Rozdział 1 – Bohaterowie noszą maski III
by Vicky
Cassian
Budzę się i natychmiast widzę coś, czego nigdy nie chciałem zobaczyć. Czuję mdłości i z gardłem pełnym żółci biegnę do łazienki. Pierwsze, co robię, to zwracam wszystko, co miałem w żołądku. Ostry smak wymiocin pali mnie w przełyk, ale to nic. Nic w porównaniu z tym, co dzieje się w mojej głowie.
Feniks jest w pełni przebudzony. I jest… rozbawiony.
„No proszę, Cassian… znowu wymiotujesz?” — szepcze mi prosto do czaszki tym swoim leniwym, lekko znudzonym tonem. — „Przecież to tylko zabawa. Nie psuj mi frajdy.”
Widzę to jego oczami. Klęczy nad Maelem w ciemnej komnacie opuszczonej wieży w środku lasu, tej samej, do której kiedyś Mael porwał Lili. Mael jest przywiązany łańcuchami do metalowego krzesła, a kontrakt z Królową Piekła płonie na jego szyi czarnym, pulsującym znakiem. Niewolnik. Mój niewolnik.
Feniks uśmiecha się niemal czule.
— No już, Blackthorn… — mówi głosem lekkim i prawie przyjaznym. — Nie ruszaj się tak. Zepsujesz mi całą zabawę.
„Widzisz, Cassian? On naprawdę myślał, że może ją mieć. Śmieszne, prawda?”
Jego palce wbijają się w lewe oko Maela. Nie wbija ich z wściekłością. Robi to powoli, z ciekawością, jakby sprawdzał, jak daleko da się posunąć zanim coś pęknie. Gałka oczna wychodzi z mokrym, obrzydliwym plaśnięciem.
„Piękna, prawda? Wspaniałe, błękitne niebo w środku jego głowy. Chcesz drugie? Ja chcę drugie.”
Mael nie krzyczy już. Tylko charczy — gardło ma zdarte do żywego mięsa.
Feniks podnosi gałkę na palcu i obraca ją w świetle jednej żarówki.
— Patrz, jaka śliczna… — szepcze radośnie na głos.
„Nie odwracaj wzroku, Cassian. To dla ciebie. Dla nas. Żeby pamiętał, kto tu naprawdę rządzi.”
Druga ręka Feniksa ląduje na prawym oku Maela. Tym razem nie jest delikatny. Wbija kciuk głęboko, aż po knykieć, i obraca. Mael w końcu wydaje dźwięk — nieludzki, zduszony skowyt, który odbija się echem po piwnicy. Krew spływa mu po policzkach jak czarne łzy.
„Słyszysz to?” — szepcze Feniks w mojej głowie, wyraźnie rozbawiony. — „To dźwięk, kiedy ktoś myśli, że może mi coś zabrać. Fajny dźwięk. Lubię go.”
Feniks przywołuje do siebie niewielki, jasny płomień. Kieruje go prosto do otwartego, pustego oczodołu Maela. Syczenie. Smród spalonego mięsa i nerwów. Mael drży konwulsyjnie, ale łańcuchy trzymają go mocno.
„Pachnie jak grzanki, nie sądzisz? Chcesz spróbować? Nie? No trudno… ja lubię, kiedy pachnie strachem.”
Feniks wzdycha z zadowoleniem, jakby właśnie skończył malować obraz.
— Ciii… — pochyla się i głaszcze zakrwawione czoło Maela, jakby uspokajał dziecko. — To tylko chwilowe. Lili nie może się dowiedzieć, prawda? Nie może zobaczyć, jak bardzo cię… uszkodziłem.
„Bo jak się dowie, to będzie smutna. A my nie lubimy, kiedy Kochanie jest smutna. Prawda, Cassian?”
W końcu Feniks kładzie dłoń na torsie Maela. Kontrakt na jego szyi rozjarza się czarnym ogniem. Magia Królowej Piekła płynie przez palce Feniksa — ciemna, lepka, obrzydliwa. Rany zasklepiają się z mokrym mlaśnięciem. Oczodoły wypełniają się na nowo. Skóra regeneruje się, jakby nigdy nic. Po kilku sekundach Mael siedzi cały. Oddycha. Żyje. Tylko w jego stalowoszarych oczach zostaje coś… martwego.
Feniks wstaje, otrzepuje ręce i uśmiecha się tym samym, słodkim, dziecięcym uśmiechem.
— No widzisz? — mówi czule na głos. — Jak nowy. Lili nigdy się nie dowie. A ty… będziesz pamiętał, żeby jej nie dotykać.
Osuwam się na kafelki łazienki, drżąc. Wymiotuję znowu. Tym razem już tylko żółcią i śliną. Wiem, że to jeszcze nie koniec. Feniks dopiero się rozkręca.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Siedzimy w kawiarni przy oknie wychodzącym na wewnętrzny dziedziniec Uniwersytetu. Lili śmieje się z czegoś, co właśnie powiedział Asher, a ja mechanicznie kiwam głową i podnoszę filiżankę do ust. Kawa jest gorąca, gorzka i idealnie normalna.
W środku głowy mam piekło. Feniks jest w pełni przebudzony i właśnie się bawi. Widzę to tak wyraźnie, jakby stał obok mnie. Opuszczona wieża strażnicza na skraju lasu za Akademią — ta sama, z której kiedyś korzystał Mael. Teraz jest jego prywatnym placem zabaw. Czarne runy na ścianach pulsują delikatnym, złotawym blaskiem — nie ogniem zniszczenia, tylko ciepłym, niemal świętym światłem. W powietrzu unosi się ciężki zapach kadzidła i kwiatów lilii.
Catharina Blackthorn klęczy na samym środku zimnej kamiennej posadzki. Siostra Maela. Dawniej lodowata, arystokratyczna suka, która patrzyła na wszystkich z góry. Teraz patrzy na Feniksa jak na boga. Obok niej klęczy jej partner — Elias Veyron. Surowy, ciemnowłosy, z rodu równie starego i zimnego jak Blackthornowie. Twarz ma jak wykutą z marmuru. Nawet klęcząc wygląda, jakby oceniał, czy warto umrzeć za swojego pana.
Feniks siedzi na starym, kamiennym tronie, leniwie opierając brodę na dłoni. Na kolanach ma Pisklaka — Ivory — otuloną swoją marynarką od mundurka, z głową wtuloną w jego tors. Głaszcze ją po włosach powoli, czule, jakby była z porcelany.
— Mój mały Pisklak — mruczy do niej miękko, całując skroń. — Nie bój się. Oni po prostu lubią wielbić. To ich ulubiona zabawa.
Pisklak kiwa głową, ale jej palce zaciskają się na jego koszuli. Feniks podnosi wzrok na klęczących wyznawców i uśmiecha się tym swoim leniwym, uroczo szalonym uśmiechem.
— Catharino, moja droga — mówi słodko. — Opowiedz mi jeszcze raz, jak pięknie wyglądała Lili w twojej wizji. Lubię tę część, gdzie wszyscy padali na kolana i szeptali jej imię jak modlitwę.
Catharina unosi głowę. Oczy ma błyszczące fanatycznym blaskiem.
— Było… niesamowite, panie. Widzieliśmy ją w blasku, jak żywy płomień i jednocześnie najdelikatniejszy kwiat. Płonęliśmy razem z tobą, a ty pokazałeś nam, jak wielbić ją z daleka. Jak dzieci w świątyni. Pozwoliłeś nam na to, uratowałeś nas.
Feniks parska w mojej głowie, wyraźnie rozbawiony.
„Ja tylko uznałem, że będzie zabawniej, jeśli przeżyją i będą mieli co wielbić. Niech myślą, że to miłosierdzie. Ludzie uwielbiają miłosierdzie. Ciekawe… czy Kochanie też by się tak śmiała, gdyby wiedziała, ile par oczu patrzy na nią z cienia?”
Elias Veyron klęczy obok, milczący i nieruchomy. Tylko jego dłoń drży lekko na kolanie. Feniks zauważa to i uśmiecha się jeszcze szerzej — tym uroczo szalonym uśmiechem, który zawsze zapowiada, że zaraz zrobi coś… ciekawego.
— Elias… mój drogi. Chcesz coś powiedzieć?
— Nie, panie — odpowiada tamten martwym głosem.
— Dobrze — Feniks głaszcze Pisklaka po włosach, jednocześnie patrząc na chłopaka. — Bo pamiętasz, co powiedziałem. Nikt nie zbliża się do Kochania bez mojego wyraźnego pozwolenia. Wielbicie ją z daleka. Z szacunkiem. W ciszy. Tylko gdy będzie w niebezpieczeństwie, wtedy macie prawo paść jej do stóp i spalić wszystko, co jej zagraża. Inaczej… macie być niewidzialni.
Pisklak wtula się mocniej w jego tors. Feniks całuje ją w czubek głowy.
— Nie bój się, Pisklaku — szepcze tak cicho, że tylko ona i ja słyszymy — Oni po prostu lubią się bawić. A ja lubię, kiedy bawią się w wielbienie jej.
„Cudownie jest patrzeć, jak siedzisz teraz obok Kochania i udajesz, że wszystko jest normalne…” — szepcze Feniks w mojej głowie, leniwie i z autentyczną radością. — „Czuję, jak jej dłoń muska nasze ramię. Jak ona się do nas nachyla. To jest… rozkoszne.”
Lili w kawiarni dotyka mojego ramienia.
— Cassian? Wszystko w porządku?
Uśmiecham się do niej. Uśmiech wychodzi prawie normalnie. Jestem pewien, że byłaby… bardzo niezadowolona.
— Tak, tylko… kawa jest trochę za mocna.
W wieży Feniks wstaje, ostrożnie sadza Pisklaka z powrotem na tronie i podchodzi bliżej do Cathariny. Zatrzymuje się dwa kroki przed nią i patrzy z góry.
— Jesteś moją ulubioną zabawką — mówi czule. — Nie zawiedź mnie. Wielbijcie ją dobrze. Z daleka. Z czcią. I nigdy, przenigdy nie zbliżajcie się bez powodu.
Catharina drży z oddania.
„A ty, Cassian…” – dodaje Feniks w mojej głowie, rozbawiony do granic – „…przestań wreszcie tak się spinać. To tylko zabawa. Najlepsza, jaką mieliśmy od bardzo, bardzo dawna. I pomyśleć, że Kochanie siedzi teraz obok nas… taka ciepła. Taka prawdziwa. Cudownie, prawda?”
Stawiam filiżankę na stoliku. Ręka mi drży tylko odrobinę. Lili i Asher śmieją się z czegoś, co właśnie powiedziałem — nie pamiętam co to było. Siedzę obok nich, uśmiecham się i czuję, jak w opuszczonej wieży strażniczej za Akademią Feniks właśnie zaczyna kolejną rundę swojej „zabawy”. Wiem, że on naprawdę nie uważa tego za coś niewłaściwego. Dla niego to po prostu… ciekawsze niż nuda.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ivory
Siedzę w ławce w trzecim rzędzie i czuję, że zaraz się rozpłaczę. Albo roześmieję. Albo jedno i drugie naraz.
Emily siedzi obok mnie, tak blisko, że jej ramię prawie dotyka mojego. Od trzech dni jest moją „oficjalną koleżanką z ławki”. Sama się tak ogłosiła. Z pierwszego roku, tak jak ja. Ma jasne włosy i oczy, które błyszczą jak u kogoś, kto właśnie zobaczył anioła.
— Opowiedz mi jeszcze raz — szepcze, pochylając się tak nisko, że jej oddech łaskocze mnie w ucho. — O tym, jak Feniks wziął cię na ręce podczas ataku demonów. Jak wyglądał, kiedy płomienie tańczyły mu wokół ramion. Proszę, Ivy…
Nazywa mnie zdrobniale, jakbyśmy przyjaźniły się od dawna. Czuję, jak policzki mi płoną. Chcę jej powiedzieć, żeby przestała i że boję się, kiedy tak na mnie patrzą.
Zamiast tego uśmiecham się nieśmiało.
— Był… ciepły. I śmiał się — szepczę. — Mówił, że płomienie są piękne, kiedy się na nie patrzy z odpowiedniej perspektywy.
Emily wzdycha jakby była zakochana. Jej oczy robią się szkliste.
W tym samym momencie drzwi klasy otwierają się cicho. Do środka wchodzi troje wyznawców — dwóch chłopaków i jedna dziewczyna, wszyscy z pierwszego roku. Wszyscy z małym, złotym sercem przebitym płomieniem na klapach mundurka. Nie mówią ani słowa. Po prostu podchodzą do mojej ławki.
Jeden z chłopaków — wysoki, milczący, z blizną na szczęce — bez pytania bierze mój plecak i zarzuca go sobie na ramię. Drugi kładzie na ławce gorącą kawę z kawiarni i małe, idealnie zapakowane czekoladowe ciastko. Dziewczyna poprawia mi krzesło, jakby bała się, że mogę się przewrócić.
— Dziękujemy, że jesteś — mówi cicho, z szacunkiem, którego nie rozumiem.
Czuję, jak żołądek mi się skręca. Przeraziłam się. Naprawdę. Ale jednocześnie… ktoś w końcu na mnie patrzy. Ktoś mnie zauważa. Nie jestem już tylko „tą cichą z końca klasy”, „tą, którą trzeba chronić”. Jestem Pisklakiem. Jestem kimś ważnym. Kimś, kto stoi obok Feniksa, który stworzył cały ten… kult.
Emily nachyla się jeszcze bliżej.
— Widzisz? Oni wszyscy wiedzą. Wiedzą, że jesteś najbliżej niego. Że on cię chroni. Że ty… jesteś jego ulubienicą.
Chcę powiedzieć, że to nie tak. Feniks po prostu jest dla mnie miły, bo jestem mała i boi się, że się zepsuję, ale nie mówię tego. Zamiast tego biorę kawę i uśmiecham się — tym samym niepewnym, ale szczerym uśmiechem, którym zasłaniam wszystko, co we mnie drży.
— Dziękuję — szepczę.
Chłopak z blizną kiwa głową, jakby właśnie spełnił największe marzenie życia.
W korytarzu za drzwiami klasy ktoś próbuje mnie minąć za szybko i niechcący trąca moje ramię. Natychmiast dwóch wyznawców z pierwszego roku pojawia się jak z powietrza. Jeden z nich łapie chłopaka za kołnierz i przyciska do ściany.
— Uważaj, jak chodzisz przy niej — mówi cicho, ale tak, że cała klasa zamiera.
Chłopak blednie i mamrocze przeprosiny. Czuję, jak serce mi wali. Jestem przerażona. Ale jednocześnie… czuję się jak w niebie. Ktoś mnie chroni. Ktoś mnie zauważa. Ktoś przynosi mi kawę i ciastko tylko dlatego, że Feniks kiedyś powiedział, że lubię czekoladę.
Emily ściska moją dłoń.
— Opowiedz mi o nim coś jeszcze — prosi szeptem. — O tym, jak Feniks na ciebie patrzy. Proszę, Ivy.
Biorę głęboki oddech i uśmiecham się szerzej. Niech radość będzie tym, co zasłania strach. Wiem, że jeśli przestanę się uśmiechać… to wszystko, co się dzieje, stanie się nagle bardzo, bardzo prawdziwe.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Zaczyna się trzeci rok w Akademii Róż i Zaklęć. Od pół roku naprawdę nic szczególnie niepokojącego się nie dzieje i właśnie to jest najbardziej niepokojące. W dalszym ciągu nie wierzę, że udało nam się uniknąć wszystkich niebezpieczeństw i jestem przekonana, że prędzej czy później wydarzy się coś złego.
Mael jest jak cień — zawsze obecny, ale nigdy nie rzuca się w oczy. Czuję go przez magiczną więź jak cichy, uparty szum w tle. Sama więź wciąż istnieje. Nie udało mi się jej zerwać, choć próbowałam. On też nie zamierza odpuścić — powtarza to za każdym razem, gdy rozmawiamy.
Wiem, że absolutnie nie powinnam czuć wobec niego niczego poza gniewem. Wszystko, co się stało, to jego wina. A jednak… wyrzuty sumienia gryzą mnie za każdym razem, gdy wyczuwam przez więź, jak bardzo jest osłabiony. I dlatego, mimo że wiem, że to błąd, od czasu do czasu, bardzo, bardzo oszczędnie, dzielę się z nim odrobiną swojej energii. Tylko tyle, żeby nie słabł. Tylko tyle, żeby nie cierpiał.
Asher i Cassian, a zwłaszcza Feniks są z tego powodu wyraźnie niezadowoleni. Widzę to w ich oczach, czuję w napięciu ich ciał, gdy wyczuwają najmniejszy ślad magii płynącej w jego stronę. Ale ja… ja nie potrafię tego żałować. Bo to właśnie dzięki Maelowi udało mi się przezwyciężyć największe lęki przed walką i widokiem krwi. Jest wygodny. Nie osądza. I kiedy mam ochotę się wygadać — naprawdę wygadać, bez filtra i bez strachu, że kogoś zranię — to idę właśnie do niego. Nie obchodzi mnie, co o mnie pomyśli ani czy go to zmartwi. On zawsze wie, co powiedzieć. Zna mnie zbyt dobrze. Czasem aż za dobrze. Od czasu wspólnych Świat w Aplach to właśnie on jest tym, do kogo idę, gdy wszystko się we mnie kotłuje.
Nie tylko jednak to się zmieniło.
Ivory ma teraz nowych znajomych. Naprawdę się cieszę. Tylko… wszyscy oni pochodzą z północy. Kiedy zapytałam o to Maela, spojrzał na mnie tymi swoimi stalowymi oczami i powiedział spokojnie, że nie ma z tym nic wspólnego. I wiem, że nie kłamie — z powodu więzi nie jest w stanie mnie okłamać.
Idziemy szerokim korytarzem Akademii. Wtulam się mocniej w ramię Ashera, czując pod policzkiem ciepło jego ciała. Nawet tutaj, w środku dnia, czuję ogromną potrzebę bycia blisko niego. Jego obecność jest dla mnie kojąca — spokojna, pewna, prawdziwa.
Feniks, oczywiście, nie ma zamiaru odpuścić. Idzie po mojej drugiej stronie i co chwilę muska palcami mój bok, moją talię, włosy, jakby nie mógł wytrzymać nawet kilku sekund bez dotyku. Jest sobą w pełnej krasie — leniwy, zaborczy i absolutnie nie przejmujący się tym, że jesteśmy na korytarzu pełnym ludzi.
— Kochanie… — szepcze mi prosto do ucha, pochylając się tak blisko, że jego oddech łaskocze moją szyję. — Pachniesz dzisiaj wyjątkowo słodko.
Unoszę dłoń i delikatnie głaszczę jego włosy, a on mruczy z zadowolenia.
— Asher — zaczyna niespodziewanie. — Mam propozycję… umowa jest prosta — mówi tym swoim leniwym, rozbawionym tonem. — Każdy z nas dostaje jeden dzień sam na sam z Nią. Bez drugiej osoby. Bez wtrącania się.
Asher odpowiada chłodno, ale czuję napięcie w jego ramieniu, w które się wtulam.
— I co ty na tym zyskujesz?
Doskonale rozumiem jego niepokój. Do tej pory Feniks miał problemy z zostawieniem nas sam na sam nawet na godzinę, a co dopiero na cały dzień.
— Czas — odpowiada Feniks słodko. — I szansę, żeby Kochanie w końcu zobaczyła, jak bardzo mogę być… dobry.
Nie chcę nawet myśleć, co Feniks tak naprawdę kombinuje. Znam go na tyle dobrze, że wiem — za każdym razem, gdy jest taki uroczy i „rozsądny”, coś knuje. Wtulam twarz głębiej w ramię Ashera, na chwilę zamykając oczy. Trzeci rok dopiero się zaczął, a ja już czuję, że ten pozorny spokój lada moment wybuchnie mi w twarz.