Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.
    Chapter Index

    Kruk

    Kruk

    Obudził się w nieswoim łóżku. Przez chwilę leżał nieruchomo, wpatrując się w biały sufit, i dopiero potem sięgnął po tablet. Wieczorem wymienili z Suri sporo wiadomości, zanim zasnęli, a jemu piekielnie nie podobało się, że spędzili noc osobno. Szczególnie że przez cały czas wyobrażał sobie, jak tuli się do niej przeklęty kitsune. 

    Ekran rozjaśnił się. Jej ostatnia wiadomość wciąż tam była. Kruk patrzył na nią długo, a potem napisał tylko jedno zdanie — spotkają się wieczorem na gali. Odłożył tablet i wstał. Chodził po komnacie bez celu, bo sam nie lubił, jak bardzo jej potrzebował.

    Wreszcie podszedł do hologramu. Światło obiegło jego ciało i wybrał treningowy strój z Akademii. Giniro zsunął się z wezgłowia łóżka na jego ramię i owinął się wokół karku jak chłodny szal. Razem zeszli do sali treningowej.

    Sale treningowe były jedyną rzeczą, która zachwyciła go w twierdzy. Sprawiały wrażenie nawet lepiej wyposażonych niż te przy koszarach Nivarii. Czysta przestrzeń. Dobry grunt. Sprzęt, którego nie trzeba było ozdabiać, żeby był użyteczny. Kruk trenował, aż oddech uspokoił mu myśli o Suri, o lisie i o wieczorze, w którym ktoś zamierzał przedstawić go nieznajomym pod obcym imieniem. 

    Kiedy wrócił, w pokoju czekali lokaj i dwie pokojówki. Wszyscy byli wyraźnie zaniepokojeni jego zniknięciem. Na jego widok odetchnęli z ulgą.

    — Co robi tu tylu ludzi? — zapytał, czując, jak irytacja wraca mu do głosu.

    Wyjaśnili niepewnie, widząc jego gniew, że chcą mu pomóc ubierać się przy hologramie, przygotować się przed śniadaniem, a potem zaprowadzić go na nie.

    — Nie ma mowy. Wyjdźcie. Wszyscy.

    Obca ręka przy jego karku była dla niego zagrożeniem, nie troską. Zagubiona służba wyszła na korytarz. Drzwi zamknęły się. Dopiero wtedy Kruk wszedł pod wodę, zmył z siebie trening i stanął przed hologramem sam. Wybrał mundur kadeta gwardii, w którym chodził przez ostatnie tygodnie. Czarny. Znajomy. Prosty. 

    Potem niechętnie poszedł na śniadanie. Przed warczeniem powstrzymywała go głównie myśl, że wieczorem wreszcie zobaczy Suri.

    ✩ ✩ ✩

    Kruk

    Na galę planował iść w mundurze kadeta, ignorując strój, który ktoś przygotował dla niego na hologramie. Suri najwyraźniej miała inne plany. Dla niej poddał się bez walki.

    Wklepał w panel ciąg znaków, który wysłała mu na komunikatorze, z dopiskiem, że tak jak na balu w Akademii, również tutaj strojem zamierza pokazać, że są razem. Na to mógł się zgodzić. Chciał, żeby wszyscy wiedzieli, że była jego.

    Na ekranie ukazał się czarny, obcisły komplet o wojskowym kroju i dworskim wykończeniu. Marynarka zapinana ukośnie, ze stojącym kołnierzem i srebrnym obszyciem, schodziła w długie połacie, które przy chodzie otwierały się nad nogami. Na piersi, tam gdzie inny ród nosiłby własne znaki, spoczywał biały smok Nivarii. Ten sam herb powtarzał się na mankietach i przy cholewkach wysokich, czarnych butów. W talii opinał go podwójny pas ze srebrnym łańcuchem. Rękawice kończyły się na palcach. Całość była ciemna, ostra i precyzyjna. Nie wyglądała na kostium panicza. Wyglądała na mundur kogoś, kto stał przy dziedziczce i nie zamierzał tego ukrywać.

    Kruk potwierdził wybór. Tkanina ułożyła się na ciele jak druga skóra.

    Gotowy czekał przed wejściem do ogromnego holu, w którym miała odbyć się gala. Gdy Suri wreszcie się pojawiła, zaniemówił. W srebrnej sukni wyglądała jak żywcem wyjęta z sennych marzeń. Światło z korytarza ślizgało się po materiale, a ona nie próbowała nawet zachować pozorów. Natychmiast podbiegła do niego i oplotła jego szyję ramionami.

    — Tęskniłam za tobą.

    Kruk objął ją w pasie, rozbawiony tym, jak mocno do niego przylgnęła.

    — Nie widzieliśmy się przez jedną dobę.

    — To i tak zbyt długo.

    Uśmiech zszedł mu z twarzy. Przytrzymał ją jeszcze chwilę, zanim pozwolił jej odsunąć się na tyle, by spojrzeć jej w oczy.

    — Jesteś piękna.

    Suri obdarzyła go promiennym uśmiechem. Kruk wziął ją pod rękę. Razem weszli do sali.

    ✩ ✩ ✩

    Kuro

    Wieczór był wyjątkowo irytujący. Po pierwsze nie mógł stać u boku Suri, a to samo w sobie wystarczało, żeby uznać galę za osobistą zniewagę. Po drugie patrzył, jak wchodzi do sali u boku Kruka, i musiał przyznać sam przed sobą, że asasyn wyglądał lepiej od niego. To już było upokarzające.

    Przysunął się bliżej Ryūjiego. Zaraz po Suri był to jego ulubiony człowiek, a książę oglądał tę samą scenę z wyraźnie mieszanymi uczuciami. Szczękę miał zaciśniętą, wzrok wbity w siostrę i w czarny mundur z białym smokiem, jakby nie wiedział, czy bardziej chce ich rozdzielić, czy po prostu zniknąć z sali. 

    — Mógłbym wszystkim wyczyścić pamięć i to zakończyć — zaproponował Kuro niemal pogodnie.

    Ryūji odwrócił się ku niemu i pogłaskał go po włosach, jakby Kuro był jego młodszym bratem. Kitsune przymknął oczy, usatysfakcjonowany. Wreszcie ktoś zachowywał się tak, jak trzeba.

    — Bardzo bym chciał ci na to pozwolić — odparł Ryūji cicho. — Ale moja siostra by nas zamordowała.

    Kuro westchnął z żalem. Przypomniał sobie, że całe to przedstawienie było przecież dla Suri. A Kruk, jakkolwiek wkurzający, najpewniej też wolałby nie brać w nim udziału. Szkoda. Czyszczenie pamięci byłoby znacznie szybsze i o wiele przyjemniejsze.

    Kiedy Kruk i Suri weszli głębiej, generał Tavish wyszedł na środek. Kuro i Ryūji odwrócili się ku niemu.

    — Oto Ariyan Vardhan — oznajmił generał. — Mój wnuk i prawowity dziedzic rodu Vardhan.

    Kruk stał na podwyższeniu i sprawiał wrażenie, jakby nienawidził każdego słowa. Suri stała obok niego, uśmiechając się łagodnie. To było przedstawienie, w którym asasyn zgodził się odgrywać główną rolę. Kuro, choć bardzo go korciło, nie zamierzał mu w tej chwili przeszkadzać. Suri wyglądała na dumną. A skoro ona była zadowolona, on mógł jeszcze chwilę poczekać z masakrą.

    Przeniósł wzrok na Żniwiarzy stojących z tyłu. Ich również zaproszono. Wpatrywali się w Kruka szeroko otwartymi oczami, jakby obserwowali kogoś obcego. Dobrze. Niech się uczą. Kuro i tak uważał, że asasyn nadal jest tylko dość znośnym dostawcą jajek.

    Potem spojrzał na Feniksy. Cameron uśmiechał się promiennie na widok Suri. Christopher miał nieco rozmarzony wyraz twarzy, ale też wyraźnie zaciśnięte pięści. Lucas obserwował wszystko spokojnie. Laila, której Kuro nienawidził od pierwszego spotkania, była wyraźnie wściekła. Dobrze jej tak. Mogła się dusić we własnej moralności aż do deseru.

    Emiyo i David stali pod samą ścianą, na uboczu. Chłopak miał zaniepokojony wyraz twarzy. Dziewczyna wpatrywała się w Kruka, jakby zobaczyła ducha.

    Po chwili Emiyo zacisnęła pięści i ruszyła ku wyjściu. Potem wszystko wydarzyło się w błyskawicznym tempie.

    Kruk zniknął z podwyższenia. Pojawił się tuż przy królewnie. Chwycił Emiyo i szarpnął ją w bok. W miejscu, w którym przed chwilą stała, błysnęła stal.

    Illi’andin rzucili się do akcji i powalili niewidzialnego napastnika na kamienną posadzkę. Kuro wpatrywał się niedowierzająco w obezwładnioną Rini.

    — O — mruknął z czystym zachwytem. — Jednak nie będzie aż tak nudno.

    ✩ ✩ ✩

    Emiyo

    Nie rozumiała, jak to się stało. Jeszcze niedawno Kruk był dla niej tym, kim był od początku — zimnokrwistym asasynem, wrogiem z przeciwnej drużyny, zawsze grającym nieczysto. Kimś, kto stał w grupie wysłanej wykonać egzekucję jej rodziców i nawet nie mrugnął. A teraz generał Tavish wypowiadał jego imię jak tytuł. Ariyan Vardhan. Wnuk bohatera narodowego. Prawowity dziedzic rodu.

    Emiyo patrzyła na czarny mundur z białym smokiem i czuła, jak w gardle zbiera się jej coś gorzkiego. Ani trochę jej się to nie podobało. Świat nie miał prawa tak szybko zmieniać znaczenia jego twarzy.

    Była na gali, bo tak wypadało. Suri była dziedziczką, a Feniksy zostały zaproszone, i odmowa wyglądałaby jak polityczna obraza. Stała więc pod ścianą, obok Davida, i trzymała się tak blisko wyjścia, jak tylko pozwalał protokół. Tłum klaskał z aprobatą. Suri się uśmiechała. Kruk stał nieruchomo, z twarzą tak pustą jak zawsze. Dla Emiyo była to ta sama maska bez emocji, którą znała z Akademii. Ani duma, ani wzruszenie, ani sprzeciw. Tylko chłód. I właśnie dlatego widok białego smoka na jego torsie wydawał się jeszcze bardziej nierealny. Nivaria nagle uznała, że wolno mu być kimś więcej niż narzędziem Rady.

    Emiyo nie wytrzymała. Obróciła się i ruszyła ku drzwiom. Chciała opuścić to miejsce za wszelką cenę. Oddychać powietrzem, w którym nie wybrzmiewało jego nowe imię. Zniknąć, zanim ktoś każe jej jeszcze raz spojrzeć na chłopaka, którego Suri kochała, a ona wciąż widziała we śnie jego cień nad ciałami rodziców. 

    Nie zdążyła dojść do progu. Asasyn nagle był przy niej.

    Emiyo zapomniała, jak się oddycha. Jego dłoń zamknęła się na jej ramieniu, szarpnęła ją w bok, a ona osunęła się razem z ruchem, sparaliżowana. W uszach szumiało jej tak głośno, że przez chwilę nie słyszała tłumu. Czuła tylko zimny chwyt i ten sam instynkt, który zawsze kazał jej uciekać, kiedy on pojawiał się za blisko.

    Dopiero po dłuższej chwili do jej świadomości dotarł błysk stali. Tam, gdzie stała przed sekundą, powietrze przecięło ostrze. Kamienna posadzka przyjęła cios, który był przeznaczony dla niej. 

    Illi’andin ruszyli naprzód. Niewidzialność opadła. Na podłodze leżała Rini.

    Emiyo stała wciąż w uścisku Kruka i patrzyła na to miejsce pustymi oczami. Serce biło jej tak mocno, że aż bolało. Dopiero wtedy, powoli i z opóźnieniem, które jej samej wydało się wstydliwe, zrozumiała, że to nie jego powinna się teraz bać. On właśnie uratował jej życie.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Otoczenie, które przed chwilą tętniło światłem i szeptami, pękło w jednej sekundzie niczym bańka mydlana.

    Ryūji i Tavish rzucili się w wir działania, zanim Suri zdążyła zebrać myśli. Brat ruszył w kierunku powalonej Rini. Generał wydawał rozkazy twardym głosem, a Illi’andin zamykali przestrzeń wokół napastniczki tak ciasno, że kamienna posadzka przestała być miejscem gali i stała się polem bitwy.

    Kruk oddał Emiyo Davidowi. Nie czekał na podziękowanie. Nie oglądał się za siebie dłużej, niż było trzeba. Wrócił do Suri jednym, pewnym ruchem i stanął tak blisko, że poczuła jego ramię przy swoim. Kuro pojawił się w tej samej chwili. Przykleił się do jej boku, ogarnął ją obecnością, jakby dopiero teraz uznał, że wolno mu wrócić na swoje miejsce.

    Cameron i Christopher stanęli przy niej od drugiej strony. Nie pytali. Po prostu zamknęli lukę. Stali jak żywa tarcza, tak blisko, jakby to ona, a nie Emiyo, była celem ataku. Suri czuła ich barki, ich oddech, tę samą instynktowną potrzebę osłonięcia jej ciałem, którą znała z Akademii.

    Kilka kroków dalej Lucas i Laila dołączyli do Emiyo i Davida. Królewna wciąż wyglądała na sparaliżowaną. David trzymał ją ostrożnie, jakby bał się, że jeśli puści, osunie się na kamienną posadzkę. Laila powiedziała coś cicho, zbyt szybko, zbyt ostro. Lucas stał przy nich wyprostowany, już bez zwyczajowej swobody, tylko z czujnością kogoś, kto zrozumiał, że gala nie jest bezpieczna.

    Po chwili wszyscy zebrali się razem.

    Feniksy, które jeszcze niedawno dzieliła kłótnia, brak wzajemnego zrozumienia i gniew, stanęły w jednym kręgu. Cameron i Christopher. Emiyo oparta o Davida. Lucas i Laila. Sala wciąż huczała od rozkazów Illi’andin, a jednak tu, w tym ciasnym skupisku, Suri poczuła coś, czego nie spodziewała się poczuć tej nocy. Znów byli razem i w obliczu prawdziwego niebezpieczeństwa nic innego nie miało znaczenia. 

    ✩ ✩ ✩

    Christopher

    — Dlaczego mnie w to mieszasz? — zapytał zirytowanym głosem.

    Kuro nawet nie zwolnił kroku. Szedł korytarzem tak, jakby koszary należały do niego od zawsze, a Christopher był jedynie wygodnym narzędziem, które akurat znalazło się w zasięgu.

    — Nikogo innego nie było pod ręką — odparł beztrosko. — A twoje umiejętności są nieocenione.

    Christopher przewrócił oczami. Szedł jednak przy boku kitsune. Znał już ten ton. Kuro nie prosił. Kuro stwierdzał, a potem zakładał, że świat sam się ułoży.

    Skopiował niewidzialność Rini, zanim minęli pierwszy posterunek. Powietrze wokół nich zgęstniało i rozrzedziło się jednocześnie, jakby korytarz na chwilę o nich zapomniał. Kuro spojrzał obojętnie w stronę mijanych strażników, a Christopher był pewien, że coś im podszepnął prosto w umysły. Jeden poprawił pas. Drugi odwrócił wzrok ku pustemu odcinkowi korytarza. Nikt ich nie zatrzymał. Nikt nawet nie sprawiał wrażenia zaniepokojonego, choć przecież byli szkoleni, by wyczuwać działanie magii w pobliżu.

    Celę znaleźli w głębi koszar. Drewniana ławka, kamienne ściany, zbyt mało światła, żeby miejsce mogło udawać cokolwiek innego niż izolatkę. Pancerne drzwi z jednym, wąskim świetlikiem.

    Rini siedziała na ławce i wpatrywała się w swoje dłonie. Nie uniosła głowy, kiedy drzwi cicho się otworzyły. Nie wyglądała na wojowniczkę, która przed chwilą próbowała zamordować królewnę Wysp Brytyjskich. Sprawiała wrażenie dziewczyny, która dopiero teraz próbuje zrozumieć, co właściwie zrobiły jej ręce.

    Christopher przystanął. Irytacja zeszła z niego powoli, zastąpiona uczuciem chłodniejszym i bardziej uważnym. Dziewczyna nie planowała. Nie układała w głowie ucieczki. Nie szukała winy w kimś innym. Siedziała cicho, ze wzrokiem wbitym we własne palce, jakby to one ruszyły się bez jej wiedzy.

    Kuro miał rację. Rini z pewnością nie działała z premedytacją.

    Note