Rozdział 3 – Bohaterowie noszą maski
by Vicky
Lilien
Młodzi mężczyźni stoją na placu, a w powietrzu niemal fizycznie czuć ich napięcie. Jestem pewna, że moje pojawienie się dało efekt motyla, ponieważ przed budynkiem Akademii stoi ich aż piętnastu, podczas, gdy w oryginale była ich tylko dwunastka. Uśmiecham się jednak do siebie, widząc, że jednym z dodatkowych chłopaków jest Nathan, któremu, dzięki mojej inwencji, udało się lepiej poznać Sarę.
Dziewczyn zgromadziło się natomiast około pięćdziesięciu. Są tu wszystkie czarodziejki, uczące się w Akademii, które nie mają jeszcze swoich partnerów. Szepczą między sobą podekscytowane, ciekawe, czyje imiona pojawią się na ramionach chłopaków. Padają między nimi różne imiona, ale najcześciej słyszę powtarzające się rozmarzonym głosem imię Cassiana. Mam szczerą nadzieję, że od tego dnia będzie problemem Angelicy i nikt już nie będzie próbował mi dokuczać z jego powodu.
Grupa nauczycieli obserwuje rozwój wydarzeń z pewnego oddalenia. Tylko trener podchodzi bliżej.
— Zdejmijcie koszule — rozkazuje młodzieńcom tubalnym głosem. — Jeśli któraś z was zobaczy swoje imię, może podejść do swojego partnera — tym razem zwraca się w naszą stronę, a dziewczyny, pełne ekscytacji, w odpowiedzi kiwają głowami.
Wpatruję się wyczekująco w Ashera. Choć mam pewność, że w książce na jego przedramieniu pojawiło się imię Lilien, to wcale nie mam pewności, czy moje próby zbliżenia się do niego nie wywołały niechcianych zmian. Obiecuję sobie jednak, że jeśli tak się stało, nie będę tego żałowała. Chcę, żeby Asher lubił mnie, a nie swoje wyobrażenie o Lilien.
Chłopak rozpina czarną koszulę, a potem powoli zdejmuje ją z ramion, zostając jedynie w czarnym bezrękawniku.
Jestem tak podekscytowana, że podskakuję z radości. Podbiegam do niego i obejmuję ramionami jego szyję, a on przytula mnie do siebie, co tylko potęguje moje szczęście.
Po chwili odsuwam się odrobinę. Tylko na tyle, by móc spojrzeć mu w oczy.
— Przyjmuję cię, jako swojego partnera — oznajmiam z entuzjazmem, swoją deklaracją dokańczając łączącą nas, magiczną wieź.
Asher przyciąga mnie do siebie z powrotem i oddycha głęboko. Czuję, jak się odpręża. Dłonią przesuwa po moich włosach, głaszcząc je delikatnie.
— Bałem się, że mnie odrzucisz — szepcze niemal niedosłyszalnie.
— Nigdy nie przyszłoby mi to do głowy — zapewniam go stanowczo, za co nagradza mnie jego cudowny, pełen ulgi, cichy śmiech, który bardziej czuję, niż słyszę, wciąż przytulona do jego torsu.
— Yhym… — słyszę nad sobą znajome chrząknięcie i dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że wokół nas panuje nienaturalna wręcz cisza.
Niechętnie wyswabadzam się z ramion Ashera i pytająco patrzę na Cassiana. Zamieram. Na jego przedramieniu widnieje moje imię. Nie mam pojęcia jak się tam znalazło. Wzrokiem szukam Angelicy, ale ona stoi u boku Lucasa i tak jak inni, wpatruje się w nas jak zaczarowana. Do diaska, co to ma być?!
Przypominam sobie treść powieści „Róże i Zaklęcia” i z niechęcią stwierdzam, że faktycznie były w niej opisane przypadki, kiedy czarodziejka miała więcej niż jednego partnera, były one jednak ekstremalnie rzadkie. Poza tym Cassian był ostatnią osobą, którą chciałam widzieć w tej roli.
Otwieram usta, żeby go odrzucić, ale zamykam je w niemalże tej samej chwili. Czy naprawdę chcę mu to zrobić? Przypominam sobie, co stało się, gdy Lilien w książce odrzuciła Ashera. Chorował potem przez wiele tygodni, wijąc się w nieludzkim bólu, a magia nie pozwalała mu na utratę przytomności. Do tego dochodził ostracyzm społeczny. Odrzucony przez czarodziejkę mężczyzna spadał na margines społeczny. Magia już nigdy więcej nie pozwoli mu na posiadanie partnerki, a żadna niemagiczna kobieta nie będzie w stanie wzbudzić w nim zainteresowania. Miałam ochotę przeklinać. Dlaczego Cassian postawił mnie w takiej sytuacji?! Czemu na jego przedramieniu nie pojawiło się imię Angelicy? Przecież… gardził Lilien. Zawsze robił wszystko, żeby się od niego odczepiła.
Czuję na ramieniu przyjemnie ciepłą rękę Ashera.
— Nie rób mu tego, proszę — szepcze tuż przy moim uchu, a ja jestem zaskoczona, że tak dobrze wyczuł mój nastrój.
Jestem również zaskoczona tym, że staje w obronie swojego rywala.
Przyglądam się uważniej Cassianowi i po raz pierwszy w jego bursztynowych oczach dostrzegam czającą się niepewność. Czuję satysfakcję. Przypominam sobie te wszystkie wredne rzeczy, które robił zakochanej w nim Lilien. Przed oczami przelatują mi obrazy: taca wytrącona z jej rąk, gorące jedzenie rozbryzgujące się na podłodze i jego pogardliwe „to jakieś śmieci”. Kartka z miłosnym wyznaniem darta na strzępy i wrzucona do kosza na jej oczach. Ona klęcząca przed Angelicą, błagająca o wybaczenie za coś, czego nie zrobiła — a on stoi obok i nawet nie mrugnie. Ignorował ją, za każdym razem stawiając na piedestale Angelicę.
Przyjaciel z dzieciństwa, też mi coś! Raczej pieprzony narcyz! Przypominam sobie moment, w którym zmusił Lilien, żeby na kolanach prosiła Angelicę o wybaczenie za coś, czego nie zrobiła.
Nienawidzę go całym sercem, a jednak, moja nienawiść nie jest tak wielka, żeby go z zimną krwią odrzucić.
— Jeżeli chcesz być moim partnerem to uklęknij i błagaj o to, żeby nim zostać — odzywam się chłodno, pewna, że tego nie zrobi.
Cassian przez chwilę wpatruje się we mnie niedowierzająco, a potem spuszcza wzrok. Pada przede mną na kolana. Słyszę wokół falę niedowierzających szeptów.
— Lili, proszę, nie odrzucaj mnie — odzywa się miękko. — Zrobię wszystko, czego tylko sobie zażyczysz, przysięgam — zapewnia.
— Czy już żałujesz, że mnie wybrałeś? — pytam go coraz bardziej zirytowana.
Przecząco kręci głową.
— Nigdy nie będę tego żałował — oznajmia stanowczo. — Jesteś jedyną kobietą, przy której boku pragnę stać. Nie chcę nikogo innego — wyznaje.
Mam ochotę zaśmiać mu się w twarz, ale uspakaja mnie ręka Ashera, który chwyta moją dłoń, zamykając ją w łagodnym uścisku. Wzdycham.
— Cassianie, przyjmuję cię, jako swojego partnera — oznajmiam niechętnie, czując przepływającą między nami magię. — Chodźmy stąd — zwracam się błagalnie do Ashera, a on, wciąż nie puszczając moje dłoni, toruje nam drogę przez tłum.
Oddycham z ulgą dopiero, kiedy zamykają się za nami drzwi mojego pokoju w Internacie. Chłopak siada na łóżku, sadzając mnie sobie na kolanach. Przytula mnie do siebie opiekuńczo.
— Dobrze zrobiłaś, przyjmując Cassiana — odzywa się cicho.
— Gdybyś wiedział, jakim jest dupkiem, to może nie byłoby ci go żal — mruczę.
Asher śmieje się cicho, a ja tonę w jego śmiechu, zachwycona, że słyszę go już drugi raz tego samego dnia.
— Źle mnie zrozumiałaś — oznajmia, odgarniając z mojej twarzy niesforne kosmyki włosów. — Nie jestem altruistą i zupełnie nie obchodzi mnie, co mogłoby się stać z Cassianem. Jest jednak silny, a jego ród jest potężny — wyjaśnia. — Dobrze, że został twoim sojusznikiem.
Przez chwilę rozważam jego słowa i wiem, że ma rację. Nikt nie mówił, że nauka w Akademii będzie łatwa i bezpieczna, ani, że życie czarodziejek do takich należy.
— Masz rację — przyznaję niechętnie.
— Możesz go też ukarać w inny sposób — sugeruje Asher, a ja na chwilę zamieram, gdy zbliża usta do moich ust.
Całuje mnie z początku delikatnie, a potem coraz bardziej stanowczo. Odwzajemniam jego pocałunek, a całe moje ciało przechodzi przyjemny dreszcz. Określenie tego uczucia jako fajerwerków byłoby zdecydowanym niedopowiedzeniem. To raczej… wybuch supernowej, który rozświetla całą galaktykę. Z głowy ulatują mi jakiekolwiek inne myśli. Kochałam Ashera, zanim go jeszcze poznałam, kiedy był dla mnie wyłącznie fikcyjną postacią, a teraz siedzę mu na kolanach, całując się z nim zachłannie. Zdecydowanie do szczęścia nie potrzebuję niczego więcej.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Siedzę przy ścianie, pod drzwiami jej pokoju, chowając głowę w ramionach. Ból jest tak przejmujący, że chce mi się wymiotować. Z trudem chwytam powietrze, kiedy na moim ciele pojawiają się kolejne siniaki i zadrapania. Naprawdę nie sądziłem, że Lilien aż tak bardzo mnie nienawidzi… Nie mam ochoty sobie wyobrażać, co robi teraz z Asherem, ale przeszywający mnie ból świadczy o tym, że z pewnością nie rozmawiają.
Kiedy na chwilę ustaje, udaje mi się wziąć dwa głębsze wdechy, zanim zalewa mnie kolejna fala. Czemu wszystko tak cholernie się pochrzaniło?!
Jeżeli mam być szczery, to sam przed sobą muszę przyznać, że faktycznie, jeszcze dwa miesiące temu, ciągła obecność Lilien mocno mnie męczyła. Kiedy jednak zobaczyłem, jak z ukrycia przygląda się Asherowi, to było… jakbym obudził się z głębokiego snu. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, jaka Lili jest piękna i zapragnąłem przyciągnąć ją do siebie i nigdy nie wypuszczać jej z ramion. Potem okazało się, że jej charakter zupełnie się zmienił. Stała się pełna życia, złośliwa, jaśniała cudownym blaskiem, nie potrafiłem oderwać od niej wzroku. I wtedy, jak na ironię, nasze role się odwróciły. To ja zacząłem za nią biegać, jak wierny pies, a ona wyraźnie dawała mi do zrozumienia, jak bardzo męczy ją moja obecność.
Dochodzę do wniosku, że zasłużyłem sobie na wszystko, co dzieje się teraz i dziękuję bogom, że Lili mnie nie odrzuciła.
Gdy nadchodzi kolejna fala bólu, nie potrafię powstrzymać mdłości.
Oddałbym wszystko, żeby znaleźć się teraz na miejscu Ashera. Zdążyłem się już pogodzić z tym, że nie będę jej miał na wyłączność, ale zrobię co w mojej mocy, żeby w ogóle mnie do siebie dopuściła.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Robi się coraz ciekawiej. Nie mam pojęcia, kim tak naprawdę jest dziewczyna, która pojawiła się w moim życiu przed dwoma miesiącami, ale jedno wiem na pewno — jest moja i nie zamierzam tego zmieniać. Zamierzam natomiast dostosować do nowej sytuacji moje plany. Pojawienie się Cassiana może być tykającą bombą, ale równie dobrze może stać się moim asem w rękawie. Oczywiście pod warunkiem, że wystarczająco dobrze uda mi się wszystko rozegrać.
Łagodnie zsuwam śpiącą Lili ze swojego ramienia i przykrywam ją kołdrą. Wstaję bezszelestnie, żeby jej nie obudzić. Jej bliskość jest niesamowita. Praktycznie niczego nie robiliśmy, a i tak czuję przypływ nowej, niezwykłej siły.
Biorę szybki prysznic i wkładam czyste ubranie, a potem wychodzę na korytarz. Patrzę na siedzącego pod drzwiami Cassiana. Jestem pewien, że był tu przez całą noc. Wygląda tragicznie. Ma wymięte ubranie i bladą skórę. Gdy podnosi na mnie wzrok, widzę jego podkrążone oczy.
— Ogarnij się — rzucam brutalnie. — Chcesz, żeby zobaczyła cię w takim stanie?
Cassian zaciska szczękę, ale powoli podnosi się z podłogi.
— Nie zamierzam się od niej oddalać — szepcze.
Kiwam głową.
— W jej pokoju są moje zapasowe ubrania, umyj się i się przebież — to największy akt łaski względem niego, na jaki potrafię się zdobyć. — Tylko postaraj się jej nie obudzić, jest zmęczona — dorzucam cierpko, wiedząc, jak niedwuznacznie to zabrzmi.
Schodzę po kamiennych schodach i wychodzę na dwór. Krzywię się na widok budynku, z którego wyszedłem. Lili zdecydowanie nie powinna tu mieszkać i najwyższy czas to zmienić.
Kwadrans później staję przed moją willą i jestem gotowy do odegrania swojej roli. Jestem pewien, że przyniesie mi sporo satysfakcji.
Drzwi otwiera mi stary lokaj. Na jego twarzy przez ułamek sekundy pojawia się zaskoczenie, które natychmiast maskuje ukłonem.
— Paniczu.
Nie odpowiadam. Wchodzę do środka powoli, zdejmując kurtkę i rozglądając się po holu. Wszystko jest takie, jak zapamiętałem — marmurowa podłoga, wysokie okna, herb Imperium nad schodami i ta sama, duszna cisza, w której kiedyś uczyłem się chodzić tak, żeby nie było mnie słychać.
Słyszę kroki. Z bocznego korytarza wychodzi ochmistrzyni. Za nią pojawia się jeszcze kilka osób. Wszyscy patrzą na mnie z napięciem, którego nawet nie próbują ukryć. Doskonale. Zatrzymuję się na środku holu i splatam dłonie za plecami.
— Spakujcie swoje rzeczy — mówię spokojnie. — Macie godzinę, żeby opuścić ten dom.
Przez kilka sekund nikt się nie odzywa. W końcu ochmistrzyni prostuje się i patrzy na mnie z wymuszoną uprzejmością.
— Paniczu, obawiam się, że nie możemy tego zrobić bez zgody Jej Wysokości.
Uśmiecham się lekko.
— Jej Wysokość nie ma tu nic do powiedzenia — odpowiadam z satysfakcją. — Od wczoraj nie należę już do Imperium. Prawo jest w tej kwestii bardzo jasne. Wszystko, co jest moje, przestaje podlegać władzy dworu. Łącznie z tą willą.
Widzę, jak kilka osób blednie.
— Oczywiście — dodaję po chwili — możecie spróbować tu zostać. Wtedy będę zmuszony uznać was za szpiegów Imperium na terenie należącym do partnera czarodziejki.
Za moimi plecami materializuje się ogromny, biały tygrys. Moja wrodzona moc, która obudziła się, dzięki połączeniu się z Lilien. Jestem bardzo ciekawy, czy będę miał szansę ją wypróbować.
Cisza, która zapada, jest gęsta i ciężka. Służba cofa się z przerażeniem. Ochmistrzyni zaciska usta.
— To dom Jego Cesarskiej Mości — mówi cicho.
— Nie — poprawiam ją spokojnie. — To był prezent dla jego syna, a prezenty należą do obdarowanego.
Patrzę jej prosto w oczy i pozwalam, żeby zobaczyła w moim spojrzeniu dokładnie to, co chcę, żeby zobaczyła.
— Godzina — powtarzam cicho. — Kiedy minie, nie gwarantuję waszego bezpieczeństwa.
Odwracam się i ruszam w głąb domu, nie sprawdzając, czy mnie posłuchają, wiem, że i tak to zrobią. Strach jest znacznie skuteczniejszy niż lojalność.
Wchodzę po schodach na piętro i kieruję się do gabinetu. Otwieram drzwi i przez chwilę stoję w progu, patrząc na pomieszczenie, w którym spędziłem większą część życia. Meble są antyczne i ciężkie, może powinienem się ich pozbyć? Pod ścianą stoją regały z książkami, a przy biurku skórzany fotel. Na środku pomieszczenia znajduje się kanapa o ciemnym obiciu, a przy niej kawowy stolik. Zdecydowanie nic tutaj nie jest niezastąpione.
Podchodzę do biurka i powoli przesuwam palcami po jego blacie. W myślach wracają obrazy, których wolałbym nie pamiętać — zimna woda wylewana na mnie za najmniejsze przewinienie, godziny klęczenia na kamiennej posadzce, cisza przy stole, kiedy nie wolno było się odezwać, i jej głos, spokojny, elegancki, kiedy mówiła, że bękart powinien znać swoje miejsce.
Krzywię się lekko.
— Już znam — mruczę pod nosem.
Otwieram szufladę i wyjmuję plik dokumentów. Przez ostatnie lata przygotowywałem się na różne scenariusze. Nie spodziewałem się tylko jednego — że w moim planie pojawi się Lilien.
Zamykam szufladę i opieram dłonie o biurko, pochylając głowę. Dwa miesiące temu miała być tylko narzędziem. Sposobem, żeby wyrwać się spod wpływów dworu i zbudować własną pozycję, niczym więcej. Teraz wszystko się skomplikowało. Prostuję się powoli i biorę głęboki oddech.
— Trudno — mówię cicho do pustego pokoju. — W takim razie dostosuję swój plan do nowego scenariusza.
Podchodzę do okna. Na podjeździe widzę pierwsze powozy — służba już zaczyna się pakować. Idzie im całkiem sprawnie. Widocznie jednak potrafią pracować, kiedy mają odpowiednią motywację.
Lilien nie może zostać w Internacie. To miejsce jest zbyt słabo chronione, za łatwo dostępne i pełne ludzi, którzy za odpowiednią cenę powiedzą wszystko każdemu. Tutaj będzie bezpieczniejsza, a ja będę miał wszystko pod kontrolą.
Natomiast jeśli chodzi o Cassiana… Uśmiecham się lekko, patrząc na ogród. Cassian jest problematyczny, ale jest też silny, lojalny i desperacko zakochany, a zdesperowani ludzie są przewidywalni. Wystarczy dać im nadzieję i jasno określić zasady. Oczywiście, że sobie z nim poradzę.
Odwracam się od okna i idę w kierunku drzwi. Czas wrócić po Lili. Moja mała czarodziejka nie ma jeszcze pojęcia, jak bardzo od wczoraj zmieniło się jej życie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Budzę się z przyjemnego snu i przeciągam, wciąż odrobinę zaspana. Cudownie było zasypiać w ramionach Ashera. Teraz z żalem stwierdzam, że nie ma go obok mnie. Siadam i rozglądam się po pokoju. Ku mojemu zdumieniu zauważam siedzącego przy biurku Cassiana.
— Cześć, co tu robisz? — pytam spokojnie, bo jestem pewna, że tego dnia nawet jemu nie uda się popsuć mi humoru.
Wzrusza ramionami.
— Przyzwyczajaj się — odpowiada bez emocji.
Chwilę później oddycham z ulgą, ponieważ do pokoju wchodzi Asher. Myję się i ubieram pospiesznie, bo tego dnia mamy wolne i liczę na to, że jakoś fajnie spędzimy ten czas. Chłopak mnie nie zawodzi. Przed budynkiem czeka na nas elegancki powóz, a ja przypominam sobie, że po tej stronie, elektronika nie działa, co jest spowodowane nadmiarem iskrzącej się w powietrzu mocy. Zatrzymujemy się pod jedną z luksusowych restauracji, w której jemy śniadanie. Jestem tak szczęśliwa, że nie przeszkadza mi nawet obecność ponuro milczącego Cassiana.
— Gdzie jesteśmy? — pytam, kiedy po śniadaniu wysiadamy przed rozległą rezydencją.
Asher obejmuje mnie ramieniem.
— To mój dom — odpowiada swobodnie. — Myślę, że będzie nam tutaj wygodniej mieszkać, niż w twoim pokoju w internacie — wyjaśnia.
— Och! — nie mogłabym być bardziej zaskoczona, zupełnie nie przyszło mi do głowy, że przecież od teraz będziemy razem mieszkali.
Pomysł zdecydowanie mi się podoba!
Chłopak oprowadza mnie po posiadłości, wycieczkę kończąc na swoich rozległych — a może powinnam teraz powiedzieć naszych — pokojach. Wnętrza są stylowe i eleganckie, ale z mojej perspektywy sprawiają wrażenie antycznych. To dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, bo w książce, Angelica mieszkała oczywiście u Cassiana, w nowoczesnym, doskonale znanym mi świecie i to jego posiadłość była w niej szczegółowo opisana.
Po południu schodzimy na najniższe piętro, gdzie znajduje się duży, klimatycznie oświetlony basen, a w sąsiednim pomieszczeniu łaźnia z parującą wodą. Mam na sobie przygotowany przez Ashera strój kąpielowy, w którym powoli zanurzam się w wodzie. Cassiana nie ma nigdzie w pobliżu, co wprawia mnie w jeszcze lepszy nastrój.
Asher wchodzi do środka, a ja natychmiast podpływam ku niemu. Chłopak odwraca się, żeby odłożyć ręcznik. Widzę jego plecy i przeszywa mnie zimny dreszcz. Jestem przerażona. Wzdłuż nich przebiegają zarówno świeże, jak i już zupełnie wyblakłe, podłużne blizny. Są ich dziesiątki.
W jednej chwili podciągam się na rękach i wychodzę na brzeg basenu. To o czym tylko czytałam w powieści jest teraz realne i musiało dziać się tuż pod moim nosem, a ja nawet niczego nie zauważyłam. Całą sobą nienawidzę rodziny Ashera, ale to teraz niczego nie zmieni.
Podchodzę do niego powoli. Rozpuszczam zwinięte dotąd w niesforny kok włosy, wyciągając z nich ostro zakończoną, długą japońską szpilkę. Szpiczastą końcówkę stanowczo przykładam do opuszka palca, tak, żeby zaczęła sączyć się z niego krew.
— Ash — odzywam się łagodnie, stając przy nim.
Odwraca się ku mnie, a ja unoszę dłoń i dotykam krwawiącym palcem jego warg, wyswabadzając łączącą nas magię. Przyglądam się jej zauroczona. Krew wypływa, zmieniając się w czerwone motyle, które jeden po drugim siadają na jego ciele, po czym częściowo wnikają w skórę, a częściowo rozpraszają się, w drobny, iskrzący się pył. Są przepiękne!
Efekt również jest niesamowity. Szramy znikają bez śladu, jego skóra staje się czysta i gładka, jakby nigdy nikt go nie skrzywdził. Magia jest cudowna!
Asher przygląda mi się przez chwilę, zupełnie zaskoczony, a potem przyciąga mnie do siebie, pochyla się i całuje mnie w usta. Jego pocałunek nie jest ani trochę delikatny, jest stanowczy i pełen pasji. Odwzajemniam go zachwycona, czując jak całe moje ciało przeszywają przyjemne dreszcze. Jestem pewna, że tym razem to nie wystarczy. Pragnę go całą sobą i chcę od niego zdecydowanie więcej!