Rozdział 16 – Bohaterowie noszą maski
by Vicky
Asher
Doskonale wiem, że to nie Lili, a jednak, wygląda dokładnie tak jak ona. Ma ten sam zapach, te same gesty. Idealna iluzja. Moje ciało reaguje instynktownie. Cesarzowa musiała kazać tej czarodziejce śledzić Lilien od dawna.
Kobieta podchodzi bliżej, a magia sprawia, że nie mogę się poruszyć. Rozpina guziki mojej koszuli, jeden po drugim. Dłonią dotyka mojego odsłoniętego torsu, przesuwa po nim lubieżnie palcami.
— Przerwij to! — warczę do mojej macochy. — Natychmiast to przerwij!
— Och? — wyraźnie cieszy ją moja reakcja. — Zabiłeś mojego syna. Dlaczego miałabym nie dręczyć twojej czarodziejki? Oczywiście masz wybór — jej oczy robią się wąskie — możesz zamiast niego zostać moją idealną marionetką.
Jej słowa wbijają się we mnie jak zatrute ostrza. Iluzja Lilien pochyla się niżej, jej usta muskają moją szyję dokładnie tam, gdzie prawdziwa Lili zawsze zostawiała najsłodsze pocałunki. Czuję jej oddech — ciepły, znajomy, pachnący tym samym co ona. Moje ciało zdradza mnie, reagując na dotyk, którego tak bardzo pragnę… ale nie od niej.
W głowie mam tylko jeden obraz — prawdziwą Lili zwiniętą gdzieś w kłębek, czującą ból spowodowany moją słabością. Wiem, że cierpi.
Zaciskam zęby tak mocno, że czuję smak krwi na języku. Magia cesarzowej trzyma mnie w miejscu, ale nie może uwięzić mojego umysłu.
— Nie zostanę twoją marionetką — cedzę przez zaciśnięte zęby.
Iluzja Lilien unosi głowę i patrzy na mnie tymi samymi zielonymi oczami, które tak kocham. Uśmiecha się tym samym uśmiechem, który zawsze rozbrajał mnie do końca.
Cesarzowa śmieje się cicho, a jej śmiech odbija się echem po komnacie.
— Zobaczymy, jak długo wytrzymasz, drogi pasierbie. Mam czas. A ona… ona jest daleko. Bardzo daleko.
Jej słowa wiszą w powietrzu jak trucizna.
Czarodziejka, która jest idealną kopią Lilien, podchodzi jeszcze bliżej. Ociera się o mnie jak kotka, a ja wbrew sobie czuję ekscytację. Boleśnie zdaję sobie sprawę, jak bardzo w tym momencie ranię prawdziwą Lilien.
Przez chwilę czuję tylko pustkę. Potem coś we mnie pęka.
Uśmiecham się, choć nie jest to prawdziwy uśmiech. One przeznaczone są tylko dla niej. Coś we mnie rozrywa się z mokrym, obrzydliwym trzaskiem, jakby ktoś rozciął mi czaszkę i wylał na zewnątrz całą ciemność, którą w sobie trzymałem przez całe życie.
Dobrze. Niech będzie. Niech mnie weźmie. Niech mnie zgniecie. Niech zrobi ze mnie pustą, posłuszną kukłę, która będzie klękać, uśmiechać się i lizać ziemię, po której stąpa.
Dla Lili mogę stać się niczym. Dla niej mogę przestać istnieć jako człowiek. Dla niej mogę pozwolić, żeby wydłubała mi oczy, wyrwała język, wycięła serce i zostawiła tylko skorupę, która będzie oddychała tylko dlatego, że ona tego chce.
Śmieję się cicho. Niski, gardłowy dźwięk, który nie brzmi już jak mój głos. Brzmi jak głos kogoś, kto właśnie przekroczył ostatnią granicę i odkrył, że po drugiej stronie nic już nie ma.
— Zrób to — szepczę, a mój głos jest słodki od szaleństwa. — Zniszcz mnie. Zmiażdż mnie. Wydrzyj ze mnie wszystko, co jeszcze tam jest. Zostaw tylko tyle, ile potrzebujesz, żebym wykonywał twoje rozkazy.
Cesarzowa unosi brew, wyraźnie zaskoczona moją nagłą, ochoczą uległością. Uśmiecham się jeszcze szerzej. Moje oczy muszą wyglądać jak oczy szaleńca, bo czuję, że właśnie nimi są. W mojej głowie jest tylko ona. Lili. Lili zwinięta w kłębek z bólu. Lili, która płacze przeze mnie. Lili, która cierpi, bo ja tu jestem.
I nagle wszystko staje się proste.
Jeśli jedynym sposobem, żeby ona żyła, jest to, że ja umrę za życia — to umrę z uśmiechem. Jeśli jedynym sposobem, żeby była bezpieczna, jest to, że zostanę psem mojej macochy, jej marionetką, jej pustą skorupą — to będę najlepszym, najposłuszniejszym psem, jakiego kiedykolwiek miała.
— Tylko obiecaj mi jedno — mówię cicho, prawie czule, patrząc prosto w oczy cesarzowej. — Nie dotkniesz jej. Nigdy, przenigdy nie sięgniesz po nią swoimi brudnymi rękami. Bo jeśli kiedykolwiek spróbujesz… to ja, nawet jako twoja pozbawiona woli kukła, znajdę sposób, żeby cię zniszczyć.
Nawet jeśli będę musiał spalić resztki swojej duszy na popiół, jeśli już nigdy nie będę mógł jej dotknąć.
Dla niej mogę być potworem. Dla niej mogę być nikim. Dla niej… mogę przestać istnieć.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
No dobra… testujemy. Stoję na chodniku, przed wejściem do wieżowca i czuję się jak matka, która właśnie wypuszcza dziecko-psychopatę na pierwszy spacer do parku. Cassian stoi obok mnie z rękami w kieszeniach i miną człowieka, który wie, że za chwilę może dojść do pożaru. Dosłownie.
Feniks natomiast… Feniks jest w swoim żywiole.
W ludzkiej postaci wygląda teraz prawie normalnie. Prawie. Ogniście rude włosy przycięte przeze mnie rano w kuchni falują na wietrze jak żywy płomień, złocista skóra lśni w słońcu Chicago, a bursztynowe oczy z lekkim złotym połyskiem sprawiają, że co drugi przechodzień obraca głowę. Wygląda jak model, który właśnie uciekł z sesji zdjęciowej dla jakiegoś bardzo drogiego, bardzo zakazanego magazynu.
I oczywiście przyciąga spojrzenia, ale tym razem nie dlatego, że z jego pleców wyrywają się płomienie i otacza go mityczna aura. Tym razem po prostu… jest absurdalnie, nierealnie atrakcyjny.
— Ludzie się gapią — zauważam sucho, gdy trzecia z rzędu dziewczyna prawie wpada na latarnię, wpatrując się w niego.
Feniks uśmiecha się leniwie i przysuwa się bliżej mnie, ocierając ramieniem o moje ramię.
— Niech się gapią — mruczy jak duży kot — Dopóki tylko patrzą. Jak ktoś spróbuje podejść i zagadać, to mu delikatnie przypalę język. Tylko czubek. Żeby pamiętał, że należę tylko do Lili.
Cassian wzdycha głośno.
— Feniks, kurwa, nie — mówi stanowczo, a ja mam nieodparte wrażenie, że w ostatnich dniach ciągle to powtarza.
Feniks parska rozbawiony i nachyla się do mojego ucha.
— On jest taki nudny, kiedy próbuje być cywilizowany — mruczy konspiracyjnie. — Ja bym tylko trochę spalił. Taki malutki ogieniek. Nikt by nawet nie zauważył.
Przewracam oczami i szturcham go łokciem w bok.
— Zachowuj się. Testujemy, czy możesz normalnie chodzić po mieście, a nie czy dasz radę podpalić Magnificent Mile.
— Mogę jedno i drugie — odpowiada z absolutną powagą. — Jednocześnie.
Cassian dotyka ręką skroni, jakby rozbolała go głowa.
— Ja pierdolę… — jęczy — Czuję, jak mi szare komórki umierają.
Idziemy Michigan Avenue, a Feniks zachowuje się jak kot, któremu właśnie otworzono drzwi do całego świata. Co chwilę ociera się o mnie ramieniem, zerkał na przechodniów z tym swoim drapieżnym, lekko obłąkanym uśmieszkiem, jakby oceniał, kto jest potencjalnym zagrożeniem, a kto tylko tłem.
W pewnym momencie jakaś dziewczyna robi mu zdjęcie ukradkiem. Feniks zatrzymuje się w pół kroku.
— Spalić telefon? — pyta niemalże uprzejmie Cassiana.
— Nie — odwarkuje mu zapytany.
— Tylko ekran — proponuje Feniks słodko. — Żeby się nauczyła, że nieładnie jest kraść komuś prywatność.
Wzdycham ciężko i łapię go za rękę, zanim zdąży zrobić cokolwiek głupiego.
— Feniks. Kotku. Grzecznie.
Natychmiast się rozpromienia, jakby ktoś włączył mu w środku światełko.
— Lubię, kiedy mnie tak nazywasz — mruczy i przyciska moje palce do swoich ust, całując je z przesadną czcią. — Możesz mnie tak nazywać zawsze. Nawet jak będę kogoś spalał.
Cassian patrzy na mnie z miną pełną rezygnacji.
— Widzisz? To jest dokładnie to, co musiałem znosić przez ostatnie dni. W mojej własnej głowie.
Uśmiecham się mimo wszystko. Chociaż Feniks jest absolutnie, totalnie, niebezpiecznie szalony… to w tej chwili, spacerując po Chicago we trójkę, czuję się dziwnie… normalnie. Na chwilę nawet udało mi się zapomnieć o bólu, który czułam przez Ashera.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Wchodzimy do kawiarni na rogu Michigan i Oak Street, bo Lilien mówi, że „wszyscy normalni ludzie czasem piją kawę” i że „testujemy, jak długo Feniks wytrzyma bez podpalania czegokolwiek”.
No to testujemy.
Feniks idzie po mojej lewej stronie, praktycznie przyklejony do Lili. Wyglądamy jak eskorta jakiegoś bardzo drogiego, bardzo niebezpiecznego celebryty. Ludzie w lokalu od razu zauważają nas — a właściwie jego. Kilka dziewczyn przy stoliku w rogu zamiera z kubkami w połowie drogi do ust. Jakiś facet w garniturze upuszcza telefon.
Feniks uśmiecha się leniwie, tym swoim drapieżnym, lekko obłąkanym uśmiechem.
„Widzisz? Wszyscy na nas patrzą. Mogę im przypalić tylko oczy? Tylko trochę. Żeby nie patrzyli tak intensywnie na Lili.”
„Feniks, kurwa, nie” — odpowiadam mu w głowie, starając się, żeby moja twarz pozostała neutralna.
„Żartowałem. Może tylko rzęsy. Rzęsy szybko odrastają.”
Lilien podchodzi do lady i zamawia trzy kawy, jakby to było zwykłe wyjście we trójkę. Feniks nachyla się nad jej ramieniem, ociera policzkiem o jej włosy i mruczy coś, czego nie słyszę, ale wiem, co mówi, bo rozlega się to jednocześnie w swojej głowie.
„Chcę to, co ona. I syrop waniliowy. Dużo. I bitą śmietanę. I żeby mnie pogłaskała po głowie, jak będę pił.”
Wzdycham głośno i podchodzę bliżej, kładąc dłoń na jej plecach — częściowo z czułości, częściowo po to, żeby Feniks nie zaczął się ocierać jeszcze bardziej.
Kelnerka za ladą czerwienieje, gdy podaje napoje. Patrzy na Feniksa tak, jakby właśnie zobaczyła żywego boga chaosu. On zauważa to oczywiście.
„Ona też chce mnie spalić wzrokiem. Mogę jej podpalić coś w zamian? Tylko włosy. Będzie ładnie pachniało spaloną kawą i wanilią.”
„Nie” – warczę w myślach. — „Siadaj i bądź grzeczny.”
Feniks parska cichym śmiechem, który brzmi jednocześnie w mojej głowie i na zewnątrz. Siada przy stoliku przy oknie, rozkłada się na kanapie jak kot, który właśnie zajął całe słońce, i wyciąga rękę w stronę Lili.
— Głaszcz — żąda otwarcie, bez cienia wstydu.
Dziewczyna wzdycha, ale siada obok i posłusznie przesuwa palcami po jego rudych włosach. Feniks mruczy z zadowoleniem, przymykając oczy.
„Ona jest idealna. Moglibyśmy tu zostać na zawsze. Ja, ona i kawa. I jak ktoś za bardzo na nią spojrzy, to dyskretnie podpalimy mu buty pod stolikiem. Nikt nie zauważy.”
Patrzę na nich oboje — na moją dziewczynę, która z rezygnacją głaszcze mitycznego, psychopatycznego kota w ludzkiej skórze, i na samego siebie, tylko bez żadnych ograniczeń.
I nagle czuję coś dziwnego. Pojawia się we mnie coś na kształt… akceptacji. Bo on jest mną, a ja jestem nim. I obaj jesteśmy cholernie zakochani w tej samej dziewczynie. Tylko on ma odwagę powiedzieć to na głos, a ja muszę udawać, że jeszcze jestem człowiekiem.
Feniks otwiera jedno oko i patrzy na mnie z ukosa. Uśmiecha się tym swoim obłąkanym, pięknym uśmiechem.
„Wiesz, że jak będziesz za długo myślał, to spłoniesz od środka? Z miłości, oczywiście.”
Uśmiecham się w odpowiedzi. Lekko. Mrocznie.
„Wiem. Dlatego siedzę cicho.”
Biorę łyk kawy i patrzę, jak Lili nadal głaszcze Feniksa po głowie, jakby to był najnormalniejszy dzień w naszym życiu. Może kiedyś nim będzie. Albo może spłoniemy wszyscy razem. W tej chwili nie jestem pewien, co byłoby lepsze.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Wychodzimy z kawiarni i spacerujemy wzdłuż Michigan Avenue, gdy nagle powietrze robi się ciężkie i ostre. Czuję ich, zanim jeszcze zobaczę — magię zabójców, zimną, profesjonalną, wyszkoloną do perfekcji. Pojawiają się z cieni, sześciu, może siedmiu. Maski, czarne szaty, idealna synchronizacja ruchów. Jeden z nich przywołuje duchową bestię — wielkiego, ciemnego wilka z czerwonymi ślepiami i kłami ociekającymi czarną trucizną.
Bestia rzuca się prosto na Lilien.
Dziewczyna zamiera. Stoi jak sparaliżowana, oczy ma szeroko otwarte, twarz białą jak papier. Czysty, zwierzęcy strach. I to wystarczy.
Feniks eksploduje we mnie jak bomba.
„ONA SIĘ BOI” — ryczy mi w głowie, a jego głos jest już zupełnie inny. Głęboki, płonący, szalony. — „ONA SIĘ BOI, A TY STOISZ I PATRZYSZ?! SPALIĆ ICH. WSZYSTKICH. TERAZ.”
Nie zdążam nawet pomyśleć „nie”. Feniks przejmuje kontrolę. Świat zalewa powódź czerwieni.
Pierwszy zabójca umiera, zanim zdąży mrugnąć. Feniks jest na nim w ułamku sekundy — ręce z ognia wbijają się w jego klatkę piersiową i rozrywają ją jak papier. Krew tryska fontanną, gorącą, gęstą, obrzydliwie słodką, a wilk rozpływa się w powietrzu. Feniks śmieje się w mojej głowie.
„Ładnie pachnie, co? Strach i tanie zaklęcia.”
Drugi próbuje rzucić zaklęcie ochronne. Feniks łapie jego rękę, łamie ją w łokciu z mokrym trzaskiem, a potem wsuwa palce w usta i wyrywa język. Dosłownie. Rzuca go na chodnik jak niepotrzebny śmieć.
„Mówiłeś coś? Nie słyszę.”
Trzeci i czwarty padają prawie jednocześnie. Feniks materializuje skrzydła i jednym machnięciem odcina im głowy. Ciała jeszcze stoją przez sekundę, zanim upadną. Krew zalewa cały chodnik.
Lili wciąż stoi w tym samym miejscu. Drży. Nie rusza się.
Feniks nie przestaje.
Rozrywa ich na kawałki. Dosłownie. Kości pękają jak suche gałęzie, mięśnie rozdzierają się z mokrym, obrzydliwym dźwiękiem. Jeden z zabójców próbuje uciekać, ale Feniks dogania go, chwyta za głowę i wgniata twarz w asfalt tak mocno, że czaszka pęka jak jajko.
„Patrz, jak ładnie się rozmazuje” — chichocze Feniks w mojej głowie. — „Jak farba. Lubię farbę.”
Ostatni zabójca pada na kolana, błagając. Feniks pochyla się nad nim powoli, prawie czule.
„Powiedz swojej pani, że następnym razem przyślę jej wasze głowy w ładnym pudełku. Z kokardką.”
Potem rozrywa go na strzępy. Tak dokładnie, że kiedy kończy, na chodniku zostaje tylko mokra, czerwona plama i kilka kawałków mięsa, których nawet ja nie jestem w stanie rozpoznać jako ludzkie.
„Oj, chyba nic już nie powiesz” — rzuca do strzępów ciała zmartwiony.
Stoję w kałuży krwi.
„Lili nie lubi krwi” — przypominam mu cicho.
Feniks rozgląda się dookoła, a potem wszystko staje w płomieniach. Czerwone kałuże wyparowują, a ślady po nich zakrywa popiół. Wtedy wraca do mnie, ociera się o Lilien jak wielki, oswojony kot i mruczy cicho, zadowolony.
„Nikt jej nie dotknie. Nikt. Nigdy.”
Patrzę na to, co zostało z grupy zabójców i czuję ulgę. Jest bezpieczna. Zrobiliśmy to, co trzeba.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Stoję i nie mogę się ruszyć. Ciało mi zdrętwiało, nogi wrosły w chodnik, a płuca zapomniały, jak się oddycha. Wokół mnie jest tylko krew — gęsta, ciemna, parująca na asfalcie. Kawałki tego, co jeszcze kilka sekund temu było ludźmi, leżą rozrzucone jak śmieci po wybuchu. Nie da się ich nawet rozpoznać.
A ja… ja po prostu stoję. Nie potrafiłam nawet krzyknąć, już nie wspominając o użyciu jakiejkolwiek magii. Po prostu zamarłam jak sparaliżowana sarna w świetle reflektorów.
W tej właśnie chwili wszystko do mnie dociera.
Nie jestem Angelicą. Nie jestem główną bohaterką „Róż i Zaklęć”. Nie jestem tą dziewczyną, która w oryginale walczyła ramię w ramię z Cassianem, która stawiała czoła demonom, imperatorowi i cesarzowej. Nie jestem dziewczyną, która potrafi unieść miecz, rzucić zaklęcie i nie zamrzeć ze strachu, gdy coś naprawdę chce ją zabić.
Do tej pory Asher przez cały czas mnie chronił. Trzymał z daleka od jakichkolwiek niebezpieczeństw, nawet podczas anomalii, tej samej, podczas której Angelica dzielnie walczyła u boku Cassiana. Przez cały ten czas udawałam przed sobą, że jestem inna. Byłam pewna, że wystarczy chcieć. A teraz stoję w kałuży krwi i drżę jak liść.
Feniks — a może już Cassian — stoi kilka kroków ode mnie. Cały ociekający czerwienią. Jego złociste oczy wciąż płoną, ale już powoli wracają do bursztynowego koloru. Patrzy na mnie z tym dziwnym, mieszanym wyrazem twarzy, którego nie potrafię rozgryźć. Boję się, że jest mną rozczarowany, a to boli jak cholera.
Oni obaj — Asher i Cassian — będą musieli walczyć naprawdę. Będą musieli zabijać, ryzykować życie, a ja… ja będę stała z boku. Zamrożona. Bezużyteczna. Kukiełka, którą trzeba chronić.
Nie jestem bohaterką.
Jestem dziewczyną, która zna całą książkę na pamięć… i nadal nie umie odegrać swojej roli. Łzy napływają mi do oczu, ale nie pozwalam im spaść. Zamiast tego zaciskam pięści tak mocno, że paznokcie wbijają się w dłonie. Nie dam rady. Nie dam rady walczyć u ich boku. Po raz pierwszy od chwili, gdy obudziłam się w tym świecie, naprawdę to rozumiem.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Ulga uderza we mnie niczym ulewa — tak mocna i chłodna, że na chwilę zapominam, jak się oddycha. Lili stoi, jest cała, nie ma na niej ani kropli krwi. Tylko ten sam, przerażony wyraz twarzy, który widziałem u niej w posiadłości po masakrze Everhartów. Drży, cała się trzęsie, ale nic jej nie jest.
Rozpływam się w tym uczuciu, a zaraz potem przychodzi wściekłość — czarna, gęsta, paląca jak smoła. Ktoś naprawdę śmiał podnieść na nią rękę. Na moją Lili. Na jedyną rzecz na tym świecie, która jest święta.
Feniks we mnie wyje z zachwytu i furii jednocześnie.
„Widzisz? Mówiłem. Mówiłem, że trzeba spalić wszystko, co się do niej zbliży. Następnym razem nie będziesz mnie powstrzymywał, prawda?”
Na wszelki wypadek nie odpowiadam, bo tym razem jestem gotowy przyznać mu rację.
Robię dwa kroki i przyciągam ją do siebie tak mocno, jakby ktoś chciał mi ją wyrwać z ramion. Moje ręce zamykają się wokół niej niczym klatka — jedna na jej plecach, druga na karku, palce wplątane w jej włosy. Przyciskam ją do swojej piersi, czując, jak jej serce wali jak oszalałe. Ani na chwilę nie wypuszczam jej z objęć. Nie mogę.
Jej ciało jest zimne, sztywne ze strachu, ale powoli, odrobina po odrobinie, zaczyna się we mnie wtulać. Czuję, jak jej palce zaciskają się na mojej koszulce, jak wbija je w materiał, jakby bała się, że zniknę.
— Jesteś cała — szepczę jej we włosy, a mój głos jest ochrypły, niski, prawie obcy. — Nic ci nie jest. Nic ci nie jest, kochanie.
Ulga i wściekłość mieszają się we mnie w jedną, gęstą, toksyczną masę. Chcę ją całować, chronić, paść na kolana i dziękować wszechświatowi, że wciąż tu jest… a jednocześnie chcę wrócić i jeszcze raz rozszarpać te spalone kawałki mięsa, które zostały po zabójcach, bo ktoś ośmielił się na nią spojrzeć z myślą o śmierci.
Feniks mruczy mi w głowie z zadowoleniem.
„Dobrze ją trzymaj. Bardzo dobrze. Jak puścisz, to ja ją wezmę. I już nigdy nie oddam.”
Nie puszczam.
Stoję na środku spopielonego chodnika, w popiołach tego, co zostało z ludzi, którzy chcieli ją zabić, i tulę ją tak mocno, jakby od tego zależało moje życie.
Bo tak właśnie jest. Ona jest moim życiem. Ktokolwiek spróbuje jej zagrozić… zostanie z niego tylko popiół, który da się zmieść z ulicy.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Wciąż stoję na spopielonym chodniku, wśród dymiącego, czarnego popiołu i zwęglonych resztek, i nie mogę się ruszyć.
Cassian tuli mnie tak mocno, jakby bał się, że jak tylko puści, to zniknę. Czuję bicie jego serca — szybkie, gorące, pełne ulgi i wściekłości jednocześnie. Ja jednak nie mogę oderwać wzroku od tego, co zostało po zabójcach. Nie ma już ciał. Są tylko czarne plamy na asfalcie, strzępy spalonego materiału i coś, co kiedyś było człowiekiem, a teraz jest tylko garścią popiołu. Cassian szepcze mi coś do ucha, ale ja ledwo to słyszę. W głowie mam tylko jedną myśl — to przeze mnie. Znowu.
— Wezwijcie Eveline i Zaca… proszę — mówię, kiedy udaje mi się odzyskać głos.
Cassian kiwa głową. Wyciąga telefon i dzwoni, zanim na miejscu zdarzenia pojawi się niemagiczna policja. Eveline i Zac pojawiają się w ciągu kwadransa. Czarodziejka rzuca jedno spojrzenie na pobojowisko i natychmiast wyciąga komunikator. Magiczne służby zostają powiadomione.
Dopiero wtedy dostrzegam nietypową zmianę. Feniks… już nie jest wysoki. Stoję i mrugam, bo nie wierzę własnym oczom. Przed chwilą był dorosłym, przystojnym mężczyzną, a teraz… jest dzieckiem. Chłopcem w wieku Ethana, może trochę starszym. Rudowłosy, z tymi samymi złotymi oczami, tylko dużo mniejszy. Ma na sobie za dużą czarną koszulę Cassiana, która sięga mu prawie do kolan. Wygląda jak mały, naburmuszony aniołek, który właśnie zgubił się w piekle.
I jest wyraźnie, bardzo wyraźnie niezadowolony.
— Zużyłem za dużo energii — burczy dziecięcym, ale wciąż tym samym gardłowym głosem. Kopie w kupkę popiołu czubkiem spadającego z jego stopy buta. — Musiałem się zmniejszyć, żeby nie zemdleć. To upokarzające.
Patrzę na niego i… nie mogę się powstrzymać. Jest przeuroczy. Te rude włosy, które teraz są trochę potargane, te wielkie złote oczy, w których nadal tli się ten sam psychopatyczny błysk, ale w miniaturze… Wygląda jak zły, ale jednocześnie absolutnie uroczy dzieciak, który właśnie spalił pół dzielnicy i jest z tego dumny.
— O rany… — szepczę, a na moich ustach pojawia się mimowolny, drżący uśmiech. — Jesteś… jesteś taki mały.
Feniks, bo czuję, że to wciąż on, patrzy na mnie z oburzeniem.
— Nie śmiej się — warczy, ale jego dziecięcy głos psuje cały efekt. — To tylko tymczasowe. Jak tylko odzyskam energię, wrócę do normalnej postaci i spalę tego, kto na ciebie spojrzał krzywo.
Robię krok w jego stronę i kucam, żeby być na wysokości jego oczu.
— Kotku… — mówię miękko, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. — Jesteś przeuroczy.
Feniks czerwienieje. Naprawdę czerwienieje — złocista skóra nabiera rumieńców.
— Nie mów tak o mnie przy ludziach — mamrocze, ale jednocześnie przysuwa się bliżej i wciska swoją małą dłoń w moją. — Tylko przy tobie. I tylko kiedy mnie głaszczesz.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ethan
Siedzę na kanapie i bujam nogami, bo już mi się nudzi czekanie. Lili i Cassian wyszli dawno temu, a ja zostałem tu sam z Angelicą, która tylko wzdycha i patrzy w okno. Nagle słyszę kliknięcie zamka.
Drzwi się otwierają.
Do środka wchodzi Lili. Wygląda na zmęczoną, ale jak tylko mnie widzi, od razu się uśmiecha. Za nią wchodzi Cassian — wysoki, poważny, z tym swoim „wszystko kontroluję” spojrzeniem.
A potem…
Za nimi wchodzi chłopiec.
Jest w moim wieku. Może trochę starszy. Rudowłosy, z włosami jak żywy ogień, i złotymi oczami. Ma na sobie za dużą czarną koszulę, która mu sięga prawie do kolan. I… tuli się do Lili. Dosłownie wczepił się w jej rękę obiema dłońmi i przyciska policzek do jej przedramienia, jakby bał się, że ktoś go od niej oderwie.
Mrugam.
Kto to jest?!
— Ettie! — Lili od razu do mnie podchodzi, ale ten rudowłosy chłopak nie puszcza jej ręki. Idzie z nią krok w krok, jakby był przyklejony.
Wstaję z kanapy.
— Kto to? — pytam od razu.
Chłopiec patrzy na mnie tymi złotymi oczami i… uśmiecha się, ale to nie jest zwykły uśmiech. Jest w nim coś takiego… jakby wiedział, że jest lepszy.
— To Feniks — mówi Lili miękko. — Teraz jest… no, trochę mniejszy, ale to wciąż on.
Feniks? TEN Feniks?! Ten wielki, płonący pan, który dał mi pióro? Patrzę na niego z niedowierzaniem, a on patrzy na mnie i… mocniej przyciska się do boku Lili.
— Cześć, szczeniaku — mówi tym samym niskim, mruczącym głosem, tylko teraz brzmi trochę śmiesznie, bo jest mały. — Lili jest moja.
Co?!
Natychmiast podchodzę i łapię drugą rękę siostry.
— Nie! Lili jest moja! To moja siostra!
Feniks mruży oczy. Nagle puszcza jej rękę… tylko po to, żeby wcisnąć się między nas i objąć ją w pasie obiema rękami.
— Była twoja. Teraz jest nasza — oświadcza z absolutną pewnością.
— Nieprawda! — wołam i wciskam się z drugiej strony, obejmując biodra Lili. — Ona była moja pierwsza!
Lili śmieje się cicho, ale widzę, że jest zmęczona. Siada na kanapie, a my za nią.
— Chłopcy… spokojnie.
Ale my nie słuchamy.
Feniks odpycha mnie biodrem i wtula twarz w brzuch Lili.
— Głaszcz mnie — żąda. — Szczeniak może poczekać.
— Nie! — krzyczę i też wtulam się w nią. — Ja pierwszy! Ja jestem jej bratem!
Feniks odwraca głowę i patrzy na mnie z tym swoim dziwnym, trochę groźnym uśmiechem.
— Ja ją chronię. Ty tylko jesteś mały.
— Ty też jesteś mały!
— Ale ja jestem lepszy.
Lili wzdycha i głaszcze nas obu po głowach — jedną ręką mnie, drugą jego, a ja i ten rudowłosy chłopak patrzymy na siebie nad jej ramieniem. I obaj mamy pewność, że właśnie zaczęła się wojna. O Lili.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Wchodzimy do penthouse’u, a ja już wiem, że za chwilę będzie cyrk. Lili jest wykończona — widzę to po jej ramionach, po tym, jak lekko się garbi. Idę tuż za nią, gotowy w każdej chwili ją złapać, gdyby nogi się pod nią ugięły. Obok niej, przyklejony do jej boku jak mały rzep, idzie on.
Feniks w wersji mini.
Rudowłosy dzieciak w za dużej czarnej koszuli, która sięga mu prawie do kolan, z tymi samymi złotymi oczami, tylko teraz ogromnymi i dziecinnymi. Wygląda jak aniołek z piekła rodem.
I oczywiście od razu zaczyna.
„Patrz na niego. Ten mały szczeniak zaraz będzie się do niej kleił. Mogę mu spalić tylko jeden palec? Taki malutki. Żeby wiedział, kto powinien być pierwszy.”
Wzdycham w myślach.
„Kretynie, on ma siedem lat. Dosłownie.”
„No właśnie. Idealny wiek, żeby się nauczyć, że Lili jest nasza.”
Ethan, który siedział na kanapie, zrywa się na równe nogi. Jego oczy robią się wielkie jak spodki, gdy widzi rudowłosego chłopca tulącego się do boku siostry.
— Kto to?! — pyta od razu.
Lilien uśmiecha się zmęczonym uśmiechem.
— To Feniks. Teraz jest… trochę mniejszy.
Feniks nie traci czasu. Natychmiast wciska się mocniej w Lilien, ociera policzkiem o jej przedramię i patrzy na Ethana z góry — mimo że są prawie tego samego wzrostu.
„Szczeniak patrzy. Szczeniak chce mojej Lili. Mogę mu spalić włosy? Tylko grzywkę. Będzie wyglądał śmiesznie.”
„Nie spalimy mu włosów.”
„Nawet odrobinkę?”
Ethan robi krok bliżej i łapie Lilien za drugą rękę.
— Lili jest moja! — oświadcza z absolutną pewnością młodszego brata.
Feniks mruży oczy. Nagle puszcza jej dłoń… tylko po to, żeby objąć ją w pasie obiema rękami i wtulić twarz w jej brzuch.
— Była twoja — mówi tym swoim niskim, gardłowym głosem, który w dziecięcym ciele brzmi absurdalnie. — Teraz jest nasza. Głaszcz mnie, Lili.
Ethan nie pozostaje dłużny. Wciska się z drugiej strony i też obejmuje jej biodra.
— Ja pierwszy! Ja jestem jej bratem!
„Patrz na niego. Mały pasożyt. Mogę mu delikatnie przypalić tyłek? Tylko żeby podskoczył. Żeby wiedział, kto tu jest ważniejszy.”
Lilien wzdycha i zaczyna głaskać obu po głowach — jedną ręką Ethana, drugą Feniksa.
Feniks mruczy głośno, z zadowoleniem, i ociera się o nią jak kot.
„Ona nas głaszcze. Obu. To niedopuszczalne. Ja powinienem być pierwszy. Zawsze pierwszy. Mogę przypalić szczeniaka? Tylko trochę. Żeby się odsunął.”
„On jest jej bratem. Nie spalamy braci.”
„Jeszcze nie jest nasz. Dopiero jak go zaakceptuję. A na razie tylko toleruję.”
Ethan i Feniks patrzą na siebie nad ramieniem Lili. Obaj mają miny, jakby właśnie rozpoczęli wojnę światową o jej uwagę.
A ja stoję dwa kroki dalej i patrzę na całą tę scenę.
Na moją dziewczynę, która próbuje pogodzić dwóch małych chłopców — jednego normalnego, drugiego… no właśnie, nie do końca normalnego. I na Feniksa, który w mojej głowie nadal jest tym samym drapieżnym potworem, tylko teraz zamkniętym w ciele dziecka.
„Ona jest taka miękka, kiedy nas głaszcze. Chcę więcej. Chcę, żeby nigdy nie przestała. Chcę, żeby ten szczeniak sobie poszedł. Albo spłonął. Najlepiej spłonął.”
Uśmiecham się pod nosem. Mimo tego że Feniks jest absolutnie szalony… to w tej chwili, patrząc jak Lili głaszcze dwóch walczących o nią chłopców, czuję coś przyjemnego. Coś bardzo bliskiego szczęściu. Nawet jeśli to szczęście pachnie spalenizną.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Angelica
Stoję w kącie salonu, oparta o framugę drzwi, i czuję się jak duch, którego nikt nie zaprosił na własne przyjęcie. Drzwi się otwierają i wchodzi Lilien. Wygląda na zmęczoną, ale i tak jest… idealna. Za nią idzie Cassian — wysoki, milczący, z tym swoim ochronnym spojrzeniem, które zawsze rezerwuje tylko dla niej. A między nimi…
Między nimi idzie dziecko.
Rudowłosy chłopiec w za dużej czarnej koszuli Cassiana, która sięga mu prawie do kolan. Ma te same złote oczy co Feniks i ten sam drapieżny błysk, tylko teraz opakowany w dziecięcą, absurdalnie uroczą powłokę. I oczywiście – oczywiście! – tuli się do Lilien jak mały rzep. Ociera policzkiem o jej przedramię, wciska twarz w jej bok i nie puszcza jej ręki ani na sekundę.
Ethan zrywa się z kanapy i biegnie do siostry.
— Kto to?! — pyta głośno.
Lilien uśmiecha się słabo.
— To Feniks. Teraz jest… trochę mniejszy.
Feniks? TEN Feniks?!
Patrzę na niego i czuję, jak coś we mnie skręca się z obrzydzenia i zazdrości jednocześnie. Chłopiec od razu wciska się mocniej w Lilien, obejmuje ją w pasie i patrzy na Ethana z góry, jakby już wiedział, że wygrał.
— Była twoja — mówi tym swoim niskim, gardłowym głosem, który w dziecięcym ciele brzmi po prostu groteskowo. — Teraz jest nasza. Głaszcz mnie, Lili. Szczeniak może poczekać.
Ethan nie zostaje dłużny. Wciska się z drugiej strony i też obejmuje siostrę.
— Nie! Ja pierwszy! Ja jestem jej bratem!
Zaczyna się przepychanka. Obaj chłopcy walczą o jej uwagę — jeden normalny, drugi… cokolwiek to jest. Lilien wzdycha, ale głaszcze ich obu po głowach. Jeden ręką Ethana, drugą — tego rudowłosego potworka. A on mruczy głośno, z zadowoleniem, i wtula się w nią jeszcze mocniej.
Stoję i patrzę. I czuję nieprzyjemną gulę w gardle. Ona ma wszystko. Ma Cassiana, który patrzy na nią jak na jedyną istotną rzecz na świecie. Ma Ethana, który ją uwielbia. Ma teraz nawet Feniksa — w wersji małego, uroczego chłopca, który też się do niej klei i domaga pieszczot. A ja?
Stoję w kącie jak zapomniana dekoracja.
Mój partner zerwał ze mną więź bez mrugnięcia okiem. Nikt nawet na mnie nie spojrzał, kiedy weszli, nie zapytał, jak się czuję, nie zauważył, że tu jestem.
Jestem tylko tłem. Znowu.
Zaciskam pięści tak mocno, że paznokcie wbijają mi się w dłonie. W gardle rośnie mi gorzka, paląca kula.
Ona nawet nie musiała walczyć. Po prostu jest Lilien. I wszyscy — dosłownie wszyscy — kręcą się wokół niej jak planety wokół słońca. A ja… ja jestem tylko asteroidą, którą można spokojnie zignorować. Jej niedoczekanie, jeśli myśli, ze tak zostanie już na zawsze!