Rozdział 10 – Cień Kruka III
by Vicky
Kruk
Rano wszedł do pokoju po kilka rzeczy i zamknął za sobą drzwi. Dopiero wtedy zamarł.
Ishvar spał we własnym łóżku. Przytulona do niego leżała dziewczyna, prawie całkiem schowana pod kołdrą. Zza pościeli wystawały tylko kosmyki długich, rudych włosów i noga przerzucona bezwstydnie przez jego biodro. Przez Kruka przeszła krótka, przyjemna fala zadowolenia. Jeśli Ravani znalazł sobie kogoś do łóżka, może wreszcie przestanie kręcić się za blisko jego Suri.
Wtedy Ishvar się obudził. Najpierw spojrzał na Kruka. Potem, z opóźnieniem, zorientował się, że ktoś leży tuż obok niego. Gwałtownym ruchem zrzucił dziewczynę na podłogę.
— Kim jesteś? — warknął, wkurzony i już zaniepokojony.
Ona prychnęła. Wyplątała się z kołdry, z którą spadła, i wlepiła w niego gniewne, zielonozłote oczy. Włosy miała gęste, rozczochrane od snu, cerę jasną, a z rudych kosmyków wystawały lisie uszy. Puszysty ogon, rudy z jasnym końcem, uderzył o podłogę. Do Kruka dotarło szybciej niż do Ishvara kim ona jest i miał ochotę przeklinać. Wyglądało na to, że Kuro stworzył sobie dziewczynę.
— Nie rozpoznajesz własnego chowańca? — rzucił do Ravaniego.
— Co?
Obaj spojrzeli na nią w tej samej chwili. Dziewczyna podniosła się z podłogi już bez kołdry i stała teraz zupełnie naga. Kruk złapał koc ze swojego łóżka i narzucił jej go na ramiona, zanim sytuacja miała okazję zrobić się jeszcze głupsza. Vanessa wpatrywała się w niego zaskoczona, jakby nie rozumiała, po co ktoś w ogóle zasłania skórę.
— Może byś ją ubrał? — powiedział Kruk do Ishvara.
— Po co mam się ubierać? — zapytała słodkim głosem lisica.
Kruk odetchnął z ulgą.
— Mówisz. Świetnie.
Przynajmniej nie będzie trzeba zgadywać, co myśli. To już coś.
Ishvar wciąż siedział na łóżku, skonsternowany do szpiku kości.
— Nie rozumiem…
— Piła krew Nachtów — odciął Kruk. — Oczywiście, że musiała ewoluować. Podziękuj chowańcowi Suri.
Vanessa przenosiła wzrok z jednego na drugiego, wyraźnie znudzona całym zamieszaniem. Otuliła się kocem, który dostała od Kruka, i spróbowała z powrotem wgramolić się do łóżka Ishvara.
— Nie rozumiem, o co tyle hałasu — mruknęła. — Wracam spać.
Tym razem Ishvar zrzucił ją na podłogę z premedytacją.
— Nie ma mowy, żebyś ze mną spała.
Vanessa spojrzała na niego urażona.
— To gdzie mam spać?
— Na podłodze.
Lisica zmierzyła go złym wzrokiem.
— Nie ma mowy.
Kruk oparł się barkiem o framugę i poczuł lekkie rozbawienie. Suri będzie zachwycona.
✩ ✩ ✩
Vanessa
Nie rozumiała. Do tej pory spała w łóżku właściciela. Tak było. Ciepło. Blisko. Teraz ten sam właściciel nie chciał jej przy sobie. Pytanie, które kłębiło się jej w głowie, nie miało w sobie smutku. Miało złość. Szczerą, gorącą złość. Dlaczego jej nie chce?
— Jeżeli chcesz, możesz spać w moim łóżku — powiedział spokojnie ten drugi.
Odwróciła się ku niemu.
Tak. To jej się podobało. Ten chłopak podobał jej się znacznie bardziej. Pachniał lepiej. Pachniał dziewczyną, która karmiła ją krwią, żeby Vanessa mogła stać się taka wspaniała. I trochę lisem, którego lubiła.
— Mogę? — upewniła się.
— Tak. Zechciałabyś się ubrać? Tam jest hologram. — Wskazał dłonią jasną taflę w rogu pokoju. — Możesz sobie wybrać, co chcesz.
Spojrzała na niego szczerze zdziwiona.
— Po co miałabym to robić?
On nie stracił rezonu.
— Kuro lubi ładne ubrania. Spodoba mu się, jeśli będziesz miała na sobie coś ładnego.
Och. To był już akceptowalny powód. Skoro drugi lis lubił stroić się w ludzkie rzeczy, być może jej samej też mogło się to spodobać.
Podeszła tam, gdzie wskazał. Kruk stanął obok i pokazał jej, jak obsłużyć hologram. Światło rozwinęło się w powietrzu, a tkaniny zaczęły układać się jedna na drugiej, miękkie, lekkie, błyszczące. Vanessa wybrała to, co najładniej połyskiwało. Po chwili miała już na sobie kremową, zwiewną sukienkę w delikatny kwiatowy wzór. Rdzawobrązowe kokardy spinały rękawy i dekolt, a przy nich kołysały się złote, kwiatowe zawieszki. W talii zacisnął się ciemny pasek, na nogach pojawiły się brązowe kozaki ze złotymi ozdobami. Ogon ułożył się za nią puszystym łukiem, rudy, z jasnym końcem.
Przyjrzała się sobie z rosnącym zadowoleniem.
— Idę — powiedział Kruk. — Mam nadzieję, że poradzicie już sobie sami.
— Nie! — Vanessie i Ishvarowi odpowiedź wyrwała się w tej samej chwili.
Kruk westchnął.
— Nie mam dla was czasu.
Vanessa uniosła brodę.
— Zabierz mnie do nich.
Nie prosiła. Żądała.
Chłopak patrzył na nią przez dłuższą chwilę. Potem spojrzał na Ishvara. On milczał, ale w jego oczach stała już czysta, błagalna prośba, żeby Kruk zabrał stąd ten problem razem ze sobą. Ona też nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Kruk w końcu skinął głową.
Vanessa ułożyła hierarchię szybko i bez żalu. Najpierw ona sama. Potem drugi lis. Następnie dziewczyna, która karmiła ją krwią. A na koniec on, chłopak, który zaprosił ją do swojego łóżka. Idealnie.
Natomiast właściciel? Kto to taki? Jego w ogóle nie zamierzała już znać.
✩ ✩ ✩
Suri
Kiedy Kruk przyprowadził do nich lisicę, Suri pisnęła z czystej radości, zanim zdążyła się powstrzymać.
— Jesteś taka śliczna!
Vanessa uniosła brodę z satysfakcją.
— Oczywiście, że jestem.
„Idealna” — mruknął Kuro w jej głowie, tak zadowolony, jakby to on właśnie stanął przed lustrem.
Suri nie potrafiła oderwać wzroku od miedziano-rudej grzywy, lisich uszu i puszystego ogona z jasnym końcem. Vanessa wyglądała jak bajka, która właśnie zeszła z hologramu i uznała, że świat należy do niej.
— Można tak zrobić z każdym chowańcem? — zapytała zaciekawiona, odwracając się do Kuro.
Przecząco pokręcił głową.
— Musi być wyjątkowy. To rzadka sprawa. — Dosłownie puszył się z dumy. — Nawet z krwią Nachtów. Giniro na przykład nie mógłby przyjąć formy humanoidalnej. — Pogłaskał smoka po łebku z czułością. — Ale i tak jesteś wyjątkowy — zwrócił się do srebrnego smoka.
Giniro owinął się ciaśniej wokół jego ramion, jakby te słowa były mu należne.
Suri zmrużyła oczy.
— Skąd ty to wszystko wiesz? Jak to się dzieje, że nie jesteś dzieckiem? Nie masz nawet roku…
Kuro uśmiechnął się szeroko.
— Och. To wiedza pokoleniowa. Wiem wszystko to, co moi przodkowie.
— Wygodne — stwierdził Kruk bez emocji.
Vanessa najwyraźniej nie mogła się zdecydować, do kogo ma się tulić. Krążyła między nimi, ocierając się ramieniem to o Suri, to o Kuro, to o Kruka, jak kot, który właśnie odkrył, że ma trzy źródła ciepła. Kiedy stanęła przy Kruku, on jakby mechanicznie wyciągnął rękę i pogłaskał ją po włosach. Lisica zamruczała ukontentowana.
Suri spojrzała na to odrobinę zdziwiona. Wiedziała, jak bardzo Kruk nie lubi nikogo dotykać.
„On nie jest głupi” — odezwał się Kuro w jej głowie, już trochę rozbawiony. — „Wie, że to lis, a nie człowiek. W przeciwieństwie do dziewczyn z Akademii.”
Suri przypomniała sobie propozycje randek i wyznania miłosne, które Kuro dostawał co jakiś czas, zawsze z tą samą, rozmarzoną pewnością, że lis w ludzkiej skórze jest po prostu ładnym chłopakiem. Skinęła powoli głową. To miało sens.
— Co teraz?
Kuro spojrzał na Vanessę z lekkim żalem.
— Zaraz rozpoczną się zajęcia, a Ishvar będzie jej potrzebował. Dlatego najlepiej, żeby poszła z Krukiem.
— Dlaczego? — odezwał się Kruk z lekką pretensją.
Uszy Vanessy natychmiast stanęły prosto. Lekko nimi strzyknęła, już zdenerwowana.
— Nie chcesz, żebym z tobą szła?
Suri położyła dłoń na jej ramieniu.
— To nie tak — powiedziała uspokajająco. — On po prostu nie chce mieszać się w problemy, które go nie dotyczą.
Lisica uspokoiła się od razu. Odwróciła się do Kruka i uśmiechnęła słodko, jakby właśnie składała najpoważniejszą z obietnic.
— Nie będę problemem. A nawet mogę być bardzo, ale to bardzo użyteczna.
✩ ✩ ✩
Ishvar
Symulacja pachniała wilgotnym lasem. Między drzewami pękały szare dziury, a z ich brzegów wypełzało to samo paskudztwo, które mieszkańcy Nowego Świata znali z anomalii — oślizgłe, bezkształtne ciała, widmowe ptaki o pazurach jak haki i ogromne, przezroczyste niedźwiedzie, które stawały na tylnych łapach, zanim uderzyły. Gdzieś wyżej skrzeknęło ptaszysko z nieopierzonymi skrzydłami i długim, ostro zakończonym dziobem.
Ishvar uniósł dłoń i wypuścił ogień. Płomień poszedł równo, czysto, tak jak zawsze. Trafił. Spalił, ale i tak wydał mu się za słaby.
Vanessa nawet na niego nie spojrzała. Trzymała się Kruka. Ostentacyjnie. Szła przy jego ramieniu, jakby to on był jej właścicielem od pierwszego dnia. Kiedy widmowy ptak runął z góry, lisica stanęła przed Krukiem i osłoniła go pazurami. Kiedy Kruk zniknął i pojawił się kilkanaście metrów dalej, skok był dłuższy niż zwykle, lżejszy, prawie leniwy. Vanessa wzmacniała jego moc tak naturalnie, jak oddychała.
Ishvar przyzwyczaił się, że to on dostaje tę przewagę. Teraz jego ogień kończył się za wcześnie. Niedźwiedź zachwiał się, ale nie padł od razu. Ishvar musiał uderzyć drugi raz. Potem trzeci. W uszach szumiało mu ze złości.
— O, popatrzcie — rzucił Kyle, ledwo łapiąc oddech po własnym ataku. — Lisica zmieniła właściciela. I to w jedną noc.
Jackob parsknął śmiechem.
— Nie zmieniła. Awansowała. Z Ravaniego na Vardhana. Logiczne.
— Może jej po prostu zimno na podłodze — dodała Nadine, nawet nie starając się zniżyć głosu. — Słyszałam, że książątko kazało jej spać na deskach. No to poszła tam, gdzie jest cieplej.
Aron nie powiedział nic ostrego. Tylko rzucił Ishvarowi krótkie, rozbawione spojrzenie i wrócił do walki, jakby to była najzabawniejsza rzecz, jaką widział od tygodnia.
Ishvar nie odpowiedział. Twarz trzymał nieruchomo. Oddychał równo. Ruchy miał czyste. W środku jednak gotowało się wszystko. Żarty pospólstwa wbijały się głębiej niż pazury widmowego ptaka. W Nivarii nikt nie mówił tak do dziedzica rodu Ravani. Tutaj wystarczyło, że jego chowaniec wolał kogoś innego, a nagle cały szereg uważał, że ma prawo się śmiać.
Nie obwiniał Ariyana. On tylko brał to, co samo przychodziło mu do ręki. Tak robił od początku. Nie prosił Vanessy, żeby odeszła. Nie kłaniał się. Nie tłumaczył. Po prostu skakał teraz dalej i lżej, a lisica szła za nim, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Siebie też nie obwiniał. Zrobił to, co należało. Nie mogła przecież spać z nim, kiedy przybrała ludzką postać. To była kwestia porządku.
Winna była ona.
Vanessa minęła go tak blisko, że jej ogon musnął mu udo, i nawet wtedy nie uniosła na niego wzroku. Osłoniła Kruka przed kolejnym dziobem, wzmocniła jego następny skok. Ishvar ściągnął szczękę i puścił kolejną falę płomieni prosto w pysk widmowego niedźwiedzia. Stwór runął. Żar obliznął mu rękawice. Siła rażenia i tak wydała mu się niewystarczająca.
Nie zamierzał tego po sobie pokazać. Nie teraz. Nie im. I już na pewno nie lisicy, która uznała, że może go zostawić na środku pola walki, jak zbędny sprzęt.
✩ ✩ ✩
Cameron
Chciał zobaczyć się z Aveel bez wywoływania politycznego skandalu. Dlatego tego wieczoru zaprosił całą drużynę Latających Tygrysów.
Od jakiegoś czasu spotykali się głównie w Obsesji, a nie w Nocnej Orchidei, która należała do rodziny Lucasa. Powodów było kilka. Pierwszym był Christopher. Feniksy trzymały się go po rozstaniu z Suri. Miały poczucie winy, bo poniekąd jego sytuacja powstała z ich zachowania. Suri też go nie ignorowała. Robiła wszystko, co było w jej mocy, żeby nie czuł się porzucony. Drugim powodem była ona sama. Chętniej chodziła do Obsesji, bo klub należał i do Christophera, i do Kruka. W tym lokalu nie musiała wybierać między Krukiem a Feniksami. Mogła po prostu zmieniać pomieszczenia. Cameron uważał, że to fair.
Kiedy weszli na górę, do prywatnych sal, Alice wczepiła się w jego ramię. Blond włosy opadły jej na ramiona, a uśmiech miała jasny i zupełnie pewny siebie.
— Te kwiaty były takie piękne. Dziękuję, Cameron!
Spojrzał na nią zaskoczony. Kwiaty, które kazał dostarczyć do akademika, nie były przeznaczone dla niej. Nie był pewien, jak to powiedzieć. I czy w ogóle powinien. Rozejrzał się za Aveel. Szła obok Kendry, z wzrokiem wbitym w podłogę, jakby prywatne piętro Obsesji było dla niej miejscem, do którego nie powinna wchodzić. To ona naprawdę go interesowała. Tylko nie miał pojęcia, jak może to rozegrać, nie wpędzając jej w bezsensowne kłopoty.
Westchnął cicho i pozwolił Alice zostać przy swoim ramieniu jeszcze przez chwilę, uznając, że i tak będzie musiał porozmawiać z Suri. Spośród nich wszystkich miała najbardziej niekonwencjonalne pomysły. A jednak większość z nich się sprawdzała.
✩ ✩ ✩
Aveel
Alice była pewna, że wieczór należy do niej.
Od progu prywatnej sali Feniksów mówiła o kwiatach. O bileciku. O tym, że książę Cameron wreszcie dał znak. Śmiała się głośno, wczepiona w jego ramię, i każdemu, kto chciał słuchać, powtarzała, jakie były piękne. Aveel stała pół kroku za Kendrą i uśmiechała się tak, jak wypadało. W piersi bolało ją cicho, równo, bez prawa do hałasu.
Przy Feniksach zamilkła. Nie bardzo wiedziała, jak się zachować. Czy powinna się kłaniać? W Akademii protokoły nie obowiązywały. Mówiono jej to wielokrotnie. Teraz jednak byli poza nią. W klubie, w którym pachniało drogim alkoholem i cudzą pewnością siebie. Lucas śmiał się z Lailą. Christopher siedział w fotelu jak ktoś, kto od urodzenia miał prawo zajmować najlepsze miejsce. Suri jeszcze nie było. Cameron odwracał głowę, jakby czegoś szukał, a Alice nie puszczała jego ramienia.
Aveel wcisnęła palce w fałdy sukienki. Jeśli zostanie, ktoś w końcu zapyta, czemu służąca bawi się z potomkami rodzin królewskich. Jeśli powie im, że wraca, Alice uzna to za zazdrość. Oba warianty były złe. Więc wybrała trzeci. Po cichu, tak jak uczono ją znikać z sal, wycofała się na korytarz.
Powietrze było tam chłodniejsze. Mogła wreszcie nabrać oddechu.
Przy ścianie stał Kyle. Jasne, potargane loki opadały mu na czoło, a w niebieskich dżinsach i t-shircie z albumem jakiegoś rockowego zespołu z przodu, wyglądał mniej groźnie niż powinien. Uśmiechnął się od razu, jakby jej pojawienie się było przyjemną niespodzianką.
— Kotku, co tu robisz?
— Feniksy zaprosiły całą moją drużynę — odpowiedziała cicho.
Kyle zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów, bez złośliwości. Raczej z tą samą łatwością, z jaką zawsze widział za dużo.
— Nie wyglądasz, jakbyś się dobrze bawiła.
— Nie, to nie tak…
Nie dokończyła. Przerwał jej lekkim śmiechem, już odchylając się od ściany.
— Chodź. Przyłącz się do nas. Jestem pewien, że poczujesz się lepiej.
Niepewnie skinęła głową. U Feniksów i tak nikt nie miał zamiaru jej szukać.
Prywatne pomieszczenie Żniwiarzy pachniało inaczej. Naprawdę było tu luźniej. Bez złota na krawędziach każdego słowa. Klara machnęła na nich ręką, jakby Aveel od zawsze miała wśród nich miejsce. Aron przesunął się na kanapie tylko po to, żeby zrobić jej trochę przestrzeni. Kyle postawił przed nią szklankę, nie pytając, czy wypada.
— Siadaj, zanim Kyle zacznie opowiadać, że cię uratował — rzuciła Klara.
— Uratowałem — poprawił Kyle beztrosko. — Przynajmniej atmosferę.
— To nie to samo — burknął Aron. — I nie pij jej drinka, zanim zdąży po niego sięgnąć.
Aveel usiadła. Nikt nie kazał jej się kłaniać. Nikt nie czekał, aż najpierw odezwie się ktoś ważniejszy. Żarty leciały prosto, niewybredne, czasem za głośne, ale nie czuła się, jakby była w niewłaściwym miejscu. Po raz pierwszy od kosza z kwiatami nikt nie wymagał, żeby udawała, że nic nie czuje.
Uśmiechnęła się. Naprawdę.
Minęła chwila, może dwie, kiedy drzwi otworzyły się ponownie. Do środka wszedł Kruk. Suri była wpleciona pod jego ramię, jakby to było najnaturalniejsze miejsce na świecie. Aveel zesztywniała odruchowo. Klara nachyliła się do niej natychmiast.
— Oni nie gryzą — szepnęła konspiracyjnie. Po chwili poprawiła się. — No, przynajmniej Suri nie.
Suri uśmiechnęła się promiennie. Prosto do niej.
— O, Aveel, cześć. Myślałam, że będziesz po drugiej stronie.
Kyle odpowiedział za nią, zanim Aveel zdążyła ułożyć grzeczne zdanie.
— Chyba miała już dość. Jestem pewien, że u nas jest luźniejsza atmosfera.
Suri zaśmiała się cicho.
— Całkiem możliwe.
Usiadła na kanapie obok Ishvara. Od początku wieczoru wyglądał, jakby był tu za karę. Na widok Suri rozpromienił się jednak tak szybko, że aż trudno było tego nie zauważyć. Potem wyraźnie się zawstydził, kiedy dziewczyna usiadła zbyt blisko. Kruk zajął miejsce po jej drugiej stronie i natychmiast przyciągnął ją do siebie zaborczo, obrzucając Ishvara wrogim spojrzeniem.
Aveel odrobinę przestała się ich bać. Zachowywali się zaskakująco zwyczajnie. Suri śmiała się. Kruk nic nie mówił, ale trzymał ją tak, jakby reszta świata mogła poczekać. Nikt nie kazał Aveel wstawać. Nikt nie pytał, jakim prawem siedzi przy tym stole. Ścisnęła szklankę w dłoniach i pozwoliła sobie zostać.
✩ ✩ ✩
Cameron
To naprawdę nie był jego dzień. Z góry, znad krawędzi loży, widział parkiet. Aveel tańczyła z Kyle’em. Asasyn trzymał ją pewnie, śmiał się do niej tak, jakby nie musiał niczego udawać, a ona — nieśmiało, ale naprawdę — uśmiechała się w odpowiedzi. Cameronowi bardzo się to nie podobało. Jeszcze bardziej denerwowało go to, że Alice kleiła się do jego ramienia, jakby bilecik przy kwiatach dawał jej do tego prawo. Zaproszenie jej na bal, tylko dlatego, że Suri nie chciała z nim pójść, uważał obecnie za swój życiowy błąd.
Nie był pewien, co powinien zrobić. Oderwanie od siebie Alice było niegrzecznie. Zostanie przy niej — jeszcze gorsze. Zejście na parkiet po Aveel oznaczało zrobienie z dziewczyny tematu plotek całej Akademii.
Przed Alice uratowała go Suri. Podeszła bez pośpiechu, uśmiechnięta tak jasno, że nawet Alice nie zdążyła się nastroszyć.
— Pozwól, że pożyczę go sobie na chwilę.
Alice nie miała wyjścia. Puściła jego ramię z wyraźną niechęcią, a Suri już prowadziła go kilka kroków w bok, wystarczająco daleko, żeby dziewczyna niczego nie usłyszała.
— Co jest?
Cameron wskazał brodą w stronę tańczącej pary. Suri spojrzała, zmierzyła wzrokiem Kyle’a, potem Aveel, i dopiero wtedy wróciła do niego.
— I naprawdę się dziwisz? Jakkolwiek dałeś jej znać, że chcesz, żeby była twoją dziewczyną?
— Wysłałem jej kwiaty — odparł z przekąsem.
— Te, z których cieszy się Alice?
— Tak.
Suri pokręciła głową, jakby nie mogła w to uwierzyć.
— Nie rozumiem. Przecież ze mną byłeś taki bezpośredni…
— To inna sytuacja. — Głos wyszedł mu niższy, niż zamierzał. — Jeśli moja matka uzna, że z nią romansuję, to może się źle skończyć. Dla niej.
Suri przyglądała mu się przez chwilę w milczeniu. Potem położyła mu dłoń na ramieniu, w geście tak zwyczajnym i pewnym, że aż na moment zrobiło mu się lżej.
— Porozmawiam z Kuro. On zawsze ma jakieś dobre rozwiązania. A ty najlepiej zrobisz, jak porozmawiasz z Aveel bardziej… bezpośrednio.
Cameron spojrzał jeszcze raz na parkiet. Aveel śmiała się do Kyle’a, a Alice już szukała go wzrokiem. Skinął głową. Rada Suri była prosta. Właśnie dlatego tak cholernie trudno było ją wykonać.