Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.
    Chapter Index

    Kruk

    Suri

    Wakacje dobiegały końca, a myśl o powrocie do Akademii zostawiała w niej cichy żal. Nivaria zdążyła zagnieździć się w jej sercu. Białe skały stolicy, lazur kanałów i sposób, w jaki ludzie pozdrawiali ją przyjaźnie, bez uniżoności — to wszystko stało się znajome szybciej, niż potrafiła to sobie wytłumaczyć. Cieszyła się jednak, że wróci tu na święta. I że wróci razem z Krukiem.

    Była zadowolona też, że Ryūji wraca z nimi. Ponownie jako instruktor asasynów. Suri znała już na tyle dobrze jego ostre krawędzie, żeby wiedzieć, że studenci będą na niego narzekać i że mimo to zrobią przy nim postępy, których nie zrobiliby przy kimś łagodniejszym. Myśl, że brat zostanie w Akademii, uspokajała ją bardziej, niż zamierzała mu to kiedykolwiek powiedzieć. 

    Żałowała tylko jednej nieobecności. Rini została wydalona z Akademii Królewskiej. Oficjalnie, twardo, bez prawa do powrotu, dopóki śledztwo w Nivarii się nie skończy. Suri nie potrafiła nazwać jej przyjaciółką, a mimo to było jej żal pustego miejsca w szeregach fioletowych mundurków. Miała cichą nadzieję, że sprawa rozwiąże się szybko. I że Rini okaże się niewinna.

    Śniadanie w rodzinnym skrzydle było spokojniejsze niż zwykle. Marcus przeglądał korespondencję, Ryūji pił kawę w milczeniu, a Kuro siedział przy jej boku, leniwie oblizując łyżeczkę, jakby pałacowe posiłki należały do jego ulubionych. Kruk zajął miejsce po jej drugiej stronie i nawet nie udawał, że obchodzi go dworski protokół. Suri wolała to milczenie od wszystkich oficjalnych pożegnań świata.

    Kamerdyner wniósł tacę z listami. Jeden z nich był grubszy od pozostałych i zaadresowany do nich obojga. Suri poznała charakter pisma Emiyo, zanim jeszcze przełamała pieczęć. Obok, drobniejszym pismem, dopisał się David.

    Czytali razem. List był długi. Nie było w nim ozdobników ani prób zrzucenia winy na kogoś trzeciego. Emiyo pisała o lęku, o rodzicach i o tym, że chciała ochronić Suri, a skończyło się na tym, że zrobiła jej krzywdę. David nie szukał usprawiedliwień. Przepraszał za tablety, za milczenie i za to, że pozwolił, by lojalność wobec narzeczonej stanęła między nim, a przyjaciółką.

    Suri skończyła czytać później niż Kruk. Palce miała zaciśnięte na papierze. Poczuła ulgę, że to oni napisali pierwsi, i żal, że musieli.

    Odłożyła list na obrus.

    — Odpowiem im — powiedziała cicho. — Tylko nie dziś.

    Kruk skinął głową. Nie komentował. Wystarczyło, że jego dłoń na chwilę spoczęła na jej kolanie pod stołem.

    Drugi dokument był oficjalny. Wizyta w pałacu cesarskim została potwierdzona na ostatni weekend września. Suri uniosła wzrok i nie potrafiła ukryć ożywienia.

    — To za miesiąc — szepnęła. — Poznam dziadka i rodzeństwo mamy.

    Kruk nie odpowiedział, w jego milczeniu było napięcie, które znała zbyt dobrze. Ryūji gwałtownie odstawił filiżankę.

    — Wizyta w pałacu cesarskim to nie wycieczka — powiedział chłodno. — Im mniej się tym ekscytujesz, tym lepiej.

    Suri spojrzała na brata z lekkim przekąsem, ale nie kłóciła się. W środku i tak już układała sobie pierwsze spotkanie. Chciała zobaczyć twarze, o których matka nigdy nie zdążyła jej opowiedzieć. Zapewne jeszcze dwa miesiące temu nie byłaby taka podekscytowana, ale teraz, kiedy okazało się, że jej ojciec i brat stali się jej prawdziwą rodziną… nie potrafiła ukryć własnej nadziei. 

    Później zeszli na taras przed pałacem. Stąd Kruk mógł otworzyć portal prosto do Akademii. Powietrze było chłodne, czyste, pachniało kwiatami i wodą. Za balustradą miasto leżało w porannym świetle, jakby samo chciało ich zatrzymać jeszcze przez chwilę.

    Suri odwróciła głowę i zauważyła generała. Tavish Vardhan stał nieco z boku, w cieniu kolumn, i wodził wzrokiem za wnukiem. Nie podszedł. Nie zawołał. Tylko patrzył, jak człowiek, który odzyskał kogoś, kogo utracił, ale wciąż nie potrafił do niego dotrzeć.

    Suri zostawiła Kruka przy balustradzie i podeszła bliżej.

    — Mogę w czymś pomóc, generale?

    Uniósł na nią spojrzenie. W jego twarzy, zwykle twardej jak rozkaz, pojawiła się cicha, niemal bezradna nadzieja.

    — Nie mam pojęcia, jak do niego dotrzeć.

    Suri uśmiechnęła się do niego promiennie, a potem spoważniała.

    — Kruk pana szanuje — powiedziała z pewnością, której nie musiała udawać. — A to naprawdę sporo. Jeżeli chce pan mojej rady, generale, proszę uzbroić się w cierpliwość.

    Tavish patrzył na nią jeszcze przez chwilę. Potem powoli skinął głową.

    — Wezmę to sobie do serca.

    Suri wróciła wzrokiem do Kruka. Stał już w swojej czarnej bluzie z kapturem, a portal za jego ramieniem zaczynał się otwierać. Kuro oplótł jej kostkę ogonem, niechętny do powrotu. Ona jednak czuła się dziwnie szczęśliwa. Tavish sprawiał wrażenie człowieka, któremu naprawdę zależało. Kruk odnalazł rodzinę. Jej własna też okazała się wspaniała. 

    Obejrzała się jeszcze raz na białe mury pałacu i na miasto wykute w skale. Potem ścisnęła dłoń Kruka i razem z nim przeszła przez światło portalu, zanim żal zdążył zmienić się w coś, co zatrzymałoby ją na tarasie na zawsze.

    ✩ ✩ ✩

    Klara

    Myślała, że wraca do tego samego skrzydła. Do ciasnych korytarzy, do sześcioosobowych pokoi i do łazienek, w których zawsze brakowało ciepłej wody. Jednak przez wakacje Akademię jakby ktoś podmienił.

    Zatrzymała się już na progu. Dwuosobowe pokoje z łazienkami. Prawdziwe wspólne przestrzenie. Siłownia, która nie wyglądała jak pobojowisko. Własne kino. Stół bilardowy tak nowy, że Kyle najpierw tylko przetarł po nim palcem, jakby sprawdzał, czy nie zniknie. Sale treningowe pachniały świeżym sprzętem, nie starym potem i złością.

    — Żartujecie — wydusiła z siebie.

    Kyle gwizdnął cicho.

    — Jak dla mnie, możemy się nie budzić.

    Aron stał przy tablicy informacyjnej wodząc po niej poważnym wzrokiem. Obwieszczenie było krótkie, oficjalne i podpisane dwoma nazwiskami. Vardhan i Ravani. Pierwsze Klarze ułożyło się od razu. Drugie nic jej nie mówiło.

    — Vardhan, jasne — mruknęła. — A Ravani to niby kto?

    Kyle potarł kark.

    — Nie mam pojęcia. Pierwszy raz słyszę.

    — No jasne — warknął Aron. — Wystarczyło, żeby Kruk znalazł dziadka, i nagle przypomnieli sobie, że też tu mieszkamy. A to drugie nazwisko… brzmi, jakby też pochodziło z Nivarii.

    Klara podeszła bliżej. Przeczytała ogłoszenie jeszcze raz, wolniej.

    — Hej — rzuciła przez ramię. — Kapitanie. To twoja zasługa?

    Kruk stał kilka kroków za nimi, z torbą na ramieniu i miną człowieka, którego ktoś znowu próbował ubrać w cudze życie. Nawet nie uniósł głosu.

    — Nie.

    — Serio? — Aron odwrócił się ostro. — Bo twoje nowe nazwisko wisi na ścianie.

    — I jakieś Ravani — wtrącił Kyle. — Kto to w ogóle jest?

    Kruk wzruszył ramionami. Złość, której Klara spodziewała się po nim od progu, nie przyszła.

    — Nie mam pojęcia — powiedział krótko. — A mieszkanie mam w Tokio. Nie zamierzam odbierać wam wygód z czystej przekory. Nie we mnie inwestują. 

    Aron otworzył usta, potem je zamknął. Wściekłość ostygła mu w pół słowa, jakby nagle zdał sobie sprawę, że nie miał z kim się bić.

    Klara stuknęła palcem w obce nazwisko.

    — Więc albo zaraz ktoś nam to wyjaśni, albo ten Ravani spadnie nam na głowę osobiście.

    Kyle uśmiechnął się krzywo.

    — Stawiam na to drugie. Ludzie, którzy mają tyle kasy, rzadko zostawiają na tablicy samo nazwisko.

    Dziewczyna pokręciła głową.

    — W każdym razie cieszy mnie, że wreszcie ktoś przypomniał sobie, że też tu mieszkamy.

    Aron rzucił jeszcze jedno spojrzenie na Kruka. Tym razem już bez pretensji. Raczej z tą irytującą ulgą, której nie umiał nazwać.

    — No — mruknął. — Skoro ty nie protestujesz, to ja też nie będę udawał, że wolę stare prysznice.

    Klara zarzuciła plecak wyżej na ramię i rozejrzała się po nowym skrzydle. Fioletowe mundurki na korytarzu wyglądały dziwnie bez Rini. Lepsze warunki tego nie zasłaniały. A jednak czuła błogie zadowolenie. 

    — Dobra — rzuciła. — Zanim ktoś z zielonych wpadnie nam tu z wizytacją, zajmujemy pokoje. I nie, Kyle, kino nie jest twoje tylko dlatego, że pierwszy do niego wszedłeś.

    ✩ ✩ ✩

    Kruk

    Do gabinetu dyrektor Morrigan wszedł już zirytowany. Wezwanie przyszło bez wyjaśnienia, a on od dawna wiedział, że takie wezwania rzadko kończą się dobrze. Zamknął za sobą drzwi i usiadł przed jej biurkiem, zanim zdążyła mu to zaproponować.

    Kobieta patrzyła na niego zbyt długo. Na jej twarzy nie było zwykłej, ostrożnej powagi. Było niezadowolenie. Głębsze niż jego własne, i właśnie to go zaskoczyło.

    — Zostajesz na stałe zwolniony z obowiązków wobec Rady — powiedziała.

    Kruk uniósł na nią wzrok. Przez chwilę był pewien, że się przesłyszał.

    — Co?

    Dyrektor nie powtórzyła tego łagodniej.

    — Twoja odnaleziona rodzina opłaciła twoje utrzymanie i naukę. Hojnie obdarowała też Akademię. To był jeden z warunków.

    Więc tak było mieć rodzinę, która ma władzę. Kruk poczuł mieszankę, której nie umiał od razu rozdzielić. Z jednej strony odetchnął. Nienawidził tamtych ludzi. Nienawidził rozkazów przychodzących w nocy, zadań, po których wracał do Suri z krwią na rękach i pustką w głowie. Z drugiej strony siedziała przed nim dyrektor Morrigan. Odkąd sięgał pamięcią, stała po jego stronie. Nawet wtedy, gdy się go bała, a on wiedział, że tak było.

    Milczał dłużej, niż zamierzał.

    — Z całym szacunkiem — odezwał się w końcu — ale kto zajmie się granicą między światami?

    Morrigan pobladła jeszcze bardziej. Przez dłuższą chwilę nic nie powiedziała. Palce złożyła na blacie tak równo, jakby tylko ten gest trzymał jej głos w ryzach.

    — To nie należy do zmartwień ucznia — odparła dyplomatycznie.

    Kruk wpatrywał się w nią. Nie kupił tego zdania. Znał je zbyt dobrze. Tak mówiło się wtedy, kiedy prawda była gorsza od milczenia.

    — To wszystko?

    — Tak — potwierdziła. — Możesz iść.

    Wstał. Podszedł do drzwi i dopiero wtedy się odwrócił, z ręką już na klamce.

    — Jeżeli będzie mnie pani naprawdę potrzebowała, nie odmówię pomocy.

    Kobieta wpatrywała się w niego zaskoczona. Potem powoli skinęła głową. Na jej twarzy pojawiła się taka ulga, jakby właśnie uratował Akademię przed obróceniem się w stertę gruzu.

    Kruk wyszedł na korytarz i dopiero tam zrozumiał, że po raz pierwszy od lat nikt nie miał prawa wezwać go w środku nocy. Rodzina Vardhan’ów kupiła mu to milczenie. On jednak nie wiedział jeszcze, czy powinien im za to dziękować.

    ✩ ✩ ✩

    Nadine

    Szła z Klarą korytarzem nowego skrzydła, kiedy zobaczyła Ryūjiego. Stał przy skrzyżowaniu korytarzy, a naprzeciwko niego znajdował się ktoś, kogo Nadine na pewno nie znała. Chłopak miał nieco przydługie, najeżone, ciemnoczerwone włosy, jakby ktoś dopiero co przeczesał je dłonią i zostawił je w nieładzie. Cerę miał jasną, prawie porcelanową. Oczy jasnoniebieskie, chłodne, patrzące spod opadających kosmyków z taką pewnością, jakby korytarz Akademii należał do niego od zawsze. Mundurek miał fioletowy. Żniwiarski. Dopasowany tak precyzyjnie, że srebrne hafty na klapach i naramiennikach wyglądały na uszyte na jego miarę, nie pod szkolny reżim.

    Nadine zwolniła kroku. Cudownie. Wreszcie ktoś wart jej uwagi. Do tego Illi’andin. To podobało się jej jeszcze bardziej. 

    Podeszła pewnym krokiem, zanim Klara zdążyła ją zatrzymać.

    — Czyżby nowy Żniwiarz?

    Ryūji spojrzał na nie obie nie kryjąc zadowolenia z ich obecności.

    — Pojawiłyście się w dobrym momencie. To Ishvar Ravani. Ishvar, to Nadine i Klara. Jesteście w jednej drużynie. Dziewczyny, zróbcie mi przysługę i pokażcie mu drogę do pokoju. Będzie współlokatorem Kruka.

    Nadine uśmiechnęła się od razu.

    — Oczywiście. Chętnie cię oprowadzimy.

    Ishvar skinął głową z chłodną uprzejmością, która nie sięgała oczu. Ryūji oddalił się korytarzem, zostawiając ich we trójkę. Klara zmierzyła nowego Żniwiarza wzrokiem od stóp do głów i mruknęła, wyraźnie mniej zachwycona.

    — Szczęściarz z ciebie. Praktycznie będziesz miał pokój dla siebie.

    Ishvar uniósł brwi.

    — Dlaczego?

    — Kruk sypia gdzie indziej — odparła Klara. — Rzadko wraca do akademika.

    — Masz na myśli Ariyana Vardhana? — zapytał chłodno.

    Klara wzruszyła ramionami.

    — Kogo? — zdziwiła się Nadine.

    Klara odwróciła się do niej.

    — Ach. Ty jeszcze nie wiesz. Kruk znalazł swojego dziadka. Okazało się, że to niezła szycha.

    Nadine milczała przez chwilę, a potem kropki połączyły się same. Vardhan. Ravani. Dwa nazwiska z tablicy ogłoszeń. Rodziny, które ufundowały ich nowe skrzydło. Spojrzała na Ishvara jeszcze raz i poczuła, że chłopak nagle wydał się jej jeszcze bardziej atrakcyjny.

    Stanęli pod drzwiami jego pokoju. Nadine poprawiła włosy i nachyliła się odrobinę bliżej.

    — Może chcesz, żebym oprowadziła cię po Akademii?

    Ishvar spojrzał na nią spokojnie.

    — Nie, dziękuję.

    Otworzył drzwi, wszedł do środka i zamknął je za sobą, zanim Nadine zdążyła cokolwiek dodać. Klara parsknęła cicho.

    — No. Przynajmniej wiesz już, że ładna buzia nie oznacza, że da się z nim pogadać.

    ✩ ✩ ✩

    Ishvar

    To, jak wszyscy dookoła niego skakali, było męczące. Nie przyjechał do Akademii, żeby zdobywać nowe znajomości. Wyjątek stanowił wnuk generała Vardhana. Reszta mogła zostać tam, gdzie była.

    Przyjechał w jednym celu. Chronić dziedziczkę Nivarii za wszelką cenę.

    Do tej pory spotkał ją tylko raz, podczas jednej z uroczystości. Przedstawiono jej wtedy tylu ludzi, że Ishvar był pewien, iż nie zapamiętała jego twarzy. Czas to zmienić. Myśl o tym, że zaraz stanie przed nią nie jako jedno z wielu nazwisk na liście, tylko jako ktoś, kogo zapamięta, obudziła w nim napięcie, którego nie umiał zrzucić na samo poczucie obowiązku.

    Szedł pewnym krokiem w stronę sali treningowej, w której, jak powiedział Ryūji, miał ćwiczyć z siostrą. Znali się dobrze. Trenowali razem niejednokrotnie, na długo zanim którykolwiek z nich pojawił się w Akademii. Ishvar był dziedzicem jednego z największych rodów Nivarii. Jego rodzice nosili stopnie pułkowników, dziadek był generałem. Ryūji Nacht nie musiał mu tłumaczyć, czym jest obowiązek. A jednak, kiedy Ishvar otworzył drzwi, stanął w progu jak ktoś, kto wszedł nie na tę salę, co trzeba.

    Rodzeństwo Nachtów trenowało. I przy okazji najwyraźniej nie przestawało się kłócić. Byli tak swobodni, jakby nie byli dziećmi Lorda. Dla Ishvara taki poziom zażyłości z własnym rodzeństwem był nie do pomyślenia. Jego starsze rodzeństwo zawsze traktowało go aż nazbyt oficjalnie. 

    Potem zobaczył ją dokładnie. Suri miała rozgrzane policzki i włosy zlepione przy skroni. W galowym mundurze na uroczystości wyglądała jak dziedziczka. Tutaj, w zwykłym stroju treningowym, była żywa i rzeczywista. Ishvar poczuł, jak traci na chwilę równowagę, której nie gubił nawet w obliczu jej ojca.

    Ryūji odwrócił ku niemu wzrok i na chwilę przerwał ćwiczenie. Suri wyraźnie nie. Uniosła dłoń, a świetlista sylwetka uderzyła brata łokciem w bok.

    — Au. Co to było? Powiedziałem, że robimy przerwę.

    Ona zaśmiała się złośliwie.

    — To jedyna szansa, żeby cię walnąć — oznajmiła radośnie.

    Jej śmiech dotknął Ishvara głębiej, niż powinien. Złapał się na tym, że uśmiecha się kącikiem ust, zanim zdążył ten uśmiech schować.

    Ryūji spojrzał na nią wilkiem, a potem z powrotem przeniósł wzrok na Ishvara.

    — Suri, to Ishvar Ravani. Jego dziadek przyjaźni się z dziadkiem Kruka.

    Zero tytułów. Zero zasług rodu. Czy dla księcia Nivarii naprawdę ważniejsze było to, z kim przyjaźnił się jego dziadek? Myśli Ishvara zgasły szybko, bo okazało się, że decyzja księcia była słuszna. Dziewczyna obdarzyła go promiennym uśmiechem i w tej jednej chwili całe jego oburzenie wydało się śmieszne.

    — Suri Nacht. Jego siostra. — Wskazała mniej więcej w stronę Ryūjiego. — Miło mi cię poznać. A to mój chowaniec, Kuro.

    Wskazała lisa w ludzkiej postaci, który właśnie podniósł się z ławki pod ścianą i podszedł bliżej. Srebrzyste oczy zmierzyły Ishvara z otwartą ciekawością. On jednak przez ułamek sekundy w ogóle nie patrzył na chowańca. Patrzył na to, jak Suri wypowiada własne imię i nazwisko. Bez zadęcia. Bez dystansu. Jakby naprawdę chciała, żeby je zapamiętał.

    — Dobrze pachniesz — stwierdził Kuro. — Gdzie twój chowaniec?

    Ishvar potrzebował sekundy, żeby zebrać się w sobie. Suri nie była wyjątkowa tylko sama z siebie. Nawet jej chowaniec był legendarny i potrafił przyjąć ludzką formę. A on stał przed obojgiem i po raz pierwszy od wejścia do Akademii poczuł, że jego pewność siebie ma rysy.

    — Śpi w akademiku. — Głos wyszedł mu równy. Prawie.

    — Następnym razem zabierz ją ze sobą.

    — Ją? — zdziwiła się Suri.

    Kuro skinął głową.

    — To samica. Bardzo chętnie ją poznam.

    Ishvar powoli podszedł do świetlistej bliźniaczki Suri. Zatrzymał się bliżej dziewczyny, niż wymagała tego uprzejmość. Czuł ciepło jej magii na skórze i musiał na moment skupić wzrok na jasnej sylwetce, żeby nie wpatrywać się w nią samą.

    — Mogę?

    Suri skinęła głową, przyglądając mu się z ciekawością. Dotknął jasnej postaci ostrożnie, jak czegoś, czego nie wypadało chwytać zbyt pewnie. Obok niej sformował się jego cień. Ciemny, głęboki, posłuszny. Suri uśmiechnęła się ponownie i Ishvar poczuł, jak twarda postawa, z którą wszedł do sali, mięknie wbrew niemu. Przez głowę przemknęła mu myśl, której nie powinien był do siebie dopuścić — że chciałby zostać przy niej dłużej niż wymaga tego protokół.

    — Dziękuję.

    Przez chwilę nie potrafił nic dodać. Potem skłonił się dwornie, głębiej niż było trzeba.

    — Zawsze do usług.

    ✩ ✩ ✩

    Aveel

    Wciąż nie mogła uwierzyć, że jest w Akademii Królewskiej. Nie jako służąca. Jako pełnoprawna uczennica. Rodzina Nachtów wzięła ją pod swoje skrzydła i zafundowała pełne stypendium, a ona codziennie rano budziła się z poczuciem, że zaraz ktoś każe jej wracać do pałacu w Nowej Europie.

    Trafiła do pokoju z bardzo miłą, drobną blondynką o imieniu Alice. Dziewczyna cierpliwie tłumaczyła jej, jak działa Akademia, i oprowadzała po kompleksie, jakby nie było nic dziwnego w tym, że ktoś taki jak Aveel nagle nosi zielony mundurek. Cała jej nowa drużyna była żeńska i miała wdzięczną nazwę Latających Tygrysów. 

    Oprócz kategorycznego zakazu nazywania Suri „panią” albo „waszą wysokością” dostała od dziedziczki Nivarii jajko chowańca. Suri powiedziała wtedy, że w Akademii będzie jej niezbędne. Teraz jajko leżało na miękkiej poduszce w szufladzie szafki nocnej, ale Aveel po raz pierwszy straciła nadzieję, że naprawdę uda się jej tu przetrwać.

    Trening polegał na wspinaniu się po wąskiej drabinie z lin, zawieszonej pomiędzy dwoma górskimi szczytami. Lina, która miała ją zabezpieczać, była tak cienka, że sam jej widok ściskał gardło. Dziewczyny z Latających Tygrysów nie wyglądały, jakby wspinaczka stanowiła dla nich jakikolwiek wysiłek. Aveel była przerażona. Została na samym końcu grupy, a kiedy zawiał mocniejszy wiatr, nie była w stanie się poruszyć. Po prostu utknęła w miejscu, w którym stała.

    Nie miała pojęcia, ile czasu tak spędziła, kiedy tuż obok niej, w powietrzu, zawisł książę Cameron na swoim gryfie.

    — Aveel, wszystko z tobą w porządku? — zapytał.

    Nie potrafiła mu odpowiedzieć. Spojrzała na niego przerażonym wzrokiem, nie odrywając zdrętwiałych palców od sznurowań drabiny. Gryf podleciał bliżej, a Cameron wyciągnął po nią ręce.

    — Hej. Już wszystko dobrze. Możesz puścić drabinę.

    Odpiął linę zabezpieczającą, a ona zdała sobie sprawę, że jest teraz w jego ramionach, na grzbiecie gryfa. Sznur sam wysunął się spomiędzy jej palców. Dopiero wtedy poczuła, jak bardzo boli ją dłoń.

    Gryf wzbił się wyżej i wylądował na szczycie zbocza, na którym czekały pozostałe dziewczyny.

    — Aveel, żyjesz? — Kendra nachyliła się nad nią, a w głosie miała wyraźny niepokój. — Nie zauważyłyśmy, że nagle przestałaś iść za nami.

    Cameron postawił ją na ziemi. Nogi ugięły się pod nią, więc przytrzymał ją przy sobie.

    — Dacie sobie radę? Powinienem wrócić na własny trening.

    Dziewczyny natychmiast przejęły od niego Aveel, otaczając ją opieką.

    — Czyż on nie jest boski? — Zapiszczała Alice, kiedy odleciał na gryfie.

    Kendra nachyliła się konspiracyjnie w stronę Aveel.

    — W zeszłym roku książę Cameron zaprosił Alice na bal. A odkąd okazało się, że nie jest zaręczony z Suri, praktycznie na każdym treningu w parach są razem.

    Alice spłoniła się uroczym rumieńcem. Aveel milczała. Była beznadziejna. Niczego nie potrafiła. Mimo szansy, którą otrzymała, niedługo wyrzucą ją z Akademii. I było dokładnie tak, jak powiedzieli wtedy gwardzista i chowaniec — dla Camerona była wyłącznie zabawką, którą łatwo można zastąpić.

    Note