Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.
    Chapter Index

    Bohaterowie noszą maski

    Stoję w cieniu starego portyku na kampusie Uniwersytetu Sorbońskiego, tam gdzie jesienne liście zbierają się w złote kałuże. Wiatr jest zimny, ale ja go nie zauważam. Czuję tylko jedno — bicie jej serca, które od kilku minut znowu bije w rytmie mojego. Więź wróciła do swojego pierwotnego stanu.

    Tatuaż na moim przedramieniu pali żywym srebrem. Linie stają się ostre, głębokie, pulsujące. Czuję ją całą — jej gniew, ulgę, wściekłość tak gorącą, że aż parzy. Feniksowi się udało. Zalewa mnie tak ogromna ulga, że niemal miękną pode mną nogi.

    Potem wreszcie ją widzę. Lili wychodzi z budynku wydziału biochemii. Wiatr rozwiewa jej włosy. W jednej chwili jej oczy spotykają moje i świat staje w miejscu. Torba spada jej z ramienia prosto na mokre liście. Czarodziejka podbiega do mnie. Wpada we mnie z taką siłą, że aż cofam się o krok. Jej dłonie wbijają się w moją kurtkę, zaciskają na materiale tak mocno, że słyszę trzask szwów. Wtula twarz w mój tors i z pewnością nie jest to delikatne przytulenie. Jest wściekłe, głodne, desperackie. Oplatam ją ramionami i przyciągam do siebie mocno, stanowczo, pragnąc ukryć ją przed całym światem.

    — Ten skurwiel… — warczy mi prosto w koszulę, a jej głos drży z czystej, palącej furii. — On mi wmówił, że jest moim chłopakiem. Miałam wspomnienia o tym, jak jesteśmy razem, że go kocham. Dalej je mam, chociaż teraz, te nieprawdziwe, niemal zupełnie wyblakły. Ja pierdolę, Asher… ja go prawie pokochałam!

    Jej ciało drży z nietłumionego już gniewu. Wiem, że tak jak ja, czuje ulgę, tak wielką, że aż boli. Pojawia się w niej ta sama mroczna, wybuchowa energia, którą zawsze w niej kochałem. Przyciskam ją do siebie jeszcze mocniej, jedną ręką wplątując palce w jej włosy, drugą obejmując w pasie tak mocno, jakbym chciał, żeby tuliła się do mnie już zawsze. Pachnie nim — tym cholernym bergamotkowym zapachem — i to tylko podsyca mój własny mrok.

    — Wiem — mówię nisko, chrapliwie, muskając ustami jej skroń. — Wiem, najmilsza. Już jesteś przy mnie. Już jesteś moja.

    Odsuwa się gwałtownie, ale nie puszcza mojej koszuli. Jej oczy płoną. Łzy gniewu pojawiają się w ich kącikach, ale nie płacze — ona się wścieka. Jest piękna w tej wściekłości. Dzika. Żywa. Taka, jaką kocham najbardziej.

    — Chcę, żeby cierpiał — cedzi przez zaciśnięte zęby, a jej palce zaciskają się na mojej koszuli tak mocno, że czuję paznokcie przez materiał. — Chcę, żeby wiedział, jak to jest, kiedy ktoś zabiera ci całe życie. Kiedy wmawia ci, że kochasz kogoś, kogo nienawidzisz. Chcę go widzieć na kolanach, Ash. Chcę słyszeć, jak krzyczy.

    Uśmiecham się powoli, mrocznie, z pełną satysfakcją. Przyciągam ją z powrotem do siebie, tym razem brutalniej, i pochylam się tak blisko, że nasze usta prawie się stykają.

    — Padnie na kolana — szepczę jej prosto w usta, a mój głos jest niski i niebezpieczny. — Będzie błagał, a ty będziesz stała obok mnie i patrzyła, jak płonie.

    Jej oddech przyspiesza. Czuję, jak jej ciało reaguje drżeniem, które nie jest już tylko gniewem. Jest w niej pożądanie. Głód. Ta sama mroczna chemia, która zawsze nas łączyła. Jej palce zaciskają się na mojej koszuli jeszcze mocniej, a w oczach pojawia się błysk — ten sam, który widziałem tysiące razy, zanim Mael ją zabrał.

    — Cholera… — warczy cicho, prawie z rozpaczą, ale w tym warczeniu jest też ulga i coś drapieżnego. — Tęskniłam za tobą. Tak bardzo za tobą tęskniłam.

    Tym razem to ona przyciąga mnie do siebie. Całuje mnie mocno, niemalże desperacko, z wściekłością i ulgą jednocześnie — jakby chciała mnie pożreć i jednocześnie utonąć we mnie. Odwzajemniam pocałunek równie brutalnie, jakbyśmy chcieli zatopić się w sobie nawzajem.

    Wokół nas kampus trwa swoim zwykłym życiem. Studenci śmieją się, liście spadają, jesienne słońce pada na bruk, jednak my stoimy w samym środku tej idylli jak dwa cienie, które właśnie przypomniały sobie, kim naprawdę są.

    Lili jest wściekła, jest moja i wreszcie wraca do domu.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Czuję to w chwili, gdy Feniks wchłania całą moc Królowej. To nie jest zwykłe przejęcie energii. To jest jak łyknięcie lawy prosto z gardła piekła — gorące, gęste, obrzydliwe. W mojej głowie rozlega się krzyk, ale nie mój. To Feniks.

    „Kurwa… kurwa… KURWA!” — ryczy w mojej czaszce, a jego głos jest tak wściekły, że aż bolą mnie zęby. — „Nie chciałem tego gówna! Nie chciałem jej mocy! Ja chciałem ją spalić, a nie pożreć! Teraz śmierdzę jej siarką, jakby mi ktoś wlał do żył całe piekło!”

    Czuję, jak jego furia pali mnie od środka. Jest wściekły. Naprawdę wkurzony. Jednak pod tą wściekłością… czuję coś jeszcze. Słodycz, która smakuje jak krew na języku i uśmiech na ustach. Nasza więź z Lili wróciła. Jest dokładnie taka, jak była, a to sprawia nam ogromną ulgę i radość.

    Feniks nagle zamiera, a potem wybucha śmiechem.

    „Oooo… patrz, Cassian… patrz, co tu mamy…” — szepcze, a w jego głosie jest już ta znajoma, obłąkana radość. — „Mael… ten śliski skurwysyn… zawarł kontrakt z Królową. Prawdziwy. Krwią. Duszą. Całym tym gównem. A teraz… teraz ta umowa jest moja. On oddał mi swoją duszę za odrobinę mocy. Za odrobinę! Ha! Ha ha ha ha!”

    Jego śmiech jest chory. Radosny. Dziecinny i morderczy jednocześnie.

    „Jest mój. Całkowicie. Absolutnie. Niewolnik. Może oddychać tylko wtedy, gdy ja mu na to pozwolę. Może żyć tylko wtedy, gdy ja tego chcę. O kurwa… to jest piękne. To jest tak piękne, że aż mi się chce płakać z radości.”

    Feniks każe wszystkim demonom wracać. Natychmiast. Bez dyskusji. Gdziekolwiek są — w Chicago, w magicznym świecie, czy w cieniach pod łóżkami dzieci — mają wracać do piekła i posprzątać bałagan. Czuję, jak jego rozkaz rozchodzi się po całym świecie jak fala gorąca. Demonów nie ma. Zostaje tylko cisza i zapach spalonego siarkowego dymu. Wszystkie, co do jednego, trafiły z powrotem do Krainy Cieni. 

    Potem się rozdzielamy. Ja — w swojej zwykłej postaci. On — w swojej. Rudowłosy, złocisty, dorosły, z tym obłąkanym uśmiechem, który znam aż za dobrze. Idziemy razem do Maela. Dwie osoby. Jedna dusza. Rozsadzająca nas wściekłość. Dzięki przejętemu kontraktowi doskonale wiemy, gdzie go znaleźć. 

    Mael stoi w hotelowym pokoju, który wynajął z Lilien po pożarze kamienicy. Jeszcze nie wie. Wciąż myśli, że wygrał. Feniks uśmiecha się szeroko, gdy go widzimy.

    — No proszę… — mruczy głośno, gardłowo, z czystą, psychopatyczną radością. — Patrz, Cassian. Nasz nowy ulubiony niewolnik.

    Mael odwraca się gwałtownie. Widzi nas obu. W jego oczach widzę prawdziwy, lodowaty strach. Feniks robi krok naprzód. Ja stoję obok. Nie musimy nic mówić. Jesteśmy jednością.

    — Wiesz… — zaczyna Feniks słodko, prawie czule — …właśnie spaliłem twoją Królową. Całkiem dosłownie. I zgadnij co? Cała jej moc, wszystkie umowy, wszystkie długi… są teraz moje. A ty… ty oddałeś mi duszę za kilka strzępków mocy. Gratuluję. Jesteś oficjalnie moim psem.

    Mężczyzna blednie, ale Feniks nie kończy. Jego oczy płoną złotem.

    — Problem w tym… — ciągnie, a głos mu się łamie z radości — …że w międzyczasie zdążyłeś zostać jej partnerem. Prawdziwym. Magiczna więź i tak dalej. Więc nie mogę cię zabić. Bo Lili by na tym ucierpiała, a ja nie lubię, kiedy moje Kochanie cierpi. — Robi jeszcze jeden krok. Powietrze wokół niego drży od gorąca. — Ale wiesz co jest najpiękniejsze? — pyta niemal szeptem, pochylając się lekko. — Nie muszę cię zabijać… żeby cię zniszczyć.

    Unosi rękę. Kontrakt ożywa. Mael pada na kolana, jakby ktoś przeciął mu ścięgna. Twarz wykrzywia mu ból i upokorzenie.

    Feniks uśmiecha się szeroko. Obłąkańczo. Pięknie.

    „Patrz na niego, Cassian” — szepcze mi w głowie z czystą, dziecięcą ekstazą. — „Patrz, jak klęczy. Jak pięknie klęczy. To dopiero początek. Będziemy się bawić. Bardzo, bardzo długo.”

    Stoję obok niego i czuję to samo. Mael klęczy przed nami, a my dopiero zaczynamy.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Mael

    Nie rozumiem. Nie rozumiem absolutnie niczego. Klęczę na wykładzinie, a moje ciało wciąż drży od resztek magii, która przed chwilą zmusiła mnie do uklęknięcia. Poparzenia bolą jak diabli, ale to nic w porównaniu z chaosem w głowie.

    Feniks stoi przede mną — ten sam rudowłosy potwór, którego przez tyle miesięcy próbowałem zrozumieć. Patrzy na mnie z obłąkanym uśmiechem.

    — Ale kontrakt… — wychrypuję, bo gardło mam zdarte od dymu i niedowierzania.

    Feniks przekrzywia głowę na bok, dokładnie jak ptak, który przygląda się robakowi. Uśmiecha się uroczo.

    — Nie jestem demonem, kretynie — wyjaśnia niemal czule. — Nie możesz nawiązać ze mną kontraktu.

    Słowa uderzają mnie jak cios. Nie jest demonem. Co to w ogóle oznacza? Jeśli nie jest demonem to… czym? Przez cały ten czas… myślałem, że mam do czynienia z istotą z Krainy Cieni. Z czymś, co da się spętać, kupić, złamać. Jednak on… on twierdzi, że nie jest z piekła. Zupełnie, jakby był czymś starszym, istotą, której nie da się posiąść.

    Jakim cudem pokonał Królową? W jaki sposób wchłonął jej moc, jakby to była kropla wody? I dlaczego mój kontrakt — ten, który podpisałem krwią — nagle przestał działać? Oszołomienie zalewa mnie nieprzyjemną falą, bo runął cały, znany mi porządek świata. Jednak pod nim, ostrzejsze niż ból poparzeń, jest coś innego. Strach o Lilien, ponieważ w mojej głowie wciąż stoi obraz płonącego budynku i Feniksa, który patrzył na ogień i uśmiechał się, jakby właśnie dostał prezent. On chciał ją spalić. On naprawdę chciał ją skrzywdzić. A ja… ja wbiegałem w te płomienie, bo myślałem, że ją tracę.

    — Gdzie ona jest? — warczę, a głos mi drży. Nie ze strachu przed nimi. Ze strachu przed tym, co mogło się z nią stać. — Co jej zrobiliście?

    Cassian patrzy na mnie zimno. Feniks tylko się uśmiecha.

    — Zabierzemy cię do niej — odzywa się radośnie. — Ale po drodze… trochę się jeszcze pobawimy.

    Nie protestuję, wiem, że nie miałoby to sensu. Pozwalam im się zabrać.

    Apartament dla VIP-ów w luksusowym hotelu przy Champs-Élysées jest absurdalnie piękny. Marmur, złoto, widoki na Paryż, którego już prawie nie poznaję. Jednak nie zwracam uwagi na luksus. Patrzę na nią.

    Lilien stoi pośrodku salonu. Obok niej jest Asher — ten cholerny, zimny drań — trzyma dłoń na jej plecach,  za to ona… ona patrzy na nas troje i w jej oczach jest wszystko. Ulga. Gniew. Miłość. Chaos. Rzuca się naprzód. Nie w moje ramiona. Nie w ramiona Cassiana. Rzuca się w ramiona Feniksa. Natomiast on… on przejmuje inicjatywę tak szybko, że ledwo rejestruję ruch. Podnosi ją jednym płynnym, władczym gestem. Lilien oplata go nogami w pasie, jakby to było najnaturalniejsze miejsce na świecie. Jej palce wbijają się w jego rudą czuprynę. On opiera ją plecami o najbliższą ścianę — mocno, zdecydowanie, bez cienia wahania — i całuje ją. Namiętnie. Głęboko. Jakby chciał ją pożreć. Jakby przez cały ten czas czekał tylko na ten moment.

    Lilien wydaje cichy, zduszony dźwięk — coś pomiędzy jękiem a westchnieniem — i oddaje pocałunek z taką samą żarliwością.

    Stoję w drzwiach apartamentu i czuję, jak świat wokół mnie się rozpada. To nie jest iluzja. To nie jest gra. Ona go kocha. Ona naprawdę go kocha.

    Feniks unosi wzrok znad jej szyi. Jego złociste oczy spotykają moje. Uśmiecha się. Tym swoim obłąkanym, drapieżnym uśmiechem.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Odrywam się od ust Feniksa z cichym, zduszonym jękiem. Serce wali mi jak oszalałe, wargi pieką, a nogi wciąż oplatają jego pas, jakby moje ciało nie chciało go puścić. Przez sekundę myślę tylko o nim — o tym, jak bardzo za nim tęskniłam, jak bardzo go potrzebowałam.

    Jednak potem widzę Maela. Stoi kilka kroków dalej, blady, z oczami szeroko otwartymi i nagle cała ulga, całe szczęście, które we mnie eksplodowało, zamienia się w czystą, palącą wściekłość.

    Zeskakuję z Feniksa, robię dwa szybkie kroki i z całej siły wymierzam mu policzek. Uderzenie jest głośne. Ostre. Moja dłoń piecze.

    — Ty przeklęty dupku! — wrzeszczę, a głos mi drży z czystej, palącej furii. — To, co zrobiłeś… brak mi na ciebie słów!

    Mael nawet nie drgnie. Tylko patrzy na mnie tymi swoimi stalowymi oczami, a na jego policzku powoli pojawia się czerwony ślad po mojej dłoni. Przez sekundę myślę, że będę dalej krzyczała. Wypluję z siebie wszystko, co we mnie siedzi, ale złość nagle… pęka. Jak przekłuty balonik. Zostaje tylko obrzydzenie. Głębokie i mdlące. Nie zamierzam na niego patrzeć. Nie mam ochoty być w tym samym pomieszczeniu co on. Nie chcę, żeby w ogóle istniał.

    Odwracam się do Feniksa. Mój głos jest zimny i twardy.

    — Zrób z nim, co ci się żywnie podoba.

    Potem patrzę na Ashera i Cassiana. Serce mi przyspiesza na sam ich widok. Widzę ich znajome twarze, oczy, w których jest wszystko — ulga, wściekłość, miłość.

    — Chodźmy stąd — mówię pewnym głosem.

    Nie czekam na odpowiedź. Chwytam Ashera za rękę, drugą dłoń podaję Cassianowi i ciągnę ich obydwu w stronę drzwi. Nie oglądam się za siebie. Nie chcę widzieć Maela ani sekundy dłużej. W windzie cała drżę. Asher obejmuje mnie ramieniem i przyciąga do siebie. Cassian staje z drugiej strony, blisko, jakby bał się, że znowu zniknę.

    — Feniks… — zaczyna Cassian niechętnie, gdy zjeżdżamy na dół. — Został władcą piekła. Wchłonął całą moc Królowej Demonów. A Mael… zawarł z nią kontrakt. Teraz praktycznie jest jego niewolnikiem.

    Asher zatrzymuje się w pół kroku, gdy wychodzimy z windy.

    — Co? — pyta szczerze zaskoczony. Cassian wzrusza ramionami, a Asher wzdycha. — Masz jeszcze jakieś rewelacje? — pyta.

    Cassian kiwa głową.

    — Mael… — odzywa się z wyraźną niechęcią — jest oficjalnie partnerem Lili. Łączy ich magiczna więź. Tylko dlatego Feniks go jeszcze nie zamordował — dodaje. 

    Patrzę na nich przepraszająco. Czuję się obrzydliwie zażenowana.

    — Ja… nie wiem, jak to się stało — szepczę. — Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek świadomie…

    Wchodzimy do eleganckiej restauracji na parterze hotelu. Przy stoliku w kącie siedzą już Ivy i Lucas. Gdy tylko mnie widzą, Ivy zrywa się z miejsca i rzuca mi się na szyję z taką siłą, że aż się chwieję.

    — Lili! — łka, wtulając twarz w moją szyję. — Myślałam, że cię straciliśmy…

    Przytulam ją mocno, zamykam oczy. Ciepło jej ciała, znajomy zapach są jak powrót do domu.

    — Jestem — szepczę, głaszcząc ją po plecach. — Już jestem.

    Siadamy przy stoliku. Asher nie puszcza mojej dłoni. Lucas patrzy na mnie spokojnie, ale w jego oczach widzę ulgę.

    Asher od razu przechodzi do rzeczy.

    — Lucas, jak zerwałeś więź z Angelicą?

    Pytany chłopak wzrusza ramionami, jakby to było najprostsze na świecie.

    — Po prostu przestałem do niej cokolwiek czuć. Zero emocji. I sama się rozpadła.

    Patrzę na niego z niedowierzaniem.

    — To dlaczego moja więź z Maelem wciąż trwa? — pytam gorzko. — Nienawidzę. Naprawdę i zupełnie szczerze. Może jest podtrzymywana właśnie nienawiścią? — Rzucam ponury żart, choć w gardle czuję gulę.

    Nikt się nie śmieje. Asher pochyla się i składa delikatny pocałunek na moich włosach. Czuję ciepłą dłoń Cassiana na swoim udzie. Przez chwilę panuje cisza. Potem Asher odzywa się niskim, niebezpiecznym głosem, który znam aż za dobrze.

    — Nienawiść może podtrzymywać wiele rzeczy — mówi powoli. — Znajdziemy sposób, żeby tę więź zerwać. Albo… — jego palce zaciskają się na mojej dłoni — zrobimy tak, żeby Mael żałował, że kiedykolwiek ją stworzył.

    Cassian parska krótkim, mrocznym śmiechem.

    — Feniks już się tym zajmuje. I szczerze? Nie chciałbym być teraz na miejscu Maela.

    Uśmiecham się słabo, ale szczerze. Dopiero przy nich mogę normalnie oddychać.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Siedzę obok Lilien w restauracji, jej ciepła dłoń jest mocno spleciona z moją. Opiera głowę na moim ramieniu, a ja czuję, jak jej palce drżą jeszcze ze złości, ale jednocześnie ściskają mnie tak, jakby bała się, że znowu zniknę. Asher siedzi po drugiej stronie, Ivy nie zamyka się buzia, Lucas milczy jak zawsze. Wszystko wygląda spokojnie. Jakbyśmy wrócili do domu.

    Jednocześnie jestem gdzie indziej. Feniks jest w apartamencie na górze. Ja też tam jestem — w jego głowie, w jego ciele, w każdym jego oddechu. Widzę Maela klęczącego na marmurowej podłodze, z twarzą wykrzywioną bólem i upokorzeniem.

    Feniks pochyla się nad nim powoli, uśmiechając się tym swoim złotym, obłąkanym uśmiechem, który zawsze zapowiada najgorsze.

    „To jest takie piękne…” — mruczy Feniks w mojej głowie, a jego głos jest niski, słodki i kompletnie szalony. — „Mam twoją duszę. Całą. I mogę cię wyleczyć, żeby Lilien nie widziała, co z tobą zrobiłem. Nie byłaby zła… ale na pewno zniesmaczona.”

    Jego śmiech rozbrzmiewa w mojej czaszce jak tłuczone szkło — radosny, dziecięcy, morderczy. Czuję, jak jego palce zaciskają się na gardle Maela, nie mocno, jeszcze nie, tylko tyle, żeby ten poczuł, kto teraz tu rządzi.

    „Mogę ci łamać kości, a potem je zrastać. Mogę palić cię centymetr po centymetrze i gasić, zanim umrzesz. Mogę robić to godzinami. Dniami. Latami. A ona nigdy się nie dowie. Będzie myślała, że jestem jej grzecznym kotkiem, że jej Kotek tylko posprzątał bałagan.”

    Feniks odchyla głowę Maela do tyłu i patrzy mu prosto w oczy. Jego uśmiech jest szeroki, radosny, jak u kogoś, kto właśnie dostał najpiękniejszą zabawkę na świecie.

    „Patrz na niego, Cassian… patrz, jak próbuje być dumny, choć klęczy. Jak uroczo drży. Chcę zobaczyć, jak płacze. Chcę usłyszeć, jak błaga. Chcę, żeby wiedział, że jest mój. Cały. Na zawsze.”

    W restauracji Lili podnosi wzrok i uśmiecha się do mnie słabo. Jej palce gładzą moją dłoń.

    — Wszystko w porządku? — pyta cicho.

    Uśmiecham się do niej, ściskam jej rękę i całuję ją w skroń.

    — Tak, kochanie. Od kiedy znów jesteś blisko, wszystko jest dobrze.

    W mojej głowie Feniks rechocze głośno, obłąkańczo, radośnie.

    „Wracaj do niej, Cassian. Ja tu zostanę i pobawię się z naszym nowym ulubionym niewolnikiem. Będziemy się bawić” — szepcze mi do ucha, a jego głos jest pełen obłąkanej czułości. — „Bardzo, bardzo długo. I nikt nigdy się nie dowie, jak bardzo lubię, kiedy ktoś krzyczy… dopóki Lilien nie powie, że już wystarczy.”

    Siedzę przy stoliku, trzymam Lili za rękę i czuję, jak w mojej głowie Feniks zaczyna się bawić. Wiem, że to dopiero początek.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Drzwi apartamentu zamykają się za nami i nagle cały świat na zewnątrz przestaje istnieć. Jestem tylko ja, Asher i Cassian. Stoję między nimi w półmroku sypialni, serce bije mi jak oszalałe. Asher nie puszcza mojej dłoni. Cassian stoi tuż za mną, tak blisko, że czuję ciepło jego ciała na plecach. Żaden z nich się nie odzywa, ale powietrze jest gęste od tego, czego nie da się ubrać w słowa.

    Asher robi krok naprzód. Jego palce suną po mojej szyi, unoszą mój podbródek. Patrzy na mnie tymi swoimi pięknymi, chabrowymi oczami, jakby chciał mnie zapamiętać na nowo.

    — Jesteś tutaj — szepcze ochryple. — Naprawdę tutaj.

    Całuje mnie tak, jakby przez te wszystkie tygodnie umierał z głodu. Jego usta są twarde, zaborcze, jakby chciał mi przypomnieć, do kogo należę. Jęczę cicho w jego usta, a on wplata palce w moje włosy i przyciąga mnie bliżej.

    Cassian nie czeka. Czuję jego dłonie na moich biodrach, jak suną w górę pod bluzką, gorące i pewne. Przyciska się do moich pleców, ustami muskając moją szyję.

    — Tęskniliśmy — mruczy mi prosto w skórę, a jego głos jest niski, ciemny, pełen tej samej desperacji, którą czuję w sobie. — Tak bardzo za tobą tęskniliśmy.

    Drżę między nimi. Asher gryzie moją dolną wargę, a Cassian całuje zagłębienie pod moim uchem, jego język muska moją skórę. Ich ręce są wszędzie — Asher zsuwa mi bluzę z ramion, Cassian rozpina guziki mojej koszuli, powoli, jakby chciał się napawać każdym centymetrem odsłoniętej skóry.

    Czuję się jak w ogniu.

    — Jesteś nasza — szepcze Asher między pocałunkami, a jego głos jest tak niski, że czuję wibracje w piersi. — Tylko nasza.

    Cassian przygryza moją szyję, nie mocno, ale wystarczająco, żeby zostawić ślad.

    — Nigdy więcej nie pozwolimy ci odejść — dodaje, a w jego słowach brzmi ta sama mroczna obietnica, którą kocham.

    Zaciskam palce na koszuli Ashera i przyciągam go bliżej. Drugą rękę wsuwam we włosy Cassiana, przytrzymując go przy swojej szyi. Ich ciała przyciskają mnie z obu stron, gorące, twarde, znajome. Czuję każdy oddech, każdy mięsień, każdy puls.

    To nie jest delikatna miłość. To głód. Ulga. Zaborczość tak głęboka, że aż boli.

    Asher schodzi ustami niżej, na mój obojczyk, potem jeszcze niżej, na dekolt. Cassian nadal całuje moją szyję, jedną ręką sunąc po moim brzuchu, drugą obejmując moją pierś przez stanik. Jęczę głośno, bezwstydnie, bo w tym momencie nie ma już miejsca na wstyd. Jestem tylko ja, oni i ta paląca, mroczna potrzeba, żeby poczuć ich obu — całego Ashera i całego Cassiana — tak głęboko, żeby wymazać z siebie każdy ślad Maela.

    — Proszę… — szepczę, a mój głos jest zdarty i desperacki. — Potrzebuję was. Teraz.

    Asher unosi głowę. Jego oczy są prawie czarne z pożądania.

    — Będziesz nas miała — mówi cicho, ale w jego głosie jest obietnica, która sprawia, że drżę. — Całych. Tak długo, jak będziesz chciała.

    Cassian gryzie moją szyję mocniej. 

    — I nawet dłużej — mruczy mi prosto do ucha. — Zawsze.

    Ich ręce zsuwają ze mnie resztę ubrań. Moje też wędrują po nich — pod koszulami, po gorącej skórze, po napiętych mięśniach. Nie ma pośpiechu. Jest tylko głód. Głęboki, mroczny, długo tłumiony. Kiedy w końcu lądujemy na wielkim łóżku w sypialni apartamentu, gdy ich ciała przykrywają moje, gdy czuję ich jednocześnie — gorących, zaborczych, moich — wiem, że wróciłam. Naprawdę wróciłam.

    Note