Rozdział 16 – Serce Czarnej Wieży
by Vicky
Effie, dzień pięćdziesiąty
Siedziałam w towarzystwie Aedana na kocu, w jednym z wiecznie zielonych, magicznych ogrodów, znajdujących się w miasteczku, które okalało Wieżę. Po tym, jak chłopak mnie pocałował, nie potrafiłam już czuć się przy nim tak swobodnie, jak do tej pory. Nie byłam również pewna, jak wytłumaczyć mu swoje uczucia względem Ravena, bez robienia z siebie kompletnej idiotki — w końcu czarodziej bez wahania zaprowadził mnie do Wieży, która mogła mnie zabić, a potem, z zimną krwią, próbował zamordować również Aedana, a mimo to, wciąż chciałam być blisko niego. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że nie miało to żadnych logicznych podstaw. Nie oczekiwałam też, że nagle Raven zacznie być pełnym ciepła altruistą. Chciałam go dokładnie takim, jakim był teraz, a to przeczyło mojej poczytalności. Z drugiej strony od prawie dwóch miesięcy żyłam w świecie rodem z książek fantasy. Czy to już samo w sobie nie świadczyło o problemach z moją psychiką?
– Effie, wszystko w porządku? – spytał mnie zaniepokojonym głosem Aedan.
Przytaknęłam.
– Jestem po prostu zmęczona, ostatnie dni były dla mnie pełne wrażeń – okłamałam go spokojnym głosem.
– Żałuję, że nie władam magią i nie mogę z tobą wejść do Wieży – westchnął. – Inne światy muszą być tak samo niebezpieczne, jak twierdza Manhaim.
Nie zdążyłam mu nic odpowiedzieć, bo w polu naszego widzenia pojawił się, zbliżający się szybkim krokiem Daemon. Nie było z nim Sol.
– Chodźcie ze mną – rozkazał. – Czarodzieje szukają Effie. Wydarzyło się coś poważnego.
Daemon nie oglądał się, czy nadążamy. Prowadził nas szybkim krokiem przez alejki ogrodu, potem w dół w kierunku głównej ulicy. W miarę jak zbliżaliśmy się do placu przed Wieżą, robiło się coraz głośniej. Docierał do nas metaliczny zgrzyt zbroi, tupot butów, krótkie, urywane komendy.
Na skraju zabudowań zobaczyłam pierwszych żołnierzy. Dareshańska armia, którą wciąż niemiło wspominałam, otaczała miasteczko szczelnym pierścieniem. Nie wyglądało to jak patrol ani dyplomatyczna eskorta. To było oblężenie, tyle że prowadzone bez krzyków i bez pożarów — z zimną, wojskową pewnością, że wszystko już jest przesądzone.
Na placu przed Wieżą zebrał się tłum gapiów. Mieszkańcy miasta trzymali się na dystans, jakby instynktownie czuli, że nie chcą znaleźć się pomiędzy magami a armią. Zobaczyłam też gwardzistów, rycerzy w barwach Dareshii, i kilka osób w bogatszych strojach, które od razu skojarzyły mi się z dworem.
Ku mojemu zdumieniu, w centrum zamieszania, na kamieniach, klęczał Raven. Klęczał sztywno, z prostymi plecami, jakby nawet to chciał kontrolować. Ręce miał związane magią — widziałam to, chociaż wciąż nie rozumiałam, jak oni to zrobili. Wokół niego wiły się nici zaklęć, ciasne, wielowarstwowe, splecione tak, żeby odciąć go od własnej mocy. Widziałam czerwone i srebrzyste pasma oraz coś czarnego, co wyglądało jak pieczęć.
Przed nim stał Edward Hall, a obok Christopher i Lucas. Andre trzymał się nieco z tyłu, z twarzą ściągniętą w twardą maskę. Paul i reszta starszych magów stali w półokręgu. Wszyscy byli skupieni na jednym, jakby bali się choćby mrugnąć, bo wtedy Raven rozerwie ich na strzępy. W powietrzu wisiało ciężkie, gęste, jak mgła napięcie.
– Oskarżamy Ravena Wairudo o zgwałcenie i zamordowanie jej wysokości, królewny Daphne Emmy Merrowind – odezwał się głośno oficer z Dareshiańskiej armii. Mężczyzna wyglądał na ważnego, brzmiał jak ktoś, kto przywykł do wydawania wyroków. – Zbrodnia miała miejsce na terenie miasteczka. Żądamy wydania winnego.
Wśród tłumu przebiegł szmer. Moje serce zamarło, a potem zaczęło bić jak oszalałe. Wiedziałam, że Raven potrafi zabić bez mrugnięcia, że nie ma wyrzutów sumienia i traktuje ludzi jak narzędzia, przeszkody, elementy gry. Mogłam uwierzyć w chłodne morderstwo, jeśli miałoby mu się opłacić. Mogłam uwierzyć we wszystko, co złe, jeśli pasowałoby do jego logiki. W te oskarżenia jednak zdecydowanie nie wierzyłam.
Nie dlatego, że uważałam Ravena za dobrego. Dlatego, że to nie był jego styl. Taka przemoc nie pasowała do Ravena. Jeśli chciałby kogoś upokorzyć, zrobiłby to inaczej. Jeśli chciałby kogoś zabić, nie pozwoliłby się złapać w taki sposób. Szarpnęłam się do przodu, ale Daemon natychmiast zastąpił mi drogę. Nie dotknął mnie, jednak jego sylwetka była jak mur.
– Nie – powiedział krótko, jakby wiedział, co chcę zrobić, zanim sama to zrozumiałam.
Aedan złapał mnie za rękę i ścisnął ją tak mocno, że aż poczułam ból. Tym razem nie było w nim czułości, w jego spojrzeniu był czysty strach.
– Effie, nie rób tego – wyszeptał, patrząc mi prosto w oczy. – Proszę.
Podniosłam wzrok na Ravena. Miał zacięty wyraz twarzy. Milczał, jakby całe to przedstawienie było poniżej jego godności. Jakby wolał umrzeć, niż zacząć się tłumaczyć. Dopiero gdy mnie zobaczył, coś w nim minimalnie drgnęło. Nie w spojrzeniu, tylko w napięciu szczęki, w ułożeniu ciała, w tym jednym ułamku sekundy, w którym zapomniał, że ma grać obojętnego. Spojrzał prosto na mnie.
– Nie zrobiłem tego – odezwał się cicho.
Tylko tyle. Bez przysięgi, bez dramatycznych wyznań. Brzmiało to jak fakt. Mnie wystarczyło. Chciałam podejść bliżej, coś powiedzieć, krzyknąć, przerwać to, wbić się w ich krąg zaklęć i rozerwać go na strzępy, ale Aedan i Daemon przytrzymali mnie stanowczo.
Christopher nawet nie spojrzał w moją stronę. Patrzył na Ravena z zimną pewnością człowieka, który wreszcie doczekał momentu, w którym najgorszy wróg zostanie unieszkodliwiony.
– To nie może zostać zamiecione pod dywan – odezwał się Lucas twardo. – Nie tym razem.
Edward Hall milczał długo, a potem skinął głową, jakby podjął decyzję już wcześniej, a teraz tylko ją ogłaszał.
– Wieża nie miesza się do polityki – powiedział spokojnie. – Nie oddamy wam naszego czarodzieja tylko dlatego, że krzyczycie trochę głośniej.
Oficer uśmiechnął się krótko, bez cienia humoru.
– Nie prosimy, Mistrzu. Żądamy sprawiedliwości. Jeśli nie wydacie winnego, uznamy, że Wieża chroni przestępcę. Wtedy konsekwencje spadną na wszystkich.
W tłumie słychać było wyrazy oburzenia. Żołnierze zacieśnili szyk. Raven nawet nie drgnął. Klęczał dalej, jakby to wszystko było jedynie stratą czasu. Magowie zacieśnili zaklęcia. Widziałam, jak czerwone nici oplatają go mocniej, jak pieczęć odcina resztki jego mocy. Pomyślałam, że gdyby był wolny, mógłby pokonać ich wszystkich w minutę. Tylko że teraz byli drużyną, a on był sam.
– Sprawa jest przesądzona – oznajmił jeden ze starszych magów, zwracając się bezpośrednio do mistrza, a pozostali mu przytaknęli. – Przeprowadziliśmy głosowanie i wszyscy jesteśmy za wydaniem im Ravena. Nie było głosów przeciwko.
Daemon ścisnął moje ramię.
– Nie wtrącaj się – mruknął. – Dla własnego dobra.
Słowa wbiły się we mnie jak cierń. Zrobiłam krok do przodu, ale Aedan natychmiast pociągnął mnie w tył.
– Effie, błagam – wyszeptał z desperacją. – Zginiesz.
Raven nie spuszczał ze mnie wzroku. W jego spojrzeniu było coś tak dziwnie spokojnego, że aż mnie to przeraziło. Nie szukał ratunku. Patrzył, jakby tylko chciał, żebym pamiętała.
Żołnierze ruszyli. Pewni siebie, wyćwiczeni, jakby już tysiąc razy zabierali ludzi na śmierć. Oficer wydał rozkaz, a dwóch gwardzistów chwyciło Ravena pod ramiona. Czarodziej uniósł tylko głowę, jakby chciał zachować resztki godności, której nikt nie miał prawa mu odebrać. Spojrzał jeszcze raz na mnie.
– Nie zrobiłem tego – powtórzył, ciszej niż wcześniej, niemal bezgłośnie.
Potem wyprowadzili go z placu.
Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Oczy piekły mnie nieprzyjemnie. Czułam narastającą we mnie frustrację. W moich myślach pulsowało jedno, uporczywe przekonanie, które nie miało nic wspólnego z rozsądkiem. To nie był koniec.
Czarodzieje stali i patrzyli, jak Dareshańska armia zabiera Ravena z placu przed Wieżą. Nikt się nie ruszył. Nikt nie próbował ich zatrzymać. Nawet Mistrz. Stałam na kamieniach, z dłońmi zaciśniętymi w pięści, czując, jak coś we mnie pęka — i jak równocześnie rodzi się coś znacznie bardziej niebezpiecznego niż strach.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie
Dareshiańska armia odeszła tak samo, jak przyszła — pewna swojej racji, bez pośpiechu, bez wahania. Znikali za kolejnymi zabudowaniami miasteczka, a ludzie rozchodzili się wolno, jak po przedstawieniu, które nie było ani dobre, ani satysfakcjonujące, ale mimo to obejrzeli je do końca.
Czarodzieje stali jeszcze chwilę na placu, jakby chcieli upewnić się, że to naprawdę się wydarzyło.
– To było konieczne – rzucił ktoś cicho.
– Wreszcie przekroczył granicę – dorzucił inny głos, z ulgą tak wyraźną, że aż zrobiło mi się niedobrze.
Christopher patrzył w kierunku bramy, za którą zniknął Raven. W jego oczach nie było żalu. Było zmęczenie i coś, co wyglądało jak satysfakcja, choć nawet on próbował ją ubrać w rozsądek.
– Zrobiliśmy to, co trzeba – oznajmił, jakby tym zdaniem mógł zamknąć temat.
Nie odpowiedziałam. Nie miałam w sobie ani siły, ani ochoty na dyskusję. Daemon stał przy mnie, milczący. Aedan również. Oboje patrzyli na mnie tak, jakby bali się, że za chwilę zrobię coś głupiego. Może mieli rację.
Edward Hall jako pierwszy ruszył w stronę Wieży. Zrobili to wszyscy, niemal jednocześnie. Jak stado, które wraca do bezpiecznej jaskini po udanym polowaniu. Andre, z twarzą niczym maska, wyprostowany, wyglądał jakby powtarzał sobie w głowie, że to nie jego wina. Lucas wyglądał, jakby właśnie zrzucił z barków coś ciężkiego i bardzo nie chciał do tego wracać myślami.
Gdy tylko przekroczyliśmy próg, poczułam, że coś jest nie tak. Nie było tego przyjemnego ciepła, które zawsze otulało mnie w środku. Korytarze wyglądały tak samo, a jednak… jakby były martwe. Jakby ktoś zgasił w nich sens.
Rozeszliśmy się do swoich pokoi i wtedy zrozumieli. Zamiast przyjaznych przestrzeni, dopasowanych do właściciela wnętrz, drzwi otwierały się na surowe, białe cele. Wąskie, kamienne, z jedną pryczą, kocem i miską. Bez zasłon, książek, miękkich foteli. Bez absolutnie niczego. Nawet światło było inne — ciemniejsze, bezlitosne. Usłyszałam przekleństwo. Ktoś inny zaczął się śmiać, ale ten śmiech szybko ucichł, gdy dotarło do niego, że to nie jest żart.
– To… niemożliwe – wydusił David.
Christopher szarpnął klamkę własnych drzwi jeszcze raz, jakby chciał je zmusić, żeby się „naprawiły”.
– To kara – powiedział cicho Paul.
Potem poszli do sali jadalnej, biblioteki i komnaty narad. Do każdego miejsca, w którym Wieża kiedykolwiek dawała im coś bez pytania. Nie było tam niczego. Żadnego jedzenia, wody, książek, ubrań. Wieża milczała.
Patrzyłam na nich, a w moim wnętrzu pojawiło się chłodne uczucie satysfakcji. Wieża była po stronie Ravena.
– Mistrzu – odezwałam się, gdy wreszcie zobaczyłam Edwarda Halla stojącego samotnie w jednym z korytarzy.
Nie wyglądał na wściekłego. Nie wyglądał też na kogoś, kto próbuje wymyślić rozwiązanie. Wyglądał… na człowieka, który dźwigał w sobie ciężar odpowiedzialności.
Spojrzał na mnie, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że oprócz porządku, istnieją też ludzie.
– Effie – odezwał się cicho, jakby zaskoczony tym, że się obok niego pojawiłam.
– To nie jest przypadek – stwierdziłam, choć to brzmiało jak pytanie.
Skinął głową.
– Wieża nigdy nie robi niczego przypadkiem.
Przez chwilę milczeliśmy. Nie chciałam powiedzieć „zrobiliście coś niewybaczalnego”, bo to było zbyt proste. Nie chciałam też pytać „dlaczego”, bo odpowiedź i tak byłaby obrzydliwa.
– On… – zaczęłam, ale utknęło mi w gardle.
Mistrz spuścił wzrok.
– Kiedy Raven przybył do Wieży, był dzieckiem – powiedział, jakby mówił to bardziej do siebie niż do mnie. – Przez pierwszy rok był jak duch. Z nikim nie rozmawiał. Nie jadł z nami. Znajdował przejścia, o których inni nawet nie wiedzieli, że istnieją i znikał w nich na wiele dni. Wracał tylko wtedy, gdy musiał. – Uniósł wzrok. W jego oczach nie było usprawiedliwienia. Był smutek. – Interesowałem się nim, bo… – urwał i wziął powolny oddech. – Bo Wieża dała mu szansę, tak jak każdemu z nas.
Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Stałam w ciszy, czując, jak w środku rośnie mi coś ciężkiego.
– Poznałem jego historię – kontynuował, a jego głos stwardniał, choć mówił dalej spokojnie. – Kawałek po kawałku. Chociaż ani słowa nie usłyszałem bezpośrednio od niego. On nie zwierza się nikomu. Raczej… z czasem przestał udawać, że nic go nie obchodzi. Przestał uciekać, gdy stawałem w drzwiach. Zaczęło mu zależeć na tym, żebym… nie uznał go za nic niewartego.
Zacisnął palce na krawędzi rękawa, jakby potrzebował czegoś, co pozwoli mu się utrzymać w pionie.
– Krok po kroku, Effie. Nić po nici. On w końcu zaczął mnie respektować. Nie ufał mi, ale mnie respektował.
Czułam, że do oczu napływają mi łzy, ale nie zamierzałam płakać.
– A teraz? – spytałam cicho.
Mistrz uśmiechnął się krótko, bez cienia radości.
– Teraz wiem, że go zawiedliśmy… ja go zawiodłem i cieszę się, że Wieża nas karze. – Spojrzał w górę, jakby liczył na odpowiedź, jakiś znak, cokolwiek. – W przeciwnym razie musiałbym żyć z myślą, że można kogoś porzucić, żeby mieć spokój. – Odwrócił wzrok. – Idź, dziecko. Nie marnuj czasu na moje żale.
Wieczorem korytarze były jeszcze bardziej martwe. Ludzie szeptali, kłócili się, próbowali wymuszać na Wieży reakcję. Nic z tego nie wychodziło. Czasami słyszałam trzask drzwi. Czasami czyjś krótki, zduszony krzyk wściekłości.
Ja sama doskonale wiedziałam, gdzie chcę się znaleźć. Zatrzymałam się przed drzwiami, do których drogę znałam już na pamięć. Przez chwilę nie mogłam się zmusić, żeby dotknąć klamki. W końcu jednak nacisnęłam ją powoli. Drzwi ustąpiły. W środku nic się nie zmieniło. Loft był taki sam, jak zawsze. Minimalistyczny. Chłodny. W jego stylu. Jakby Wieża wyraźnie oddzielała „karę” od „jego miejsca”. Jakby mówiła mi wprost, że to nie Raven jest problemem.
Za oknami Shaderai tonęło we mgle i deszczu. Światła miasta rozmywały się w mokrej szybie, a burza była tego dnia wyjątkowo cicha.
Podeszłam do łóżka. Położyłam się na grafitowej pościeli, tak jak robiłam to już tyle razy, i przytuliłam twarz do jego poduszki. Zamknęłam oczy. Myślałam intensywnie, desperacko, jakbym samą siłą woli mogła przebić mur. Jakbym mogła znaleźć w tej sytuacji jakieś realne rozwiązanie.
– Daj mi coś, cokolwiek, jakiś punkt zaczepienia! – krzyknęłam na Wieżę, ale ona wciąż milczała.
Musiałam poradzić sobie sama.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Effie, dzień pięćdziesiąty pierwszy
Zmęczenie w końcu mnie dopadło. Nie pamiętam momentu, w którym zasnęłam, ale sen przyszedł ciężki i lepki. Nawet w nim nie było ulgi. Bez końca wracał obraz Ravena na kolanach, jego milczenie, twarze czarodziejów, które tak łatwo zamieniły „podejrzenia” w wyrok.
Obudziłam się gwałtownie. Nie wiedziałam dlaczego, ale coś w środku krzyczało, że jest źle i właśnie teraz, w tej sekundzie, dzieje się coś, czego nie mogę przegapić. Usiadłam na łóżku i przez chwilę patrzyłam w ciemność, z bijącym zbyt szybko sercem.
Wstałam, narzuciłam na siebie pierwszą lepszą bluzę, którą znalazłam na krześle, i poszłam do drzwi. Klamka była chłodna. Otworzyłam je odruchowo, spodziewając się martwego korytarza. Zamiast tego uderzyła we mnie obca przestrzeń.
Gniazdo! Ogromne, kamienne, ukryte wysoko, w miejscu, które wyglądało jak wydrążona w skale komnata. Wysokie sklepienie ginęło w mroku, a pod stopami miałam mieszaninę czarnego żwiru i czegoś, co przypominało zastygłą lawę. Na środku gniazda, na posłaniu z ciemnych tkanin, leżała Scarlett. Była w ludzkiej postaci.
Zawsze była piękna w ten swój niepokojący sposób, ale teraz… teraz wyglądała jak ktoś, kogo dopadła rzeczywistość. Miała poszarzałą twarz, włosy posklejane od potu, na skórze ciemne smugi. Jedno ramię trzymała nienaturalnie blisko ciała. Na boku widziałam rozległą ranę, prowizorycznie zasłoniętą czymś, co mogło być rozerwanym paskiem z uprzęży.
– Scarlett… – głos uwiązł mi w gardle.
Otworzyła oczy i spróbowała się podnieść, ale natychmiast syknęła z bólu.
– Nie podchodź za szybko – wymamrotała. – Głupio by było, gdybyś się przewróciła o własne nogi i rozbiła głowę o skałę. Raven by mi tego nie wybaczył.
Zamrugałam. Nawet teraz brzmiała zupełnie jak ona.
– Co się stało? – wydusiłam w końcu, podchodząc bliżej.
Jej usta drgnęły w czymś na kształt grymasu.
– Poszłam po niego – powiedziała cicho. – Chciałam go odzyskać.
Wpatrywałam się w nią, próbując złożyć to w całość.
– Sama? – spytałam, choć odpowiedź była zbyt oczywista.
– Oczywiście – potwierdziła. – Tylko, że ich armia mnie przerosła… – przełknęła ślinę. – Nie jestem Ravenem.
– Nie dałaś rady? – spytałam ciszej.
– Dałam radę uciec – warknęła, jakby to była kwestia honoru.
Odetchnęłam drżąco i rozejrzałam się nerwowo, jakbym nagle spodziewała się, że zaraz ktoś tu wpadnie.
– Wieża… – zaczęłam.
W tej samej chwili, jakby tylko czekała na hasło, z jednej ze ścian wysunęła się płytka wnęka. Pojawiły się w niej bandaże, czysta tkanina, niewielkie metalowe nożyczki, igła z nicią, słoiczki z maściami, paczuszki z suszonymi ziołami, a na samym wierzchu — starannie złożona kartka. Zaskoczona podeszłam bliżej. To była instrukcja. Oczywiście! Wyjęłam ją i przebiegłam wzrokiem po krótkich, konkretnych punktach.
– No proszę – mruknęłam pod nosem. – Gdy trzeba, to jednak potrafisz być użyteczna.
Wieża milczała. Scarlett prychnęła słabo.
– Ona cię lubi – stwierdziła, jakby mówiła o pogodzie.
– To nie jest moment na analizę uczuć Wieży – odburknęłam, klękając przy posłaniu.
Zebrałam wszystko, co potrzebne, i zaczęłam działać mechanicznie, punkt po punkcie. Najpierw oczyściłam ranę. Potem zacisnęłam zęby i zabrałam się za to, co wyglądało na najgorsze. Scarlett drżała, ale nie płakała. Nawet nie jęczała długo. Zamiast tego wpatrywała się we mnie z czymś dziwnym w oczach.
– Dlaczego mi pomagasz? – spytała nagle.
Poczułam, jak ręce na sekundę mi zamierają.
– Sama przecież mówiłaś, że jesteśmy przyjaciółkami – odpowiedziałam prosto, wdzięczna jej za to, że próbowała pomóc Ravenowi.
Jej spojrzenie zmiękło.
– Effie… – zaczęła.
– Nie teraz – ucięłam, zawiązując bandaż. – Oddychaj i nie ruszaj się.
Kiedy wreszcie skończyłam, usiadłam na piętach. Bałam się, że zabraknie mi czasu. Jeżeli Scarlett tu wróciła w takim stanie, to znaczyło, że Raven… Nie chciałam nawet kończyć tej myśli. Punkt zaczepienia. Potrzebowałam punktu zaczepienia. Wtedy przyszła myśl. Ostra, jasna, zaskakująco prosta i zarazem tak samo trudna do wykonania. Musiałam jednak spróbować.
– Możesz latać? – spytałam.
Scarlett zamrugała.
– W tej formie? – prychnęła, jakby to było obraźliwe. – Nie.
– W smoczej – doprecyzowałam, coraz bardziej zdeterminowana.
Przez chwilę milczała, jakby liczyła w głowie własne kości.
– Za kilka godzin – powiedziała w końcu, niechętnie. – Będzie boleć, ale… dam radę.
Serce zabiło mi mocniej.
– Dobrze – wstałam szybko, ignorując drżenie w kolanach. – Masz być gotowa.
– Na co? – jej oczy zwęziły się podejrzliwie.
Spojrzałam jej prosto w oczy.
– Lecimy do Manhaim.
Scarlett otworzyła usta, jakby chciała zaprotestować, ale nie znalazła słów.
– Po co? – wydusiła w końcu, mrużąc oczy. – Chcesz tam wlecieć i wszystkich spalić?
– Nie – odpowiedziałam twardo. – Chcę porozmawiać z moim ojcem.
To zdanie zabrzmiało w gnieździe jak przekleństwo.
– Effie… – Scarlett szepnęła, a po jej twarzy przemknęło coś, co przypominało strach.
– On rozumie tylko siłę i korzyści – ciągnęłam, bo kiedy już to wypowiedziałam, nie mogłam się cofnąć. – Dareshia ma teraz Ravena. To jest dobry pretekst. Taki, którego nie może zignorować. – Wzięłam głęboki oddech. – Przekonam go, żeby podbił Dareshię.
Scarlett zamarła.
– Wojna – powiedziała cicho. – Cóż za genialny pomysł! – przyklasnęła zachwycona. – Za kilka godzin będę gotowa – powtórzyła, tym razem ciszej.
To… mogło się udać. Oczywiście o ile zdążymy. Wszystko zależało od tego, jak wielkie przedstawienie planowała zrobić Dareshia i jak długo zamierzała je ciągnąć.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Christopher
Klasztorne cele zamiast pokoi, prycze zamiast łóżek, cisza zamiast łagodnej muzyki. Lucas chodził w kółko, Andre stał przy ścianie z zaciśniętą szczęką, a ja siedziałem na tej żałosnej pryczy, próbując nie myśleć o tym, jak bardzo zasłużyliśmy na każdy fragment tej kary.
– To ma nas złamać – mruknął Lucas. – Odebrać komfort, poczucie kontroli. Nauczyć pokory.
– Pokory? – Andre prychnął. – Świetnie. Zawsze marzyłem o lekcji pokory w klatce.
– To nie klatka – odpowiedziałem automatycznie, choć brzmiało to jak obrona samego siebie. – To ostrzeżenie. Jeśli Wieża zaczyna być „pusta”, znaczy, że robi miejsce na coś… większego.
Lucas przystanął i spojrzał na mnie ponuro.
– Sugerujesz, że to dopiero początek?
Skinąłem głową, bo wolałem nie słyszeć własnych słów na głos. W korytarzu rozległy się kroki. Wstałem odruchowo.
Drzwi otworzyły się bez pukania. Effie weszła pierwsza. Za nią pojawiła się Scarlett, znowu była w ludzkiej postaci. Piękna, spokojna, z tym swoim spojrzeniem, które zawsze wyglądało, jakby już dawno podjęła decyzję za cały świat.
– No proszę – odezwał się Lucas, a jego głos był napięty. – Wieża jednak ma poczucie humoru.
– Przyszłyśmy, bo musicie nam pomóc – powiedziała Effie cicho.
Andre zrobił krok w ich stronę.
– Nam? – powtórzył. – Effie, my mamy problem z Wieżą, a ty przyprowadzasz… właściwie kim ona jest?
Scarlett uniosła brwi, jakby rozważała, czy to obraza, czy jedynie przejaw głupoty.
– Nazywam się Scarlett – rzuciła. – Wiem, że was to nie obchodzi, ale wypadałoby.
Andre z niedowierzaniem przyglądał się smoczycy. Lucas otworzył usta, ale Effie weszła mu w słowo.
– Popełniliście błąd – oznajmiła, patrząc na nas wszystkich po kolei. – I musimy go odkręcić.
– My? – warknąłem, zanim zdążyłem się ugryźć w język. – Wciągasz nas w kolejną katastrofę, bo nagle… co? Zrobiło ci się go żal?
Jej spojrzenie było twarde, ale spokojne.
– Żal? – powtórzyła. – Chris, oni go zabrali. Zamierzają go zabić. Na dodatek za coś, czego nie zrobił.
W tej jednej odpowiedzi było tyle uporu, że przez moment naprawdę zobaczyłem w niej córkę tyrana.
Andre zacisnął pięści.
– I bardzo dobrze – rzucił to, co myśleliśmy wszyscy. – Wreszcie przestanie sprawiać problemy.
Wziąłem głęboki oddech.
– Raven na twoich oczach chciał zabić Aedana, przyprowadził cię do Wieży, wiedząc, jak duża jest szansa, że wieża cię zabije. Bez mrugnięcia oddał cię w ręce Dareshiańskiego oficera. Związał cię ze sobą więzią cienia. Naprawdę uważasz, że nie jest zdolny do zamordowania królewny?
Effie przecząco pokręciła głową.
– Jestem pewna, że gdyby miało przynieść mu to jakieś korzyści, zabiłby ją bez wahania – przyznała szczerze – ale na pewno nie zostawiłby po sobie śladów i nie dał się złapać. Jestem też pewna, że by jej nie zgwałcił.
Spojrzałem na nią z niedowierzaniem.
– Jesteś tak piekielnie naiwna! – wyrwało mi się, zanim zdążyłem to zatrzymać. – Effie, to, że Raven był twoim kochankiem, nie potwierdza automatycznie, że cię nie zdradzał – zirytowałem się na nią.
Słowa zawisły w powietrzu jak policzek. Effie nie cofnęła się ani o krok.
– Masz rację – powiedziała po chwili. – Nie mam gwarancji, że mnie nie zdradzał. – To mnie zbiło z tropu. Spodziewałem się kłótni. Spodziewałem się, że zacznie go bronić jak fanatyczka. Zamiast tego dodała cicho – Mam tylko gwarancję, że w tej konkretnej sprawie jest niewinny.
– Skąd? – Lucas parsknął. – Z jego pięknych oczu?
Scarlett westchnęła, jakbyśmy byli męczącymi dziećmi.
– Z mojej głowy – odpowiedziała spokojnie. – Słyszę wasze myśli, czytam emocje. Wiem, co czujecie. Wiem, co czuje on.
– To niewiele znaczy – uciąłem. – Potrafi kłamać nawet przez sen.
Scarlett spojrzała na mnie jak na kamień, który utkwił jej w bucie.
– W tym przypadku nie – powiedziała. – Prawda jest prosta. Raven nie zrobił tego, o co go oskarżają. Gdyby zrobił, nie dałby się złapać. Gdyby chciał kogoś zabić, nie zostawiłby śladów. Gdyby chciał skrzywdzić kobietę, nie budowałby wokół siebie takiej nienawiści do cudzego dotyku, że płonęłoby z jej powodu miasto.
W pomieszczeniu zrobiło się cicho. Lucas zamilkł pierwszy. Andre odwrócił wzrok, jakby nagle przypomniał sobie za dużo rzeczy naraz.
– Nawet jeśli jest niewinny – odezwał się w końcu Lucas – to Dareshia ma armię. Jak chcesz go uwolnić? Pójdziesz tam i poprosisz?
Effie uniosła podbródek.
– Nie – odpowiedziała. – Poproszę o pomoc ojca.
Andre pobladł.
– Pójdziesz do Władcy Północnych Ziem?
– Dokładnie – potwierdziła. – Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby przekonać ojca do podboju Darashii.
– To szaleństwo – wyrwało się Lucasowi.
– Świat już się pali – odburknęła Effie. – Różnica polega na tym, czy Raven spłonie razem z nim.
Wpatrywałem się w nią dłuższą chwilę, aż w końcu poczułem coś bardzo niewygodnego. Zrozumienie. Trzeźwy fakt, że ona już podjęła decyzję i wykona swój plan również bez nas. Westchnąłem ciężko.
– Dobra – powiedziałem w końcu. – Załóżmy, że wam wierzę. Załóżmy, że Scarlett ma rację. Co dokładnie mamy zrobić?
Effie spojrzała na mnie z ulgą, ale nie pozwoliła jej wybrzmieć. W jej oczach była determinacja.
– Opracować plan – odpowiedziała. – Taki, który nie kończy się tym, że Dareshiańska armia rozrywa go na kawałki, a Wieża zamienia nas w kamienne posągi.
Lucas prychnął, ale tym razem bez złośliwości.
– Minimalistyczne wymagania.
Andre skinął głową.
– Mów – rzucił krótko. – Czego potrzebujesz od nas?
Scarlett uśmiechnęła się, jakby właśnie wygrała zakład. Zacisnąłem palce na krawędzi pryczy.
– Ustalmy jedno – dodałem jeszcze. – Jeśli mamy to odkręcać, robimy to mądrze. Bez heroizmu i dramatów.
Effie spojrzała na mnie powątpiewająco.
– Z Ravenem w roli głównej? Powodzenia.
Nie odpowiedziałem. W tym momencie „powodzenie” było najlepszym, co ktokolwiek mógł nam zaoferować.