Rozdział 7 – Cień Kruka III
by Vicky
Klara
Przed treningiem sala była prawie pusta. Byli w niej we trójkę, ona, Kyle i Aron. Siedzieli na skraju mat, czekając na instruktora, a reszta albo jeszcze spała, albo udawała, że nic się nie stało. Klara nie miała zamiaru udawać.
— No i co, serio myślicie, że Rini sama to wymyśliła? — rzuciła, opierając łokcie na kolanach. — Bo ja jakoś nie mogę tego przełknąć.
Kyle przeciągnął się, ale wzrok miał uważny.
— Widziałem, jak ją powalili. Nóż był prawdziwy. Cel też. Tylko… Rini? Na gali? Przy całym dworze? No i przede wszystkim po co…
— No właśnie — mruknął Aron. Przeczesał dłonią to, co zostało z irokeza, i spojrzał na drzwi, jakby spodziewał się, że ktoś ich usłyszy. — Ona jest lojalna do obrzydzenia. Lordowi. Nivarii. Suri. Poza tym nie sądzę, żeby w ogóle rozmawiała z królewną Feniksów, więc ta raczej nie zdążyła jej niczym wkurzyć…
Klara uniosła brwi.
— A jednak próbowała ją zabić.
— Albo ktoś ją do tego pchnął — odparł Kyle. — Nie twierdzę, że jest niewinna. Mówię, że to nie brzmi jak ona.
Aron parsknął cicho.
— Od wczorajszego wieczora nic już nie brzmi jak powinno. Kruk ma dziadka-generała, znaczące nazwisko i znikąd został dziedzicem rodu. Rini siedzi w celi. Świat się trochę popieprzył.
Drzwi otworzyły się bez pukania. Kruk wszedł do środka i wszyscy nagle zamilkli. Cisza osiadła tak gęsto, że Klara aż poczuła, jak robi się niezręcznie. Kyle odwrócił wzrok. Aron wyprostował się, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że chłopak, z którym wychowywał się w sierocińcu, od wczoraj oficjalnie jest kimś ważnym.
Kruk spojrzał na nich zirytowany.
— Czy chociaż wy możecie mi odpuścić?
Kyle odchrząknął.
— No tak nie bardzo… twoim dziadkiem jest narodowy bohater Nivarii… wiesz, to trochę komplikuje sprawy.
Klara spojrzała na Kruka wyzywająco.
— Ja mogę odpuścić, jak obiecasz, że nie będę musiała się przed tobą kłaniać.
Kruk prychnął. Ona się zaśmiała. Atmosfera rozluźniła się odrobinę, jakby ktoś wreszcie otworzył okno, by wpuścić świeżego powietrza.
— Nawet nie próbuj — rzucił.
Usiadł w pobliżu tak, jak siadał do tej pory. Bez ceremonii, bez udawania, że jest kimś innym niż zawsze.
Klara przesunęła się tak, żeby być naprzeciwko niego.
— Skoro już tu jesteś… co z Rini?
Kruk zmierzył ich krótkim spojrzeniem.
— Siedzi w koszarach. Generał Tavish i Ryūji prowadzą sprawę.
Klarze nie umknęło, że nazwał dziadka generałem i musiała przyznać, że nie spodziewała się po nim niczego innego.
— I? — docisnęła. — Myślisz, że to naprawdę była ona?
Przez chwilę milczał. Potem wzruszył ramionami, ale nie było w tym obojętności.
— Ręka była jej. Zamiar… nie wyglądał na jej.
Kyle skinął powoli.
— No. My też tak czujemy.
Aron odchylił się do tyłu, opierając na rękach.
— Jeśli ktoś jej wszedł do głowy, to mamy większy problem…
Klara spojrzała na Kruka. Tym razem już bez drwiny.
— Sprawdzą to?
— Nie wiem — odparł krótko. — Ale niezależnie od tego, czy to zrobią, prawdopodobnie padnie wyrok śmierci. Nawet jeżeli ktoś inny nią kierował, nie zaatakowała byle kogo… Próbowała zamordować królewnę Wysp Brytyjskich, a tego nikt jej nie wybaczy.
Aron uniósł brwi, ale nic nie powiedział. Klara tak. Uśmiechnęła się krzywo. Spojrzała na drzwi, jakby za nimi wciąż mogła zobaczyć Rini wchodzącą na salę z tym swoim zadziornym kotem i pewnością, że wszystko jest na swoim miejscu.
— No proszę. Naprawdę świat się popieprzył.
Kyle przestał się przeciągać. Dłoń, którą jeszcze przed chwilą opierał beztrosko o matę, zacisnęła się na krawędzi. Aron nie odchylał się już na rękach. Siedział prosto, zbyt prosto, i przez moment milczał tak długo, że cisza zaczęła coś znaczyć.
— To skurwisyństwo — powiedział w końcu cicho.
Kruk nie zaprzeczył. Wstał i skinął ku wyjściu na plac.
— Trening. Zanim ktoś znowu wpadnie na pomysł, żeby dźgnąć kogoś z rodziny królewskiej na oczach całego dworu.
✩ ✩ ✩
Aron
Trening trwał już dobrą chwilę, kiedy nagle został przerwany. Instruktor uniósł dłoń. Aron zatrzymał cios w pół ruchu i od razu poczuł, że to nie jest zwykła korekta. Do sali weszło dwóch wysokich rangą oficerów, a między nimi sekretarz z teczką. Mundury mieli galowe, kroki zbyt równe na zwykłą inspekcję. Instruktor dał znak, żeby przerwali ćwiczenia. Żniwiarze stanęli na baczność.
Sekretarz otworzył dokument i odczytał go głosem, który nie zostawiał miejsca na żart.
— Z rozkazu Lorda Marcusa Nachta, za specjalne zasługi oddane Koronie Nivarii, Ariyan Vardhan otrzymuje stopień kapitana armii Nivarii.
Cisza na sali zrobiła się gęsta.
Aron poczuł, jak wściekłość uderza go w żebra. Kruk przeskoczył wszystkie stopnie podoficerskie. Przeskoczył nawet dwa oficerskie. Tak po prostu. Jak gdyby lata treningów, patroli i krwi innych ludzi nie znaczyły nic wobec nazwiska, które wczoraj dopiero wypowiedziano na głos.
Potem spojrzał na przyjaciela.
Mina Kruka była niewyraźna. Na jego twarzy nie było krztyny dumy. Raczej ten sam chłód, który Aron znał od dziecka, tylko ciaśniejszy, jakby ktoś założył mu na ramiona mundur o rozmiar za mały i kazał w nim stać. Aron lekko się skonsternował. Złość nie zniknęła, ale zmieniła kierunek. Kruk o to nie zabiegał. Awans nie był dla niego nagrodą. Był ciosem.
Asasyn przyjął stopień w milczeniu. Powtórzył słowa przysięgi tak, jak od niego oczekiwano. Głos miał bez wyrazu. Ani drżenia, ani siły. Same dźwięki, które należało wypowiedzieć, żeby trening mógł wrócić do porządku.
Oficerowie skinęli głowami. Sekretarz zamknął teczkę. Instruktor kazał im wrócić do ćwiczeń, jak gdyby nigdy nic. Aron poszedł na matę razem z pozostałymi, ale przez resztę treningu czuł na karku nowy dystans. Kapitan Vardhan. Kruk. Te dwie nazwy nie chciały się złożyć w spójną całość.
Kiedy zajęcia się skończyły, Żniwiarze zaczęli wychodzić. Kruk został.
Aron przystanął w drzwiach. Przez chwilę ważył, czy wrócić. Zostawić żart. Powiedzieć, że to nic, że i tak jest tym samym dupkiem co zawsze. Potem spojrzał na jego plecy i stwierdził, że lepiej zrobi, dając przyjacielowi przestrzeń na pozbycie się irytacji.
Wyszedł, nie oglądając się za siebie.
✩ ✩ ✩
Kruk
Wysiłek fizyczny nie pomagał. Irytacja w nim tylko narastała. Uderzał w worek, potem w manekina, potem w powietrze, jakby dało się z niego wytrzepać nowe nazwisko. Nic nie schodziło. Im mocniej uderzał, tym wyraźniej czuł, że ciało robi to samo co zawsze, a świat nagle udaje, że widzi kogoś innego.
Jeszcze bardziej wkurzył się, kiedy na salę weszło trzech zawodowych żołnierzy. Ogarnęli go wzrokiem, zasalutowali i wyszli. Bez słowa. Jakby sala nagle zaczęła do niego należeć. Ludzie, którzy wczoraj mijali asasyna bez zmrużenia oka, dziś ustępowali mu z drogi. Kruk był wściekły właśnie dlatego, że nic nowego nie umiał. Zmieniło się tylko nazwisko.
Po jakimś czasie w sali pojawił się Ryūji. Stanął przy framudze i przyglądał mu się spokojnie, z rękami skrzyżowanymi na torsie, bez tej oficjalnej sztywności, którą nosił przy dworzanach.
— Mogę się przyłączyć? — zapytał.
Kruk skinął głową. Ryūji podszedł bliżej. Przez chwilę obserwował jego oddech, rozcięte kostki, sposób, w jaki Kruk trzymał ramiona zbyt wysoko.
— Nie wyglądasz na zadowolonego.
— Mam swoje powody — odparł Kruk.
Ryūji patrzył na niego jeszcze przez moment. Potem najwyraźniej się domyślił.
— Otoczka jest bez znaczenia — powiedział wprost. — Twoje umiejętności były warte tego stopnia, zanim pojawił się generał Vardhan. Dwór jest głupi. Armia nie jest.
Kruk prychnął cicho.
— To nie pomaga — mruknął.
Ryūji spojrzał na niego z lekkim rozbawieniem.
— Wybacz, ale nie możesz być kadetem. Pokonałeś mnie w uczciwym pojedynku. Czułbym się bardzo nieswojo, gdybyś został w tamtym mundurze.
To było jedyne zdanie, które Kruk był w stanie znieść. Jedyna rzecz, która spinała tamtą kłótnię o to, kto pojedzie z Suri. Ryūji nadal nie oddawał mu siostry łatwo. Przestał jednak traktować go jak pył.
Kruk zostawił to bez komentarza. Ku własnemu zaskoczeniu poczuł się trochę lepiej.
— Trenujesz czy będziesz tak stał? — rzucił.
Ryūji wszedł na matę. Nie salutował. Nie nazywał go kapitanem. Po prostu uniósł ręce i przyjął cios. Kruk poczuł, jak irytacja wreszcie znajduje ujście. Dzięki komuś, kto stanął naprzeciwko niego, bo uznał, że warto.
✩ ✩ ✩
Ryūji
Królowa Wysp Brytyjskich, niepodzielna władczyni i babcia Emiyo przybyła następnego dnia. Wieść o zamachu na wnuczkę nie zostawiła jej czasu na dyplomację. Dwór Nivarii zdążył ledwie zebrać oddech po gali, a już na dziedzińcu stanął orszak w barwach Wysp, zbyt liczny i zbyt cichy, żeby można było udawać, że to zwykła wizyta.
Emiyo została zamknięta w kokonie jej gwardzistów. Ledwie dało się ją dostrzec między białymi płaszczami i ostrzami. Sama królowa stanęła natomiast oficjalnie przed władcą Nivarii, swoimi dworzanami i nivaryjskim dworem, i wezwała Kruka, żeby podziękować mu za uratowanie życia wnuczce.
Wcześniej jednak zażądała prawa do niedoszłej zabójczyni.
Proces był krótki i niesprawiedliwy. Rini Nayar została skazana na śmierć. Egzekucja miała zostać wykonana na Wyspach Brytyjskich. Ryūji widział niezadowolenie ojca. Marcus siedział prosto, z twarzą władcy, ale dłonie miał związane protokołem. Atak na zagraniczną koronę nie zostawiał mu pola. On sam również nie był zadowolony. Dziewczyna była świetną wojowniczką. Niedługo mogła dorównać nawet jemu. To była wielka strata dla Nivarii. Poza tym… całkiem ją lubił.
Suri stała u boku ojca i wyraźnie chciała się wtrącić. Kuro mocniej przytrzymał jej przedramię i pokręcił głową. Dobrze. Lis pilnował, żeby jego siostra nie zrobiła żadnej głupoty.
Kruka wezwano przed oblicze starszej królowej w nowym mundurze kapitana. U jego boku stanął generał Vardhan. Ryūji rozumiał to zagranie. Dzięki temu asasyn wydawał się ważniejszy, nawet w obliczu królowej.
Ona jednak wyraźnie nie zamierzała mu umniejszać. Ku zdumieniu całego dworu skłoniła się przed chłopakiem.
— Nie potrafię nawet wyrazić słowami swojej wdzięczności za ocalenie życia mojej wnuczce, królewnie Emiyo z Wysp Brytyjskich — odezwała się wzruszonym głosem. — Ariyanie Vardhan, proś o co chcesz, a w obliczu całego dworu Nivarii przysięgam, że jeśli tylko będzie to w mojej mocy, spełnię twoje życzenie.
Szmer zaskoczenia przebiegł przez tłum. Nawet sam Ryūji zamrugał, zdziwiony. To, co powiedziała królowa, było nie do pomyślenia. Kruk doskonale zamaskował własne zaskoczenie. Jego twarz pozostała chłodna, bez emocji. Spojrzał na królową i skłonił się lekko.
Ryūji, znając go już trochę, był pewien, że chłopak odmówi. To byłby dobry ruch. Zostawiłby Wyspy Brytyjskie z niespłaconym długiem. On jednak zupełnie go zaskoczył.
— Jeśli faktycznie myśli Waszej Wysokości popierają słowa, proszę o łaskę dla Rini Nayar. — Tłum zaszemrał z niedowierzania i oburzenia. Ryūji przełknął ślinę. To była najgorsza możliwa i piekielnie niewygodna prośba. — Nie twierdzę, że powinna zostać wypuszczona z więzienia — dodał Kruk pewnym głosem. — Tylko że powinna zostać w Nivarii i po uczciwym śledztwie oraz procesie oddać swój los w ręce Lorda Marcusa Nachta.
Dwór Nivarii tym razem zaszumiał z aprobatą. Ryūji wypuścił długo wstrzymywane powietrze. Życzenie dalej było niewygodne, ale teraz przynajmniej dało się je zaakceptować.
Królowa pobladła, ale głos miała pewny i władczy.
— Niech więc się stanie, tak jak sobie życzysz. Rini Nayar zostanie w Nivarii, a jej los zostawiam w rękach Lorda Marcusa.
✩ ✩ ✩
Rini
Wiedziała, co zrobiła. Pamiętała galę. Jej własną rękę, która uniosła się, zanim zdążyła zapytać siebie, co robi. Reszty nie było. Między jedną chwilą a drugą zostawała tylko pusta przestrzeń, jakby ktoś wyjął z niej decyzję i zostawił sam ruch. Dlaczego tak się stało? Nie miała pojęcia.
Stała na środku sali, między dwoma dworami, w kajdanach, które więcej mówiły niż cały protokół. Królowa Wysp Brytyjskich nie przyjechała zadawać pytań. Przybyła, by ją zabrać. Emiyo siedziała zamknięta w kokonie gwardzistów, a jej babka zażądała prawa do niedoszłej zabójczyni, zanim ktokolwiek zdążył wypowiedzieć słowo „śledztwo”.
Proces był krótki i niesprawiedliwy. Nikt nie pytał Rini, o motyw. Wystarczyła relacja z gali, nóż i fakt, że to jej dłoń go uniosła. Rini nie spodziewała się, że ktokolwiek się za nią wstawi. Nie układała w głowie takiej listy. Wojowniczka Nivarii wiedziała, czym kończy się zamach na dziedziczkę królewskiego rodu.
Wyrok padł twardo, na głos, w obliczu całego dworu. Śmierć. Egzekucja na Wyspach Brytyjskich.
Powietrze w sali zrobiło się ciężkie. Rini przyjęła słowa prosto, bez drżenia. Ramiona trzymała równo, jej broda nie drgnęła. W piersi było pusto, jakby ktoś wreszcie domknął coś, co i tak już było zamknięte. Tyle jeszcze potrafiła wykrzesać z sobie dumy — umrzeć, nie błagając.
Potem wezwano Ariyana Vardhana.
Pojawił się w mundurze kapitana, a u jego boku stał generał Vardhan. Rini patrzyła na niego tak, jak patrzyła zawsze, kiedy nie miała prawa patrzeć dłużej. Na chłopaka, którego znała z treningów w Akademii. Na kogoś, kto nigdy nie był jej, a mimo to zajmował w niej miejsce, którego nie umiała opróżnić. Królowa skłoniła się przed nim ku zdumieniu całego dworu i podarowała mu życzenie. Proś o co chcesz. W obliczu Nivarii. Jeśli tylko będzie to w jej mocy.
Rini poczuła, jak serce podskakuje jej wysoko i staje.
Mógł poprosić o cokolwiek. Dosłownie o cokolwiek. Ziemię. Tytuł. Sojusz. Własny oddział. Wolność od dworu, którego nie chciał. Cokolwiek, co nowy kapitan i nowy dziedzic powinien był wziąć, stojąc przed obcą koroną.
On skłonił się lekko i poprosił o łaskę dla Rini Nayar.
Szmer niedowierzania i oburzenia przetoczył się przez salę. Rini poczuła, jak ziemia pod stopami na moment traci twardość. Najpierw usłyszała własne imię. Potem dopiero zrozumiała, że to on je wypowiedział. Nie spodziewała się, że ktokolwiek otworzy usta. A on wziął życzenie, które mogło zmienić jego życie, i oddał je dla niej.
Nie prosił o wolność. Powiedział to pewnym głosem, zanim dwór zdążył go zdusić — nie powinna wyjść z więzienia. Powinna zostać w Nivarii. Po uczciwym śledztwie i procesie oddać swój los w ręce Lorda Marcusa Nachta.
Tym razem zaszumiała aprobata. Królowa pobladła, ale nie cofnęła słowa.
Rini Nayar zostanie w Nivarii.
Kajdany wciąż ciążyły jej na nadgarstkach. Rini nie ruszyła się ani o krok. Nie pozwoliła twarzy zmięknąć. Nie pozwoliła sobie na łzy, których sala nie powinna zobaczyć. W środku jednak wszystko w niej drżało. On nie spojrzał na nią tak, jak patrzy się na ukochaną. Spojrzał jak ktoś, kto nie zostawia swoich. A ona i tak usłyszała w tym więcej, niż miało wybrzmieć. Usłyszała, że w chwili, gdy wolno mu było wybrać cały świat, wybrał jej życie.
W jej sercu pojawiło się coś ostrego i ciepłego jednocześnie. Nadzieja. Wdzięczność. I ból tak czysty, że aż wstydziła się go przed samą sobą. Bo wiedziała, dlaczego on naprawdę to zrobił. Dla sprawiedliwości. Dla drużyny. Dla dziedziczki.
A mimo to stała w kajdanach i kochała go za to jeszcze bardziej. Po raz pierwszy od gali pozwoliła sobie pomyśleć, że to jeszcze nie koniec, a to, co właśnie usłyszała, będzie ją prześladować dłużej niż sam wyrok.
✩ ✩ ✩
Kruk
Odetchnął dopiero wtedy, gdy zamknęły się za nimi drzwi rodzinnego skrzydła.
Natychmiast naskoczył na niego Ryūji.
— Co ty sobie myślałeś? — warknął, zanim Kruk zdążył choćby zdjąć rękawice. — Czy ty wiesz, jak niebezpieczne było to, co powiedziałeś?
Kruk uniósł na niego wzrok i ku własnemu zdziwieniu wyłapał w tych słowach nie tylko gniew. Była w nich też ulga. Twarda, źle ukryta, jak u kogoś, kto w sali trzymał twarz, a tutaj wreszcie mógł pozwolić sobie na złość.
Nie zdążył odpowiedzieć. Suri zupełnie zbiła go z tropu. Nie czekając, aż brat skończy wyrzuty, rzuciła się ku niemu i oplotła ramionami w pasie. Przylgnęła do niego całą sobą, zupełnie ignorując fakt, że nie są sami. Jej czoło oparło się o jego mundur, a palce zacisnęły się na materiale tak mocno, jakby bała się, że ktoś będzie próbował oderwać ją od niego siłą.
— Kocham cię najbardziej na świecie — zapewniła, a głos miała wzruszony.
Ryūji spojrzał na nich oboje i zaburczał pod nosem.
— Obydwoje jesteście niemożliwi.
Potem zniknął za drzwiami swoich pokoi i zostawił ich w korytarzu, który nagle wydał się za cichy.
Kruk przyciągnął Suri do siebie. Stał tak przez dłuższą chwilę, z brodą opartą o jej włosy, i nic nie mówił. Nie był w stanie. W sali tronowej potrafił poprosić obcą królową o życie Rini. Tutaj, z Suri wtuloną w jego mundur, słowa przychodziły mu znacznie trudniej.
Potem usiedli w jej salonie. Dziewczyna praktycznie nie odklejała się od jego boku. Siedziała blisko, z ręką na jego nodze i uwielbieniem w spojrzeniu.
Nie był w stanie porzucić jednego ze swoich ludzi. Rini właśnie tym była. Członkiem jego drużyny. Szczególnie wtedy, gdy los podsunął mu taką szansę. Jednak gdyby wiedział, że Suri tak na to zareaguje, nie wahałby się ani przez chwilę. Dopiero teraz był naprawdę zadowolony z tego, co zrobił. Nawet jeśli później miały przyjść konsekwencje.