garstka bardzo potężnych czarodziejów, znających magię znacznie lepiej niż ktokolwiek w Mayonace.
– To bardzo duże niedopowiedzenie – prychnął Aedan. – W porównaniu z nimi, to co potrafią mieszkańcy Manhaim, to jak zabawy w piaskownicy. Vivien była niezła, a i tak potrafiła najwyżej dojrzeć kilka wspomnień, usłyszeć co wyraźniejsze myśli lub oczywiście zadać komuś ból. Mag z Czarnej Wieży potrafiłby skruszyć mury Manhaim jednym słowem.
– Och, więc dlatego tak jej na tym zależało – rozwiązałam nurtującą mnie zagadkę.
– Na czym konkretnie? – spytał Daemon, nalewając z karafki do kieliszka przejrzystego płynu.
– Na tym żeby się od nich uczyć – wyjaśniłam.
– To niemożliwe – mruknął Aedan obrzucając mnie ponurym spojrzeniem. – Wśród nich nie ma kobiet. Są tylko mężczyźni.
– A jednak, niedługo podobno ma się pojawić ktoś od nich. Ojciec oznajmił mi, że zgodzili się mnie uczyć – wyjaśniłam.
Obydwaj wpatrywali się we mnie zszokowani.
– To wiele komplikuje… – odezwał się ponuro Daemon. – Nie sądzę, żebyś mogła zmienić zdanie, a jeżeli zostawisz tu Aedana, to równie dobrze możesz go sama skazać na śmierć.
Wzruszyłam ramionami. Czy tam mogło być gorzej niż tutaj?
– Więc zabiorę go ze sobą – powiedziałam spokojnie. – Zresztą ciebie i Sol również. Oglądałam mapy. Czarna Wieża leży na granicy Północnych Ziem. Myślę, że w razie czego stamtąd będzie znacznie łatwiej uciec niż z jakiegokolwiek innego miejsca…
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Mimo uroku tego miejsca spacer po rozległych, różanych ogrodach nigdy nie należał do przyjemnych. Ci którzy mogli, z radością nadużywali władzy, pastwiąc się nad słabszymi. Najgorsze jednak były drewniane altanki, które, zamiast do spokojnego wypoczynku, najczęściej wykorzystywane były do karania służących. Tak było i tym razem. Dziewczęta w szarych uniformach stały w równym rzędzie przed altanką, na której podeście znajdowały się dwie kobiety w czarnych uniformach straży i dwie szlachcianki, które szybko nauczyłam się rozpoznawać po kontrastującym z wszystkimi innymi ubiorze. Im nikt z góry nie narzucał trendów i nosiły to, na co miały akurat ochotę.
Z belek stropowych altanki zwisał materiał, do którego przywiązana za nadgarstki była kolejna, nosząca szary uniform dziewczyna. Jej ciało było wyprężone, a materiał uniformu podarty na plecach, na których pojawiły się otwarte, krwawiące rany. Jedna ze strażniczek raz za razem uderzała ją giętkim kijem. Dziewczyna histerycznie płakała.
– Jeżeli nie wydacie winnej, to każdą z was to czeka – zagroziła brązowowłosa szlachcianka, schodząc ze stopni altanki, by stanąć przed szeregiem szaro odzianych kobiet. – Kto wbrew rozkazom zanosił jedzenie buntownikom?
Ku mojemu zaskoczeniu Aedan wyrwał się w ich stronę. Chwycił rękę strażniczki, by ta nie mogła po raz kolejny uderzyć dziewczyny.
– Jak śmiesz?! – warknęła na niego brązowowłosa.
Chłopak spojrzał jej w oczy.
– Ja to robiłem, więc czemu każecie służące? – zapytał spokojnym głosem.
Obydwie szlachcianki wyglądały na zmieszane, a strażniczki wyraźnie czekały na dalsze rozkazy. Cholerny Aedan! Zalała mnie fala złości, mieszając się z coraz większym niepokojem. Czemu musiał się w to wplątać i niby jak ja miałam go z tego wyciągnąć?
Kątem oka dostrzegłam przyglądającego się całej scenie z oddali Władcę Północnych Ziem, który mimo że szedł otoczony doradcami, wyraźnie się nami interesował. Pamiętałam do czego jest zdolny i dotarło do mnie, że nie mam wyjścia, przynajmniej nie, jeżeli chcę, żeby chłopak to przeżył. Spacerowym krokiem podeszłam do altanki.
– Słyszałyście go – odezwałam się słodkim głosem, który zapamiętałam ze wspomnień o Vivien. – Uwolnijcie dziewczynę i ukarzcie winnego, skoro sam się o to prosi.
Na twarzy brunetki pojawił się szeroki uśmiech. W jej spojrzeniu ujrzałam ekscytację. Pozostałe kobiety również sprawiały wrażenie zadowolonych. Aedan posłusznie pozwolił przywiązać swoje nadgarstki do zwisających z belki pasków materiału. Ani przez chwilę nie spojrzał w moim kierunku.
Chwiejąca się na nogach dziewczyna zeszła ze schodków, gdzie podtrzymały ją dwie kolejne, noszące szare uniformy kobiety. Na wyprężone plecy Aedana spadło pierwsze, mocne uderzenie. Potem kolejne i następne. Pojawiła się krew. Chłopak uparcie wbijał wzrok w podłogę, zagryzając zęby. Poczułam przemożną ochotę, żeby po prostu stąd odejść i go zostawić. Pieprzony bohater! Mijały minuty. Kolejne uderzenia żłobiły na plecach Aedana szkarłatne pręgi.
Zauważyłam podchodzącego do nas szybkim krokiem Daemona. Spojrzał mi w oczy, a potem wszedł na podest altanki.
– Wystarczy! – wydał rozkaz.
Brunetka spojrzała na niego z naburmuszoną miną.
– Jeszcze nie skończyłyśmy wymierzać kary – zaprotestowała.
– Lady Andżeliko, ten chłopak jest własnością księżniczki i służy jej w konkretnym celu – wyjaśnił chłodno. – Jeżeli go za bardzo uszkodzisz i nie będzie mógł wykonywać swoich zadań, jak myślisz, kto poniesie konsekwencje? Słyszałem, że twój syn wyrósł na całkiem przystojnego młodzieńca – zamruczał.
Twarz kobiety przybrała purpurowo-czerwoną barwę.
– Wystarczy – powiedziała oczekującym na jej rozkazy strażniczkom.
– Tak właśnie myślałem – głos Daemona był aksamitny i wprost ociekał słodyczą.
Gdy tylko strażniczki uwolniły nadgarstki Aedana, blondyn natychmiast podtrzymał chłopaka, nie pozwalając mu upaść na deski altanki. Potem powoli wyprowadził go z ogrodów.
– Nieźle rozegrane – usłyszałam tuż obok odrobinę rozbawiony, kobiecy głos. Należał do smukłej blondynki. Rozpoznałam w niej jedną z kobiet, które podczas przyjęcia mojej niedoszłej macochy chciały zabawić się z Aedanem. – Szkoda, że Daemon ci przeszkodził – mruknęła. – Lady Andżelice już od dawna należy się porządna nauczka. Gdyby trwale okaleczyła twojego niewolnika, to niezależnie od jej statusu, byłaby doskonała wymówka. Mam nadzieję, że niedługo zabawimy się razem, jak za starych dobrych czasów – mruknęła i odeszła.
Przez dłuższą chwilę spacerowałam jeszcze po ogrodach, nie chcąc wracać do swoich komnat. W tej chwili nie miałam najmniejszej ochoty na spotkanie ani z Daemonem, ani tym bardziej z Aedanem.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
W drzwiach swojego pokoju minęłam się ze starszą, odzianą w białą tunikę kobietą. Takiego stroju wcześniej w Manhaim nie widziałam. Nie należała ani do służby, ani do gwardii, ani do szlachty. Nie miałam jednak czasu się nad tym porządnie zastanowić, bo gdy tylko weszłam do środka, Daemon chwycił mnie brutalnie za przedramię i pociągnął za sobą do sypialni.
– Jesteś z siebie dumna?! – warknął na mnie, wskazując na leżącego na brzuchu, w moim łóżku, Aedana.
Jego odsłonięte plecy przedstawiały sobą koszmarny widok. Były poranione do żywego mięsa. Chłopak był bardzo blady, ale ku mojej uldze przytomny.
– Daj jej spokój – mruknął cicho, wciąż nie podnosząc na mnie wzroku. – Sam się w to wpakowałem, a ona nie miała wyjścia. Zresztą uzdrowicielka mówiła, że nic mi nie będzie.
– Zawsze jest jakieś wyjście – odezwał się ze złością Daemon.
– Mhm – przytaknęłam, wyrywając ramię z jego uścisku. – Zawsze mogłam poczekać aż wtrąci się mój ojciec i każe go zabić.
– Był tam? – blondyn wyglądał na przerażonego.
– Odszedł, kiedy uznał, że zachowałam się tak jak trzeba – warknęłam. Usiadłam obok Aedana. – Przykro mi – szepnęłam, odgarniając z jego czoła posklejane potem włosy.
Wziął mnie za rękę, zamykając oczy.
– To nie twoja wina – zapewnił mnie cicho.
Daemon chciał coś powiedzieć, ale nie dałam mu dojść do słowa.
– Teraz, kiedy czujesz się bezpieczny, to takie łatwe, prawda? – spytałam go zirytowana. – Widziałam jego wspomnienia, wiem, jak zachowywałeś się przy Vivien. Robiłeś wszystko, żeby chronić własny tyłek.
– Tak myślisz? – spytał patrząc na mnie jakby zrezygnowanym i zawiedzionym wzrokiem. – Bo ja widzę to trochę inaczej – oznajmił chłodno. – Dopóki ona myślała, że go nienawidzę i jestem o niego zazdrosny, nie traciła nim zainteresowania. Wiem, że to cholernie niebezpieczna gra – odezwał się już nieco łagodniej – ale to właśnie my możemy tutaj cokolwiek zmienić. Ty możesz.
Patrzyłam za nim, kiedy wyszedł z pokoju zostawiając nas samych. Położyłam się na boku, wpatrując się w Aedana. Tym razem nie omijał mnie wzrokiem. Uśmiechnął się do mnie ponuro.
– Ty również tak sądzisz? – zapytałam cicho.
– Nie – jego odpowiedź była twarda i stanowcza. Ręka chłopaka mocniej zacisnęła się na mojej dłoni. – To niebezpieczny świat. Uważam, że nie powinnaś ryzykować dla innych, tylko zrobić wszystko, żeby samej przeżyć.