Rozdział 15 – Bohaterowie noszą maski II
by Vicky
Mael
Budzę się z krzykiem, którego nie zdążam stłumić. Całe ciało pali żywym ogniem. Mdłości uderzają tak mocno, że ledwo zdążam przetoczyć się na bok i zwymiotować na marmurową podłogę apartamentu. Żołądek skręca mi się w supeł, jakby ktoś wbił we mnie rozgrzany hak i ciągnął. Z ust leci mi żółć zmieszana z krwią. Drżę. Cały drżę.
Na brzuchu mam świeże, podłużne blizny. Doskonale wiem, co oznaczają. Magia więzi. Siniaki pokrywają klatkę piersiową, ramiona, uda. Każdy oddech boli. Każdy ruch przypomina mi, że to nie mnie wybrała. Najgorszy jest ból w piersi. Nie jest fizyczny. To jest coś o wiele głębszego. Wiem, że ona mnie nie chce. Rozumiem to od momentu, w którym rzuciła się w ramiona Feniksa. Patrzy na mnie z obrzydzeniem, wiem to każdą komórką ciała, a mimo to… wciąż jej pragnę. Tak bardzo, że aż mnie mdli.
Drzwi sypialni otwierają się. Do środka wchodzi Feniks — złocisty, spokojny, z tym swoim obłąkanym uśmieszkiem. Patrzy na mnie, na kałużę wymiocin, na moje drżące ciało i wzdycha jak zmęczony rodzic.
— Znowu — mruczy. — Drażni mnie to, wiesz? Nawet te ślady na tobie. Przypominają mi, że ona cię dotykała, pragnęła cię. Choćby przez chwilę.
Podchodzi bliżej. Klęka przy mnie. Jego palce suną po moich bliznach na brzuchu — powoli, niemal czule.
— Nie lubię, gdy coś jej przypomina, że była twoja — szepcze. — Więc to zabiorę.
Czuję, jak jego moc wlewa się we mnie. Blizny bledną, siniaki znikają. Ból ustępuje. Zostaje tylko pustka.
Patrzę mu prosto w oczy i uśmiecham się słabo, boleśnie.
— Wiesz, co robiłem z nią w tym mieszkaniu w Quartier Latin? — pytam cicho, prowokująco. — Jak klęczała przede mną na wielkim łóżku i patrzyła na mnie tymi swoimi szmaragdowymi oczami, jakby nie mogła się nasycić? Jak szeptała mi do ucha „Mael… jeszcze…” gdy byłem w niej tak głęboko, że nie wiedziała, gdzie kończy się ona, a zaczynam ja?
Feniks zamiera. Jego uśmiech gaśnie. Oczy stają się czystym złotem.
— Mów dalej — mruczy niebezpiecznie spokojnie.
— Lubiła, kiedy przytrzymywałem ją za włosy — kontynuuję, choć każdy kolejny wyraz pali mnie w gardle. — Lubiła, kiedy byłem brutalny. Kiedy mówiłem jej, że jest moja, że nigdy jej nie oddam. A ona… ona dochodziła, powtarzając moje imię. Nie twoje. Moje.
Feniks milczy przez długą, straszliwą chwilę. Potem się śmieje. Nisko. Obłąkańczo. Tak, że włoski na karku stają mi dęba.
— Wiesz co? — mówi, pochylając się nade mną. — Masz rację. Nie mogę cię zabić. Nie mogę nawet porządnie cię skrzywdzić, bo Lili by cierpiała. Ale mogę zrobić coś innego.
Chwyta moje przedramię — to, na którym wciąż widnieje jej imię, jarzące się srebrzystą poświatą.
— Wypalę ją z ciebie — szepcze mi prosto w twarz. — Powoli. Żebym mógł patrzeć, jak znika. Żebym mógł patrzeć, jak tracisz ostatnią rzecz, która cię z nią łączy.
Czuję, jak jego moc zaczyna się rozgrzewać. Skóra pod jego palcami robi się coraz gorętsza. Uśmiecham się przez ból. Nawet jeśli wypali jej imię z mojego ciała, to nie wypali jej z mojej głowy. Nie wypali z mojego serca.
— Rób, co chcesz — szepczę ochryple. — I tak ją kocham. I tak zrobię wszystko, żeby ją zatrzymać. Nawet jeśli będę musiał cierpieć wiecznie.
Feniks patrzy na mnie z mieszaniną obrzydzenia i fascynacji. Zamykam oczy i myślę tylko o niej. Jedynej istocie, dla której warto znosić ten ból.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Asher i Cassian wciąż jeszcze śpią. Po cichu wstaję z łóżka, żeby ich nie obudzić. Wychodzę z sypialni.
Czuję swąd spalonego ciała. Mael, z zaciśniętymi zębami, leży skulony na podłodze pod ścianą, a Feniks stoi nad nim i precyzyjnie, niczym laserem, niszczy tatuaż z moim imieniem, który znajduje się na przedramieniu chłopaka.
— Przestań to robić — oplatam rękami biceps Feniksa, żeby zwrócić na siebie jego uwagę.
Patrzy na mnie nieobecnym wzrokiem, a potem wraca do tego, co przed chwilą robił.
— Kotku, proszę, przestań go torturować — jednocześnie żądam i błagam.
Feniks tym razem nawet na mnie nie patrzy.
— Nie chcę, żeby na jego ciele było twoje imię — wyjaśnia, jakby to była oczywista, oczywistość.
W jego głosie nie ma złości. Jest tylko zimna, absolutna determinacja. To przeraża mnie bardziej niż sam ogień.
Nie myślę. Bez zastanowienia klękam obok Maela i dotykam jego warg swoją krwią. Czerwone motyle natychmiast materializują się w powietrzu i siadają na poparzonej skórze jego przedramienia. Zaczynają usuwać ślady tortury, jeden po drugim. Chłopak wpatruje się we mnie intensywnie, ale się nie odzywa. Przyjmuję z ulgą, że przynajmniej w międzyczasie nauczył się nie prowokować Feniksa.
— Nie chcę, żebyś go dotykała — głos Feniksa jest nienaturalnie niski, warczący.
Podnosi mnie z kolan i przyciąga do swojego boku. Czuję rosnącą irytację.
— Więc go nie torturuj — odpowiadam mu, nie kryjąc, że się złoszczę. — Chcesz być taki sam jak on?
Feniks odwraca mnie ku sobie. Patrzy mi prosto w oczy.
— Nie porównuj nas! — żąda. — Nigdy, przenigdy nie zmusiłbym cię do niczego wbrew twojej woli. Jego manipulacje… — głos Feniksa przestaje być warczący, słyszę, jak powoli się załamuje.
Przytulam się do niego całym ciałem. Wyciągam dłoń i łagodnie dotykam jego policzka.
— Wiem, Kotku — szepczę czule. — Między innymi dlatego tak bardzo cię kocham.
Feniks zastyga. Czuję, jak jego pierś unosi się i opada szybko, jakby walczył ze sobą. Potem jego ramiona zamykają się wokół mnie tak mocno, że prawie tracę oddech. Wtula twarz w moje włosy i przez chwilę po prostu stoi, drżąc lekko.
— Nie chcę, żebyś go dotykała — powtarza już ciszej, ale wciąż z tym samym uporem. — Nawet jeśli to tylko po to, żeby go uleczyć. Nie chcę, żeby jakakolwiek część ciebie była przy nim.
Nie puszczam go. Podnoszę rękę i głaszczę go po włosach, powoli, uspokajająco, tak jak zawsze, gdy jest wściekły albo zraniony.
— Wiem — odpowiadam miękko. — Ale nie pozwolę ci go torturować. Nie w ten sposób. Nie na moich oczach.
Feniks milczy długo. W końcu czuję, jak jego ciało się rozluźnia. Tylko odrobinę.
— Dobrze — mruczy w moje włosy. — Dla ciebie… przestanę.
Wciąż trzyma mnie w ramionach, ale czuję, jak jego spojrzenie wraca do Maela. Jest w nim obietnica. Ciemna, gorąca, niekończąca się. Wiem, że to jeszcze nie koniec. Na razie jednak musi mi wystarczyć.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Jej palce dotykają mojej skóry. Jedno, jedyne dotknięcie — ciepłe, delikatne, pełne tej przeklętej empatii — i cały mój świat eksploduje.
Czuję ją. Czuję każdy milimetr jej dłoni na moim przedramieniu, puls jej krwi, każdego motyla, który siada na moich ranach. Mdłości znikają. Ból ustaje. Zostaje tylko ona. Tylko Lili. Jej zapach, jej oddech, jej ciepło tak blisko, że mógłbym ją złapać i nigdy nie puścić.
W głowie mam szaleństwo. Dotknęła mnie. Dotknęła mnie, choć mnie nienawidzi. Dotknęła mnie, bo nie mogła patrzeć, jak Feniks mnie niszczy.
Nagle wszystko staje się jasne. To jest metoda. Nie muszę jej błagać. Nie muszę prosić. Nie muszę nawet jej dotykać. Wystarczy, że wystarczająco mocno wkurzę Feniksa. Sprowokuję go, upokorzę, zmuszę do zrobienia czegoś, czego ona nie zniesie. Wtedy przyjdzie. Zawsze przyjdzie. Klęknie przy mnie. Dotknie mnie. Będzie musiała mnie dotknąć, bo taka już jest — jej empatia jest silniejsza niż nienawiść.
Uśmiecham się lekko. Chodź, Feniksie. Zrób ze mną co chcesz. Im bardziej będziesz mnie łamał… tym częściej ona będzie do mnie wracała. Jej motyle leczą mnie powoli, a ja patrzę na nią z podłogi i czuję, jak w piersi rozlewa mi się coś gorącego, obłąkanego, słodkiego.
Kocham cię, Lilien i właśnie odkryłem, jak sprawić, żebyś nigdy nie mogła ode mnie odejść.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Wracamy do Chicago o świcie. Samolot ląduje miękko, a ja siedzę między Asherem a Cassianem, z głową opartą na ramieniu tego drugiego. Feniks siedzi naprzeciwko nas w swojej dorosłej formie, z nogą założoną na nogę, i patrzy przez okno z tym leniwym, drapieżnym uśmieszkiem. Ivy siedzi po jego prawej stronie, wtulona w jego bok jak mały, uparty kot — jej palce nieustannie bawią się brzegiem jego bluzy. Lucas również zajął miejsce naprzeciwko nas, milczący jak zawsze, ale jego spojrzenie jest spokojne i uważne. Od czasu do czasu zerka na mnie, jakby sprawdzał, czy nie zacznę nagle znikać.
Mael siedzi z tyłu kabiny — cichy, blady, ale wciąż żywy. Nikt nie mówi, że ma siedzieć z nami, ale też nikt nie mówi, że ma siedzieć gdzie indziej. Po prostu jest.
Gdy tylko wysiadamy na prywatnym lotnisku, uderza mnie zimne, wilgotne powietrze Chicago. I wtedy to widzę. Na horyzoncie, tam gdzie kiedyś stały całe dzielnice, wznoszą się czarne, dymiące kikuty budynków. Kilka kwartałów wygląda, jakby ktoś przejechał po nich gigantyczną, płonącą miotłą. Spalone wraki samochodów, osmalone szkielety bloków, a nad wszystkim unosi się ciężki, gęsty dym.
Zatrzymuję się w pół kroku.
— Kotku… to twoja robota? — mój głos brzmi słabo, prawie obco.
Cassian chrząka za moimi plecami. Feniks tylko wzrusza ramionami, jakby właśnie powiedział „no i co z tego”.
— Polowałem — odpowiada spokojnie. — Nie mogłem pozwolić, żeby te robale dalej łaziły po naszym mieście.
Patrzę na niego z niedowierzaniem. Kilka dzielnic. Kilka całych dzielnic. Zniszczonych. Spalonych. Przez niego.
— Musiał się czymś zająć, kiedy zniknęłaś — szepcze do mnie Asher. — Polowanie na demony wydawało się wtedy… dobrym pomysłem.
Wzdycham przeciągle i decyduję, że wolę nie myśleć o konsekwencjach. Niech sami się nimi zajmą.
Ash kładzie mi dłoń na plecach i prowadzi dalej, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Mael idzie kilka kroków za nami, milczący.
Gdy docieramy do penthouse’u, Asher od razu przechodzi do rzeczy. Staje naprzeciwko Maela, ręce ma skrzyżowane na piersi, a jego głos jest zimny i absolutnie nieznoszący sprzeciwu.
— Masz te swoje metody — mówi spokojnie — więc posprzątaj ten bałagan. Niech nikt nie zdaje sobie sprawy, z tego, co się tu wydarzyło, a już na pewno nie łączy tego z Feniksem.
Feniks, który właśnie rozsiadł się na kanapie, wydaje z siebie obrażone mruknięcie.
— Serio? — warczy. — On ma sprzątać po mnie?
Asher nawet na niego nie patrzy.
— Ty zrobiłeś bałagan. On go posprząta. I tak korzysta jeszcze z mocy pożyczonej z piekła, więc niech się na coś przyda.
Feniks prycha, ale w końcu wzrusza ramionami i kiwa głową. Jest obrażony, ale słucha Ashera, zresztą, tak jak zawsze.
Mael również nie protestuje. Tylko wzrusza ramionami, jakby dostał najzwyklejsze zlecenie na świecie.
— Jak sobie życzysz — mówi cicho i wychodzi z penthouse’u bez słowa.
Patrzę za nim, a potem na Ashera i Cassiana. Wciąż stoję w progu własnego domu i nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. Feniks niedawno spalił pół Chicago, a teraz Mael będzie to „sprzątał” i wszyscy traktują to jak normalną sprawę.
Następnego ranka budzę się z jedną, bardzo wyraźną myślą. Nie dam Maelowi ani jednego dnia więcej. Jest już druga połowa grudnia. Dwa miesiące. Ukradł mi z życia dwa cholerne miesiące. Te, w których powinnam była siedzieć na zajęciach, zdawać kolokwia, spędzać czas z braćmi i normalnie żyć. Zamiast tego siedziałam w jego pięknej iluzji i myślałam, że go kocham. Wkurza mnie to tak bardzo, że aż zaciskam pięści.
— Wracam na uczelnię — oznajmiam przy śniadaniu, gdy wszyscy siedzą przy stole. — Jak najszybciej. Chcę zdać te cholerne egzaminy przed zimową przerwą.
Asher patrzy na mnie przeciągle, ale widzę w jego oczach aprobatę. Cassian tylko kiwa głową, a Feniks mruczy coś pod nosem, że „jak ktoś będzie patrzył na mnie za długo, to spali mu włosy”.
Uśmiecham się mimo woli.
— Nie chcę, żeby ten sukinsyn odebrał mi jeszcze więcej — dodaję ciszej, ale zdecydowanie. — Już i tak zabrał mi za dużo.
Wieczorem, gdy zostaję sama w sypialni, siadam na łóżku i patrzę na kalendarz w telefonie. Święta są tuż-tuż. Czuję, jak coś we mnie mięknie. Przynajmniej ich nie przegapiłam. Będę mogła spędzić je z Ianem i Ettiem. Z moim małym braciszkiem, który pewnie już odlicza dni do prezentów i do tego, że znowu będę przy nim. Na samą myśl o Ettiem, jak biegnie do mnie z tym swoim wielkim uśmiechem, robi mi się cieplej na sercu. To będą moje pierwsze prawdziwe święta w tym świecie, ponieważ zeszłoroczne praktycznie przegapiłam, tyle się wtedy działo wokół mnie.
Nikt — ani Mael, ani jego iluzje, ani jego przeklęta magia — nie zabierze mi już ani jednego dnia więcej.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ivory
Nie wierzę, że to dzieje się naprawdę. Gdy wchodzę do wynajętej restauracji na dachu, mam wrażenie, że pół Akademii postanowiło świętować ze mną osiemnaste urodziny. Sala jest ogromna, zalana ciepłym złotym światłem setek lampek i świec. Na ścianach wiszą girlandy białych lilii i malinowych róż — moich ulubionych. Stoły uginają się od jedzenia i szampana, a w powietrzu unosi się zapach czekolady i wanilii.
Ludzie uśmiechają się do mnie, machają, wołają „Sto lat, Ivory!”. To ta dobra połowa szkoły — ci, którzy nigdy nie stanęli po stronie Angelicy. Czuję, jak policzki mi płoną, ale to dobry rodzaj ciepła. Podoba mi się. Lubię być w centrum uwagi, nawet jeśli jeszcze miesiąc temu bałabym się takiego tłumu.
Lili stoi przy wejściu razem z Cassianem i Asherem. Gdy mnie zauważa, jej twarz rozjaśnia się tym ciepłym, delikatnym uśmiechem, który znam aż za dobrze. Wiem, dlaczego to wszystko zorganizowała z takim rozmachem. Potrzebowała czegoś dużego, głośnego, kolorowego — czegoś, co oderwałoby jej myśli od Maela, od iluzji, od tych dwóch miesięcy, które jej ukradł.
Nie winię jej. Ani trochę. Wręcz przeciwnie — serce mi rośnie na samą myśl, że zrobiła to dla mnie.
— Wszystkiego najlepszego, pisklaku! — Feniks pojawia się znikąd, jak zawsze. Podchodzi do mnie z tym swoim drapieżnym, złotym uśmiechem i zakłada mi na szyję łańcuszek z maleńką klatką, w której siedzi złoty ptaszek z rubinowymi oczkami.
Patrzę na wisiorek i parskam śmiechem.
— To… najpiękniejsza i najbardziej niepokojąca rzecz, jaką kiedykolwiek dostałam.
Feniks pochyla się lekko w moją stronę.
— Żebyś pamiętała, że nawet jak jesteś już dorosła, to wciąż jesteś moim pisklakiem — szepcze mi prosto do ucha. — A jak ktoś spróbuje cię zamknąć… spalę klatkę razem z nim. Powoli. Żeby ładnie pachniało.
Przełykam ślinę. Połowa sali śmieje się, a druga robi się lekko blada. Klasyczny Feniks.
Lili podchodzi do mnie z małym, eleganckim pudełeczkiem. Gdy je otwieram, w środku leży delikatna bransoletka z białego złota, z malutkim, misternie wykonanym ptaszkiem po środku.
— Żebyś nigdy nie zapomniała, że masz rodzinę — mówi cicho, a jej głos lekko się łamie. — Bez względu na wszystko.
Przytulam ją tak mocno, że aż piszczy.
— Dziękuję… — szepczę jej prosto we włosy. — Za to, że robisz dla mnie takie rzeczy, nawet kiedy sama ledwo się trzymasz.
Wtedy go zauważam. Mael stoi w cieniu przy barze, trochę z boku, prawie niewidoczny. Nie podchodzi bliżej. Tylko patrzy. Natychmiast robi mi się zimno. Serce podskakuje mi do gardła. Nie zrobił mi nic osobiście, ale nie zapomnę mu tego, co zrobił Lilien.
Feniks natychmiast to wyczuwa. Jego dłoń ląduje na moim ramieniu — ciężka, gorąca, ochronna.
— Spokojnie, pisklaku — mruczy, ale jego głos jest już inny. Niższy. Bardziej niebezpieczny. — On wie, że jak cię wystraszy, to ja zrobię mu coś znacznie gorszego.
Oddycham głębiej i uśmiecham się do Feniksa.
— Dziękuję — mówię szczerze.
Bo mimo wszystko… czuję się bezpieczna. Jestem w centrum uwagi, otoczona ludźmi, którzy przyszli tu dla mnie. Mam Lili, która rozszalała się z przyjęciem, bo potrzebowała czegoś dobrego. Mam Feniksa, który jest przerażający i opiekuńczy jednocześnie. Mam ich wszystkich.
Kilkanaście minut później bawię się już w najlepsze. Taka chwila oddechu jest nam zdecydowanie potrzebna, jest potrzebna mi. Szampan jest zimny, musujący i smakuje jak szczęście. Piję trzeci kieliszek i czuję, jak świat robi się miękki i trochę rozmazany na brzegach. Po raz pierwszy w życiu nikt mi nie mówi „tylko jeden łyk” albo „jesteś za młoda”. Dziś mam osiemnaście lat i wszyscy traktują mnie jak dorosłą. To jest… cudowne.
Feniks podchodzi do mnie z tym swoim złotym, drapieżnym uśmiechem i kiwa głową w stronę wielkich okien restauracji.
— Patrz, pisklaku.
W tej samej chwili niebo nad Chicago eksploduje kolorami. Fajerwerki. Nie zwykłe — jego fajerwerki. Złote feniksy wzbijają się w górę, rozpadają na tysiące iskier, a potem znów składają w ptaki, które krążą nad budynkiem. Są piękne, dzikie i absolutnie jego. Tym razem nie są dla Lili. Są dla mnie.
Czuję, jak oczy mi wilgotnieją.
— Zrobiłeś to… dla mnie? — szepczę.
— Tylko dla ciebie — mruczy, muskając nosem moje włosy. — Sto osiemnaście lat, pisklaku.
Jestem tak szczęśliwa, że aż boli. Wciąż zachwycona dołączam do tańczących na parkiecie osób. Wiruję w rytm muzyki do utraty tchu. Kiedy jestem już zbyt zmęczona, żeby dalej tańczyć, wychodzę na korytarz, złapać odrobinę oddechu. Wtedy ich dostrzegam.
Schowani w cieniu, ale nie dość dobrze, stoją Lili i Feniks. On podnosi ją jednym ruchem, jakby nic nie ważyła. Lili oplata go nogami w pasie, ręce zanurza w jego rudych włosach. On opiera ją plecami o ścianę i całuje tak, jakby chciał ją pożreć. Jedną ręką trzyma ją mocno pod udami, drugą sunie pod jej topem, dotykając nagiej skóry.
Robi mi się gorąco. Potem zimno. Rumienię się tak mocno, że czuję ciepło aż po uszy. Jestem zirytowana. Naprawdę zirytowana. To moje urodziny. Moja noc. A oni… oni nie mogą się powstrzymać nawet na chwilę. Do tego czuję brzydką, palącą mnie od środka zazdrość, z którą nie potrafię sobie poradzić.
Odwracam się szybko i wracam do sali, starając się nie myśleć o tym, jak bardzo Lili wyglądała na szczęśliwą w jego ramionach. I… wpadam prosto na Cassiana. Stoimy tak blisko, że czuję zapach jego wody po goleniu. Właśnie zaczyna grać wolny kawałek — cichy, leniwy, trochę smutny. Nie myślę. Alkohol szumi mi w głowie i dodaje odwagi.
— Zatańczysz ze mną? — pytam, zanim zdążę się zawstydzić.
Cassian wygląda na zaskoczonego, ale uśmiecha się miękko.
— Jasne, pisklaku.
Bierze mnie za rękę i prowadzi na środek sali. Tańczymy powoli. Jego dłoń na moich plecach jest ciepła i pewna. Czuję się bezpieczna. I jednocześnie… chcę więcej.
Gdy piosenka zbliża się do końca, alkohol robi swoje. Oplatając ramionami jego szyję, unoszę się na palcach i całuję go. Nie delikatnie. Nie nieśmiało. Całuję go tak, jak od dawna chciałam.
Cassian zamiera. Potem delikatnie, ale stanowczo odsuwa mnie od siebie. Jego bursztynowe oczy są szeroko otwarte, szczerze zaskoczone.
— Ivy… — szepcze.
Nie mówi nic więcej. Tylko patrzy na mnie tym spojrzeniem, które mówi „nie tego się spodziewałem”. Widzę, jak jego wzrok ucieka w bok. Błagalnie patrzy na Ashera. Ten natychmiast rozumie. Podchodzi, zakłada mi swoją kurtkę na ramiona i delikatnie, ale zdecydowanie prowadzi mnie w stronę tarasu.
— Chodź, mała — mówi cicho. — Potrzebujesz świeżego powietrza.
Idę za nim, czując, jak rumieniec pali mi twarz, a serce wali jak szalone. Za moimi plecami zostaje Cassian, a razem z nim zostaje to, co właśnie zrobiłam i zostają urodziny, które nagle przestały być tylko szczęśliwe.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Wychodzimy na taras na dachu restauracji. Noc jest zimna, wiatr wieje ostro znad jeziora, ale przynajmniej tu nie ma muzyki, śmiechu i tych wszystkich spojrzeń.
Ivy idzie obok mnie, otulona moją kurtką, która jest na nią zdecydowanie za duża. Milczy. Rumieniec na jej policzkach nie zniknął jeszcze całkowicie — częściowo od szampana, częściowo od tego, co właśnie zrobiła.
Zamykam za nami drzwi tarasu i opieram się plecami o balustradę. Patrzę na nią przez chwilę, zanim się odzywam. Czuję irytację, która powoli rozlewa się po mojej klatce piersiowej jak gęsta, ciemna smoła. Znowu muszę sprzątać cudzy bałagan.
— Wiesz — zaczynam spokojnie, ale w moim głosie jest wyraźna nuta frustracji — że właśnie pocałowałaś Cassiana na oczach połowy Akademii?
Ivy unosi głowę. Jej oczy są szkliste od alkoholu i zażenowania.
— Wiem… — mruczy cicho. — Nie powinnam… ale…
— Nie powinnaś — powtarzam za nią, tym razem ostrzej. — Właśnie. Nie powinnaś. A jednak to zrobiłaś. I teraz ja muszę to ogarnąć, zanim Feniks uzna, że ktoś znowu próbuje zabrać coś, co należy do Lili.
Cassian… Ten idiota znowu nie zareagował. Zamiast od razu jasno postawić granicę, pozwolił jej to zrobić. Znowu. Jak zawsze. On i ten jego Feniks… są tak cholernie zajęci byciem „dobrymi dla wszystkich”, że nie myślą o konsekwencjach. A potem to ja muszę sprzątać po nich bałagan.
Szczególnie denerwuje mnie fakt, że ona nie rozumie, jak bardzo niebezpieczny jest Feniks, również dla niej. Jeżeli tylko choć przez chwilę pomyśli, że Ivory chciała go ukraść Lili… nawet nie chcę sobie wyobrażać konsekwencji.
Odsuwam się od balustrady i robię krok w jej stronę. Nie jestem zły na nią — jestem zły na sytuację. Na to, że wszystko zawsze komplikuje się w najmniej odpowiednim momencie.
— Ivory, posłuchaj mnie — mówię już ciszej, ale wciąż stanowczo. — Wiem, że lubisz Cassiana. Wiem, że lubisz Feniksa. Ale oni nie są dla ciebie. Nie w ten sposób. Są oddani Lilien. Całkowicie. I zawsze będą.
Dziewczyna spuszcza wzrok. Widzę, jak jej ramiona lekko opadają.
— Wiem… — szepcze. — Po prostu… przez chwilę zapomniałam.
Przeczesuję włosy palcami, czując, jak napięcie rośnie. On jest zbyt miękki. Zbyt… pasywny. Wie, że Ivy jest w nim zakochana od miesięcy, a zamiast to ukrócić, pozwala jej się przytulać, pozwala jej się łudzić. A Feniks? Ten psychopata tylko się śmieje i mruczy „pisklak jest nasz”. Jakby to było jakieś słodkie, rodzinne pierdolenie. Odnoszę wrażenie, że jest jeszcze mniej świadomy niż sam Cassian.
— Właśnie o to chodzi. Nie możesz sobie pozwalać na takie „zapominanie”.
Patrzę na miasto w dole — na światła, na wciąż czarne fragmenty dzielnic, które Feniks spalił kilka tygodni temu. Wszystko jest cholernie skomplikowane, zaś ja, jak zwykle, stoję pośrodku i próbuję utrzymać to wszystko w ryzach.
Podchodzę bliżej i zakładam jej kaptur kurtki na głowę, jak małej dziewczynce.
— Wracaj do środka — mówię już łagodniej. — I ciesz się swoimi urodzinami. Tylko… nie rób już więcej niczego głupiego.
Ivy kiwa głową, ale widzę jak jej oczy robią się mokre od łez. Nie komentuję tego. Mam już dosyć sprzątania cudzego bałaganu.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Angelica
Wchodzę do tej pieprzonej restauracji nieproszona i od razu czuję, jak żołądek mi się skręca.
Cała sala jest udekorowana jak z bajki dla księżniczki. Złote światła, tysiące lampek, bukiety białych lilii i malinowych róż, tort, szampan, muzyka, śmiech. Pół Akademii przyszło świętować osiemnastkę tej małej, piegowatej suki. Dla niej zrobili wszystko. Wynajęli całą restaurację, urządzili przyjęcie z rozmachem, jakby była kimś ważnym.
Dla mnie nigdy niczego nie zrobili. Nawet na moje dziewiętnaste urodziny nie było tortu. Tylko Angelica i jej „przyjaciółki”, które przyszły tylko po to, żeby później plotkować, jak bardzo staram się być popularna.
Stoję w drzwiach jak duch i czuję, jak wściekłość pali mnie od środka. A potem go widzę. Mael. Stoi trochę z boku, w czarnej koszulce, która opina jego idealnie wyrzeźbione mięśnie. Wygląda jak zawsze — pięknie, niebezpiecznie, jakby należał do innego świata. Tylko tym razem coś innego przyciąga mój wzrok.
Z rękawa koszulki wystaje czarna, elegancka linia tatuażu. Lilien. Imię tej suki jest wypalone na jego przedramieniu. Czuję, jak ogarnia mnie furia.
— Ty… ty pierdolony zdrajco! — wrzeszczę tak głośno, że cała sala zamiera.
Ludzie odwracają głowy. Są zaskoczeni i zaciekawieni, kto wywołał zamieszanie. Ktoś szepcze „o kurwa”.
Robię krok naprzód, palcem wskazującym celuję prosto w Maela.
— Dołączyłeś do nich?! Do tej paczki?! Masz na sobie jej imię jak jakiś pieprzony pies?! Po tym wszystkim, co mi obiecałeś?! Po tym, jak mówiłeś, że ona jest anomalią, że ją zniszczymy, że wszystko będzie moje?!
Głos mi się łamie, ale nie przestaję. Łzy wściekłości palą mnie w oczy.
— Byłam ci wierna! Dałam ci wszystko! A ty… ty nosisz jej imię na ciele jak pieprzoną odznakę?!
Mael patrzy na mnie spokojnie, chłodno. Jakby był zmęczony moim istnieniem. I wtedy czuję go za plecami. Feniks. Jego obecność jest jak fala gorąca. Odwracam się gwałtownie i widzę ten jego złoty, obłąkany uśmiech.
— Chciałaś być królową? — mruczy cicho, prawie czule.
Nie zdążam nawet krzyknąć. Powietrze rozrywa się. Czarna, wijąca się szczelina portalu otwiera się pod moimi stopami. Spadam w dół, prosto w ciemność, w siarkę, w żar. Gdy ląduję na zimnej, obsydianowej podłodze, czuję, jak moc wlewa się we mnie — ogromna, mroczna, paląca. Jest upajająca. Wystarczająco dużo, żebym mogła kontrolować demony. Żeby całe piekło słuchało moich rozkazów. Czuję jednak, że to pułapka, więzienie, z którego, mimo ogromnej mocy, nie mogę się uwolnić. Nigdy.
Feniks pojawia się na krawędzi wyrwy i patrzy na mnie z góry jak na zabawkę, którą właśnie wyrzucił.
— Doskonale się składa — mówi z tym swoim psychopatycznym uśmiechem. — Mam dla ciebie wolne stanowisko. W samym centrum piekła.
Portal zamyka się nad moją głową. Zostaję sama. Z tysiącami demonów, które klękają przede mną i z pustką, która jest gorsza niż jakikolwiek ogień.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Stoję przy stoliku z kieliszkiem w dłoni i nagle cała sala zamiera. Angelica. Wparowuje jak burza, nieproszona, z oczami płonącymi nienawiścią. Zaczyna wrzeszczeć na Maela, a jej głos jest tak ostry, że aż mnie boli głowa. Widzę, jak jej wzrok pada na tatuaż na jego przedramieniu — moje imię wypalone na jego skórze — i coś w niej pęka. Krzyczy. Płacze. Oskarża. Jest żałosna i jednocześnie przerażająca w tej swojej desperacji.
Potem Feniks robi krok naprzód. Nie muszę nawet patrzeć, żeby wiedzieć, co się stanie. Czuję to w powietrzu — tę gorącą, złocistą falę jego mocy. Czarny portal otwiera się pod stopami Angelicy niczym paszcza. Jej krzyk urywa się w połowie. W jednej chwili jest, w drugiej znika.
— Chciałaś być królową? — mruczy cicho, prawie czule. — Doskonale się składa. Mam dla ciebie wolne stanowisko. W samym centrum piekła.
Feniks zamyka portal jednym leniwym machnięciem ręki, jakby właśnie zgasił świeczkę.
Sala jest martwa. Nikt nie oddycha. Czuję, jak żołądek mi się skręca, nie ze współczucia dla Angelicy — ona dostała dokładnie to, na co zasłużyła po wszystkim, co zrobiła, ale z czystego, lodowatego niepokoju.
Feniks właśnie wysłał człowieka do piekła. Na urodzinach Ivy. Na oczach połowy uczniów Akademii.
Odwracam się powoli w jego stronę. On patrzy na mnie z tym swoim złotym, lekko obłąkanym uśmiechem, jakby właśnie podarował mi najpiękniejszy prezent.
— Kotku… — szepczę, a głos mi drży. — Musiałeś to zrobić właśnie teraz?
Feniks wzrusza ramionami, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
— Nie chciałem, żeby psuła ci wieczór — odpowiada spokojnie. — Teraz już nie będzie. Poza tym — podchodzi do mnie powoli, oplatając mnie o tyłu ramionami i opierając brodę na moich włosach — to ona nasłała demona na Ivory. W piekle będzie mogła bawić się z nimi ile zechce — uśmiecha się, wyraźnie zachwycony tym pomysłem.
Przygryzam wargę tak mocno, że czuję smak krwi. Wiem, że powinnam być zła. Powinnam krzyczeć, że nie można tak po prostu wysyłać ludzi do piekła, ale jednocześnie czuję dziwną, mroczną ulgę. Angelica już nigdy nie zrobi krzywdy ani mnie, ani Ivy, ani nikomu innemu. Jednak to nie zmienia faktu, że właśnie stałam się świadkiem, jak mój Feniks pozbył się kogoś bez mrugnięcia.
Patrzę na niego — na tego pięknego, niebezpiecznego chłopaka, który z mojego powodu spalił pół Chicago i właśnie oddał Angelice całe piekło — i czuję, jak po plecach przechodzi mi dreszcz.
Odwracam się do Ivy, która stoi blada jak ściana, i zmuszam się do uśmiechu.
— Chodź — mówię miękko, biorąc ją za rękę. — To wciąż twoje urodziny. Nie pozwolimy jej tego zepsuć.
W głowie jednak wciąż słyszę echo wrzasku Angelicy, który urwał się w połowie. Wiem, że tego dźwięku już nigdy nie zapomnę.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Stoję w cieniu i patrzę, jak Angelica się rozpada. Jej krzyk jest ostry, histeryczny, żałosny. Wrzeszczy na mnie, jakby naprawdę wierzyła, że kiedykolwiek byłem jej. Jakby tatuaż z imieniem Lilien na moim przedramieniu był osobistą zdradą wobec niej. Patrzę na nią obojętnie. Nie czuję nic. Była użyteczna. Teraz jest hałasem.
Feniks robi krok naprzód. Nie muszę nawet patrzeć, żeby wiedzieć, co się stanie. Czuję, jak powietrze gęstnieje od jego mocy — gorącej, złocistej, niepowstrzymanej. Czarny portal otwiera się pod jej stopami jak paszcza. Jej wrzask urywa się w połowie. Znika.
— Chciałaś być królową? — mruczy z tym swoim obłąkanym uśmiechem. — Doskonale się składa. Mam dla ciebie wolne stanowisko. W samym centrum piekła.
Feniks zamyka portal jednym leniwym gestem, jakby właśnie zgasił świeczkę.
Sala jest martwa. Czuję na sobie dziesiątki spojrzeń, które mnie nie obchodzą. Patrzę tylko na Lilien. Stoi przy stoliku, blada, z zaciśniętymi ustami. Widzę, jak jej palce drżą na kieliszku. Chcę do niej podejść. Pragnę jej dotknąć. Powiedzieć jej, że to wszystko dla niej. Wiem, że nie mogę.
Asher podchodzi do mnie powoli, spokojnie, jakbyśmy byli starymi znajomymi. Jego głos jest cichy, ale ostry jak brzytwa.
— Masz te swoje metody. Wyczyść wszystkim pamięć. Niech nikt nie pamięta, co się tu stało.
Patrzę na niego przez chwilę. Na tego zimnego, aroganckiego skurwysyna, który zawsze stał między mną a nią. Na jego tatuaż, który jarzy się tym samym srebrem co mój. Czuję, jak w piersi coś mnie boli.
Poddaję się bez walki, bo wiem, że ma rację. Muszę to zrobić. Jedyny sposób, żeby zostać blisko Lilien, to być użytecznym. Wzdycham cicho i kiwam głową.
— Tak, wiem — odpowiadam zrezygnowany, prawie szeptem.
Głos mi drży, ale nie z gniewu. Z rezygnacji, bo nawet teraz, stojąc wśród tych wszystkich ludzi, którzy mnie nienawidzą, jedyne, co naprawdę czuję, to tęsknota za nią i świadomość, że zrobię wszystko — absolutnie wszystko — żeby tylko mogła na mnie spojrzeć bez obrzydzenia.