Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Bohaterowie noszą maski

    Angelica

    Nawet jeszcze na dobre nie rozpoczęły się wakacje, a już wszyscy się porozjeżdżali. Sara z Nathanem postanowili nawzajem odwiedzić swoje rodzinne domy, a ku mojej rozpaczy Lucas z Asherem wspólnie udali się do Imperium. Nie byłam pewna, czy bardziej irytuje mnie fakt, że Lucas, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, zostawił mnie samą, czy to, że Asher wyjechał, zostawiając Lili z Cassianem. Za każdym razem, kiedy widziałam ich razem, albo patrzyłam na tatuaż z jej imieniem na jego przedramieniu, coś bardzo nieprzyjemnego boleśnie ściskało mnie w środku.  

    Nie miałam dokąd jechać. Lunaris — moja adopcyjna rodzina — płaciła za naukę w Akademii, ale poza tym traktowali mnie wyłącznie jak inwestycję. „Skup się na wynikach” — powtarzali zawsze, kiedy się ze mną kontaktowali — „Wakacje to nie czas na lenistwo”. Biologiczni rodzice? Nie żyli od dawna. Zostałam tylko ja i pusta willa należąca do Ashera, w której robiłam praktycznie wszystko, bo chłopak nie zatrudnił żadnej służby. Samotne lato. Cudownie.

    Siedzę na tarasie z książką, której nie czytam, i patrzę, na przepiękny, zadbany ogród, gdy nagle słyszę kroki na drewnianych deskach. Podnoszę wzrok.

    Lilien.

    Uśmiecha się tym swoim ciepłym, szczerym uśmiechem, który zawsze sprawia, że człowiek czuje się… widziany. Obok niej stoi Cassian — ręce w kieszeniach, włosy wciąż mokre po popołudniowym pływaniu w basenie, zbyt dobrze opinająca jego, wyraźnie zarysowane mięśnie, koszulka. Serce ściska mi się boleśnie.

    — Hej — mówi Lili, siadając na fotelu obok mnie, jakby to było najnaturalniejsze na świecie. — Słuchaj… wiem, że wszyscy się rozjechali i że zostajesz tu sama. Nie chcę, żebyś siedziała w tej willi i gapiła się w sufit przez dwa miesiące.

    Cassian milczy, ale jego bursztynowe oczy patrzą na mnie uważnie. Zawsze patrzył tak, jakby próbował coś zrozumieć.

    — Więc… — Lili nachyla się bliżej, jej głos jest miękki, ale zdecydowany — …co powiesz na to, żebyś przeniosła się do nas? Penthouse jest ogromny, mamy kilka gościnnych pokoi. Stoją wolne. Cassian i ja i tak większość czasu spędzimy u naszych rodzin albo w mieście, więc nie będziemy sobie nawzajem przeszkadzać, a przynajmniej nie będziesz musiała mieszkać sama…

    Mrugam. Raz. Drugi.

    Ona… zapraszała mnie? Do penthouse’u, w którym będą tylko oni dwoje? Do miejsca, gdzie codziennie będę widzieć, jak Cassian patrzy na nią tak, jakby była jedyną gwiazdą na niebie? Gdzie będę musiała patrzeć na tatuaż z jej imieniem na jego skórze i na to, jak ona się do niego uśmiecha?

    Chcę jej nienawidzić. Naprawdę tego pragnę. Mogę powiedzieć coś ostrego, coś, co zaboli, coś, co sprawi, że poczuje się choć odrobinę tak, jak ja się czułam od pojawienia się anomalii. Wiem jednak, że bym nie potrafiła. 

    Bo Lili jest… dobra. Cudowna. Od pierwszego dnia semestru próbowała mnie pchnąć w stronę Cassiana, powtarzała, że pasujemy do siebie, że on potrzebuje kogoś takiego jak ja. Gdybym wtedy jej posłuchała… gdybym nie była tak uparta i dumna… może teraz nie siedziałabym tu z sercem rozdartym na pół.

    Zamiast tego uśmiecham się słabo i kiwam głową.

    — Byłoby… miło — wyduszam, a głos mi drga. — Dzięki, Lili. Naprawdę.

    Cassian unosi brew, ale nic nie mówi. Tylko jego spojrzenie na chwilę łagodnieje, nie patrzy jednak na mnie. Oczywiście, że patrzy na nią. 

    Wstaję, żeby spakować rzeczy, zanim zdążę się rozmyślić. W środku wszystko się we mnie gotuje. Zazdrość, wdzięczność i żal mieszają się we mnie, jak w wielkim kotle. Jest też ta okropna, paląca pewność, że nawet jeśli zostanę z nimi, to i tak będę tam na doczepkę, jako ta trzecia. Jednak przynajmniej nie będę sama, a to… to już coś.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    No to super. Naprawdę, kurwa, genialny plan.

    Miałem nadzieję, że skoro Ashera nie ma, to w końcu będę miał Lili tylko dla siebie. Kilka dni, może tydzień — plaża w magicznym świecie, słońce, woda, mój delfin skaczący wokół niej, a ja mógłbym w końcu przestać udawać, że nie chcę jej pożreć wzrokiem za każdym razem, kiedy się uśmiecha. A co zrobiła moja ukochana? Zaprosiła Angelicę. Do penthouse’u. Jako „gościa”. Bo „nie chciała, żeby była sama”. Jasne. Romantycznie jak cholera.

    Teraz chodzę za nimi po centrum handlowym jak jakiś pieprzony tragarz. Lili ciągnie Angelicę od sklepu do sklepu, a ja niosę torby. Całe stosy. Każda sukienka, top, cholerny sweterek, który „wygląda na niej bosko”, ląduje w koszyku, a potem Angelica wychodzi z przymierzalni, a Lili klaszcze w dłonie jak mała dziewczynka.

    — Cassian, no powiedz coś! Wygląda rewelacyjnie, prawda? — naciska z entuzjazmem.

    Patrzę na Angelicę w kolejnej kreacji, która faktycznie leży na niej jak ulał, i uśmiecham się tym swoim najbardziej uprzejmym, najbardziej sztucznym uśmiechem.

    — Wygląda świetnie — mówię, a w głowie dodaję „tak, super, jeszcze jedna rzecz, w której nigdy nie będzie wyglądała lepiej niż ty wczoraj w obcisłych dżinsach i koronkowym topie, który mi się podobał”.

    Lili jest zachwycona. Angelica czerwienieje i mruczy „dzięki”, a ja czuję, jak moja cierpliwość topnieje szybciej niż lód w letnim słońcu.

    W końcu nie wytrzymuję.

    — Wiesz co, Lili? — mówię, kiedy Angelica znika znowu w przymierzalni. — Może ty też coś przymierzysz? Zamiast tylko ją stroić jak lalkę. We wszystkim wyglądałabyś ładnie. 

    Dziewczyna zamiera z bluzką w ręku. Patrzy na mnie tymi wielkimi oczami, a potem… rumieni się. Naprawdę rumieni. Policzki jej różowieją, spuszcza wzrok i nagle staje się taka… dziewczyńska. Nie ta pewna siebie Lili, która jeszcze tak niedawno temu w wodzie mówiła mi „jesteś mój”. Tylko taka zwykła, speszona dziewczyna, która właśnie usłyszała komplement od chłopaka.

    — Ja? — pyta cicho i sięga po pierwszą lepszą sukienkę z wieszaka. — No… dobra. Zaraz wracam.

    Wychodzi z przymierzalni po dwóch minutach i… cholera. Sukienka jest prosta, czarna, ale na niej wygląda jak grzech. Obraca się powoli i patrzy na mnie niepewnie.

    — I jak? — pyta.

    Chcę powiedzieć coś mądrego, może ironicznego. Zamiast tego tylko przełykam ślinę.

    — Wyglądasz… jak cud — odpowiadam szczerze.

    Jej uśmiech jest mały, ale tak prawdziwy, że na chwilę zapominam o wszystkich torbach i o Angelice.

    Później lądujemy nad jeziorem — tym samym, nad którym na początku semestru Lili spławiła mnie tak skutecznie, że jeszcze przez tydzień czułem się jak idiota. Woda jest spokojna, tłumy ludzi wibrują jakąś nietypową, pozytywną energią, a my rozkładamy koc. Angelica siedzi trochę z boku, czyta książkę, a ja wreszcie mam Lili blisko siebie. Jej głowa leży na moim ramieniu, moje palce powoli przesuwają się po jej włosach.

    I wtedy, jakby los chciał mi przypomnieć, że nic nigdy nie jest proste, podchodzi do nas dwójka znajomych z niemagicznego świata. Stara ekipa — Kael i Mira, z tymi samymi wrednymi uśmieszkami co zawsze.

    — No proszę, Cassian! — woła Kael, klepiąc mnie po ramieniu. — Jak zawsze otoczony dziewczynami. Dwie naraz? Szanuję, stary.

    Mira parska śmiechem.

    — Serio, ile to już lat? Zawsze jakaś nowa, a ty w środku jak książę.

    Zaciskam zęby, ale uśmiecham się szeroko. Bardzo ironicznie.

    — Mylisz się — mówię spokojnie, przyciągając Lili bliżej, aż jej plecy przylegają do mojego torsu. — Jedyna dziewczyna, jakiej kiedykolwiek pragnąłem, siedzi właśnie obok mnie. Reszta to… dodatek.

    Kael unosi brew.

    — Oho. Czyli to już oficjalnie? Ty i Lilien? W końcu?

    Mira klaszcze.

    — Gratulacje! Serio, myśleliśmy, że nigdy wam się nie uda. Od dzieciństwa za tobą latała jak mały szczeniak, a ty zawsze narzekałeś, że jest natarczywa i spławiałeś ją przy każdej okazji, a teraz patrzcie, siedzą jak para z obrazka.

    Lili chichocze cicho, wtulając się mocniej. Jestem pewien, że robi to tylko dlatego, że wredny tekst tak naprawdę nie jest o niej, a o dziewczynie, która już nie istnieje. Angelica udaje, że czyta, ale widzę, jak jej palce zaciskają się na książce.

    Uśmiecham się jeszcze szerzej i całuję Lili w skroń.

    — No właśnie — mówię. — W końcu. Bo przez ostatnie miesiące to ja się musiałem za nią nieźle nabiegać. 

    W środku myślę — „Tak. W końcu. I niech nikt mi jej nie próbuje odebrać.” Nawet jeśli będę musiał udawać, że Angelica jest tu mile widziana, to nie ma znaczenia. Ważne, że Lili jest tuż obok mnie. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Angelica

    Wieczór jest ciepły, ale ja czuję tylko zimno.

    Dom rodziców Cassiana wznosi się na wzgórzu nad jeziorem. To ogromna, biała willa w wiktoriańskim stylu, z kolumnami i kryształowymi żyrandolami, które unoszą się nad stołem jak żywe, magiczne gwiazdy. Tutaj nikt nie gotuje. Wszystko podają służący w białych rękawiczkach. Idealnie pokrojony łosoś w sosie z białego wina i szafranu, delikatne carpaccio z jelenia, świeże owoce morza na srebrnych tacach. Pani Elizabeth Vale, matka Cassiana, nigdy nie dotknęłaby garnka — ona tylko zarządza.

    Siedzę na samym końcu stołu. Dosłownie. Krzesło jest ciężkie, obite aksamitem, ale i tak skrzypi, kiedy się poruszam, jakby nawet meble wiedziały, że tu nie pasuję.

    — Lilien, kochanie… — kobieta nachyla się lekko, a jej głos jest miękki, niemal matczyny. Gestem przywołuje służącego, który natychmiast nakłada Lili na talerz kolejną porcję łososia. — Wyglądasz dziś absolutnie olśniewająco. Ta sukienka… Cassian, spójrz na nią. No spójrz. Czy ona nie jest najpiękniejsza na świecie?

    Cassian uśmiecha się tym swoim leniwym, pół-nieobecnym uśmiechem i kiwa głową, ale jego bursztynowe oczy nawet na sekundę nie odrywają się od Lilien. Siedzi po jego prawej stronie — oczywiście — i rumieni się tak słodko, że chcę jednocześnie ją przytulić i wbić jej widelec w dłoń.

    — Mamo, przestań — mruczy Cassian, ale w jego głosie nie ma irytacji, pojawiają się w nim raczej rozbawienie i duma.

    Pani Elizabeth macha ręką z elegancją, jakby odpędzała niewidzialny pyłek z powietrza.

    — Dlaczego miałabym przestać? Widzę, jak moja przyszła synowa kwitnie. Lilien, pamiętasz, jak w dzieciństwie przyjeżdżałaś tu z mamą? Zawsze siadałaś dokładnie tam, gdzie teraz, i prosiłaś o dokładkę tego sosu. Już wtedy wiedziałam, że będziesz moją dziewczynką.

    Lilien śmieje się cicho, tym ciepłym, szczerym śmiechem, który zawsze mnie rozbraja. Kładzie dłoń na ramieniu Cassiana — tak naturalnie, jakby to było najoczywistsze miejsce na świecie.

    — Pamiętam. I wciąż twierdzę, że ten sos jest najlepszy w całych Stanach.

    Kobieta rozpromienia się — naprawdę rozpromienia się — i przez chwilę wygląda prawie… ludzko. Nachyla się i całuje Lilien w czoło, jakby była jej prawdziwą córką. Tą, którą wybrała.

    A ja? Siedzę po drugiej stronie stołu z widelcem w dłoni i uśmiechem przyklejonym do twarzy niczym tania maska.

    — To Angelica — powiedziała Lilien wcześniej, kiedy nas przedstawiała. Głos miała lekki, pełen troski. — Moja przyjaciółka ze szkoły. Zostanie z nami przez wakacje, bo… no wiecie, wszyscy się rozjechali.

    Przyjaciółka ze szkoły. Tylko przyjaciółka Lilien. Nikt ważny. Matka Cassiana zerknęła na mnie wtedy — krótko, uprzejmie, lodowato.

    — Miło cię poznać — powiedziała tonem, który oznacza dokładnie odwrotność tych słów, i już po sekundzie wróciła do Lilien.

    Teraz również to właśnie do niej się odzywa.  

    — Lili, kochanie, opowiedz mi o tym wyjeździe nad morze. Cassian wspominał, że miałaś na sobie szmaragdowy kostium kąpielowy, pod kolor oczu? Niech zgadnę, wyglądałaś w nim obłędnie.

    Cassian parska śmiechem. Lilien płonie rumieńcem. Wbijam widelec w kawałek ziemniaka tak mocno, że metal zgrzyta o porcelanę. Nikt nie zwraca na to uwagi. W środku wszystko się we mnie gotuje. Powoli. Jak trucizna, którą sama sobie nalewam i piję łyk po łyku.

    Bo przecież Lilien nie zrobiła nic złego. Zaprosiła mnie, bo nie chciała, żebym siedziała sama w pustej willi. Uśmiecha się do mnie, pyta, czy wszystko w porządku, kupuje mi sukienki, jakby naprawdę wierzyła, że mogę być częścią tego… czegoś.

    A ja? Siedzę tutaj, w tej pięknej, chłodnej rezydencji pełnej służby i kryształowych żyrandoli, i marzę, żeby wszystko stanęło w płomieniach. Żeby pani Elizabeth choć raz spojrzała na mnie tak, jak patrzy na Lilien. Żeby Cassian choć raz powiedział „Angelica też jest ważna” zamiast tylko kiwać głową i patrzeć na nią jak na jedyne światło w całym tym pieprzonym świecie.

    Rozumiem, co się dzieje. Zdaję sobie sprawę, że kiedy wrócimy do penthouse’u, Lilien przytuli się do Cassiana na kanapie. Wiem, że będzie się śmiała, kiedy on szepnie jej coś do ucha. Później, w nocy, usłyszę przez ścianę, jak szepczą. Może się całują. Może więcej.

    A ja będę leżała w gościnnym pokoju i patrzyła w sufit, licząc sekundy do powrotu Ashera. Bo tylko on… tylko on sprawi, że Lilien znowu odsunie się od Cassiana i będzie lgnęła wyłącznie do niego.

    A teraz? Teraz jestem tylko „przyjaciółką Lilien ze szkoły”. I cholera… zaczyna mi się to podobać. Ta nienawiść. Ta słodka, paląca zazdrość. Bo jeśli nie mogę być tą, którą kochają… to przynajmniej będę tą, która wszystko widzi. I może… tylko może… pewnego dnia to ja będę tą, która zdecyduje, co z tym wszystkim zrobić.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Wciąż czuję na ustach smak sosu z kolacji u rodziny Cassiana, kiedy chłopak zatrzymuje samochód przed bramą mojej rodzinnej posiadłości.

    Jest późny wieczór. Dom powinien być jasny, cudownie oświetlony i pełen życia. Dzisiaj jest ciemno. Tak ciemno, że reflektory samochodu przecinają mrok niczym ostrza. Zaczynam się niepokoić. 

    — Dziwne — mruczy Cassian, gasząc silnik. — Nie ma nawet lamp na podjeździe.

    Wysiadam pierwsza. Powietrze pachnie… nienaturalnie. Jest gęste i słodkie, ale czuję w nim również obcy, metaliczny zapach. 

    Drzwi wejściowe są uchylone, a ja czuję, jak miękną pode mną kolana. Jestem pewna, że wydarzyło się coś złego. 

    Cassian chwyta mnie za rękę.

    — Zostań za mną.

    Nie ma mowy, żebym to zrobiła. Powoli wchodzę do środka.

    I wtedy świat się rozpada.

    Hol wygląda jak rzeźnia. Krew jest wszędzie. Na białych ścianach, na marmurowej posadzce, na kryształowym żyrandolu, który teraz zwisa krzywo, ociekając czerwienią. Mama leży na środku holu. Gardło ma rozcięte tak głęboko, że widzę biel kręgosłupa. Elegancka, wizytowa, czarnobiała sukienka wygląda na niej makabrycznie. 

    Udaję, że jej tu nie ma i powoli wchodzę wgłąb domu.

    Tata siedzi w fotelu w salonie, ale nie ma głowy. Ta leży na stoliku, obok niedopitej herbaty. Służący… troje z nich… leżą na puchatym dywanie jak porzucone lalki. Jednemu ktoś wyrwał serce. Dosłownie. Dziura w klatce piersiowej jest czarna i poszarpana, jakby zrobiono ją pazurami.

    Żołądek mi się wywraca. Upadam na kolana w kałużę krwi, która jest jeszcze ciepła.

    — Nie… nie… nie… — powtarzam jak idiotka, jakby to słowo mogło cofnąć czas.

    Cassian klęka przy mnie. Jego ramiona są twarde, gorące, prawdziwe. Przyciąga mnie do siebie tak mocno, że czuję bicie jego serca przez koszulę.

    — Oddychaj, Lili — prosi cicho. — Chodźmy stąd.

    Przecząco kręcę głową. Wstaję. Nogi mi drżą, ale idę dalej. W kuchni gospodyni ma wbity nóż w plecy. W bibliotece dziadek leży z rozprutym brzuchem — jelita są rozrzucone po dywanie jak obrzydliwe sznury.

    — Ethan… — szepczę. Głos mi się łamie. — Ian…

    Cassian sięga po telefon, jakby dopiero teraz oprzytomniał. Dzwoni.

    — Ian, kurwa, odbierz… — warczy, a kiedy tak się dzieje, oddycham z ulgą, że przynajmniej komuś udało się przeżyć. — Ian, musisz zadbać o swoje bezpieczeństwo i jak najszybciej wrócić do domu. Twoja rodzina… nie żyje. Wszyscy poza Lili. Ona… jest ze mną. Wezwij swoich ludzi.

    Rozłącza się i dzwoni do własnej rodziny.

    — Mamo. Przyjedźcie do posiadłości Lilien. Natychmiast. Wezwijcie policję i służby z magicznej strony. Nie, nie pytaj. Po prostu przyjedźcie.

    Jeszcze zanim skończy rozmawiać biegnę na górę. Pokój Ethana. Drzwi są zamknięte. Otwieram je gwałtownie. Nikogo nie ma. Jest tu zupełnie pusto. Łóżko jest zaścielone, zabawki porozrzucane.

    — Ettie! — krzyczę. Głos mi się rwie. — Ettie!!!

    Cassian jest już przy mnie. Przeszukujemy szafę, sprawdzamy pod łóżkiem, za zasłonami. Nic. Mój młodszy brat jest sprytny, ale czy naprawdę mogło udać mu się schować?

    W oczy rzuca mi się stojąca na biurku, magiczna szkatułka, którą chłopiec dostał od Ashera. Z jakiejś przyczyny pulsuje słabym, srebrnym światłem. Cassian bierze ją do ręki i powoli otwiera. Z wnętrza wydobywa się cichy, dziecięcy szloch.

    — Ettie? — szepczę.

    Chłopiec materializuje się przy nas. Jest skulony i drżący, ale cały i zdrowy. Ma na sobie tylko piżamę. W rękach ściska małego, magicznego smoka jak ostatnią deskę ratunku.

    — Lili… — szepcze i rzuca się na mnie.

    Łapię go tak mocno, że prawie miażdżę. Pachnie dziecięcym szamponem i strachem. Cassian obejmuje nas oboje. Jedną ręką mnie, drugą Ethana. Czuję, jak jego magia wibruje. Jestem pewna, że z trudem powstrzymuje furię. 

    — Już dobrze — mówi Cassian cicho, ale głos ma jak stal. — Jesteś bezpieczny. Oboje jesteście.

    Ethan wtula twarz w moją szyję, potem w ramię Cassiana. Drży.

    — Smok… powiedział, że mam się ukryć… że złe rzeczy idą… — szepcze. — Schował mnie w środku. Powiedział, że Asher kazał mu mnie pilnować.

    Krew na moich rękach miesza się ze łzami. Nie wiem, czyja to krew. Rodzina Lilien. Moja rodzina… nie żyje. A ja… ja stoję tu i tulę małego chłopca, który przeżył tylko dzięki zabawce od Ashera.

    Za oknem słychać już syreny. Jestem pewna, że to nie był zwykły napad. W mojej ulubionej powieści nic takiego nigdy się nie wydarzyło. Myślenie, że moja obecność nie zmieni niczego ważnego była… piekielnie naiwna. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Młodszy brat Lili lgnie do mnie mocniej. Czuję jego łzy na swojej szyi. Lilien drży przy moim boku, a ja stoję między nimi a resztą świata, który właśnie się rozpadł. Za oknem słychać syreny. Jestem jednak pewien, że to nie koniec. To dopiero początek. Jeśli ktokolwiek spróbuje znowu dotknąć Lilien albo tego małego… rozerwę ich gołymi rękami, a moja rodzina zmiażdży to, co z nich zostanie. Nikt nigdy więcej jej nie skrzywdzi.

    Przyciągam ich bliżej — jedną rękę mam na plecach Lili, drugą na karku małego Ettiego. Jej włosy pachną jeszcze tym cholernym, słodkim kadzidłem, które tak uwielbia zapalać w domu moja mama, co dziwnie kontrastuje ze śmiercią i strachem. To mnie wkurwia bardziej niż cokolwiek innego.

    — Cassian… — szepcze Lili, a jej głos jest taki cichy, taki złamany, że coś we mnie pęka i zarazem twardnieje jak stal. — To nie miało się stać… w książce… nigdy…

    Przyciskam usta do jej skroni, jeszcze mocniej ją do siebie przytulając.

    — Pieprzyć książkę — mruczę prosto w jej włosy. — Jesteś moja. I nikt, ani twój kanon, ani jakiś pieprzony zabójca, mi ciebie nie zabierze.

    Ethan pociąga nosem i szepcze coś o smoku, o Asherze, o tym, że „Asher kazał mu pilnować”. Imię tego skurwysyna wbija się we mnie jak igła. Ta magiczna szkatułka uratowała mu życie. Jasne. Super. Jednak to ja tu stoję w kałuży krwi i tulę ich oboje. Jestem tym, który trzyma ich przy życiu teraz, a jego tu nie ma.

    Za oknem rozbłyskują niebieskie światła. Drzwi wejściowe trzaskają. Słyszę głos mojej matki — ostry, zimny, już w trybie „Vale’owie przejmują kontrolę”. Za nią kroki służb magicznych i zwykłych glin. Ktoś zaczyna krzyczeć rozkazy, ktoś inny wymiotuje na widok holu.

    Nie puszczam Lili ani Ethana. Niech sobie wchodzą i patrzą. Niech wiedzą, że od tej chwili każdy, kto choćby spojrzy na moją dziewczynę w niewłaściwy sposób, skończy gorzej niż ci tutaj na podłodze.

    W środku czuję, jak magia we mnie buzuje. Jest ciemna, głodna i gotowa. Jeśli to wszystko jest spowodowane przez źle napisaną historię… jeśli to przez to, że Lili wybrała nie tak, jak powinna… to właśnie ja będę tym, który spali ten świat do fundamentów, żeby ją chronić. Nie Lilien z oryginału, tylko właśnie ją, moją Lilien. Nikt nigdy więcej jej nie skrzywdzi. Nawet jeśli będę musiał stać się potworem gorszym niż ten, który to zrobił.

    Note