Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kruk

    Laila

    Była nieszczęśliwa. Po rozmowie w ogrodzie Suri po prostu sobie poszła, a Cameron i Christopher odeszli razem z nią. Jasne, Emiyo miała swoje powody, żeby bać się Kruka. Laila po prostu go nie lubiła. Uważała, że pod żadnym względem nie dorównywał Suri i zwyczajnie nie był jej wart. Nie zamierzała udawać skruchy tylko dlatego, że reszta już się ugięła.

    Na wsparcie Emiyo, Davida i Lucasa również nie miała co liczyć. Oni wszyscy uważali, że postąpili niewłaściwie i każde z nich było gotowe wyrazić żal. Laila nie była. Suri była jej najlepszą przyjaciółką i po prostu nie mogła patrzeć, jak niszczy sobie życie.

    Wędrowała bez celu po pałacu, aż w końcu trafiła do budynków stajni pełnych magicznych zwierząt. Zachwycona chodziła między boksami, przyglądając się istotom, które do tej pory znała jedynie z podręczników. Ciepło, siano, ciche oddechy i połysk łusek w półmroku działały na nią uspokajająco. Potem, zaskoczona, zobaczyła Ryūjiego.

    Trzymał na rękach coś małego i puszystego i karmił to z butelki. Nie była pewna, czy widok bardziej ją rozczula, czy pociąga. W czarnym stroju, z taką ostrożnością w dłoniach, wyglądał zupełnie inaczej niż na treningach.

    Kiedy podeszła bliżej, uniósł na nią wzrok. Wyglądał na wyjątkowo zniesmaczonego.

    — Słyszałem, co mówiłaś o asasynach — odezwał się chłodnym głosem zamiast powitania. — Naprawdę nie musisz przebywać w moim towarzystwie.

    Laila zamarła. Co niby mówiła o asasynach? Och…

    — Podsłuchiwałeś naszą rozmowę w ogrodzie?

    — Niczego nie podsłuchiwałem — odparł ostro. — Byłem tam, żeby upewnić się, że moja siostra jest bezpieczna.

    Laila przełknęła ślinę i zrobiła krok bliżej, zanim zdążyła się zastanowić, czy powinna.

    — Nie o ciebie mi chodziło — powiedziała szybko, miękko, prawie błagalnie. — Jesteś bratem Suri, jesteś księciem. To zupełnie coś innego.

    Ryūji spojrzał na nią tak, jakby właśnie usłyszał coś jeszcze gorszego.

    — Innego? — powtórzył cicho. — Trenuję asasynów. Należę do tego samego świata, którym tak bardzo gardzisz. Próbujesz mnie od tego oddzielić, bo akurat masz taki kaprys?

    Małe stworzenie w jego ramionach pisnęło. Ryūji poprawił butelkę, nie odrywając od niej wzroku.

    — Suri jest moją najlepszą przyjaciółką — wyszeptała Laila. — Nie mogłam pozwolić, żeby…

    — Żeby sama dokonała wyboru — dokończył za nią. 

    Laila poczuła, jak rumieniec wstępuje jej na policzki. Była po uszy zakochana i właśnie dlatego każde jego słowo osiadało w niej głębiej, niż powinno.

    — Przepraszam — powiedziała. — Nie chciałam, żebyś tak to odebrał. Naprawdę nie chciałam cię urazić.

    Ryūji odstawił butelkę i odłożył puszyste zwierzę z powrotem do wyścielonego boksu. Zrobił to wyjątkowo delikatnie. Kiedy się wyprostował, nie było w nim nawet cienia tej łagodności, z którą przed chwilą karmił młode.

    — Mnie uraziłaś przy okazji — odparł chłodnym, spokojnym głosem. — Najpierw skrzywdziłaś moją siostrę. I dopóki tego nie zrozumiesz, nie mamy o czym rozmawiać.

    ✩ ✩ ✩

    Suri 

    Był już wieczór. Kruk trenował z Ryūjim. Kuro zniknął w stajniach chowańców. Suri została z potrzebą, której nie umiała już unieść sama. Chciała z kimś porozmawiać o wszystkim, co ją dręczyło. Możliwości były dwie — Christopher albo Cameron. W tej chwili wybór nie był trudny.

    Do pokoi gościnnych Camerona weszła bez pukania. Salon był pusty. Światło sypialni przeciekało spod drzwi, więc otworzyła je, pewna, że zastanie go z książką albo z Haku na kolanach.

    Zamarła w progu. Cameron był z dziewczyną. Sytuacja nie zostawiała miejsca na dwuznaczność. Ona leżała naga na łóżku, on był nad nią, i uprawiali seks. Pościel zjechała na bok. Oddech dziewczyny urwał się w pół dźwięku.

    Cameron odwrócił się ku drzwiom. Suri zdążyła zobaczyć nie wstyd, tylko strach w oczach nieznajomej. Jakby została przyłapana na czymś, za co można zapłacić zbyt wysoką cenę.

    Suri szybko odzyskała rezon.

    — Przepraszam — powiedziała wyraźnie, cofając się o krok. — Nie chciałam wam przeszkodzić.

    Zamknęła drzwi sypialni za sobą i stanęła na środku salonu. Policzki miała ciepłe. Zawstydzenie było lekkie i krótkie. Zaraz potem w jej głowie rozległo się już tylko jedno, jasne i niemal rozbawione — „O rany. O rany. O rany. Cameron ma dziewczynę.”

    Suri oparła się barkiem o framugę i poczuła, jak mimo nieprzyjemnego spotkania w ogrodzie rozchodzi się w niej szczery, niespodziewany zachwyt. Chłopak, którego kochała jak brata, nie został w tej historii sam.

    Cameron przyszedł do niej dosłownie po dwóch minutach. Suri była tym nieco zaskoczona. Stał w salonie już ubrany, z jeszcze wilgotnymi od pośpiechu włosami, i wyglądał raczej na rozbawionego niż zakłopotanego.

    — Przepraszam, że tak wtargnęłam — powiedziała od razu. — Myślałam, że siedzisz na tablecie albo coś w tym stylu…

    Chłopak wzruszył ramionami, wyraźnie bagatelizując całe zajście.

    — Niczym się nie przejmuj — odezwał się lekko rozbawionym głosem. — Masz ochotę się przejść? Może po ogrodach?

    Suri wpatrywała się w niego zaciekawiona.

    — Możemy wyjść do miasta i pospacerować nad kanałami.

    Cameron spojrzał na nią zaskoczony.

    — Serio? Ojciec pozwala ci opuszczać pałac?

    — To coś dziwnego?

    — Nawet nie wiesz, jak bardzo — mruknął. — W Nowej Europie moja matka nigdy by… nie ważne. — Urwał w pół słowa i uśmiechnął się promiennie. — Chodźmy pozwiedzać.

    — A ona? — zapytała Suri, wskazując na drzwi sypialni.

    — Nią się nie przejmuj.

    Suri poczuła się zagubiona, ale wyszła razem z nim. O Feniksach nie chciała już mówić wcale. Ciekawość dziewczyny Camerona zjadała ją od środka mocniej niż wydarzenia reszty dnia.

    Opuszczali pałac pozdrawiani przez wszystkich po drodze i przez nikogo nie zatrzymywani. Strażnicy skłaniali głowy. Służba ustępowała z drogi. Nikt nie pytał, dokąd idzie dziedziczka z księciem Nowej Europy. Nad kanałami powietrze było chłodniejsze, a woda miała kolor ciemnego turkusu. Suri musiała przyznać, że wieczorem stolica Nivarii była jeszcze piękniejsza niż za dnia. Białe mosty świeciły się w odbiciu lamp, mgła unosiła się nisko nad nurtem, a czarne sztandary na odległym tarasie pałacu poruszały się wolno, jakby miasto oddychało razem z nimi.

    Nie wytrzymała.

    — No więc? Opowiesz mi o niej?

    Cameron wzruszył ramionami.

    — Nie ma o czym mówić.

    Suri spojrzała na niego bokiem, już zdecydowana, że to z niego wyciągnie.

    — Żartujesz? Zastałam cię w łóżku. Z dziewczyną. Rozpadnę się na kawałki, jeśli mi o niej nie opowiesz.

    Cameron wbił wzrok w wodę.

    — Aveel jest służącą w pałacu w Nowej Europie. Nikim ważnym.

    Odpowiedź spadła jak wiadro zimnej wody. Suri zwolniła kroku. Zaczynała się zastanawiać, czy naprawdę zna go tak dobrze, jak sądziła.

    — I? Nie lubisz jej?

    Cameron wypuścił powietrze.

    — Lubię. Ale to niczego nie zmienia. Moja matka… nigdy nie zaakceptowałaby takiego związku.

    Suri odetchnęła z ulgą. Cameron i tym razem jej nie zawiódł. Nie był okrutny. Był tylko uwięziony w świecie, z którego naprawdę trudno się wyplątać.

    — Jak bardzo ją lubisz? — zapytała z zachwyconym uśmiechem.

    — Suri, proszę, przestań… — westchnął — I nie zdradź mnie. Błagam. — Po chwili dodał już znacznie ciszej.

    ✩ ✩ ✩

    Aveel

    Drzwi się zamknęły. Aveel leżała jeszcze przez chwilę na pościeli, która pachniała nim, i nie mogła złapać powietrza. W progu stała ona. Naprawdę ona. Dziedziczka Nivarii. Narzeczona księcia. Ta, której twarz Aveel znała lepiej niż własne odbicie.

    Potem oddech wrócił, a wraz z nim panika. 

    Zsunęła się z łóżka na kolana i zaczęła zgarniać z podłogi sukienkę, pończochy, pantofel, drugi pantofel. Ręce jej nie słuchały. Tkanina wyślizgiwała się z palców. Płakała cicho, tak jak uczono ją płakać w służbie — bezgłośnie, tylko wodą i łkaniem, które boli w żebrach. W najlepszym razie straci pracę. W najgorszym życie. Mogą wrzucić ją do lochu. Mogą torturować. W Nowej Europie za mniejsze przewinienia dziewczyny znikały z korytarzy i nikt potem o nie nie pytał.

    Ubierała się byle jak. Sukienka na lewą stronę, potem na prawą. Włosy kleiły się jej do mokrych policzków. Wychodząc, nie spojrzała za siebie. Bała się, że jeśli spojrzy, zobaczy jeszcze jej spojrzenie.

    Biegła korytarzami gościnnego skrzydła jak złodziejka. Biały kamień Nivarii był zbyt czysty na kogoś takiego jak ona. Każdy mijany gwardzista wydawał się już wiedzieć. Każde drzwi mogły się otworzyć. Tuż przed wejściem do kwater służby stanęła, przetarła oczy kłykciami i zmusiła oddech do wyrównania się. Jej współlokatorki Marie nie było. Chwała bogom. Aveel wśliznęła się do środka, zamknęła się w łazience i weszła pod lodowatą wodę, jakby dało się zmyć z siebie księcia, łoże i tę jedną sekundę, w której dziedziczka spojrzała jej prosto w twarz.

    Przebrała się w strój do pracy. Czarny. Skromny. Niewidzialny. W lustrze wciąż była tylko służąca z zaczerwienionymi powiekami.

    Nie rozumiała, jak to się zaczęło. On po prostu ją zauroczył. Uśmiechał się do niej tak, jakby widział ją naprawdę, nie tylko tacę i ukłony. Mówił do niej po imieniu. Zostawiał drzwi uchylone. Aveel wbiła sobie do głowy, że każdy młody mężczyzna musi zaspokoić swoje potrzeby, a narzeczona nie zawsze może być przy nim. To nic, to tylko ciało. Księżniczka i tak ma cały świat.

    Teraz rozumiała, jaki to był ogromny błąd. Pamiętała film z balu świątecznego. Oglądała go godzinami, ukradkiem, na starym tablecie w kuchni. Dziedziczka tańczyła z księciem pod złotymi światłami, piękna w sposób, jakiego Aveel nie umiała nawet pozazdrościć do końca. Miała tę rzadką, azjatycko-europejską urodę, ciemne oczy, delikatną twarz i coś w postawie, co sprawiało, że nawet w tańcu wyglądała jak ktoś zupełnie nieosiągalny. Aveel wtedy myślała — „ona jest z innego świata”. I miała rację. Tylko nie wiedziała jeszcze, że ten świat może pewnego dnia zdecydować o jej upadku.

    Następnego ranka zobaczyła ją w ogrodzie. Dziedziczka szła między białymi łukami kamienia, a przy jej boku szedł kitsune. Nawet chowańca miała niezwykłego. Dumny, w ludzkiej formie. Z ogonami, które poruszały się elegancko. Aveel poczuła, jak nogi jej miękną. To była szansa. Jedyna jaką miała. Jeśli teraz padnie na kolana, może zdąży ją ubłagać, zanim wezwą straż.

    Przebiegła kawałek ścieżki i padła przed księżniczką na kolana tak gwałtownie, że jej kolana uderzyły o kamień.

    — Wasza Wysokość — wydusiła, nie śmiejąc podnieść głowy. — Błagam. Przebaczcie. Nie chciałam. Nie chciałam was skrzywdzić. Zróbcie ze mną, co zechcecie, tylko… tylko nie oddawajcie mnie im. Błagam.

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Suri przyglądała się zaskoczona klęczącej przed nią dziewczynie i nie miała pojęcia, kim ona jest. Czarny strój służby. Mokre jeszcze od łez rzęsy. Dłonie zaciśnięte na spódnicy tak mocno, że bielały kostki. Dopiero po dłuższej chwili do niej dotarło. To była dziewczyna z sypialni Camerona.

    — Mały ptaszek przyfrunął narobić bałaganu — mruknął Kuro rozbawionym głosem, tuż przy jej uchu.

    — Och, zamknij się — warknęła na niego.

    Słowa wyszły ostrzej, niż zamierzała. Aveel u jej stóp zadrżała jeszcze mocniej. Suri zrobiło się jej szkoda. Dziewczyna nie wiedziała, że irytuje się na żarty lisa. Usłyszała tylko gniew dziedziczki. 

    Przechodzący obok gwardziści zatrzymali się. Jeden z nich przesunął dłoń ku rękojeści, jakby wypatrzył realne zagrożenie.

    — Panienko — zapytał, mierząc Aveel wzrokiem — potrzebujesz naszej pomocy?

    Był wyraźnie gotów wywlec przerażoną dziewczynę z ogrodu.

    — Dziękuję za wsparcie, ale dam sobie radę — odprawiła ich stanowczym głosem.

    Poczekała, aż odejdą za zakręt korytarza.

    — Wstań — zwróciła się do służącej ciszej. — Masz na imię Aveel, prawda?

    Poprowadziła ją w głąb ogrodu, zanim ktokolwiek zdążył zainteresować się sytuacją. Kuro szedł z drugiej strony, ogony miał uniesione, a spojrzenie już mniej rozbawione.

    — Tak, pani — wydusiła Aveel.

    Suri usiadła na ławce i wskazała miejsce obok siebie. Dziewczyna stanęła przy kamieniu i nie siadała. Cała drżała. Patrzyła na ławkę tak, jakby za samo siedzenie obok dziedziczki mogła zostać surowo ukarana.

    — Pomożesz? — rzuciła Suri do Kuro.

    Kitsune westchnął cierpiętniczo. Po chwili Aveel odrobinę złapała oddech. Ramiona opadły jej o milimetr. Łzy przestały spływać nową falą. Magia Kuro nie była czuła. Była skuteczna.

    „Ona myśli, że zaraz skażesz ją na śmierć, albo przynajmniej na chłostę” — mruknął Suri w myślach. — „Co takiego ci zrobiła?”

    Kuro odwrócił się do Aveel.

    — Siadaj — rozkazał. — Nikt nie lubi, jak się nad nim stoi podczas rozmowy.

    Dziewczyna usiadła gwałtownie, jakby dopiero w tej chwili zrozumiała, jaki błąd popełniła, stojąc. Siedząc, wyglądała jeszcze bardziej nieszczęśliwie. Suri złożyła dłonie na kolanach i przez moment nie wiedziała, od czego zacząć. W jej głowie wciąż brzmiało wczorajsze „nikim ważnym” Camerona, a teraz ta sama dziewczyna,  bała się na nią spojrzeć.

    ✩ ✩ ✩

    Aveel

    Ławka była zimna. Aveel siedziała na skraju i czekała na wyrok.

    — Powiedz mi, o co się martwisz? — poprosiła dziedziczka łagodnym głosem. — Czy powinnam posłać po Camerona?

    Sama myśl o księciu ścięła jej krew.

    — Nie, błagam! — wyrwało się jej zbyt głośno. — Pani, nie chcę umierać.

    Suri wpatrywała się w nią przez chwilę, a Aveel nie dostrzegła w jej twarzy gniewu. Pojawiło się tam zaskoczenie. Czyste, niemal dziecinne zaskoczenie, jakby śmierć służącej nie była tu oczywistym porządkiem świata.

    Odezwał się kitsune.

    — Jesteś w Nivarii. Tu nikt nikogo nie skazuje na śmierć bez powodu. — Przechylił głowę, a srebrzyste oczy zmierzyły ją z leniwą ciekawością. — Zacznijmy od początku. Jestem Kuro. To jest Suri. Nie cierpi, kiedy nazywasz ją „waszą wysokością” albo czymkolwiek w tym stylu.

    Dodał to konspiracyjnie, jakby dzielił się sekretem kuchni, nie zasadą dworu. I właśnie przez to Aveel straciła grunt pod nogami. Słyszała słowa i nie umiała ich przyjąć. Dziedziczka. Suri. Nie „wasza wysokość”. W Nowej Europie za takie spoufalenie służba traciła język, nie tylko miejsce pracy.

    — Aveel, nie zrobiłaś nic złego — powiedziała Suri. — Naprawdę.

    — Ja… przecież ja… — jąkała się Aveel, palcami wczepiona w spódnicę. — Ja byłam z nim. W łóżku. A pani…

    — To, że byliśmy zaręczeni z Cameronem, było nieporozumieniem od początku do końca — odparła Suri wyjątkowo łagodnym głosem. — Od kiedy się poznaliśmy, jesteśmy wyłącznie przyjaciółmi.

    Drugie uderzenie. Zaręczyny. Bal. Film. Taniec. Cała służba dworu wiedziała, że książę ma narzeczoną z Nivarii. Aveel spała z narzeczonym innej kobiety, a ta kobieta siedziała teraz obok i mówiła „przyjaciele”, jakby rodzina królewska z Nowej Europy popełniła błąd w dokumentach.

    Kuro odwrócił się do Suri.

    — Sądzę, że królowa Nowej Europy ukrywa informacje o zerwaniu zaręczyn — odezwał się ciszej, jakby chciał jej to wyjaśnić. — Boi się, że rodzina królewska stanie się pośmiewiskiem, jeżeli to wyjdzie na jaw.

    Suri spojrzała na Aveel.

    — Naprawdę?

    — Tak, wasza… — Aveel zamilkła, znowu przestraszona. Słowo utkwiło jej w ustach jak kość.

    Trzecie uderzenie było gorsze, bo przyszło z zupełnie innej strony.

    — Kuro — zapytała Suri — czy ja ją mogę sobie zabrać? To znaczy, nikt nie będzie na nią zły, że przerwała pracę?

    Aveel poczuła, jak ogród chwieje się pod ławką. Zabrać. Szok był tak wielki, że przez moment prawie nie bolał. Potem przyszedł lęk, czego księżniczka może od niej chcieć. 

    Lis namyślał się chwilę.

    — Sądzę, że jeżeli grzecznie poinformujemy naszych gości, to nic się nie stanie.

    — Świetnie! — Suri aż klasnęła w dłonie. — Chodź ze mną.

    Dziewczyna wstała, bo każdy wstaje, kiedy każe dziedziczka. Szła za nimi posłusznie, noga za nogą, i trafiła do apartamentów wyrwanych z sennych marzeń. Rozległych. Luksusowych. Jeszcze piękniejszych niż pokoje gościnne. Światło padało na jasny kamień, na tkaniny, na kwiaty, których nie umiałaby nazwać. Bała się dotknąć framugi. 

    Księżniczka dała jej ręcznik i kazała iść się wykąpać. Aveel zrobiła to pospiesznie, jakby dłuższe zostawanie pod wodą było kolejnym wykroczeniem. Kiedy wyszła owinięta ręcznikiem, Suri poprowadziła ją do hologramu. Światło obleciało jej ciało, a księżniczka wybrała lekką, błękitną sukienkę, która kontrastowała z jej rudymi włosami. Włosy, rozpuszczone, opadły jej na ramiona w uroczych puklach. Aveel spojrzała na swoje odbicie i nie poznała samej siebie. Nie wyglądała jak służąca. Wyglądała jak ktoś, kogo można oskarżyć o udawanie.

    Kiedy wróciły do salonu, na kanapie obok Kuro siedział ciemnowłosy chłopak. Miał na sobie mundur kadeta gwardii. Bez wahania złapał księżniczkę za rękę i przyciągnął ją do siebie tak, że usiadła mu na kolanach. Oplótł ją ramionami, jakby miało to prawo być oczywiste.

    — Zachowuj się, mamy gościa — powiedziała do niego Suri, ale bez realnego wyrzutu.

    Aveel patrzyła i nie wierzyła. Między nimi iskrzyło. Naprawdę iskrzyło. A on… był najwyraźniej zwykłym kadetem. Czarny mundur, brak herbu, żadnych epoletów. Wyglądało na to, że nie tylko książę Nowej Europy sypia ze służącą.

    Potem wszystko zrobiło się jeszcze dziwniejsze.

    — Masz ochotę pozwiedzać miasto? — zapytała Suri, wciąż siedząc na kolanach gwardzisty, jakby to było najzwyklejsze zachowanie na świecie.

    Aveel niepewnie przytaknęła. Innej odpowiedzi nie znała.

    Dziedziczka wstała i wzięła gwardzistę za rękę, kiedy podniósł się za nią. W korytarzu dołączył do nich książę Nivarii. Ani odrobinę nie zdziwił się zachowaniem siostry. Nie spojrzał na splecione dłonie. Nie skarcił. Szedł obok jak ktoś, kto widzi to codziennie i kompletnie się tym nie przejmuje.

    — Przedstawisz nas? — zapytał, wskazując brodą w stronę Aveel.

    — Och, przepraszam, zupełnie zapomniałam! — Suri odwróciła się, wciąż trzymając gwardzistę za rękę. — To jest Aveel. Aveel, to mój brat Ryūji, a ten za mną to Kruk.

    Ryūji szczerze ją przerażał. Miał bliznę na policzku, która nawet przy jego piekielnej urodzie dodawała mu chłodu. Stał prosto, mroczny, oceniający, i Aveel była pewna, że za chwilę zapyta, jakim prawem służąca idzie z nimi do miasta.

    Ku jej zdumieniu zwrócił się do niej naprawdę uprzejmie.

    — Miło mi cię poznać.

    Czwarte uderzenie. Książę Nivarii był dla niej miły.

    Zeszli do miasta. Białe mosty, lazurowa woda, zapach pieczywa i kwiatów. Po spacerze weszli do jednej z restauracji, jasnej, głośnej, pełnej śmiechu, którego Aveel nie spodziewała się w tym miejscu. W środku było więcej osób. Wszystkie w mundurach gwardii. Witali się ze sobą przyjaźnie, bez sztywnych ukłonów, jakby ranga zostawała za drzwiami.

    Aveel starała się zapamiętać imiona. Klara. Rini. Kyle. Aron. Powtarzała je w głowie jak rozkazy, których nie wolno pomylić.

    Po chwili dołączył do nich książę z Nowej Australii. Jasne włosy, biały mundur, twarz anioła, którą znała z gazet i plotek dworu. Aveel znowu nie wiedziała, czy powinna się ukłonić, paść na kolana, czy wziąć dzbanek i zacząć im usługiwać. Zamarła przy stole z dłońmi splecionymi tak mocno, że bolały ją palce.

    — Kto to? — nowo przybyły zwrócił się do Suri, rzucając Aveel krótkie, zaciekawione spojrzenie.

    — Aveel, poznaj Chrisa. Chris, to Aveel. — Suri zamilkła na chwilę, po czym dodała szeptem przeznaczonym wyłącznie dla księcia Nowej Australii — dziewczyna Camerona.

    Aveel i tak to usłyszała. Piąte uderzenie było najgorsze, bo przyszło ze wstydem. Policzki płonęły jej tak mocno, że miała wrażenie, iż wszyscy przy stole muszą to widzieć. Dziedziczka Nivarii naprawdę to powiedziała. Nie „służąca”. Dziewczyna Camerona. W restauracji. Przy świadkach. Przy księciu z niego kraju. 

    Po chwili pojawiły się przed nimi kolejne talerze. Aveel nie wiedziała, czego wolno jej tknąć. Kuro, gdy to zauważył, westchnął cicho i nałożył jej po trochu różnych dań, jakby karmił dziecko. Gwardziści przekomarzali się z książętami. Dziedziczka Nivarii śmiała się z żartu jednej z dziewczyn. Kruk siedział blisko niej, milczący, i nikt nie kazał mu wstać.

    Aveel trzymała widelec tak ostrożnie, jakby stal mogła ją wydać, i zastanawiała się, jak to możliwe, że taki świat w ogóle istnieje.

    ✩ ✩ ✩

    Rini

    Do restauracji weszło kilku Illi’andin. Rini rozpoznała ich, zanim jeszcze zdążyli zdjąć płaszcze. Sami wysoko postawieni wojskowi, chodzące legendy, bohaterowie Nivarii. A potem rozpoznała jego. Główny dowódca nivaryjskiej armii. Okryty sławą weteran wielu bitew. Prawa ręka lorda Marcusa i jego mentor. W Nivarii każde dziecko znało go z opowieści, nawet jeśli nigdy nie stanęło z nim twarzą w twarz. Podobno, kiedy Suri była jeszcze niemowlęciem, to właśnie on zabrał z kraju ją i jej matkę, ratując obie przed śmiertelnym niebezpieczeństwem.

    Ryūji natychmiast wstał od stołu. Uśmiechnął się, a to u niego była rzadkość.

    — Generale — powiedział z wyraźną satysfakcją. — Cóż za miłe spotkanie.

    Mężczyzna skinął mu głową z szacunkiem.

    — Książę. Trenujesz rekrutów?

    Żart był lekki, drwina delikatna. W końcu siedzieli w restauracji, wśród talerzy i śmiechu, nie na placu ćwiczeń.

    Ryūji zaśmiał się cicho.

    — Zabawiam gości mojej siostry.

    Generał omiótł stół wzrokiem. Klara. Kyle. Aron. Christopher. Suri. Aveel. Kuro. I Kruk. Jego wzrok się zatrzymał, a on stanął jak zamurowany. Wpatrywał się wyłącznie w jedną osobę. W Kruka. Tak nieruchomo i tak długo, że Rini poczuła, jak w restauracji ubywa powietrza. Znała ten sposób patrzenia. Tak patrzy się na kogoś, kogo człowiek dawno uznał za straconego.

    Generał odzyskał rezon dopiero po dłuższej chwili napiętej ciszy.

    — Ariyan? — zapytał z nadzieją i niedowierzaniem.

    Suri i Kruk wpatrzyli się w niego pytająco. Powoli wstali, wciąż trzymając się za ręce. Generał spojrzał na ich złączone dłonie z zaskoczeniem i z cichą, niemal niedostrzegalną aprobatą. Wszyscy czekali w napiętym milczeniu.

    — Pan mnie z kimś pomylił… — powiedział Kruk.

    Generał nie oderwał od niego wzroku. Jakby nie potrafił.

    — Ryūji — rzucił wreszcie niskim, opanowanym głosem. — Musimy porozmawiać. Na osobności.

    Książę skinął głową. Obaj wyszli z restauracji, zostawiając za sobą stół pełen niedokończonych dań i pytań, których nikt nie zdążył zadać.

    Gwar rozmów wrócił powoli, niepewnie, jakby goście nie byli pewni, czy wolno im znowu oddychać. Rini siedziała prosto i nie spuszczała wzroku z miejsca, na którym siedział Kruk.

    Note