Rozdział 9 – Cień Kruka III
by Vicky
Kuro
Nowy park za zabudowaniami Akademii pachniał różami. Jeszcze przed wakacjami rosła tu zwykła trawa. Teraz pnącza oblepiały pergole, a między rabatami leżały porozrzucane koce uczniów.
Kuro wybrał to miejsce z rozmysłem. W cieniu, wśród róż, z dobrym widokiem i jeszcze lepszym towarzystwem. Suri siedziała obok niego. Ishvara dosłownie tu zaciągnął. Chłopak wciąż wyglądał, jakby nie był pewien, czy ma prawo usiąść, czy najpierw powinien poprosić kwiaty o zgodę. A przy jego boku, leżała smukła, zadbana i ruda lisica. Doskonały zestaw.
— Suri, no nie bądź taka — odezwał się Kuro, już z góry układając głos, żeby brzmiał słodko. — To tylko kilka kropli krwi.
Dziewczyna wzdrygnęła się lekko.
— Nie możesz iść z tym do Ryūjiego?
— Mogę — przyznał. Nachylił się bliżej, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek inny usłyszał jego słowa. — Ale nie chcę. To samica.
Suri spojrzała na niego z wyrzutem. Kuro uśmiechnął się jeszcze szerzej.
— Przez tydzień będę grzeczny. I miły dla wszystkich.
To był ciężki argument. On sam zdawał sobie z tego sprawę. Suri patrzyła na niego jeszcze chwilę, potem westchnęła i niechętnie skinęła głową. Kuro poczuł satysfakcję tak ciepłą, że aż mu ogony drgnęły.
Ishvar przyglądał się im z szeroko otwartymi oczami. Kuro wiedział, że chłopak za chwilę poczuje niepokój, być może nawet oburzenie albo potrzebę interwencji. Wiedział też, że jeżeli Suri coś postanowi, Ravani nie zaprotestuje. Taki już był. Sztywny, służbistyczny i wygodny.
Oczywiście głównym powodem, dla którego Kuro w ogóle go zaakceptował, była Vanessa. Urocza. Ruda. Dobrze wychowana. Pachniała czystą sierścią i wspaniałym rodowodem. Przy okazji chłopak miał jeszcze silne poczucie obowiązku, którego treścią było chronienie Suri. Mógł więc być przydatny. Dwa w jednym. Kuro lubił takie okazje.
Wziął Suri za rękę. Palce miała ciepłe. Przegryzł skórę na nadgarstku delikatnie, prawie czule, i przesunął dłoń nad pyszczek lisicy. Vanessa zamruczała i z wyraźną przyjemnością napiła się krwi. Kilka łyków. Ani kropli więcej, niż trzeba. Kiedy skończyła, natychmiast zaczęła się przymilać do Suri, ocierając głową o jej kolano. Doskonale. Lisiczka wiedziała, kogo się trzymać.
Ishvar natychmiast sięgnął po rękę Suri. Opatrywał ją z uwagą godną lepszej sprawy. Bandaż, ucisk, sprawdzenie, czy nic nie cieknie, jakby Kuro właśnie próbował ją wykrwawić, a nie poczęstować jego własnego chowańca odrobiną krwi Nachtów.
— Hej — odezwała się Suri, już odrobinę rozbawiona. — Nic mi nie jest.
— Lepiej dmuchać na zimne — oznajmił Ishvar i nie przestał.
Vanessa ułożyła się na kolanach Suri, zwinęła ogon i zamknęła oczy ze spokojem kogoś, kto właśnie znalazł najlepsze miejsce na świecie. Kuro ukradkiem spojrzał na Ishvara. Szkoda. Gdyby chłopak był Obrońcą, łatwiej byłoby trzymać go bliżej. Asasyn zawsze miał jakieś swoje korytarze, swoje godziny i swoje głupie poczucie, że nie powinien siadać tam, gdzie mu najwygodniej.
Kuro westchnął w duchu i przysunął się do boku Suri, żeby Vanessa nie uznała, że kolana dziewczyny należą wyłącznie do niej.
„Tydzień — przypomniał Suri w myślach, czując, jak próbowała nie uśmiechnąć się za szeroko. — Grzeczny. Miły. Dla wszystkich. Nawet dla niego.”
Na wszelki wypadek oplótł jej kostkę ogonem. Swoją własność trzeba było zabezpieczać od razu.
✩ ✩ ✩
Aveel
Rano do ich pokoju w internacie wniesiono kosz kwiatów. Świeżych, z pewnością drogich, związanych wstążką w kolorze, którego Aveel nie potrafiła nazwać inaczej niż dworskim. Na bileciku widniało imię księcia Camerona.
Alice wzięła kartkę do ręki i rozpłynęła się od razu.
— Wiedziałam — wyszeptała, jakby dopiero co dostała potwierdzenie spełnienia swoich marzeń. — Wiedziałam, że o mnie myśli.
Aveel stała przy lustrze i poprawiała kołnierzyk mundurka, choć nic tam nie wymagało poprawy. Uśmiechnęła się, bo wypadało. Potem odwróciła wzrok do jajka w szufladzie, jakby biała skorupka mogła ją na chwilę zająć czymś innym.
Przy śniadaniu reszta Latających Tygrysów zachwycała się razem z Alice. Kendra nachylała się nad koszem. Jedna z dziewczyn policzyła róże. Inna uznała, że książę ma gust. Alice była rozpromieniona tak bardzo, że aż trudno było na nią patrzeć.
Aveel jadła w milczeniu. W jej ustach chleb tego ranka smakował jak papier.
Nie przyznała, że zna księcia Camerona. Nie powiedziała, że na drabinie trzymał ją tak, jakby naprawdę się bał, że spadnie i że… cokolwiek ją z nim łączyło. Spojrzała na Alice jeszcze raz i obiecała sobie coś cicho, twardo, bez świadków. Nieważne, czy skończy jako służąca, która dostała stypendium przez pomyłkę. Nieważne, czy książę Camerona miał dla niej miejsce tylko wtedy, gdy nikt nie patrzył. Nieważne nawet, czy kiedykolwiek przestanie czuć się zabawką, którą łatwo zastąpić. Zrobi wszystko, żeby ukończyć Akademię. Tylko to miało teraz jakiekolwiek znaczenie — jej własna przyszłość.
Po drodze na zajęcia zorientowała się, że nie ma przy sobie tabletu. Został w pokoju, na szafce, tak jak kosz z kwiatami, którego od rana nie potrafiła przestać widzieć kątem oka. Odwróciła się szybko i pobiegła po niego, licząc, że da radę dogonić resztę, zanim Kendra zdąży się zniecierpliwić.
Kiedy wracała, na placu zatrzymał ją znajomy głos. W fioletowym mundurku, zamiast munduru gwardzisty, Kyle wyglądał trochę obco. Włosy miał jasne, kręcone i potargane, jakby ktoś przed chwilą przeciągnął przez nie ręką i uznał, że tak wystarczy. Jego twarz miała niemal łagodny wyraz. Spośród Żniwiarzy, których zdążyła zapamiętać, to właśnie on wyglądał na najmniej groźnego. Aveel i tak na moment przystanęła, bo fiolet tutaj znaczył coś zupełnie innego niż mundur gwardii w Nivarii.
— Cześć, Kotku — odezwał się, uśmiechając się do niej bez pośpiechu. — Jak ci się podoba w Akademii?
Ośmieliła się odrobinę. Znała go. Pomógł jej wtedy bezinteresownie. I, co wciąż było dla niej nowością, nie przewyższał jej statusem.
— Jest trochę przerażająco — przyznała. — Nie wiem, czy sobie poradzę.
Zaśmiał się urokliwie, jakby naprawdę nie brał pod uwagę innej odpowiedzi.
— Oczywiście, że sobie poradzisz. Jeżeli chcesz, możemy wymienić się kontaktami. Napiszesz do mnie, jeśli będziesz miała jakieś kłopoty. Do skrzydła Żniwiarzy nie polecam ci chodzić — dodał po krótkiej pauzie.
Skinęła głową trochę zbyt energicznie.
— Naprawdę mogłabym? To znaczy… pisać do ciebie.
— Oczywiście, że tak.
Wymienili się identyfikatorami. Z drugiej strony placu zawołały ją dziewczyny. Aveel pożegnała się szybko, posłała mu nieśmiały uśmiech i pobiegła w ich stronę, ściskając tablet mocniej, niż było trzeba.
— Czego chciał od ciebie Żniwiarz? — zapytała od razu Kendra.
— My… wymieniliśmy się kontaktami.
Kendra uniosła brwi, wyraźnie zaskoczona.
— Serio? To znaczy, jasne, Kyle jest uroczy i wiele dziewczyn się za nim ogląda, ale to jednak asasyn.
— Lubię go — powiedziała Aveel ciszej. — Pomógł mi, kiedy byłam w Nivarii.
Alice odwróciła się do niej z ożywieniem.
— Znaliście się wcześniej? Koniecznie musisz nam opowiedzieć. I nie słuchaj jej. Księżniczka Suri osobiście go wybrała, żeby pojechał na trening do Nivarii. Nie może być taki najgorszy, skoro tak się stało.
— A widziałyście tego nowego asasyna? — wtrąciła Kendra, już myślami gdzie indziej. — Ten to dopiero jest boski. Podobno też przyjechał z Nivarii i nosi naprawdę ważne nazwisko.
Dziewczyny zaczęły plotkować. Aveel szła obok nich i po raz pierwszy od rana poczuła, że w piersi robi się jej lżej. Nawet jeżeli Kyle wypowiedział tylko kilka słów, sama myśl o tym, że ktoś zaoferował jej wsparcie, była dla niej naprawdę cudowna.
✩ ✩ ✩
Kruk
Teraz, kiedy Rada niczego od niego nie chciała, nie za bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Miał zdecydowanie zbyt dużo wolnego czasu. Chciałby spędzać go z Suri, ale ona albo trenowała z Ryūjim, albo uczyła się z Feniksami, tak jak zawsze. Przynajmniej wieczorem mógł przychodzić do niej wcześniej. Albo zabierać ją do Tokio, jego mieszkanie wciąż było jedynym miejsce, w którym naprawdę mogli być sami.
Teraz jednak był zdeterminowany ją znaleźć. W końcu znalazł. Siedziała na kocu w nowym ogrodzie, wśród róż, a jego współlokator trzymał ją za rękę. Co do cholery?!
Kruk poczuł, jak w piersi zbiera mu się coś twardego i gorącego. Miał ochotę komuś przyłożyć. Szczególnie że zdradziecki kitsune obserwował to z czystym spokojem, jakby właśnie oglądał coś, co sam wcześniej starannie ułożył.
Nie zamierzał uciekać. Podszedł do nich pewnym krokiem.
Dopiero wtedy zauważył, że chłopak nie trzyma ręki jego dziewczyny ot tak. Opatrywał ją. Bandaż był już prawie dociągnięty, a Ishvar nachylał się nad jej nadgarstkiem z miną człowieka, który właśnie ratował życie.
— Co ci się stało? — zapytał Kruk.
Suri podniosła na niego wzrok i obdarzyła go tym swoim cudownym uśmiechem. Takim, od którego od razu robiło się trudniej pozostać wściekłym.
— Nic takiego. Karmiłam chowańca. Usiądziesz z nami?
Usiadł. Natychmiast przyciągnął ją do siebie, zaborczo, bez udawania, że to przypadek. Suri zaśmiała się cicho i pocałowała go w policzek. Ciepło jej ust zostało na jego skórze dłużej niż powinno. Kruk odetchnął. Tylko odrobinę. Na tyle, żeby nie wstać i nie zetrzeć Ravaniemu z twarzy tej służbistycznej troski. Na razie.
✩ ✩ ✩
Ishvar
Wreszcie. Siedział na kocu naprzeciwko Ariyana Vardhana i mógł uważać to za rozmowę. Dziedzic rodu, który w Nivarii znaczył więcej niż większość tytułów, jakie Ishvar znał z domu. Poza Suri nikt w Akademii Królewskiej nie był wart tyle uwagi.
Ariyan trzymał ją przy sobie tak blisko, jakby ktoś mógł ją w każdej chwili mu zabrać. Ishvar uznał to za charakter. Illi’andin z krwi Vardhanów nie rozdawał uśmiechów. Twardy chłopak. Zamknięty. Żołnierz. Nic dziwnego.
— Cieszę się, że do nas dołączyłeś — odezwał się uprzejmie. — W Akademii trudno o towarzystwo na odpowiednim poziomie.
On spojrzał na niego. Spojrzenie było płaskie i zimne.
— Nie dołączyłem do ciebie.
Suri delikatnie ścisnęła dłoń chłopaka, jakby chciała złagodzić zdanie, którego Ishvar nawet nie wziął do siebie. W Nivarii dziedzice też mówili krótko. To był dobry znak. Pewność siebie.
Vanessa mruknęła na kolanach Suri i wtuliła pysk w fałdę jej spódnicy. Ishvar poczuł dumę. Jego chowaniec zachowywał się nienagannie. Potem spojrzał na Kuro i duma trochę ostygła. Kitsune obserwował lisicę z takim spokojem, z jakim ogląda się rzecz, którą już uznało się za swoją.
— Podoba ci się? — zapytał Ishvar, starannie dobierając ton.
Kuro uśmiechnął się pięknie.
— Bardzo. Ma gust. Wie, kogo lizać po ręce.
Suri westchnęła cicho.
— Kuro.
— Co? — Kitsune uniósł brwi z niewinną miną. — Pochwaliłem ją. Mało kto od razu rozumie hierarchię.
Ishvar nie wiedział, czy się uśmiechnąć. Nadmierne zainteresowanie Kuro Vanessą niepokoiło go odrobinę. Lisica była jego chowańcem. Z długim rodowodem. Wychowana do posłuszeństwa. Nie po to przyjechała do Akademii, żeby ktoś obcy układał jej charakter od nowa.
Ariyan tymczasem w ogóle nie patrzył na Vanessę. Patrzył na bandaż na nadgarstku Suri.
— Więcej jej nie gryź — rzucił do Kuro.
— Gryzłem delikatnie — odparł kitsune. — Prawie czule. Mogłem wziąć więcej. Nie wziąłem. Jestem w tym tygodniu miły.
— Miły — powtórzył Ariyan tak, jakby słowo źle smakowało.
Ishvar skinął głową, uznając to za troskę o przyszłą władczynię.
— Słusznie. Krew Nachtów nie powinna być marnowana.
Kuro zaśmiał się cicho, jakby usłyszał żart.
— Och, nie zmarnowaliśmy ani kropli. Vanessa będzie teraz ładniejsza i potężniejsza. I bardziej chętna, żeby gryźć tych, co trzeba.
— Kuro — powtórzyła Suri, już ostrzej. — Obiecałeś.
Ishvar poprawił się na kocu. Chciał porozmawiać z Vardhanem naprawdę. O treningach. O Nivarii. O tym, że ich dziadkowie znali się wystarczająco długo, by ten układ miał sens.
— Ryūji mówił, że jutro czeka nas wspinaczka — zaczął. — Dobrze wypadłeś w Nivarii. Będzie okazja pokazać Akademii, czemu Vardhanowie…
— Nie nazywaj mnie tak.
Głos chłopaka był cichy. Ishvar usłyszał w nim tylko charakter. Twardość człowieka, który nie lubi zbędnych tytułów.
— Oczywiście. Jak wolisz.
Suri spojrzała na Ariyana z boku. Na jej twarzy pojawił się cień niepokoju, którego Ishvar nie zdążył rozłożyć na czynniki.
Kruk wciąż trzymał ją przy sobie. Drugą ręką poprawił koc, jakby chciał zaznaczyć, gdzie kończy się miejsce dla gości.
— Jutro — powiedział. — Zobaczymy, kto zdobędzie więcej punktów podczas wspinaczki.
Ishvar uśmiechnął się. Wreszcie. Język, który rozumiał. Rywalizacja. Szacunek. Sprawdzian między równymi.
— Przyjmuję wyzwanie — odparł bez wahania. — Będzie uczciwe starcie.
Kuro położył brodę na ramieniu Suri i szepnął tak, żeby wszyscy słyszeli.
— On naprawdę myśli, że chodzi o punkty.
Suri szturchnęła go lekko łokciem. Kitsune tylko zmrużył oczy, zadowolony.
Ishvar nie zrozumiał. Uznał, że Kuro znowu mówi zagadkami, jak wszystkie tego typu istoty. Dla niego sprawa była prosta. Jutro zmierzy się z Ariyanem Vardhanem. Jedynym uczniem w tej szkole, którego warto było pokonać. Albo, jeśli przyjdzie taka potrzeba, jedynym, u którego boku warto było stać.
✩ ✩ ✩
Klara
Przez pierwszy tydzień po powrocie ćwiczyli głównie wspinanie. Skały. Liny. Mosty zawieszone między ścianami z taką starannością, jakby komuś zależało, żeby uczeń zdążył pożałować życiowych wyborów, zanim spadnie. Dla Illi’andin to nie było żadne wyzwanie. Mieli własne skrzydła, więc lęk wysokości ich nie dotyczył. Dla pozostałych uczniów widowisko bywało lepsze niż sam sprawdzian.
Teraz, kiedy liczono osobiste punkty, Klara wolała patrzeć w innym kierunku.
Ściana była prawie pionowa. Szara, pęknięta, mokra w miejscach, gdzie słońce nie dochodziło. Uczniowie rozstawili się na dole. Kruk i Ishvar zostawili ich w tyle, zanim ktokolwiek zdążył udawać, że to jeszcze wspólna konkurencja.
Kruk wspinał się tak, jakby skała osobiście go obraziła. Ruchy miał krótkie, ostre, bez zbędnego oddechu. Ishvar szedł równo, czysto, z tą irytującą precyzją człowieka, który całe życie trenował, żeby wypaść dobrze na pokazach. Obydwaj byli wysoko, kiedy reszta dopiero szukała pierwszego chwytu.
Klara zmrużyła oczy.
Kruk sprawiał wrażenie, jakby wziął sobie tę konkurencję do serca. I to nie w sposób sportowy. W taki, w którym najchętniej zrzuciłby przeciwnika w przepaść i dopiero potem sprawdził, ile punktów za to dają.
Dosięgnął krawędzi pierwszy. Nie uniósł ręki. Nie spojrzał w dół. Stanął na wierzchołku jak ktoś, kto właśnie wygrał i nadal miał ochotę kogoś uderzyć. Ishvar pojawił się chwilę po nim, oddychając równo, i skinął głową z szacunkiem należnym honorowemu starciu.
Kruk nie wyglądał na usatysfakcjonowanego.
Klara poczuła, jak w kącikach jej ust pojawia się uśmiech. Oho. Nie chodziło o punkty. To było coś znacznie głupszego i znacznie bardziej zabawnego. Kruk patrzył na Ravaniego tak, jak patrzy się na człowieka, który stanął za blisko rzeczy, której nie wolno dotykać. Zazdrość. U Kruka. Na zewnątrz. W takim razie chodziło o Suri.
Dziewczyna skończyła własną, znacznie prostszą wspinaczkę i nawet nie zdążyła otrzepać dłoni z pyłu, gdy już do nich szła. Uśmiech miała promienny. Była zupełnie nieświadomo i wyraźnie brakowało jej jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego. Klara kochała ją za to i jednocześnie miała ochotę nią potrząsnąć.
— Byliście świetni — powiedziała Suri, patrząc od jednego do drugiego. — Obydwaj.
Ishvar wyprostował się jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle było możliwe. Klara omal nie parsknęła. Wystarczyło jedno zdanie dziedziczki i panicz z Nivarii wyglądał, jakby dostał order.
Klara podeszła bliżej i wplotła się Suri pod ramię, zanim któryś z chłopaków zdążył uznać, że to jego miejsce. Ishvar spojrzał na nią tak, jakby rozważał morderstwo z powodów protokolarnych. Kruk nie wypadł lepiej. W jego twarzy była ta sama zapowiedź przemocy, tylko ciszej ułożona.
Klara uśmiechnęła się z przekąsem.
— Co za emocje.
Wcale nie miała na myśli wspinaczki, jednak Ishvar nie załapał ironii. Oczywiście, że nie. Ten chłopak nie zauważyłby ironii, nawet gdyby poprosiła go o audiencję.
— To była dobra konkurencja.
Kruk obrócił głowę. Wyraz twarzy miał drapieżny, pozbawiony obojętności, którą zwykle nosił jak maskę.
— Następna będzie lepsza.
Ocho. To się Klarze podobało. Lubiła Kruka w tej wersji, w której nie potrafił już schować się za taflą lodu. Zawdzięczała go takiego oczywiście Suri. Ścisnęła jej ramię mocniej i spojrzała na obu chłopaków z czystą, kąśliwą satysfakcją. Miała pewność, że będzie ciekawie.
✩ ✩ ✩
Ishvar
Jego starszy brat najpierw zniknął w korytarzach administracji. Formalności. Sprawy, które w rodzie Ravani załatwiało się bez zbędnych słów. Ishvar zdążył już przywyknąć do tej wersji Neela — chłodnej, dorosłej, zawsze o krok dalej niż on sam.
Potem jego brat wpadł na trening asasynów.
Ryūji nie przerwał zajęć, jednak obecność Neela sama sprawiła, że asasyni bardziej się starali. Ishvar czuł na karku to znajome, oceniające spojrzenie i pracował czysto, równo, tak jak w domu. Kiedy trening się skończył, Neel podszedł i rzucił mu kilka chłodnych słów pochwały. Krótkich. Odmierzonych. W sam raz tyle, żeby młodszy brat wiedział, że nie wstydzi się jego postawy, i za mało, żeby mógł uznać to za czułość.
W międzyczasie pojawiła się Suri. Weszła bez pośpiechu, z butelką wody w dłoni, jeszcze w stroju po własnych ćwiczeniach. Zobaczyła Neela i rozjaśniła się tak zwyczajnie, jakby spotkała kogoś ze swojego podwórka, a nie oficera z jednego z największych rodów Nivarii.
— O, cześć, Neel — powiedziała. — Co tu robisz?
Ishvar odwrócił głowę ostrzej, niż zamierzał. Jego starszy brat uśmiechnął się. Zawadiacko. Lekko. Uśmiechem, którego Ishvar nie znał z domu i nie umiał przypisać do twarzy, którą oglądał od dzieciństwa.
— Załatwiałem kilka formalności — odparł Neel. — I przy okazji przyszedłem sprawdzić, jak radzi sobie mój młodszy brat.
Suri zmierzyła wzrokiem ich obu, wyraźnie zdziwiona.
— Ishvar to twój brat?
Ryūji parsknął śmiechem, otarł rękawem pot z szyi i spojrzał na nich z boku.
— Sprawiają wrażenie, jakby wychowali się w dwóch różnych rodzinach, prawda?
Ishvar zignorował to. Nie obchodziło go, jak wyglądają razem. Zaskoczyło go coś innego.
— Znacie się?
Suri skinęła głową, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
— Parę razy Neel wpadł na trening do mnie i Ryūjiego.
I wtedy Ishvar zupełnie przestał rozumieć, co dzieje się w sali, w której stał. Jego zimny, starszy brat droczył się z dziedziczką Nivarii. Śmiał się. Mówił do niej po imieniu. Sięgnął po butelkę, którą Suri trzymała w dłoni, i bezceremonialnie napił się jej wody, jakby miał do tego prawo od lat. Dziewczyna oburzyła się tylko na pokaz, odebrała mu butelkę i szturchnęła go ramieniem. Przekomarzała się z nim tak łatwo, jakby od zawsze byli przyjaciółmi.
Neel nie poprawił postawy. Nie ukrył uśmiechu. Nie wrócił do tego oficjalnego tonu, którym przed chwilą obdarzył własnego brata. Ishvar stał obok i nie znajdował w tym żadnego porządku. Wobec niego rodzeństwo zawsze było dorosłe i powściągliwe. Starszy brat chwalił krótko, poprawiał ostro i nigdy nie zostawiał miejsca na żarty. Dziedziczka Nivarii nie powinna być kimś, z kim ten sam brat rozmawia, jak z dziewczyną z sąsiedztwa. Nie powinna słyszeć swojego imienia wypowiadanego tak lekko. Nie powinna odbierać mu wody i śmiać się przy tym.
A jednak śmiała się.
Ishvar wpatrywał się w nich i poczuł, że zasady, które znał z domu, przestają tutaj obowiązywać. Nie dlatego, że ktoś je złamał. Dlatego, że dla nich tych zasad jakby nigdy nie było.
✩ ✩ ✩
Suri
Ryūji odszedł z Neelem w stronę korytarza, wciąż o czymś dyskutując. Głosy ich obu zrobiły się od razu bardziej służbowe, jakby salę treningową zostawili za sobą razem z prawem do śmiechu. Suri została sama z Ishvarem.
Lubiła go. Był porządny, poważny i lojalny wobec Nivarii w sposób, którego nie dało się udawać. Czasem było jej nawet głupio, kiedy Kuro dręczył go przez Vanessę. A jednak sztywna postawa chłopaka bawiła ją bezlitośnie. W Akademii mówił do niej po imieniu, jak każdy inny. Tytuły tu nie obowiązywały, a jednak jej imię zawsze wypowiadał z tak nabożnym szacunkiem, że zwyczajnie nie potrafiła powstrzymać rozbawienia. Suri nie była z natury wredna. Przy nim po prostu wychodziło tak jakoś samo.
Usiadła na niskiej ławce przy ścianie i poklepała miejsce obok siebie.
— Siadaj.
Ishvar usiadł. Równo. Zachowując poprawną odległość, jakby korzystanie z ławki też miało swój protokół. Suri przesunęła się odrobinę bliżej, tylko na tyle, żeby zobaczyć, czy zesztywnieje. Zesztywniał.
— Skoro zostaliśmy sami — zaczęła beztrosko — to powiedz mi, która z dziewczyn w Akademii ci się podoba?
Ishvar spojrzał na nią tak, jakby zapytała o stan armii.
— To nie jest temat, który…
— Jest — ucięła z uśmiechem. — Klara? Nadine? Któraś z Zielonych Mundurków? Nie udawaj, że nie masz oczu.
— Nie przyjechałem tutaj, żeby się zaręczać.
— Nie mówię o zaręczynach. Mówię o zwykłym „o, ładna”.
Ishvar milczał chwilę za długo. Suri już miała dodać kolejną złośliwość, kiedy w końcu odpowiedział tonem człowieka składającego raport.
— Tylko ty jesteś ładna.
Suri zamrugała.
— Co?
— Pozostałe dziewczyny są… w porządku — poprawił się starannie. — Ale ładna jesteś tylko ty.
Przez sekundę nie wiedziała, czy się śmiać, czy schować twarz w dłoniach. Podpuszczała go dla żartu. Spodziewała się, że wykręci się albo wymieni trzy imiona i umrze ze wstydu. Nie spodziewała się, że odpowie jej tak prosto, jakby mówił o pogodzie.
— Ishvar — wydusiła. — Nie można tak odpowiadać.
— Zapytałaś.
Klara pojawiła się przy jej ramieniu dokładnie w najgorszym momencie i pociągnęła ją w stronę damskich szatni.
— Kochanie — mruknęła, kiedy drzwi sali zostały za nimi. — Podobało ci się.
Suri poczuła, jak się rumieni.
— To miało być głupie pytanie.
— Było. A on i tak ci powiedział, że reszta szkoły może sobie darować. Dręczysz go dla zabawy, a on to znosi z miną człowieka, który właśnie dostał order.
Suri przygryzła wargę i nie potrafiła ukryć rumieńca. Klara trafiła w punkt. Było jej głupio. Naprawdę. A jednocześnie wciąż miała przed oczami Ishvara, który siedzi na ławce, sztywny, uprzejmy i śmiertelnie poważny po najgłupszym pytaniu, jakie mogła mu zadać, i wiedziała, że nie zamierza przestać. Był tak uroczo sztywny. Tak bardzo starał się zachowywać nienagannie. Przy kimś takim trudno było być całkiem grzeczną.
✩ ✩ ✩
Ishvar
Sparring skończył się później niż zwykle. Powietrze w sali było ciężkie od wysiłku, a Ishvar nie zdążył jeszcze złożyć skrzydeł. Trzymał je rozłożone za sobą, ciemnoczerwone, o barwie typowej dla rodu Ravani. Błona między łączeniami jeszcze pulsowała po walce.
Suri podeszła jak gdyby nigdy nic. Nie zatrzymała się w bezpiecznej odległości. Nie spytała. Uniosła dłoń i musnęła błonę jego skrzydła tak zwyczajnie, jakby poprawiała komuś rękaw.
— Mają ładny kolor — powiedziała.
Dla Illi’andina to nie był komplement. Dotyk na błonie skrzydła był pieszczotą prawie erotyczną. Zbyt bliską, prywatną. Równie dobrze mogłaby go pocałować na środku sali treningowej. W Nivarii nie robiło się tego mimochodem, a już na pewno nie po sparringu, przy świadkach. Ciało Ishvara zareagowało szybciej niż myśli. Ciepło rozeszło się od miejsca, w którym leżały jej palce, wzdłuż całego skrzydła aż po kręgosłup. Oddech zaciął mu się w piersi.
Stanął nieruchomo. Nie cofnął się. Nie złapał jej za nadgarstek. Nie powiedział, że nie wolno jej go tam dotykać. To była dziedziczka Nivarii. Nie miał prawa pouczać jej przy ludziach, a może i w ogóle. Wystarczyło, że wytrzyma, nie drgnie, nie pozwoli, by cokolwiek z tego, co działo się pod skórą, wyszło na zewnątrz.
Suri pogładziła błonę jeszcze raz, już tylko sprawdzając kolor w świetle, i cofnęła rękę.
— Naprawdę ładne — powtórzyła radośnie i odeszła w stronę wyjścia, jak gdyby nigdy nic.
Ishvar został. Skrzydła wciąż miał rozłożone. W miejscu jej dłoni skóra paliła go uporczywie. Patrzył, jak dziewczyna znika za drzwiami, i nagle go olśniło. Ona nie łamała zasad z wyrachowania. Ona tych zasad po prostu nie miała.
✩ ✩ ✩
Kruk
Widział to. Suri podeszła do Ravaniego bez namysłu i położyła dłoń na błonie jego skrzydła, jakby sprawdzała materiał munduru. Ishvar nawet nie drgnął. Stał prosto, za dobrze wychowany, żeby ją powstrzymać, i zbyt wyraźnie poruszony, żeby Kruk mógł to zignorować.
Nie zrobił sceny przy ludziach. Poczekał, aż wyszli na korytarz. Dopiero wtedy złapał ją za nadgarstek i przycisnął do ściany, odcinając od reszty świata własnym ciałem.
— Nie rób tego nigdy więcej — powiedział ostro.
Suri spojrzała na niego zaskoczona.
— Co masz na myśli?
Kruk milczał. Szukał słów, które nie brzmiałyby jak przyznanie się do czegoś, czego nie zamierzał jej tłumaczyć. Z gardła wydobyło mu się tylko ciche warknięcie.
Wtedy odezwał się Kuro. Wyszedł z cienia, gdzie na nią czekał i uśmiechnął się z czystą, złośliwą jasnością.
— Nie głaszcz obcych skrzydeł. To nie kot.
Suri zmierzyła wzrokiem ich obu. Nadal nic nie rozumiała. Kruk zobaczył to od razu i nie zamierzał jej uświadamiać. Lepiej, żeby nie wiedziała.
— Och — powiedziała wreszcie, już miękcej. — Nie chciałam, żebyś był zazdrosny. Nie pomyślałam.
Przyciągnął ją do siebie i otoczył ramionami. Schował twarz w jej włosach i pozwolił, żeby jej oddech ułożył się przy jego szyi. Na razie mu to wystarczyło. Piekielnie drażniło go jednak coś innego. To, jak nagle zaprzyjaźniła się z tym przeklętym paniczem. Ravani chodził za nią z miną szczeniaka, który dostał prawo stać blisko. Suri uśmiechała się do niego zbyt łatwo. Mówiła do niego zbyt zwyczajnie. A teraz jeszcze dotykała go tak, jakby nie wiedziała, gdzie kończy się żart.
Kruk zacisnął ramiona mocniej. Nie musiała wiedzieć, co zrobiła na środku sali. Wystarczyło, że więcej tego nie powtórzy.