Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Effie, dzień trzydziesty drugi

    Byłam przekonana, że bardzo cieszyłabym się jazdą wierzchem na pięknej, karej klaczy o wdzięcznym imieniu Kalla, którą już zdążyłam bardzo polubić, gdyby nie gęsta atmosfera, jaka od rana otaczała moich towarzyszy podróży. Christopher sprawiał wrażenie czymś mocno urażonego. Raven jechał milczący i ponury, trzymając się parę metrów za pozostałymi, mimo że jego czarny ogier wyraźnie nie był z tego stanu rzeczy zadowolony. Andre i Aedan cicho o czymś rozmawiali, ignorując otaczający ich świat. Tylko Lucas wyglądał, jakby nie zamierzał się niczym przejmować, ale i on nie kwapił się do rozmowy. Czułam się bardzo samotna. Miałam ochotę zostać z tyłu z Ravenem, nie byłam jednak pewna czy chłopak życzy sobie mojego towarzystwa. Jechałam więc w milczeniu, podziwiając piękno przyrody i zostając sam na sam z własnymi myślami, dokładnie tak, jak wyglądało to w moim poprzednim życiu. 

    Po całym dniu ciszy przerywanej jedynie od czasu do czasu jakimiś rzuconymi od niechcenia półsłówkami z ulgą przyglądałam się znikającemu za horyzontem słońcu. Na myśl o spaniu pod gołym niebem czułam ekscytację. W miejscu, w którym się znaleźliśmy panowała późnowiosenna pogoda. Wieczór, gdy zaszło słońce, zrobił się chłodny, ale dzięki urokom Wieży byłam na to przygotowana. Miałam na sobie wysokie, skórzane buty, solidne bryczesy, a pod krojoną z koła, przyjemną w dotyku peleryną skrywałam gruby sweter. Natomiast w towarzystwie Aedana i Czarodziejów czułam się bezpieczna. 

    Chłopcy, wyraźnie przyzwyczajeni do drogi, sprawnie rozbili obóz. Zajęli miejsca przy ognisku, przygotowując posiłek. Raven został sam przy koniach. 

    – Pomóc ci? – spytałam podchodząc do niego, z nadzieją na przełamanie towarzyszącej mu od rana ciszy. 

    – Nie trzeba – odezwał się chłodno, a ja poczułam się przy nim niemile widziana.  

    – Dlaczego tak bardzo się nie lubicie? – postanowiłam się nie poddawać. 

    Co prawda znałam już wersję Christophera, ale bardzo chciałam usłyszeć co na ten temat ma do powiedzenia Raven. 

    – Czy musisz być taka wścibska? – spytał nie podnosząc na mnie wzroku i nie odrywając się od układania derki na grzbiecie karego ogiera. 

    – Tylko, kiedy nie chcesz ze mną rozmawiać – oznajmiłam przysuwając się tak blisko młodzieńca, by móc swobodnie położyć dłoń na jego ręce. 

    Poniewczasie dostrzegłam swój błąd. Stanowczo chwycił mój nadgarstek i pociągnął mnie za sobą głębiej w zagajnik, oddalając się od pozostałych. Dopiero teraz poczułam, jak mocno napięte są wszystkie jego mięśnie. Przycisnął mnie do pnia najbliższego drzewa. Moje serce gwałtownie przyspieszyło. Wciąż nie puszczał mojej ręki. Pochylił się, a potem zachłannie mnie pocałował.

    – Masz rację – mruknął, przesuwając usta z moich warg na podbródek, szyję, a potem ucho. – Nie chcę z tobą rozmawiać. 

    Wolną dłonią łagodnie dotknęłam jego policzka, który tego dnia był odrobinę szorstki. 

    – Raven? – spytałam niepewnie, nie mając pojęcia, co chłopak zamierza. 

    Dopiero teraz mnie puścił. Odsunął się ode mnie gwałtownie, jakbym parzyła. 

    – Nieważne – warknął, by już po chwili zniknąć w ciemności. 

    Przez moment rozważałam, czy za nim nie pobiec, ale nad hormonami zwyciężył zdrowy rozsądek. Wróciłam do ogniska. Młodzi mężczyźni, jak co wieczór w mieście, toczyli ożywioną rozmowę podczas której często się śmiali. Ponury nastrój gdzieś wyparował.

    – Effie, zjesz coś? – zaproponował Christopher. 

    Aedan chwycił mnie za rękę, ciągnąc lekko ku sobie, żebym usiadła przy nim na prowizorycznym posłaniu. Od razu objął mnie ramieniem, przytulając do siebie łagodnie.  

    – Chętnie – mimo nieprzyjemnego napięcia, które czułam, spróbowałam uśmiechnąć się w odpowiedzi na uprzejme pytanie Christophera.  

    Blondyn podał mi pieczone nad ogniskiem jabłko, a mnie urzekło, że pamiętał o moim niejedzeniu mięsa. Po uczcie balowej w Manhaim nie byłam w stanie się do tego zmusić. Wycieńczona podróżą jadłam, słuchając ich rozmów, nie zorientowałam się nawet w którym momencie zasnęłam, wtulona w ramiona przyjaciela. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Raven

    Dlaczego coś, o czym doskonale wiedziałem, aż tak bardzo mnie teraz rozdrażniło? Żałowałem powrotu do obozu. Czułem się jak skończony kretyn. Na chwilę zapomniałem kim jest ta dziewczyna i o tym, że zapewne nie zna koncepcji monogamii. Teraz stałem przy linii drzew i z nieprzyjemnie ściśniętym żołądkiem obserwowałem jak Effie bez skrępowania tuli się do królewicza. Najbardziej żałosne było to, że nie licząc zeszłorocznego spotkania, znałem ją zaledwie nieco ponad dwa tygodnie. Jakim cudem udało jej się tak mocno mnie zauroczyć? Nie miałem pojęcia, dlaczego w ogóle się nią przejmuję. Ta wycieczka zdecydowanie mi się nie podobała, więc uznałem, że czas ją jak najszybciej zakończyć. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Effie, dzień trzydziesty trzeci

    Obudziła mnie poranna krzątanina. Usiadłam ziewając. Przeciągnęłam się wciąż zaspana, a moje ruszanie się obudziło też Aedana, który służył mi w nocy za poduszkę, dzięki czemu spanie na ziemi nie było szczególnie niewygodne. Chłopak przyciągnął mnie do siebie, zmuszając, żebym ponownie się położyła i zamykając mnie w swoich ramionach, tak żebym nie mogła się wydostać.  

    – Jest już ranek? – mruknął zaspany. 

    – Tak i chciałabym wstać – rzuciłam starając się, by w moim głosie zabrzmiała choć odrobina pretensji. 

    – Wtedy będzie mi zimno – zaprotestował Aedan, przytulając mnie do siebie jeszcze mocniej. – Czemu nie obudziliście mnie na wartę? – rzucił w kierunku czarodziejów. 

    – Wyglądaliście tak uroczo, że nie chcieliśmy wam przeszkadzać – roześmiał się w odpowiedzi Lucas – więc uznaliśmy, że tej nocy nasza trójka wystarczy. 

    Poczułam że się rumienię. Ponownie wyplątałam się z objęć Aedana i pośpiesznie wstałam, wyciągając z juków ubrania na zmianę. Nawet w podróży nie uśmiechało mi się chodzenie w tym, w czym spałam. 

    Rzadki, mieszany las, przy którym się zatrzymaliśmy był niezwykle urokliwy. Kawałek od obozu płynął wartki strumień. Woda w nim była lodowata, ale i tak lepsza niż nieumycie się w ogóle. Szybko wytarłam się płóciennym ręcznikiem i włożyłam na siebie czystą bieliznę, a potem strój do konnej jazdy. 

    Po chwili zdałam sobie sprawę, że ktoś mnie obserwuje. Kilka metrów ode mnie niedbale oparty o pień grubego drzewa, z założonymi rękami stał Raven. Jak zawsze przyglądał mi się bez cienia skrępowania. Grzywa kruczoczarnych włosów opadała mu niemalże na oczy. Uśmiechał się leniwym, aroganckim uśmiechem, a ja zastanawiałam się, czy to znaczy, że humor mu się poprawił, czy wręcz przeciwnie. 

    – Skończyłaś? – spytał bez zbędnych jego zdaniem wstępów. 

    No cóż… przynajmniej w ogóle się do mnie odzywał. 

    – Tak – odpowiedziałam zbierając swoje rzeczy i podchodząc do niego. 

    – Zostaw to – rozkazał. – Jesteś mi na chwilę potrzebna. 

    Posłusznie położyłam zawiniątko na trawie, wpatrując się w niego wyczekująco. W czekoladowych oczach chłopaka ujrzałam iskierki rozbawienia. Chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą do lasu. Jego koń pasł się nieopodal.   

    – Co będziemy robić? – spytałam, kiedy podpiął mu mocniej popręg. 

    Usiadł w siodle i wyciągnął do mnie rękę, pomagając mi usiąść tuż za sobą. 

    – Odzyskamy artefakt – wyjaśnił swobodnie. – Nie przepadam za spaniem na ziemi. 

    Czarny ogier zgrabnie kroczył między drzewami. Teren był górzysty, ale las wciąż dość rzadki. Byłam pewna, że Raven nie będzie zadowolony z pytania, czy nie powinniśmy porozmawiać z pozostałymi, dlatego postanowiłam to przemilczeć. Poza tym podobała mi się jego bliskość i to, że siedząc za nim, mogłam się do niego bezkarnie przytulić.  

    – Jesteśmy na miejscu – oznajmił po mniej więcej dwudziestu minutach jazdy.

    Zsunęłam się z końskiego grzbietu, a chłopak stanął na ziemi tuż za mną. Wziął mnie za rękę. Poczułam jak na moim nadgarstku zatrzaskuje się chłodny, metalowy przedmiot. Spojrzałam pytająco na Ravena. Jego twarz stała się niewyrażającą żadnych emocji maską. Jakim cudem oczy w kolorze czekolady mogły patrzeć aż z takim chłodem? Zanim zdążyłam zorientować się w sytuacji, zza pobliskiego wzgórza wyłonił się odziany w lekką zbroję, postawny mężczyzna.  

    – No, no, naprawdę nie wierzyłem, że uda ci się ją tu przyprowadzić – odezwał się z nieskrywaną nutą podziwu w głosie. – Jej wysokość, księżniczka Vivien Arashi we własnej osobie – uśmiechnął się paskudnie. 

    – Masz to, na co się umawialiśmy? – ponaglił go Raven. 

    – Oczywiście, jestem honorowym człowiekiem i zawsze dotrzymuję słowa – rzucił w kierunku czarodzieja płócienny worek, a on chwycił go wolną ręką i schował pod kurtką, nie zaglądając do środka. 

    Raven popchnął mnie w kierunku mężczyzny, a nieznajomy natychmiast brutalnie chwycił moje przedramię. 

    – Bransoleta na jej nadgarstku blokuje magię, na twoim miejscu bym jej nie ruszał – wyjaśnił usłużnie chłopak. 

    Słowa czarodzieja zmroziły mnie do szpiku kości. Dopiero teraz zaczął do mnie docierać absurd tej całej sytuacji. Sięgnęłam do źródła mocy, ale nigdzie nie mogłam wyczuć magii. Wpatrywałam się w Ravena niedowierzająco. Jak to możliwe, że tak bardzo się co do niego pomyliłam? Czy zostawi mnie sam na sam z tym obcym mężczyzną? Młodzieniec ponownie dosiadł konia. Dopiero teraz dotarło to do mnie z całą stanowczością i wszystkimi możliwymi konsekwencjami.

    – Ty dupku! – krzyknęłam na niego, wyrywając się w jego kierunku, ale nieznajomy bez trudu przytrzymał mnie w miejscu.   

    Raven wzruszył ramionami i bez słowa popędził karego ogiera do kłusa, oddalając się w stronę naszego obozu. Ani razu nie obejrzał się za siebie. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Effie

    Jak on mógł mi to zrobić?! Byłam taka piekielnie naiwna! Wbiłam paznokcie we własną dłoń, żeby się nie rozpłakać. Wciąż nie mogłam wyrzucić z pamięci naszych pocałunków, jego zmysłowego dotyku, tego jak mnie do siebie przytulał. Przeklęta szuja! Nie potrafiłam sobie wybaczyć tego, jak łatwo przeszłam do porządku dziennego nad faktem, że Raven nie miał najmniejszych problemów z tym, że Wieża może mnie zabić, kiedy tylko przekroczę jej próg. Pieprzony psychopata! Wtedy to nic dla mnie nie znaczyło, bo niekoniecznie interesowało mnie to, czy przeżyję. Mogłam posłuchać rad Christophera i trzymać się od niego z daleka. Tylko że… to właśnie ten cholerny dupek przez ostatnie dwa tygodnie stał się osobą, o której myślałam budząc się i zasypiając. Chciałam spędzać z nim każdą wolną chwilę. Nigdy jeszcze w całym swoim poprzednim dziewiętnastoletnim życiu do nikogo niczego takiego nie czułam. Był tajemniczy, intrygujący i niezwykle przystojny, a do tego udało mu się mnie przekonać, że na swój sposób dba o mnie. Czułam się żałośnie. Chemii nie dało się oszukać, ale to najwyraźniej było wszystko, co kiedykolwiek nas łączyło.    

    Nieznajomy mężczyzna, któremu podarował mnie Raven, okazał się oficerem dareshiańskiej armii. Z tego co zrozumiałam, po tym jak Północne Ziemie podbiły Vente, również Darashia zaczęła obawiać się ataków ze strony mojego ojca. Miałam więc zostać więźniem politycznym i doskonałą kartą przetargową. Cudownie! 

    Mężczyzna nie przedstawił się, ale zachowywał się tak, jakbym go dobrze znała i oczywiście, jakby mnie szczerze nienawidził. Był potężnie zbudowany i sprawiał wrażenie młodszego od mojego ojca, ale być może wyglądał tak przez gładko ogoloną twarz. Zmusił mnie, żebym dosiadła jednego z dwóch koni, które ze sobą przyprowadził. Po dłużej niż godzinie jazdy dotarliśmy do całkiem sporego obozowiska darashiańskiej armii. Mężczyzna przez całą drogę traktował mnie nieuprzejmie, jednak wyglądało na to, że nie planuje mnie skrzywdzić.  

    Teraz siedziałam w sporym namiocie, którego wyjścia pilnowało dwóch żołnierzy i zastanawiałam się czy istnieje cokolwiek, co mogłabym zrobić, żeby polepszyć swoją obecną sytuację. Pieprzony dupek! Wciąż nie mogłam pojąć, dlaczego mnie w to wpakował. 

    Przyjrzałam się wiążącej magię bransolecie, której zapięcie zniknęło, a ja nie mogłam jej zdjąć. Zdziwiło mnie, jaka jest śliczna. Na metalu wykute były sylwetki smoków, a brzegi bransolety wyglądały, jakby porastały je misternie wyrzeźbione, pnące róże. Eleganckie i kunsztownie wykonane więzienie. 

    Moją uwagę odwróciła uchylająca się płachta namiotu. Do środka weszło dwóch bogato odzianych mężczyzn. 

    – No, no, no – odezwał się starszy z nich. – Nie wierzyłem, kiedy kapitan Floyen powiedział, że naszym więźniem jest księżniczka z rodu Arashi. Pamiętasz, jak ostatnio potraktowałaś mojego syna, Vivien? – spytał z urazą w głosie.

    Młodszy, rosły blondyn, który nie wyglądał na wiele starszego ode mnie, zbliżył się do mnie z nieprzyjaznym grymasem na twarzy.

    – Teraz odbiorę sobie to, czego wcześniej nie chciałaś mi dać – zapewnił. 

    Poczułam nieprzyjemne ukłucie strachu. Być może, tak jak zapewniał mnie Aedan, ciało Vivien miało pamięć mięśniową, ale ja ćwiczyłam samoobronę dopiero od kilku tygodni i z pewnością nie byłam w niej zbyt dobra, szczególnie, jeżeli miałabym obronić się przed kimś tak dużym, jak grożący mi blondyn. Młodzieniec chwycił mnie za włosy, zmuszając, żebym wstała z drewnianej skrzyni, na której siedziałam. Wolną ręką przesunął po moich plecach, zsuwając ją w dół, na pośladki. W pewnym momencie poczułam na nadgarstku lekkie mrowienie. Z bransolety, która go otaczała zaczął wydobywać się ciemny kształt, powoli formując się w ludzką sylwetkę.  

    – Na demony! Co to ma być?! – wykrzyknął starszy z nich, a blondyn odskoczył ode mnie jak oparzony.

    Cień w jednej chwili był przy mnie, a już zaraz potem podrzynał gardło mężczyźnie, który próbował mnie napastować. Był tak szybki, że nie zauważyłam nawet jak się porusza. Drugi z  mężczyzn postawił krok w kierunku wyjścia z namiotu, ale kolejny cień zagrodził mu drogę. Po chwili i on leżał martwy, a w przejściu pojawił się Raven. Spojrzałam na niego zupełnie zaskoczona.  

    – Chodź – rozkazał nie fatygując się, żeby do mnie podejść. 

    – Nigdzie z tobą nie idę! – warknęłam na niego, starając się nie patrzeć w kierunku trupów. 

    Wszedł do namiotu, przyglądając się mi z konsternacją. 

    – O co ci chodzi, Effie? – zapytał zbliżając się do mnie. 

    Ulga na jego widok mieszała się w moim wnętrzu z coraz bardziej narastającym żalem i złością. 

    – O co mi chodzi?! – niemalże krzyknęłam, zupełnie zapominając o tym, gdzie obecnie jesteśmy. – Zostawiłeś mnie samą! Bezbronną! Z ludźmi, którzy mnie nienawidzą!  

    Uderzyłam go pięściami w tors, raz, drugi, trzeci, aż w końcu przytrzymał moje nadgarstki. Po policzkach popłynęły niechciane łzy. Raven przez chwilę wpatrywał się we mnie bez słowa, a potem przyciągnął mnie do siebie, zamykając w swoich ramionach. Teraz już zupełnie nie mogłam powstrzymać płaczu. Podły drań! 

    – Nieprawda – mruknął, pochylając się, by wtulić brodę w moje ciemne włosy. – Nie byłaś bezbronna. 

    – Zablokowałeś moją magię – poskarżyłam się, przełykając łzy. – Zdejmij to! – zażądałam, wyciągając do niego rękę. 

    – Jeszcze nie teraz, najpierw się stąd wydostańmy – powiedział, przesuwając dłonią po moich plecach i przytulając mnie do siebie jeszcze mocniej. – Widziałaś przecież, jest w niej zaklęty jeden z moich cieni. Pokazałby się od razu, gdyby tylko wyczuł jakiekolwiek zagrożenie. Jest zdecydowanie bardziej stabilny niż twoja magia. Chodźmy stąd – poprosił spokojnie. – Mistrz będzie niezadowolony, jeżeli zabiję zbyt wielu dareshiańskich żołnierzy.  

    Miałam mętlik w głowie, ale kiedy Raven wziął mnie za rękę poddałam się i tym razem posłusznie poszłam za nim. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Effie

    Przez kilka godzin jazdy wierzchem udało mi się odrobinę ochłonąć, a mimo to i tak wciąż byłam na niego okropnie wściekła. Nie miałam pojęcia dlaczego mi to zrobił i czemu postanowił nie wtajemniczać mnie w swój głupi plan. Co gorsza teraz zachowywał się, jak gdyby nigdy nic, jakby mnie wcale tam nie zostawił.  

    Nie zatrzymywaliśmy się na noc. Na niebie jasnym blaskiem świeciły nieznane mi gwiazdozbiory. Jazda po ciemku była powolna, wręcz ślamazarna, a ja kołysałam się w siodle, ze wszystkich sił walcząc z ogarniającą mnie sennością.

    – Effie? – usłyszałam tuż przy mnie jego aksamitny głos. 

    – Słucham – mruknęłam, powstrzymując ziewnięcie. 

    – Trzymaj – podał mi przedmiot, który okazał się pieprzoną, wiążącą magię bransoletą. – Trochę ją przerobiłem – wyjaśnił, gdy spojrzałam na niego poirytowana. – Już nie blokuje magii, ale wciąż może cię ochronić – uzupełnił. 

    Przez chwilę wpatrywałam się w niego nieufnie, ale potem skapitulowałam. Byłam zbyt zmęczona, by z nim dyskutować. 

    – Dzięki. Chyba – westchnęłam. 

    Raven prychnął, ale nie skomentował mojego braku zaufania. 

    Gdy dotarliśmy do otaczającego Czarną Wieżę miasteczka zaczynało świtać. 

    Note