Rozdział 15 – Bohaterowie noszą maski
by Vicky
Lilien
Następnego dnia rano wsiadamy do czarnego SUV-a Iana. Ja, Ian, Cassian i Lucas. Ethan zostaje w penthousie z Angelicą pod czujnym okiem Eveline i Zaca. Mały nie chciał puścić mojej ręki, ale w końcu przekonałam go, że „duży smok od Ashera będzie go pilnował”. I tak zostawiamy go w bezpiecznym miejscu z Angelicą, która wciąż jest blada i milcząca po wczorajszym zerwaniu więzi i niemiłym potraktowaniu przez Feniksa.
Willa Everhartów wygląda… jak z planu filmowego horroru. Ciała już sprzątnięto, służby porządkowe z magicznego świata i zwykła policja zrobiły swoje, ale krew wciąż tu została. Ciemne, zaschnięte plamy widnieją na marmurowej posadzce holu, na schodach i ścianach. Wyglądają jak makabryczna mapa tego, co się tu wydarzyło. Żołądek mi się zaciska, gdy tylko przekraczam próg. Czuję się… bardzo nieswojo. Jakby dom wciąż pamiętał każdy makabryczny widok.
Lucas porusza się po nim tak, jakby znał to miejsce na pamięć. Czarny, lśniący kruk siedzi mu na ramieniu. Oczy ptaka przypominają dwie krople rtęci. Chłopak klęka przy każdej plamie, dotyka palcami zaschniętej krwi, mruczy coś do kruka, a ptak przechyla łepek i wydaje ciche, chrapliwe dźwięki, jakby mu odpowiadał.
Wchodzimy na piętro i nagle Lucas potyka się. Zatrzymuje się w połowie korytarza, ręka mu drży. Kruk na jego ramieniu wydaje ostrzegawczy skrzek i prawie spada. Lucas opiera się o ścianę, a twarz mu blednie.
— Lucas? — pytam zaniepokojona.
— Bez partnerki… przywołanie kruka kosztuje za dużo — cedzi przez zęby.
Do głowy natychmiast przychodzi mi rozwiązanie. Rozważam przez ułamek sekundy wszystkie za i przeciw. Lucas jest lojalny wobec Ashera, a więc i wobec mnie. Jednak nie łączy nas żadna romantyczna więź, a Cassian i tak już jest na granicy.
Mimo wszystko do niego podchodzę. Biorę go za rękę. Moja dłoń jest chłodna, jego ciepła i spocona. Przekazuję mu swoją duchową moc — nie całą, tylko tyle, ile mogę oddać bez osłabienia siebie i Cassiana. Nie wiem, czy troska wystarczy. Nie mam pojęcia, czy magia zaakceptuje to, że się martwię. Jednak ku mojej uldze działa i to aż za dobrze.
Powietrze między nami iskrzy. Magia przelewa się ode mnie do niego — złocista, ciepła, pulsująca. Lucas szeroko otwiera oczy.
— Co… jak… — szepcze zdumiony.
Wtedy czuję, jak powietrze nienaturalnie się rozgrzewa i zaczyna gniewnie falować. Słyszę złowrogi pomruk. Za plecami Cassiana unoszą się płomienie. Przeklinam w myślach.
— Lucas jest nasz — mówię głośno, patrząc na Cassiana. — Przekaż to Feniksowi. Ma to zapamiętać i się uspokoić.
Chłopak patrzy na mnie skonsternowany.
— W takim razie może powinniśmy mu zrobić listę „naszych ludzi”? — rzuca ironicznie. — Żeby nie było nieporozumień.
Mimo wszystko parskam cichym śmiechem.
— W sumie… nie najgorszy pomysł.
Cassian zaciska szczękę. Widzę, jak walczy — zazdrość w jego oczach jest wyraźna, a feniks potęguje ją jeszcze bardziej. Dłoń Lucasa wciąż spoczywa w mojej. Czuję, jak magia między nami stabilizuje się, jak kruk na jego ramieniu prostuje się i wydaje zadowolone kraknięcie.
— Jeśli Feniks będzie siedział cicho — mówię spokojnie, patrząc Cassianowi prosto w oczy — to wieczorem dostanie nagrodę.
Feniks na plecach Cassiana natychmiast nieruchomieje. Płomienie przygasają. Zastępuje je ciche, głębokie mruczenie, które czuję nawet stąd.
Chłopak wzdycha ciężko, ale kącik jego ust drga.
— Dobrze — mruczy. — Będzie cicho.
Po raz pierwszy od masakry czuję, że może… może jednak damy radę. Nawet jeśli wszystko wokół nas się rozpada.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Czuję, jak Feniks się budzi. Nawet nie jestem zaskoczony, gdy słyszę jego czysty, niski, płonący głos, który rozbrzmiewa prosto w mojej głowie.
„Patrz na to. Trzyma go za rękę. Trzyma. Go. Za. Rękę.” — Głos jest niezadowolony, ale rozbawiony zarazem. I bardzo, bardzo głodny. — „Moglibyśmy spalić tylko jego rękę. Tylko tę jedną. Resztę zostawić. Lili by zrozumiała. To byłby piękny gest.”
Kurwa.
Zaciskam zęby tak mocno, że czuję smak krwi na języku.
„Ani się waż!” — myślę do niego ostro.
„Dlaczego nie? Jest nasz. Lucas jest nasz. Ale ona go dotyka. A my nie lubimy, kiedy ktoś inny jej dotyka.”
Głos w mojej głowie brzmi jak mój własny… tylko że ktoś wyjął z niego wszystkie hamulce. Zero empatii. Żadnej moralności. Tylko czysty, radosny, psychopatyczny entuzjazm.
„Bo Lili by się wkurzyła” — odpowiadam mu w myślach. — „A potem nie dałaby nam nagrody. Pamiętasz, co obiecała? Wieczorem.”
Feniks milknie na chwilę. Czuję, jak w środku mnie coś się uśmiecha — szeroko, drapieżnie.
„Nagroda… mmm. Lubię nagrody. Ale wiesz co? Moglibyśmy spalić Lucasa po nagrodzie. Tak dla zasady. Żeby wiedział, że jest nasz, ale nie za bardzo nasz.”
Parskam cicho pod nosem. Czarny humor w czystej postaci. Lili rzuca mi przeciągłe spojrzenie. Widzi, że walczę. Zdaje sobie sprawę, że Feniks znów się ożywił.
„Nie spalimy nikogo. Przynamniej nie tym razem.” — warczę w głowie. — „Lucas jest przydatny. Asher go przysłał. Jest nasz. W sensie chronimy go. Nie palimy.”
„Nudne” — wzdycha Feniks dramatycznie. — „Mogłoby być weselej.”
„Nie wolno ci zrobić niczego, przez co potem Lili nie będzie chciała się do mnie zbliżyć” — strofuję go zirytowany.
Feniks mruczy z niezadowoleniem, ale czuję, jak się wycofuje. Niechętnie. Jak wielki kot, któremu zabrano ulubioną zabawkę.
Lilien mocniej ściska dłoń Lucasa.
— Lucas jest nasz — przypomina, a ja nabieram pewności, że zdaje sobie sprawę, z mojej wewnętrznej walki.
W mojej głowie Feniks wyraźnie się ożywia.
„Widzisz? Ona też to rozumie. Nasz. Wszystko nasze.”
„Naprawdę musisz?” — wzdycham cierpiętniczo.
„Dobra, dobra. Będę grzeczny, ale jak ten człowiek za bardzo się zbliży, to mu tylko lekko przypalę włosy. Żeby pamiętał.”
Biorę głęboki oddech i patrzę na Lili.
— Radzę ci, żebyś pospieszyła się z tą listą — rzucam ironicznie, starając się brzmieć normalnie, ale tak naprawdę mam na myśli to, żeby wreszcie odsunęła się od Lucasa.
Lilien patrzy na mnie przez chwilę i ciężko wzdycha, a potem przenosi wzrok z powrotem na Lucasa.
— Już kończę — zapewnia spokojnie.
Feniks w mojej głowie chichocze psychopatycznie.
„Lista. Podoba mi się. Na samej górze Lili. Potem my. Reszta do spalenia.”
Zaciskam szczękę i skupiam się na obietnicy, którą mu dała.
„Bądź cicho, a wieczorem dostaniesz nagrodę.”
Feniks milknie natychmiast. Czuję, jak się kuli w środku mnie jak zadowolony, wielki kot.
„Nagroda… lubię nagrody.”
Stoję tu, wpatrując się w moją czarodziejkę i po raz pierwszy w pełni rozumiem, z czym mam do czynienia. Feniks nie jest po prostu duchową bestią. To moje alter ego, tylko że bez żadnych hamulców. Jeśli nie będę go pilnował… to pewnego dnia spali dosłownie wszystko, co stanie między nami a Lilien. Nawet jeśli to będzie ktoś z „naszych”.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Budzę się czując na skórze przyjemne ciepło. W sypialni panuje półmrok. Leżę plecami wtulona w ramiona Cassiana. Przez chwilę wpatruję się w sufit, usiany gwiazdami jak nocne niebo. Potem zdaję sobie sprawę, co jest nie tak. Po mojej drugiej stronie, z głową przy mojej piersi, leży Feniks. Ma swoją ludzką postać. Jest przyjemnie ciepły i mruczy cicho, jak zadowolony kot.
Mój niepokój narasta. Jestem przekonana, że Cassian wciąż śpi, więc jakim cudem on tu jest?!
Feniks, jak gdyby nigdy nic, bierze moją rękę i kładzie ją na swoich płomiennie rudych włosach.
— Lili, skoro nie śpisz, to mnie głaszcz — żąda.
Wciąż zaspana mechanicznie przesuwam ręką po jego miękkich włosach, a on wydaje z siebie cichy, zadowolony pomruk.
— Jak się tu znalazłeś, Kotku? — pytam szeptem. — Jestem pewna, że Cassian jeszcze śpi.
— Kotku? — pyta rozbawiony, a ja poniewczasie zdaję sobie sprawę, jak go nazwałam. — Podoba mi się — mruczy niskim, gardłowym głosem. — Możesz mnie tak nazywać.
Nie jestem pewna, czy on faktycznie na niczym innym nie potrafi się skupić, czy umyślnie omija moje pytanie.
— Nie jesteś duchową bestią? — próbuję dowiedzieć się czegokolwiek.
Odpowiada mi jego cichy śmiech.
— Trochę, ale nie do końca — mówi enigmatycznie. — Głaszcz mnie — ponagla, kiedy moja ręka zamiera.
Biorę głęboki oddech, bo nie chcę się na niego denerwować. Ponownie przesuwam dłonią po jego płomiennych włosach.
— Masz jakieś imię? — pytam zaciekawiona.
— Nie potrzebuję imienia — mówi sennym głosem, ocierając się o mnie, jakby faktycznie był dużym kocurem.
Wędruję palcami po jego kosmykach, a on mruczy jeszcze głośniej, wciskając się w moją dłoń jak kot, który właśnie dostał najlepszą zabawkę świata.
— Czy… Cassian wie, że tu jesteś? — pytam ostrożnie.
Feniks unosi głowę. Jego złote oczy błyszczą w półmroku, a uśmiech, który pojawia się na jego ustach, jest jednocześnie piękny i niepokojący.
— Oczywiście, że wie — odpowiada radośnie. — On zawsze wie. Jesteśmy tym samym. Tylko ja jestem… bardziej szczery.
Przełykam ślinę.
— To znaczy, że on też nie śpi? — pytam, próbując cokolwiek z tego zrozumieć.
— Śpi — Feniks wzrusza ramionami i tym razem wciska twarz w moją szyję. — Kazałem mu spać dłużej. Nie budź go. Jest nudny, kiedy się budzi za wcześnie. Tylko marudzi i mówi „nie spalaj tego, nie spalaj tamtego”. A ja chcę być przy tobie. Głaszcz mnie dalej.
Jego głos jest słodki, niemal dziecięcy, ale w słowie „spalaj” czai się coś bardzo, bardzo niepokojąco mrocznego. To chyba najdłuższy i najbardziej enigmatyczny wywód, jaki do tej pory od niego usłyszałam.
— Feniksie… — zaczynam.
— Kotku — poprawia mnie natychmiast, a w jego oczach pojawia się błysk. — Powiedziałaś „Kotku”. Lubię to. Mów tak do mnie. Tylko ty możesz.
Wzdycham i znów przesuwam dłonią po jego włosach. On mruczy z zadowoleniem i ociera się policzkiem o moją pierś.
— Wasze umysły… są w jakiś sposób połączone? — kontynuuję przesłuchanie.
— Całkowicie — odpowiada wesoło. — Czujemy to samo. Myślimy to samo. Tylko ja nie mam tych głupich hamulców, które on nazywa „moralnością”. Na przykład… gdy ktoś za bardzo na ciebie patrzy, ja chcę go spalić. On mówi „nie”. Ja mówię „tak, ale tylko trochę”. To zabawne, prawda?
Czuję, jak po plecach przechodzi mi zimny dreszcz.
Feniks unosi się lekko na łokciu i patrzy na mnie z tym swoim drapieżnym, ale jednocześnie dziecięcym uśmiechem.
— Nie zamierzam się chować — oświadcza radośnie, ocierając się policzkiem o moją szyję. — Chcę być przy tobie. Zawsze. Nie będę się ukrywał jak jakiś wstydliwy duch tylko po to, żeby inni czuli się komfortowo.
W mojej głowie natychmiast zaczyna się gonitwa myśli. Mam ochotę przeklinać. To coś… naprawdę tu jest. Leży obok mnie, jest świadome i chce być przy mnie cały czas.
Panika uderza we mnie jak fala. Zimna, dławiąca, ściskająca gardło. Jeśli Feniks nie zamierza się chować, to co będzie, gdy ktoś go zobaczy? Kiedy wyjdziemy z penthouse’u? Jak zareaguje na niego Ethan? Co zrobi Asher, gdy w końcu wróci i zobaczy, że jego własna „broń” materializuje się przy mnie w łóżku?
To nie rozumie granic. Nie dopuszcza do siebie stwierdzenia „za dużo”. Chce spalić każdego, kto za bardzo się do mnie zbliży. A ja… ja właśnie głaszczę to coś po włosach jak jakiegoś rozkapryszonego kota i pozwalam temu się do siebie tulić.
To jest szalone.
To jest niebezpieczne.
To jest kompletnie poza moją kontrolą.
Czuję, jak serce mi przyspiesza, a oddech staje się płytki. Jeszcze kilka tygodni temu myślałam, że zmieniam kanon na lepsze. Teraz obudziłam w Cassianie coś, co może spalić cały świat, jeśli tylko ktoś spojrzy na mnie krzywo i nie mam pojęcia, jak to zatrzymać.
Biorę głęboki, drżący wdech. Spokojnie, Lili. Panikowanie nic nie da.
Zamykam na chwilę oczy i zmuszam się do logicznego myślenia. Feniks jest częścią Cassiana. Nie zniknie. Nie da się go „wyłączyć”. Więc zamiast walczyć z tym, co już się stało, muszę znaleźć sposób, żeby to ogarnąć. Nie muszę od razu mieć genialnego pomysłu. To może być tymczasowe rozwiązanie… Jeśli Feniks będzie mógł wyglądać zwyczajniej, to nie będzie wywoływał paniki za każdym razem, gdy się pojawi. Przynajmniej na jakiś czas…
— A… potrafisz wyglądać bardziej jak człowiek? — pytam w końcu. — Bez tego… całego ognia i mitycznej aury? Żebyś mógł normalnie chodzić między ludźmi?
Feniks unosi głowę. Patrzy na mnie z czystą, dziecięcą ciekawością.
— Mogę — odpowiada po prostu. — Jeśli mi powiesz, co mam zmienić, to zmienię. Chcesz, żebym był mniej płonący? Mniej groźny? Mniejszy? Grzeczniejszy? — uśmiecha się szeroko, a w tym uśmiechu jest coś przerażająco szczerego. — Powiedz tylko słowo, Lili. Zrobię dla ciebie wszystko. Nawet będę udawał człowieka… jeśli dzięki temu będziesz mnie częściej głaskać.
Przez chwilę milczę, nadal przesuwając palcami po jego włosach. On czeka. Cierpliwie. Jak dziecko, które wie, że dostanie nagrodę, jeśli będzie grzeczne. Tylko że to dziecko potrafi zostawić po sobie wyłącznie zgliszcza, jeśli ktoś spróbuje mu mnie odebrać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Budzę się powoli, jakby ktoś wyciągał mnie z bardzo głębokiej, gorącej wody. Sypialnia jest jeszcze pogrążona w szarym, porannym półmroku. Przez chwilę leżę nieruchomo, czując chłód pościeli tam, gdzie powinna być ona, ale jest tylko pustka. Nie ma przy mnie Lili, zniknął też ten cholerny, płonący cień, który od kilku dni noszę na plecach. Jednak nie muszę nawet otwierać oczu, żeby wiedzieć, gdzie są.
Czuję go. Czuję go tak wyraźnie, jakby siedział mi na karku i mruczał prosto do ucha.
„Jestem w kuchni. Głaszcze mnie. Chodź i patrz, jak ładnie się uśmiecha, kiedy myśli, że mnie ogarnia.”
Wzdycham ciężko i wstaję. Koszulka leży na podłodze — poprzedniego dnia rzuciłem ją gdzieś w pośpiechu. Zakładam ją, nie patrząc nawet w lustro. Idę korytarzem boso. Drewniana podłoga jest przyjemnie chłodna pod stopami. Z kuchni dochodzi cichy szum ekspresu i coś jeszcze — niski, gardłowy pomruk zadowolenia, który znam aż za dobrze.
Wchodzę i zamieram w progu.
Feniks siedzi na wysokim stołku barowym na samym środku jasnej, zalanej porannym światłem kuchni. Ma na sobie moją czarną koszulkę i moje spodnie dresowe, które wiszą mu nisko na biodrach. Wygląda… prawie jak ja. Ta sama postura, te same szerokie ramiona, te same ostre rysy twarzy i bursztynowe oczy, które teraz leniwie śledzą każdy ruch Lilien.
Różnice są tylko dwie.
Jego włosy są rude. Głęboko, ogniście-rude, jakby ktoś stopił zachód słońca i wylał mu na głowę. A skóra ma ten ciepły, złocisty odcień, jakby całe życie spędził pod pustynnym słońcem.
Lili stoi za nim na palcach, z nożyczkami w jednej ręce i grzebieniem w drugiej. Delikatnie przycina mu kosmyki, układając je w modną, lekko niechlujną fryzurę. Na jej twarzy maluje się skupienie… i coś, co wygląda niemal jak czułość.
Feniks mruczy cicho, gdy jej palce muskają jego kark.
„Widzisz? Lubi mnie dotykać. Nawet gdy cię tu nie ma. Powiedz mi, że nie jest słodka, kiedy się tak koncentruje.”
Głos w mojej głowie jest rozleniwiony, rozkoszny i lekko obłąkany — jak zawsze.
„Feniks, kurwa, co ty robisz?” — odpowiadam mu w myślach, wchodząc głębiej do kuchni.
„Siedzę. Daję się jej stroić. Wyglądam teraz jak ty, tylko ładniejszy. Podoba ci się?”
Uśmiecha się w mojej głowie — szeroko, drapieżnie, z tym charakterystycznym błyskiem, który mówi, że właśnie rozważa, czy nie spalić kogoś dla zabawy.
„Wyglądasz jak ja po tym, jak ktoś wrzucił mnie do pieca i zapomniał wyjąć” — odpowiadam sucho.
„Dokładnie. Lili powiedziała, że chce, żebym był „bardziej ludzki”. Więc jestem. Grzeczny. Ładny. I bardzo, bardzo głodny jej uwagi.”
Dziewczyna w końcu mnie zauważa. Jej oczy rozszerzają się lekko, ale nie przestaje przycinać.
— Dzień dobry — mówi cicho, prawie nieśmiało.
Feniks nie odwraca głowy. Tylko jego usta wykrzywiają się w leniwym uśmiechu.
„Powiedz jej, że wygląda pięknie, kiedy jest zaspana. Albo nie. Ja jej powiem. Wolę, jak się rumieni.”
Zaciskam szczękę.
„Nie ruszaj się z tego stołka i nie pal niczego. To rozkaz.”
„Rozkaz? Jakie to urocze. Pamiętasz, jak wcześniej też myślałeś, że możesz mi rozkazywać? Było zabawnie.”
Wchodzę głębiej i opieram się o blat. Patrzę na nich oboje — na nią i na niego — i czuję coś dziwnego. Nie jest to zazdrość. To coś bliższego rezygnacji zmieszanej z ciemną, ciepłą satysfakcją. Bo on jest mną. A ja jestem nim. I obaj chcemy dokładnie tego samego.
W tym momencie do kuchni wchodzi Ethan. Mały, rozczochrany, w piżamie, ze smokiem w ramionach. Zatrzymuje się w progu, szeroko otwierając oczy.
Lilien zamiera. Nożyczki nieruchomieją w jej dłoni. Widzę, jak jej ramiona sztywnieją. Jest gotowa w każdej chwili zasłonić dziecko własnym ciałem.
Feniks jednak tylko przekrzywia głowę i patrzy na chłopca z tym swoim lekko psychopatycznym, ale szczerym zainteresowaniem.
„To tylko szczeniak” — mówi mi w głowie, a jego ton jest niemal czuły. — „Szczeniak jest nasz. Trzeba go chronić. Nie spalamy szczeniaków. Jeszcze.”
Nagle za jego plecami materializują się wielkie, płonące skrzydła — nie całe, tylko ich zarys, jakby ktoś namalował je ogniem w powietrzu. Feniks wyciąga rękę, wyrywa jedno pojedyncze pióro z prawego skrzydła i podaje je chłopcu.
Pióro jest ciepłe, złocisto-czerwone i delikatnie pulsuje światłem.
— Dla ciebie, szczeniaku — mówi Feniks miękko, prawie pieszczotliwie. — Żebyś się nie bał. Nikt cię nie ruszy. Jesteś nasz.
Ethan bierze od niego pióro obiema rękami. Jego oczy robią się ogromne. Na twarzy pojawia się zachwyt tak czysty, że aż boli.
— Wow… — szepcze z nabożną czcią. — Jest ciepłe…
Lili wypuszcza powietrze, które najwyraźniej wstrzymywała przez ostatnie dziesięć sekund. Stoję spokojnie i patrzę na całą tę scenę — na moją dziewczynę, na moją drugą, pozbawioną hamulców wersję samego siebie i na małego chłopca, który właśnie dostał pióro z ognia od istoty, która jeszcze dwa dni temu chciała spalić pół salonu. Nie mam pojęcia, czy powinienem się śmiać, czy zacząć się bać. Prawdopodobnie jedno i drugie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ethan
Pióro jest ciepłe. Trzymam je obiema rękami bardzo ostrożnie, bo boję się, że jak za mocno ścisnę, to się zepsuję. Jest czerwono-złote i delikatnie pulsuje, jakby w środku biło małe serduszko z ognia. Kiedy przesuwam po nim palcem, pióro robi się jeszcze cieplejsze, jakby się cieszyło, że go dotykam.
Podnoszę wzrok. Pan, który mi je dał, jest… najfajniejszy na świecie. Jest bardzo wysoki. Zupełnie jak Cassian. Ma włosy jak żywy ogień — nie taki zwykły, z kominka, tylko taki, co się rusza i tańczy sam z siebie. Skóra mu się mieni na złoto, jakby ktoś posmarował go płynnym słońcem. A oczy… oczy ma takie, że jak na mnie patrzy, to czuję się, jakby ktoś zapalił lampkę w moim brzuchu. Są złote i ciepłe, ale też trochę straszne, jakby wiedział wszystko, co się dzieje na świecie, i gdyby chciał, mógłby to wszystko spalić.
Za jego plecami pojawiają się skrzydła. Nie takie jak u ptaków w książkach. Te są ogromne, zrobione z ognia i światła, i kiedy je rozkłada, kuchnia robi się cała pomarańczowa, ale nie parzy. Jest tylko… ciepło. Jak wtedy, gdy mama przytulała mnie przed snem.
— Szczeniak jest nasz — mówi pan niskim, mruczącym głosem. — Trzeba go chronić.
Szczeniak. Uśmiecham się szeroko. Nikt nigdy nie nazwał mnie szczeniakiem. Brzmi fajnie. Jakbym był małym, dzielnym wilczkiem, a on był wielkim, ognistym wilkiem, który postanowił mnie pilnować.
Lili stoi obok i wygląda, jakby się bała. Jej ręka z nożyczkami drży. Cassian też patrzy dziwnie, jakby miał ochotę coś powiedzieć, ale milczy.
Ja sam nie boję się wcale. Bo pan z ognia dał mi pióro ze swojego skrzydła. Jak ktoś daje ci coś takiego, to znaczy, że naprawdę cię lubi. Prawda?
— Jest ciepłe… — szepczę, przyciskając pióro do policzka. — I świeci.
Pan z ognia uśmiecha się. To dziwny uśmiech — trochę groźny, ale też bardzo miły. Jakby wiedział, że się boję ciemności, i właśnie obiecał, że nigdy więcej nie będzie ciemno.
— Będzie świecić zawsze, kiedy będziesz się bał — mówi cicho. — Jeśli ktoś będzie chciał cię skrzywdzić, pióro zrobi się gorące. Wtedy powiesz mi. Albo Lili. Albo jemu — kiwa głową na Cassiana. — My spalimy problem.
Mrugam.
— Spalicie?
— Tylko trochę — odpowiada i mruga do mnie. — Albo bardzo. Zależy, jak bardzo szczeniak będzie się bał.
Lili wydaje z siebie cichy dźwięk, jakby się zakrztusiła. Cassian pociera twarz dłonią i wzdycha. Ściskam pióro jeszcze mocniej. Nie boję się już tak jak wtedy, kiedy schowałem się w magicznej szkatułce i słuchałem, jak wszystko wokół się rozpada. Bo teraz mam pióro z ognia. I mam wielkiego, płonącego pana, który mówi, że jestem „nasz”. To chyba znaczy, że jestem bezpieczny. Naprawdę bezpieczny.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Kuchnia powoli wypełnia się porannym światłem, ale ja wciąż stoję oparty o blat i przyglądam się całej scenie jak widz, który nie dostał scenariusza.
Ethan siedzi na kolanach Lilien i z nabożną czcią obraca w palcach pióro feniksa. Mały jest w totalnym zachwycie — oczy mu błyszczą, policzki są rumiane. Feniks natomiast… Feniks jest w swoim żywiole. Siedzi rozparty na stołku, z jedną ręką luźno opartą na udzie, a drugą leniwie głaszcze Ethana po głowie, jakby mały był jego osobistym szczeniakiem. Na jego ustach błąka się ten charakterystyczny, lekko obłąkany uśmiech.
„Szczeniak jest nasz” — mruczy mi w głowie z zadowoleniem. — „Lubię szczeniaki. Są małe i nie próbują zabierać Lili.”
Nie odpowiadam. Tylko zaciskam palce na kubku z kawą.
Wtedy słyszę kroki.
Do kuchni wchodzą Eveline i Zac. Czarodziejka zatrzymuje się w progu tak gwałtownie, że jej partner prawie na nią wpada. Jej oczy — zwykle chłodne i profesjonalne — nagle robią się ogromne. Patrzy na Feniksa jak na żywy artefakt, który właśnie wyszedł z najstarszej księgi zaklęć.
— Na wszystkie gwiazdy… — szepcze, a w jej głosie brzmi autentyczna fascynacja. Robi krok bliżej, nie odrywając wzroku od płomiennych włosów i złocistej skóry. — Czy to naprawdę on? — zwraca się do mnie z niedowierzaniem w głosie.
Feniks unosi głowę. Jego złote oczy zwężają się lekko, ale wciąż ma na twarzy ten leniwy, drapieżny uśmiech.
„Podziwia nas” — mówi mi w głowie, a w jego tonie słychać czystą, dziecięcą satysfakcję. — „Wolno jej nas podziwiać. Dopóki nie dotyka. I dopóki nie przeszkadza to Lili. A Lili to nie przeszkadza. Prawda?”
„Feniks…” — ostrzegam go w myślach.
„Co? Ja tylko mówię. Jest ładna. Ale nie tak ładna jak nasza. I nie dotyka. Jeszcze.”
Eveline robi kolejny krok. Jej palce drgają, jakby chciała dotknąć powietrza wokół niego, zbadać aurę, zmierzyć temperaturę płomieni, ale na swoje szczęście powstrzymuje się przed dotknięciem.
— Nigdy nie widziałam takiej manifestacji — mówi cicho, prawie z nabożeństwem. — To nie jest zwykła duchowa bestia. To… coś niesamowitego!
Feniks parska cichym, gardłowym śmiechem. Ociera się policzkiem o ramię Lili, jakby chciał jej przypomnieć, do kogo należy.
„Słyszałeś? Ona wie. Na pewno wie, że jestem tobą. Tylko lepszą wersją. Bez tych wszystkich nudnych »nie wolno«.”
„Nikt o tym nie wie i lepiej niech tak zostanie” — mruczę.
Zac stojący za Eveline tylko unosi brew. Nigdy nie mówi dużo, ale widzę, jak jego spojrzenie przesuwa się po naszej trójce — po mnie, po Feniksie i po Lilien — jakby oceniał zagrożenie.
Ja sam stoję na uboczu i toczę już dobrze mi znaną, czarną rozmowę, zawsze o tym samym schemacie. Tylko cele się zmieniają.
„Jeśli dotknie nas choć palcem…” — zaczyna Feniks.
„Nie dotknie.”
„…to spali się jej ręka. Tylko trochę. Żeby zapamiętała.”
„Feniks, kurwa, nie.”
„Żartowałem. Może tylko przypalę jej paznokcie. Będzie ładnie pachniało.”
Wzdycham i pocieram twarz dłonią. Lilien rzuca mi spojrzenie — pół zaniepokojone, pół rozbawione. Mam pewność, że wie dokładnie, co się dzieje w mojej głowie. Widzi, jak walczę z samym sobą.
Feniks mruczy cicho, jak zadowolony kot, który właśnie dostał całą miskę śmietany. W końcu wszyscy widzą, że jest tuż przy Lili. Nie jest już ukryty. Jest tutaj. I nie zamierza nigdzie odejść.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Angelica
Wchodzę do kuchni najciszej, jak potrafię, ale i tak czuję, jak wszystkie spojrzenia natychmiast lądują na mnie, a potem widzę to coś.
Feniks.
Siedzi na wysokim stołku jak żywy płomień uformowany w ludzką postać. Ogniste włosy już nie opadają mu na ramiona, są teraz krótsze, modnie przystrzyżone. Jego skóra mieni się złotem, a oczy… te same bursztynowe oczy co u Cassiana, patrzą prosto na mnie. Istota nie mruga, niczego nie udaje. W spojrzeniu Feniksa jest czysta, naga nienawiść — tak gęsta, że powietrze między nami wydaje się gorące.
Nogi mi miękną. Przerażenie uderza tak mocno, że na chwilę zapominam, jak się oddycha. To ten sam stwór, który wczoraj stał nade mną i mówił „ona jest nasza”. Ten sam, który chciał mnie spalić za samą myśl, że Lilien mogłaby wybrać inaczej. I teraz jest tutaj — materialny, świadomy, siedzący przy czarodziejce jak ulubiony kot.
A ona… ona siedzi przy nim i delikatnie poprawia mu włosy, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Na dodatek, jej młodszy brat wpatruje się w Feniksa, jak w ósmy cud świata.
Chcę się cofnąć. Chcę uciec. Jednak nie mogę. Stoję w progu jak sparaliżowana, z sercem walącym tak mocno, że aż boli.
Do kuchni wchodzą Lucas i Ian. Lucas nawet na mnie nie spojrzy — jak zawsze. Ian zaczyna coś mówić o planie, o tym, co dalej z morderstwem Everhartów, o konieczności koordynacji ze służbami z magicznego świata. Głosy mieszają się, ktoś stawia kubki z kawą, inna osoba rozkłada dokumenty na stole.
Nie słyszę ani jednego słowa. Nie mogę oderwać wzroku od Feniksa. On też nie odrywa ode mnie swojego. Patrzy na mnie z otwartą, nieukrywaną wrogością. Kącik jego ust drga w leniwym, drapieżnym uśmiechu — takim, który mówi — „Wiem, co chciałaś zrobić. Wiem, kim jesteś. I jeśli tylko będziesz mi przeszkadzać, spalę cię. Powoli.”
Czuję, jak zimny pot spływa mi po plecach. On nie gra. Nie maskuje się. Nie udaje, że jestem częścią tej grupy. Dla niego jestem tylko problemem. Zagrożeniem. Kimś, kto kiedyś chciał odebrać Lilien Cassianowi.
Jestem pewna, że on tego nie zapomni.
Nigdy.
Stoję tam, sparaliżowana, i po raz pierwszy naprawdę rozumiem, że w tym domu już nie ma dla mnie miejsca. Jestem tu tylko dlatego, że jeszcze nikt nie powiedział mi na głos, żebym sobie poszła.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Ból, który czuję jest nie do zniesienia i niestety doskonale wiem, co oznacza. Asher… jest przy kimś, kto nie jest mną… Na dodatek ta osoba… nie jest mu obojętna. Zamykam oczy i biorę głęboki oddech. Magiczny ból nie ustaje. Nie wierzę w to, żeby Ash robił mi to z premedytacją. Po prostu nie wierzę i już. Wyobrażam sobie, że to część jakiejś durnej intrygi, ale to wcale nie pomaga.
Kładę się na łóżku i zwijam w ciasny kłębek. Przez chwilę myślę, jak bardzo chcę teraz znaleźć się w ramionach Cassiana, pragnę, żeby chłopak mnie pocieszył, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że to nienajlepszy pomysł. Gdyby Feniks się dowiedział, byłby gotowy zrównać z ziemią całe Imperium, a ja wcale nie jestem pewna, czy by mu się to nie udało.
Zaciskam zęby i wtulam twarz w poduszkę, próbując stłumić cichy, zduszony jęk, który i tak wydostaje się z mojego gardła. Ból jest tępy, ale głęboki, jakby ktoś wbijał mi rozgrzane ostrze prosto w mostek i powoli je obracał. Czuję każdy oddech Ashera, każdy dotyk tamtej osoby, każde jej spojrzenie skierowane na niego.
Dlaczego właśnie teraz? — myślę rozpaczliwie. — Dlaczego akurat w chwili, kiedy wszystko wokół nas się wali?
Wiem, że Asher jest w samym środku piekła. Wojna, pałac, jego macocha… Jednak świadomość, że w tym piekle ktoś inny go dotyka, ktoś inny dostaje jego uwagę, jego ciepło, jego głos… sprawia, że chce mi się wyć. To jeszcze gorsze od fizycznego bólu, który zadaje mi magiczna więź.
Przez chwilę naprawdę rozważam, czy nie wstać i nie pójść do Cassiana. On by mnie przytulił, pocałował w skroń i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Jednak Feniks… Feniks by to poczuł, a Feniks nie rozumie niuansów. Dla niego mój ból oznacza tylko jedno — ktoś musi spłonąć.
Nie mogę mu tego zrobić. Nie teraz. Zamiast tego wtulam się mocniej w pościel i staram się oddychać równo. Ból faluje, raz mocniejszy, raz słabszy, jakby ktoś bawił się moim sercem jak zabawką. Łzy same napływają mi do oczu, ale nie płaczę. Nie mam na to siły.
— Ash… — szepczę w poduszkę tak cicho, że sama ledwo słyszę. — Proszę… wróć do mnie.