Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Czarna Wieża

    Effie, dzień siedemnasty

    Nigdy nie należałam do dziewczyn, które szalały za aktorami lub gwiazdami rocka, ale on… on wyglądał dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie aktora, który mógłby wcielić się w rolę Seiya Ryūgūin z anime „Cautious Hero” albo Haruka Nanase z „Free!”. Był wysoki, przystojny, a pod jego obcisłą, czarną koszulą odznaczały się wyraźnie zarysowane mięśnie i… naprawdę, tak jak najprzystojniejsi azjatyccy aktorzy w dramach, miał nawet opadającą na oczy, czarną grzywkę. Przyłapałam się na tym, że mam ochotę wyciągnąć rękę i mu ją delikatnie odgarnąć z czoła. Wyglądał na trochę starszego ode mnie i być może jego rysy nie były typowo azjatyckie, ale zdecydowanie miał w sobie to coś…

    – To Raven Wairudo, posłaniec z Czarnej Wieży – przedstawił mi go ojciec. – Poznaj moją jedyną córkę, lady Vivien Arashi.

    Młodzieniec skinął mi głową, wpatrując się we mnie bez cienia skrępowania.

    – Poznaliśmy się już w zeszłym roku, na balu z okazji letniego przesilenia w Dareshi – powiedział obojętnie. 

    Jęknęłam w duchu. Miałam szczerą nadzieję, że chłopak nie okaże się kolejną przygodą z sypialni Vivien. 

    – Doskonale – na twarzy mojego ojca pojawił się leniwy uśmiech – pozwólcie teraz, że zostawię was samych i ustalicie między sobą szczegóły podróży. Nie zapominaj tylko – zwrócił się do Ravena z groźbą w głosie – że to moja jedyna córka, za której bezpieczeństwo ty będziesz odpowiadał. Również za ewentualne nieszczęśliwe wypadki. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Raven

    Miałem ochotę się roześmiać. Władca Północnych Krain był dokładnie taki, jak się tego spodziewałem. Dostojny, śliski niczym wąż i rzucający groźby bez pokrycia. Za to księżniczka… ona była zupełnie inna niż ją zapamiętałem. Rok wcześniej sprawiała wrażenie jakby była marmurowym posągiem, śliczna, niedostępna i zupełnie mi obojętna. Teraz jej niezwykłe, fiołkowe oczy były pełne życia i jakiejś niewytłumaczalnej determinacji. Z satysfakcją zdałem sobie sprawę, że dziewczyna odwzajemnia moją fascynację. Nabrałem pewności, że to może być całkiem… ciekawa znajomość. 

    – Zdecydowaliście się mnie uczyć – odezwała się cicho, kiedy ruszyliśmy zewnętrznym korytarzem, ozdobionym szerokimi, wychodzącymi na dziedziniec oknami – dlaczego? 

    Zupełnie zaskoczyła mnie tym pytaniem. Byłem przekonany, że jest zbyt zadufana w sobie, żeby w ogóle się nad tym zastanawiać. Nie chciałem jej mówić, że Wieża ją wpuści, albo zabije i, że tak naprawdę, my w tej sprawie niewiele mieliśmy do gadania, a formalnie zgodziliśmy się, żeby nie musieć użerać się z armią jej ojca. Kiedy jednak zastanawiałem się nad rozsądną odpowiedzią, dziewczyna zaklęła i zatrzymała się w miejscu. Przez jedno z okien patrzyła na plac. Potem, zupełnie ignorując moją obecność, pobiegła w kierunku schodów. Byłem bardzo ciekawy co tak nagle skupiło na sobie jej uwagę, dlatego poszedłem za nią. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Effie

    Nie było mnie może przez godzinę, a on już zdążył się w coś wpakować! Jak to się do cholery stało!? 

    Zbiegłam po schodach i zatrzymałam się dopiero u ich podstawy, żeby złapać oddech i nie robić z siebie widowiska. Spokojnym krokiem weszłam na wewnętrzny dziedziniec, który, mimo że znacznie mniejszy od tego przy bramie wjazdowej i tak był całkiem pokaźnych rozmiarów. Na środku znajdowała się głębinowa studnia, a nad nią górowało wysokie drzewo nieznanego mi gatunku. Za to bliżej ścian rzędem stały pręgierze, a do jednego z nich w niewygodnej pozycji przywiązany był Daemon. Podeszłam do niego tylko niejasno zdając sobie sprawę z milczącego towarzystwa Ravena.   

    – Co się stało? – spytałam bardzo starając się, żeby w moim głosie nie było słychać strachu, który ściskał mi gardło. 

    Jego zawsze do tej pory opanowana twarz była teraz pełna paniki, co tylko przeraziło mnie jeszcze bardziej. 

    – Twoja przyjaciółka, Beatrice, przyłapała mnie z nią… znajdź Sol, błagam… nie wiem co jej zrobią. Poczułem się zbyt pewnie i zrobiłem się nieostrożny, a teraz… – jęknął cicho.  

    – Poszukam jej, a co z tobą? – spytałam. 

    – Dam sobie radę – spojrzał na mnie błagalnie, a ja zdałam sobie sprawę, że w tym momencie w ogóle go nie obchodziło co z nim się stanie. 

    – Znajdę ją i wrócę tutaj – westchnęłam, a on tylko skinął mi głową. – Chodź – mruknęłam do Ravena – musimy coś załatwić. 

    Młodzieniec bez słowa poszedł za mną, wyraźnie zaciekawiony całą sytuacją. 

    Odnalezienie Sol nie było trudne. Sztukę szukania ludzi za pomocą magii opanowałam już do perfekcji. Później jednak z każdym krokiem robiło się coraz gorzej. 

    Mimo licznej straży, niezatrzymywani przez nikogo, zeszliśmy do lochów, czego nigdy jeszcze do tej pory nie robiłam. Miejsce było okropne. Być może nie było tu wilgoci, ale w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach krwi i stali. Co jakiś czas słychać było czyjś szloch lub krzyk. 

    Plątaniną korytarzy doszliśmy do jednej z kamiennych sal. Zamarłam stając w otwartym, łukowym przejściu. Zawieszona w dziwacznej uprzęży pod sufitem, zupełnie naga Sol, była powoli opuszczana kroczem na zakończoną ostrym kołkiem, drewnianą piramidę. Dziewczyna krzyczała, jej twarz była mokra od łez, a nogi od krwi.  

    – Zdejmijcie ją natychmiast! – rozkazałam dwum potężnie zbudowanym mężczyznom, którzy byli odpowiedzialni za ten stan. 

    Spojrzeli na mnie zaskoczeni, ale od razu posłuchali. Wyjęli dziewczynę z uprzęży i półprzytomną położyli na kamiennej podłodze. Nie przestawała krwawić i nie wyglądało to dobrze. Ukucnęłam przy niej, niepewna co mam dalej robić.  

    – Możesz ją podnieść? – zwróciłam się z prośbą do Ravena. 

    – Nie będę jej dotykał – odsunął się z wyraźnie malującym się na twarzy obrzydzeniem. 

    Dupek! Zwróciłam się w stronę wciąż znajdujących się w pomieszczeniu mężczyzn. 

    – Sprowadźcie tu Aedana, natychmiast! – zażądałam. 

    Z wyraźną ulgą i niemalże biegiem opuścili pomieszczenie. Miałam nadzieję, że mimo tego, co stało się dwa dni wcześniej, Aedan da radę ją zanieść do moich pokoi i, że… nic jej nie będzie. Miałam ochotę przeklinać. Wszystko toczyło się zbyt szybko i opierało się na jakichś smętnych, popieprzonych nadziejach.

    Chłopak zjawił się po niecałym kwadransie i… od razu odnalazł się w sytuacji. W jednej chwili ściągnął z siebie koszulę i przykrył nią nagie ciało Sol. Wziął półprzytomną dziewczynę na ręce, łagodnie ją do siebie przytulając. 

    – Każ komuś przyprowadzić uzdrowicielkę – odezwał się cicho. 

    Skinęłam głową i poszłam za Aedanem, wydając polecenie pierwszemu, spotkanemu po drodze strażnikowi. Zostawiłam ich dopiero pod drzwiami swojego pokoju, szybkim krokiem udając się w kierunku dziedzińca. Ku mojej rosnącej irytacji, Raven nie odstępował mnie na krok. Daemon wciąż znajdował się w tym samym miejscu, ale teraz stały przy nim kobiety, które uważały się za moje przyjaciółki, a których imiona dopiero niedawno poznałam. Blondwłosa Beatrice i ruda, jak wiewiórka Nadine. 

    Odetchnęłam z ulgą, zdając sobie sprawę, że poza faktem, że obydwie go teraz bezwstydnie obmacywały, przynajmniej Daemonowi nic poważnego się nie stało.  

    – Żądam wyjaśnień – warknęłam podchodząc bliżej. 

    – Przykro mi to mówić, ale twój mężczyzna cię zdradzał – odezwała się z żalem Nadine. 

    – Do tego ze służącą – dodała z obrzydzeniem Beatrice. – Postanowiłyśmy go dla ciebie ukarać – mruknęła zadowolona z siebie. 

    To było… absurdalne. Pomyślałam o tym, co zrobiły Sol i nienawiść do tych kobiet napłynęła do mnie ze zdwojoną siłą. Zaskoczona spojrzałam na Ravena, który położył mi rękę na ramieniu. W kącikach jego ust błąkał się arogancki uśmieszek. 

    – Mogę się nimi zająć? – zapytał, a właściwie wcale nie byłam pewna czy to pytanie, mimo tego skinęłam głową, sama nie wiedząc, jak wybrnąć z tej sytuacji. – Doskonale – zamruczał odwracając się w ich stronę. 

    Zaskoczone odsunęły się od Daemona. 

    – Kto to jest? – spytała blondynka. 

    – Czarodziej, z Czarnej Wieży – odpowiedziałam spokojnie, obserwując jak na ich do tej pory pewnych siebie obliczach, pojawia się niekłamane przerażenie. 

    – Rośnijcie – rozkazał Raven, intensywnie wpatrując się w obie kobiety. 

    Jakaś niewidzialna siła rozsadziła znajdujące się pod stopami Nadine, kocie łby. Wychodzące z ziemi korzenie oplotły jej nogi. Po chwili to samo stało się z Beatrice. Obydwie próbowały protestować, korzenie jednak rosły, oplatając je coraz bardziej. Krzyczały, złorzeczyły i walczyły, co jednak nie przyniosło żadnych rezultatów. Po kilku minutach po kobietach nie było już śladu. Na dziedzińcu stały za to dwa, mocno poskręcane drzewa, w których pniach dostrzec można było wykrzywione w wyrazie przerażenia, drewniane maski, łudząco przypominające oblicza Beatrice i Nadine. 

    – Zabiłeś je? – spytałam przyglądając się temu niedowierzająco. 

    – Och nie, ciągle tam są – Raven był wyraźnie rozbawiony – ale jeśli chcesz je zabić, to wystarczy, że każesz komuś ściąć drzewa. 

    – Dziękuję… chyba… – westchnęłam. – Uwolnij go – zwróciłam się do jednego ze stojących pod ścianą, oniemiałych gwardzistów, który dosłownie rzucił się, by wykonać moje polecenie. 

    – Gdzie Sol? – natychmiast spytał wyswobodzony Daemon. 

    – W moim pokoju… 

    Nie zdążyłam nic więcej dodać, bo blondyn od razu zerwał się do biegu.  

    – Więc to twój partner? – spytał drwiąco Raven. 

    W tej sytuacji nie było sensu go okłamywać. Miałam do wyboru powiedzieć mu prawdę, albo zrobić z siebie kompletną idiotkę. 

    – Tylko polityczny – odezwałam się chłodno. – Taki układ czasami bywał bardzo… przydatny. 

    – Dopóki ktoś nie zaczął myśleć wyłącznie kutasem? – roześmiał się chłopak, a ja w duchu musiałam mu przyznać rację. 

    Raven odprowadził mnie pod drzwi mojego pokoju. Wciąż rozbawiony spojrzał mi prosto w oczy.  

    – Wiesz gdzie mnie znaleźć, kiedy już rozwiążesz swoje sprawy – oznajmił lekko i oddalił się korytarzem. 

    Weszłam do środka, niepewna, co tam zastanę. Gdy tylko dostrzegł mnie Aedan, natychmiast podszedł i przytulił mnie do siebie. Spojrzałam na niego pytająco. Miał na sobie czyste ubranie, a wilgotne włosy zaczesał do tyłu. 

    – Ona umiera – odezwał się cicho. – Uzdrowicielka mówiła, że nie może nic więcej dla niej zrobić, bo kaci uszkodzili coś w środku Sol. Musieli ją gwałtownie spuszczać z dużej wysokości, żeby doszło do takich obrażeń. Nawet nie wyobrażam sobie ile wycierpiała… – szepnął.  

    Wyplątałam się z jego ramion i weszłam do sypialni. Sol leżała na łóżku, w kałuży krwi. Daemon klęczał przy niej na podłodze, trzymając jej rękę i delikatnie głaszcząc jej włosy. To było… to było po prostu nie fair! Odwróciłam się i informując Aedana, że zaraz wrócę, zdeterminowana wybiegłam z pokoju. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Raven 

    Robiło się coraz ciekawiej. Księżniczka obracała się w dość dziwnym towarzystwie. Wojownik półkrwi, służąca, z którą się pieprzył i niewolnik ze świeżymi śladami po chłoście na plecach. Zagadka była intrygująca, ale jednocześnie irytowała mnie coraz bardziej. Miałem zamiar jak najszybciej opuścić Manhaim, a wyglądało na to, że wcale się na to nie zanosiło. 

    Usłyszałem pukanie do drzwi pokoju gościnnego, w którym mnie ulokowano. Otworzyłem odrobinę zaskoczony. Księżniczka weszła do środka, nie pytając mnie o zdanie. Spojrzała na mnie zdeterminowanym wzrokiem. 

    – Dziewczyna, która była torturowana umiera, wykrwawia się na śmierć z powodu obrażeń wewnętrznych – oznajmiła mi coś, co było aż nazbyt oczywiste, a ja milczałem, czekając na jakąś puentę. Nie musiałem długo czekać. – Czy potrafisz ją uzdrowić? – spytała z nadzieją.   

    Wzdrygnąłem się mimowolnie na samą myśl o tym, z czym by się to wiązało. 

    – Mógłbym, ale tego nie zrobię – odpowiedziałem jej chłodno. 

    – Dlaczego? – zadała idiotyczne pytanie. 

    – Bo nie – ze wszystkich sił starałem się na nią nie warknąć. 

    Popatrzyła na mnie z taką pogardą i niechęcią, jakbym był najgorszym rodzajem robaka. Dopiero teraz zaczęła przypominać dawną siebie, dziewczynę, którą poznałem rok wcześniej. Jej słowa jednak zupełnie mnie zaskoczyły. 

    – Proszę – odezwała się cicho. – Zrobię co tylko zechcesz… jeżeli ona przeżyje. 

    To było… interesujące. Być może nawet warte zachodu. 

    – Dlaczego tak ci zależy na tym, żeby przeżyła? – spytałem szczerze ciekawy jej odpowiedzi. 

    – Bo nie dam im tej satysfakcji! – warknęła patrząc mi w oczy. 

    Roześmiałem się lekko, bo zupełnie zbiła mnie z tropu. Mimo, że nigdy tego nie robię, tym razem decyzję podjąłem pod wpływem impulsu. 

    – Podwiń rękaw – rozkazałem, jednocześnie sam podwijając mankiet swojej koszuli. Spojrzała na mnie pytająco. – No już, podobno ci się spieszy – ponagliłem. – Nie przyjmuję obietnic bez pokrycia. 

    Posłusznie uniosła do góry rękaw niebieskiej tuniki, a ja chwyciłem jej dłoń. Poczułem przyjemny dreszcz, gdy dotknąłem jej nagiej skóry. Dziewczyna patrzyła na mnie teraz szeroko otwartymi, fiołkowymi oczami. Uniosłem nasze splecione ręce tak, by się zetknęły. 

    – Zwiąż – wymruczałem cichy rozkaz. Po chwili nasze nadgarstki oplotła srebrzysta, lekka niczym mgiełka nić. – Magia dopilnuje, żebyś dotrzymała swojej części umowy – odpowiedziałem na nieme pytanie dziewczyny. 

    Skinęła głową, a ja zatonąłem w jej pełnych nadziei, fiołkowych oczach. I… to był błąd. Na dodatek okropnie głupi i tragiczny w skutkach błąd nowicjusza. Zamiast skupić się na zaklęciu i pchnąć w nie odrobinę siły woli, pomyślałem, że… jest prześliczna i naprawdę mam ochotę się nią zaopiekować. Mimo tego, co o niej wiedziałem, w tym momencie wydała mi się taka… zupełnie niewinna. Zamiast wymusić zaklęciem dotrzymanie obietnicy, stworzyłem między nami magiczną więź, która, co gorsza, nie miałem zielonego pojęcia, na czym polega. Postanowiłem robić dobrą minę do złej gry.  

    – Idziemy? – spytałem puszczając jej rękę. 

    Pospiesznie opuściła pokój, a ja poszedłem za nią. Zaprowadziła mnie do sypialni, w której na łóżku, w zakrwawionej pościeli, leżała bardzo blada, ledwo żywa dziewczyna. Do tej pory łudziłem się, że umrze, zanim zdążymy tu przyjść, ale oczywiście pech musiał prześladować mnie od początku do końca. Kiedy się do niej zbliżyłem, klęczący przy łóżku mężczyzna, niemalże rzucił się na mnie, zagradzając mi drogę. 

    – Uspokój się Daemon – poprosiła księżniczka. – On jej pomoże. 

    Ignorując ich, niechętnie usiadłem na brzegu łóżka. Położyłem rękę na nagim brzuchu dziewczyny.  

    – Zasklep się – mruknąłem skupiając się na tym, by jej narządy wewnętrzne znów wyglądały tak jak powinny. 

    Ból, który nadszedł był oszałamiający. Z trudem chwytałem powietrze. Byłem przekonany, że dziewczyna leży tak spokojnie tylko dlatego, że zielarka podała jej jakieś narkotyczne świństwo. Mnie niestety nikt go nie podał. Skupiłem się na tym, żeby nie osunąć się w ciemność. 

    – Raven? – spytała zaniepokojona księżniczka. 

    – Będzie żyła – warknąłem, gwałtownie wstając. 

    Nie miałem ochoty przebywać tu ani chwili dłużej. Ból nie ustępował. Skupiłem się na tym, żeby jak najszybciej wyjść na korytarz. Dopiero za drzwiami oparłem się plecami o zimną, kamienną ścianę. Pieprzona dziewczyna i jej zachcianki! Co gorsza, nie mogłem sobie wybaczyć, że zachowałem się jak zauroczony szczeniak i popełniłem błąd, którego konsekwencji jeszcze nie znałem. Teraz jednak musiałem skupić się na czym innym. Wiedziałem, że muszę dojść do swojego pokoju, nie miałem tylko pojęcia, jak tego teraz dokonać. 

    Note