Rozdział 1 – Bohaterowie noszą maski II
by Vicky
Mael
Wchodzę do wielkiego holu Akademii Róż i Zaklęć, a wszyscy milkną na moment. Czuję ich spojrzenia na sobie. Jest w nich ciekawość, podziw i lekka nieufność. Dobrze. Niech patrzą.
Przesuwam wzrok po tłumie i nagle go zatrzymuję. Przyjechałem tu dobrze przygotowany, znam każde nazwisko, każdą twarz i historię. Wiem wszystko o ich rodzinach, pochodzeniu i umiejętnościach. Tego jednak… zupełnie się nie spodziewałem.
Przy kolumnie stoi Lilien Everhart, ta o której szepczą starzy bogowie. Dziewczyna, która zmieniła przeznaczenie świata. Może być przydatna, ale nie jest moim priorytetem. Jednak… obok niej… stoi ON.
Rudowłosy, złocisty, z oczami, które płoną jak stopione złoto. Nie jest człowiekiem. Wyczuwam to natychmiast. Wpatruję się zachłannie w jego pierwotną, starożytną siłę, która ledwo mieści się w ludzkim ciele. Nie wiem jeszcze, jak się nazywa, ale doskonale zdaję sobie sprawę, czym jest. Demon najwyżej rangi, prawdopodobnie nawet jeden z władców piekieł.
Uśmiecham się w duchu. Jakie to piękne… istota tak potężna, a jednocześnie tak posłuszna.
Patrzę, jak nachyla się do Lilien, kładzie dłoń na jej talii, mruczy jej coś do ucha. A ona… ona po prostu się uśmiecha i pozwala mu na to. Nie boi się go. Ona go… głaszcze. Jak kota.
Czuję ekscytację, a to nie zdarza się często, coś gorącego i niebezpiecznego budzi się we mnie. Ona go kontroluje. Nie mam pojęcia, jak to robi. Chcę się tego dowiedzieć za wszelką cenę. Wygląda na to, że będę musiał uaktualnić swoje informacje na temat Lilien Everhart.
Wtedy zauważam mój cel. Niechętnie przenoszę na nią wzrok.
Kilka metrów dalej, oparta o ścianę, stoi Angelica. Patrzy na Lilien i jej demona z taką nienawiścią, że powietrze wokół niej prawie drży. Jej duchowa energia jest potężna — surowa, mroczna, pełna jadu. Czuję ją jak falę gorąca na skórze. Jest silniejsza, niż się spodziewałem.
Uśmiecham się powoli. Jest idealna.
Przechodzę przez hol spokojnym, pewnym krokiem. Kiedy mijam Angelicę, celowo spoglądam na nią dłużej. Nasze oczy się spotykają. Widzę, jak jej źrenice się rozszerzają. Nie zatrzymuję się. Idę dalej, ale w głowie już układam plan.
Najpierw demon. Potem dziewczyna, która potrafi okiełznać coś takiego. A na końcu… ta zła, piękna marionetka z nienawiścią w oczach i mocą, której tak bardzo potrzebuję. Uśmiecham się do siebie. Gra właśnie się rozpoczęła.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Angelica
Ceremonia rozpoczęcia roku była nudna, choć muszę przyznać, że nie był to do końca stracony czas. Szczególnie, że pod koniec wakacji udało mi się nawiązać nowe przyjaźnie. W tym roku nie zamierzam stać w cieniu, a jednak, właśnie to robię i to dosłownie.
Stoję w cieniu kolumny na wewnętrznym dziedzińcu Akademii, tam gdzie światło popołudniowego słońca ledwo dociera, a cienie są długie i ostre. Powietrze pachnie świeżo skoszoną trawą i odległym zapachem róż z ogrodu. Jestem naprawdę wkurzona, tak bardzo, że czuję żółć w gardle.
Lucas. MÓJ LUCAS.
Stoi kilka metrów ode mnie, oparty o marmurową balustradę, i rozmawia z dziewczyną z pierwszego roku. Z jakąś rudowłosą laleczką, która sprawia wrażenie, jakby była wycięta z obrazka — filigranowa, piegowata, z długimi, miedziano-złotymi włosami, które falują na wietrze niczym jedwab. Uśmiecha się do niego nieśmiało, a jej policzki pokrywa delikatny rumieniec. Smarkula wygląda jak ktoś, kto nigdy w życiu nie musiał walczyć o uwagę.
A Lucas… Lucas patrzy na nią tak, jak kiedyś patrzył na mnie. Spokojnie. Łagodnie. Z tą cichą opiekuńczością, którą kiedyś rezerwował tylko dla mnie.
Czuję, jak pęka we mnie kolejny fragment. Głośno. Brzydko. Jak szklana kulka rozdeptana butem. Lisa i Vanessa stoją po moich bokach. Czuję ich obecność, są jak dwa cienie gotowe do ataku. Obie już wiedzą i jestem pewna, że czują to samo co ja.
— Kim jest ta mała suka? — syczę przez zęby, nie odrywając wzroku od nich.
— Ivory Rosewood — odpowiada Vanessa cicho, z jadem w głosie. — Córka diuka z Imperium. Przyjechała w tym roku. Mieszka w internacie.
Uwielbiam w Vanessie to, że jest jak chodząca encyklopedia, przynajmniej jeżeli chodzi o uczniów Akademii Róż i Zaklęć.
— Śliczna jak z obrazka — dodaje Lisa z uśmiechem, który nie sięga oczu. — Idealna. Jak Lilien, tylko młodsza i świeższa.
Imię Lilien działa na mnie jak kwas. Lilien. Zawsze Lilien. Ukradła mi Cassiana. Zabrała pozycję. Odebrała mi dosłownie wszystko. A teraz nawet Lucas… patrzy na tę rudą lalkę tak, jakby wreszcie znalazł kogoś wartego uwagi.
Czuję, jak w mojej piersi rodzi się coś zimnego, ostrego i bardzo, bardzo brudnego. Nie będę już tą, którą się odrzuca. Zamierzam być tą, której się boją.
Podchodzę bliżej, gdy tylko Lucas się od niej oddala. Kroki mam lekkie, ale celowe. Lisa i Vanessa idą za mną jak dwie hieny. Ivory zauważa nas dopiero, gdy jesteśmy tuż obok. Uśmiecha się słodkim, niewinnym uśmiechem, który sprawia, że chce mi się wymiotować.
— Cześć — mówi uprzejmie, lekko pochylając głowę. — Jestem Ivory. Miło mi was poznać.
Nie odpowiadam uśmiechem. Zamiast tego unoszę rękę i delikatnie, prawie czule dotykam jej długich rudych, splecionych w warkocz włosów. Magia spływa mi z palców cienką, prawie niewidzialną nicią. Wplatam ją w jej kosmyki. To proste zaklęcie iluzji, które uaktywni się w idealnym momencie.
— Wiem, kim jesteś — mówię cicho, prawie słodko. — Córka diuka. Taka grzeczna. Taka śliczna. Taka… idealna. Masz naprawdę piękne włosy — odzywam się niemal pieszczotliwie. — Szkoda, że tak szybko się palą.
Ivory mruga, jeszcze nie rozumiejąc.
Następnego dnia na korytarzu przed salą alchemii jej włosy zaczynają dymić. Nie dosłownie — to tylko iluzja, ale dla niej wygląda jak prawdziwy ogień, ciepły i parzący. Krzyczy, próbuje gasić włosy rękami, a wszyscy dookoła nas zamierają. Lisa i Vanessa wybuchają głośnym śmiechem, ja sama stoję z tyłu i tylko się uśmiecham — zimno, spokojnie. Nie zamierzam jej odpuścić, a już na pewno nie będę spokojnie przyglądała się, jak ta mała dziwka podrywa Lucasa.
Trzeciego dnia znajduję ją samą w bibliotece. Siedzi przy stoliku w kącie, pochylona nad książką. Podchodzę cicho od tyłu.
— Lucas lubi grzeczne dziewczynki — szepczę jej prosto do ucha. — A ty… ty jesteś taka grzeczna. Taka słodka. Taka… naiwna.
Dotykam jej ramienia. Zaklęcie jest krótkie, ostre, jak ukłucie szpilki prosto w nerw. Ivory podskakuje, sycząc z bólu, oczy ma szeroko otwarte ze strachu.
— Co… co ty robisz? — szepcze drżącym głosem.
— Nic — odpowiadam z uśmiechem. — Tylko przypominam ci, gdzie jest twoje miejsce. Daleko od Lucasa. Daleko od wszystkiego, co jest moje.
Vanessa i Lisa czekają na nią w korytarzu. Kiedy wychodzi, blokują jej drogę. Używają magii iluzji — pająki wpełzające pod bluzkę, szepty w głowie, że jest brzydka, niepotrzebna, że Lucas i tak nigdy jej nie zechce.
Jest tylko bladą kopią Lilien, ale zemsta na niej na razie mi wystarcza.
Ivory zanosi się płaczem, jak dziecko. Łzy spływają jej po piegowatych policzkach. Stoję z boku i patrzę. Czuję się… lepiej. Wreszcie to ja dostałam główną rolę i cholernie mi się to podoba.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ivory
Pierwsze dni w Akademii są jak sen. Wszystko pachnie nowością — świeżo skoszonymi trawnikami, magicznym pyłem unoszącym się w powietrzu i zapachem ciepłych bułek z kawiarni po niemagicznej stronie. Biegam korytarzami z torbą na ramieniu, a serce mi wali z ekscytacji. Wreszcie tu jestem. Mogę być zwykłą dziewczyną, a nie „córką diuka Rosewood”. Wybrałam internat specjalnie — chciałam sypiać w domu z innymi dziewczynami, śmiać się do późna, plotkować o chłopakach i uczyć się, jak to jest mieć prawdziwe przyjaciółki.
Jestem jeszcze szczęśliwsza, gdy widzę Lucasa.
Stoi przy fontannie na głównym dziedzińcu, wysoki, czarnowłosy, z tym samym spokojnym spojrzeniem, które pamiętam z dzieciństwa. Kiedy nasze oczy się spotkają, uśmiecha się — tym rzadkim, szczerym uśmiechem, który zawsze rezerwował tylko dla mnie.
— Ivy? — mówi, a w jego głosie jest tyle ciepła, że aż mnie kuje w piersi. — Nie wierzę… naprawdę tu jesteś.
Rzucam mu się na szyję, zanim zdążę pomyśleć. Pachnie skórą, kawą i czymś bezpiecznym, znajomym. Przytula mnie mocno, tak jak kiedyś, kiedy byłam małą dziewczynką i bałam się burzy.
— Tęskniłam — szepczę mu w ramię. — Strasznie tęskniłam.
— Ja też, mała — mruczy mi we włosy. — Witaj w szkole.
To najpiękniejszy pierwszy dzień w moim życiu. Tylko że potem… wszystko się sypie.
Kiedy Lucas odchodzi, czuję pierwsze ukłucie. Ktoś szepcze za moimi plecami — „To ta nowa, co kręci się przy Lucasie”. Odwracam się. Trzy dziewczyny stoją kilka kroków za mną — wysoka blondynka z lodowatym spojrzeniem i jej dwie przyjaciółki. Angelica. Wiem, jak ma na imię, ponieważ wszyscy o niej mówią.
Uśmiecham się niepewnie.
— Cześć, jestem Ivory. Miło mi was poznać.
Angelica nie odpowiada uśmiechem. Robi krok bliżej, a jej oczy zwężają się w groźnie wyglądające szparki.
— Wiem, kim jesteś — mówi cicho, prawie słodko. — Córka diuka. Taka grzeczna. Taka śliczna. Taka… idealna. Masz naprawdę piękne włosy — odzywa się niemal pieszczotliwie. — Szkoda, że tak szybko się palą.
Jej palce muskają mój warkocz. Czuję lekkie mrowienie magii, jest niczym zimna igła wślizgująca się pod skórę.
Następnego ranka moje włosy zaczynają się dymić na korytarzu przed salą lekcyjną. Krzyczę, próbując je gasić rękami. Cała klasa wpatruje się we mnie, jakbym była wariatką. Ktoś się śmieje. Dostrzegam Angelicę. Stoi przy oknie i uśmiecha się z zadowoleniem, jakby podziwiała swoje dzieło.
Trzeciego dnia w bibliotece podchodzi do mnie sama.
— Lucas lubi grzeczne dziewczynki — szepcze mi prosto do ucha. — A ty… jesteś taka grzeczna. Taka słodka. Szkoda, że tak szybko się złamiesz.
Jej dłoń dotyka mojego ramienia. Ból jest ostry, jak ukłucie szpilki w nerw. Podskakuję, sycząc. Angelica tylko się uśmiecha.
Od tej pory rozpętuje się piekło.
Dziewczyny, z którymi próbowałam się zaprzyjaźnić, nagle zaczynają mnie unikać. Kiedy siadam przy stoliku w jadalni, nagle wszyscy od niego wstają. Gdy idę korytarzem, ludzie robią mi miejsce — szerokie, jakby bali się, że dotknę ich i też zaczną się palić. Nikt nie chce ze mną rozmawiać. Nikt nie chce nawet na mnie patrzeć.
Jestem zupełnie sama.
Siedzę wieczorem na parapecie w internacie, tuląc kolana do piersi, i patrzę na dziedziniec. W dole śmieją się jacyś pierwszo i drugo roczni. Ja nie mam z kim porozmawiać. Nawet Lucas… od tamtego pierwszego spotkania nie szuka ze mną kontaktu. Czasem tylko widzę go w oddali w towarzystwie księcia Ashera. To boli bardziej, niż się spodziewałam.
Łzy spływają mi po policzkach, są słone i gorące. Przyjechałam tu, żeby mieć przyjaciółki. Chciałam wreszcie być normalna. Zamiast tego stałam się dziewczyną, której wszyscy unikają. Jedynym, co mi zostało, jest cisza i ból w piersi, który nie chce minąć.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Kiedy tylko spotykam Sarę na korytarzu North Crown University, od razu rzucam się jej na szyję. Rozmawiamy jakbyśmy widziały się wczoraj, a nie jakby od naszego ostatniego spotkania minęły dwa miesiące. Umyślnie omijam trudne tematy, takie jak morderstwa i staram się skupić wyłącznie na nowym roku szkolnym. Przyjaciółka, jak zawsze pachnie swoim ulubionym, waniliowym szamponem, a ten zapach jest tak znajomy i tak swojski, że mam ochotę się rozpłakać z ulgi, że wszystko wróciło do normalności.
— Lili! — piszczy radośnie. — Wyglądasz… wow. Jesteś jeszcze ładniejsza niż zawsze.
Śmieję się i odsuwa się odrobinę, ale nie puszczam jej rąk.
— Ty za to wyglądasz jak milion dolarów — mówię szczerze. — Nowy kolor włosów? Pasuje ci.
Sara rumieni się i macha ręką.
— Tylko lekkie pasemka — mruczy onieśmielona. — Opowiadaj! Jak wakacje? Co u ciebie? Jak Asher? Jak… no wiesz… wszystko?
Uśmiecham się szeroko, choć w środku czuję lekkie ukłucie. Omijam pytania o „wszystko”.
— Jest dobrze — odpowiadam lekko. — Naprawdę dobrze. Nowy rok, nowe możliwości. Nie mogę się doczekać zajęć z run zaawansowanych. A ty? Słyszałam, że dostałaś stypendium na projekt naukowy?
Rozmawiamy tak, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby ostatnie dwa miesiące były tylko zwykłymi wakacjami. Śmiejemy się, plotkujemy o nowych profesorach, o tym, kto z kim się spotyka, o tym, kto tym razem będzie legendą roku. Czuję się… prawie normalnie.
Nagle za moimi plecami rozlega się niski, gardłowy głos, który znam aż za dobrze.
— Nie przedstawisz mnie?
Feniks podchodzi do nas leniwym krokiem, ręce ma w kieszeniach mundurka North Crown University. Muszę przyznać, że wygląda w nim naprawdę bosko. Czarny garnitur z subtelnymi złotymi akcentami, biała koszula rozpięta pod szyją, włosy lekko potargane. Jego złote oczy błyszczą w słońcu jak bursztynowe krople. Wygląda jak ktoś, kto wyszedł prosto z okładki modowego magazynu — niebezpiecznie przystojny, a jednocześnie niepokojąco znajomy.
Sara zamiera. Szeroko otwiera oczy, jakby właśnie zobaczyła żywego boga chaosu, który postanowił zapisać się na uniwersytet.
— O… o rany — wypuszcza z siebie cicho.
Feniks zatrzymuje się tuż obok mnie i kładzie mi dłoń na plecach, naturalnym, ale bardzo zaborczym gestem. Uśmiecha się do Sary tym swoim leniwym, lekko drapieżnym uśmiechem.
— Feniks — przedstawia się sam, głosem ciepłym i niskim. — Kuzyn Cassiana. Będę… towarzyszył Lili na zajęciach.
Władze Akademii przez dłuższy czas dyskutowały o tym, co z nim zrobić. W końcu wszyscy zgodnie uznali, że Feniks stanie się honorowym uczniem Akademii i Uniwersytetu, szczególnie, że z Asherem i Cassianem, z racji tego, że byli o rok starsi, po niemagicznej stronie nie miałam wspólnych zajęć, a wszyscy wciąż martwili się nasłanymi na mnie zabójcami.
Warunek był jednak jasny — nie wolno nam zdradzać tożsamości Feniksa, choć jestem pewna, że nawet władze Akademii same nie do końca wiedziały czym on właściwie jest. W każdym razie dla utrzymania pozorów szybko został mianowany kuzynek Cassiana i stał się nowym obiektem westchnień po niemagicznej stronie.
Sara mruga kilka razy, wciąż patrząc na niego jak zahipnotyzowana.
— Kuzyn… Cassiana? — powtarza, jakby próbowała sobie to poukładać.
Kiwam głową, starając się brzmieć naturalnie.
— Tak. Długa historia. Władze Akademii uznały, że będzie mi łatwiej, jeśli ktoś będzie ze mną na zajęciach. No wiesz… po tym wszystkim.
Nie wchodzę w szczegóły. Nie muszę. Sara wie, że „po tym wszystkim” to delikatne określenie na to, co działo się latem i że w żadnym razie nie chcę o tym rozmawiać. Jest perfekcyjną przyjaciółką.
Feniks pochyla się lekko w jej stronę.
— Mam być grzeczny — dodaje konspiracyjnym tonem. — Przynajmniej na zajęciach. Ale jak ktoś będzie za bardzo patrzył na Lili… no cóż, wtedy mogę być mniej grzeczny.
Sara parska śmiechem, ale widzę, że jest lekko onieśmielona. Feniks w mundurku North Crown University naprawdę robi wrażenie — wysoki, złocisty, z tym niepokojącym blaskiem w oczach. Nowe dziewczyny na korytarzu już zaczynają szeptać i rzucać mu ukradkowe spojrzenia.
Stoję między Sarą, a Feniksem i czuję dziwną, ciepłą ulgę. To jest nasz nowy początek. Wszystko się układa, a ja ani przez chwilę nie muszę być sama.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ivory
Drugi tydzień szkoły, a ja już czuję, że tonę. Siedzę skulona na starej, drewnianej ławce w małym parku po magicznej stronie Akademii. Drzewa szumią cicho, ale ich cień nie chroni mnie przed światem. Uciekłam tutaj, bo nie mogłam już wytrzymać w budynku uniwersytetu. Nie po tym, jak ktoś wylał na mnie zawartość wiadra do mycia podłóg w toalecie dla dziewczyn.
Wciąż czuję ten zapach. Mdły, kwaśny, obrzydliwy. Mokra bluzka klei się do mojej skóry, a włosy śmierdzą jak bagno. Płaczę. Staram się, ale nie mogę przestać. Łzy spływają mi po policzkach i mieszają się z brudem na brodzie. Nie rozumiem. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego to się dzieje.
Wcześniej ktoś wyrzucił moją torbę do śmietnika i podarł wszystkie notatki. Na mojej ławce w sali po magicznej stronie ktoś napisał czerwonym markerem wulgarne słowa — tak wielkie, że nie dało się ich zetrzeć. „Kurwa Rosewood”, „dziwka”, „wypierdalaj”. Każde spojrzenie, nieprzyjemny szept, śmiech za moimi plecami wbija się we mnie, otwierając kolejne rany.
Dlaczego? Co ja im zrobiłam?
Słyszę kroki. Trzy pary. Podnoszę głowę, a serce podskakuje mi ze strachu. Podchodzą do mnie dwie dziewczyny — trochę starsze ode mnie — i wysoki chłopak. Ten ostatni jest cudownie przystojny, z ogniście rudymi włosami i złotymi oczami, które wyglądają, jakby świeciły od środka. Marynarkę ma niedbale przewieszoną przez ramię, a koszulę rozpiętą pod szyją. Nie prześwituje przez nią magiczny tatuaż, co znaczy, że nie ma jeszcze partnerki. Jego urok na chwilę wyrywa mnie z marazmu, ale zaraz ponownie blednę.
Jestem pewna, że za chwilę zrobią mi coś niemiłego. Spinam się i czekam na kolejną falę. Zaciskam ręce na mokrej bluzce i kulę się jeszcze bardziej. Jednak zamiast śmiechu czy wulgarnych słów słyszę miękki, ciepły głos jednej z dziewczyn.
— Hej… wszystko w porządku? — pyta brunetka z długim kucykiem. Ma duże, zielone oczy i szczery, zmartwiony uśmiech. — Wyglądasz, jakbyś potrzebowała pomocy.
Druga dziewczyna, z blond pasemkami i ciepłym spojrzeniem, kuca przede mną.
— Nazywam się Sara — mówi łagodnie. — A to Lilien i Feniks.
Rudowłosy młodzieniec kiwa głową i uśmiecha się lekko, ale nie nachalnie. Jego złote oczy są zaskakująco miękkie.
— Cześć, pisklaku — mówi cicho, a w jego głosie nie ma kpiny, tylko coś ciepłego, prawie opiekuńczego.
Słowo „pisklak” powinno zaboleć, a jednak… nie boli. Brzmi jak coś małego i bezbronnego, ale też chronionego.
Nie daję rady. Łzy, które próbowałam powstrzymać, wylewają się ze mnie jak rzeka. Zaczynam szlochać głośno, bezradnie, jak dziecko. Lilien i Sara siadają po moich bokach, a Feniks kuca naprzeciwko. Nie dotykają mnie od razu, dają mi przestrzeń, ale kiedy płaczę jeszcze mocniej, Lilien delikatnie obejmuje mnie ramieniem.
— Już dobrze — szepcze. — Jesteśmy przy tobie.
Sara wyciąga z torby chusteczki i butelkę wody. Feniks patrzy na mnie złotymi oczami jakby mógł zajrzeć prosto w moją duszę.
— Nikt cię tu nie skrzywdzi. Obiecuję — zapewnia cicho.
Nie wiem dlaczego, ale mu wierzę.
Kilka minut później siedzę już w ich willi — wielkiej, pięknej, ale przytulnej. Biorę prysznic, a potem Lilien i Sara dają mi czyste ubrania. Wszystkie trzy ubieramy się tak samo — plisowane spódniczki, topy i krótkie bluzy, tylko w różnych kolorach. Lilien w ciemnej zieleni, Sara w czerwieni, ja w jasnym fiolecie. Śmieją się, że teraz jesteśmy jak siostry.
— No proszę, pisklaku — mówi Feniks, opierając się o framugę drzwi. — Wyglądasz o niebo lepiej.
Czuję, jak rumienię się lekko, ale po raz pierwszy od wielu dni uśmiecham się naprawdę. Dziewczyny mówią, że tego dnia zostały im już tylko dwa wykłady.
— Jeśli chcesz, możemy zrobić sobie wagary — proponuje Lilien z szelmowskim uśmiechem. — Czasem trzeba po prostu odetchnąć.
Siadamy na wielkiej kanapie w salonie. Sara podaje mi kubek gorącej herbaty, a Lilien podsuwa ciastka. Ponownie mam ochotę zalać się łzami. Czuję, że wybuchnę, jeżeli im o wszystkim nie opowiem. O torbie w śmietniku. O podartych podręcznikach. O ławce zapisanej wulgaryzmami. O wiadrze pomyj. O tym, jak wszyscy się ode mnie odwrócili. O tym, że nie wiem, co zrobiłam źle.
Płaczę znowu, ale tym razem nie jestem sama. Lilien przytula mnie mocno. Sara głaszcze mnie po ramieniu. Feniks siedzi naprzeciwko, milczący, ale jego złote oczy są pełne czegoś, co nie wygląda jak współczucie. Sprawia wrażenie, jakby chciał mnie chronić.
— Nie jesteś sama — mówi Lilien cicho, ale stanowczo. — Już nie.
To pierwszy raz od początku szkoły, kiedy pozwalam sobie uwierzyć, że może naprawdę tak będzie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Od początku semestru Asher i Lucas trzymają się mnie jak cienie. Nie odstępują ani na krok. Doskonale wiem, dlaczego tak się dzieje. Jestem połączony z Feniksem — dosłownie mam w głowie żywy, psychotyczny GPS do Lilien. Oni wiedzą, że jak coś się stanie, dowiem się pierwszy i obaj chcą być przy tym.
Siedzimy w wielkiej auli na wykładzie z nowoczesnych technologii. Profesor coś monotonnie tłumaczy na tablicy, ale ja ledwo go słyszę. W głowie mam Feniksa — i to, co on teraz widzi.
Nagle mój oddech się rwie.
— Asher — mówię cicho, nachylając się do niego. Głos mi się rozpływa, bo Feniks właśnie przekazuje mi obraz tak wyraźny, że czuję zapach jej perfum. — Wiem, że chcesz to zobaczyć. Lili się wystroiła. Ma na sobie mini spódniczkę… niech to piekło pochłonie, wygląda w niej zabójczo.
Asher siedzi po mojej lewej stronie. Widzę, jak jego oczy ciemnieją w ułamku sekundy — niebieskie tęczówki robią się prawie czarne. Lucas po prawej zaciska szczękę. Feniks w mojej głowie chichocze nisko i leniwie.
„Patrz na nią, Cassian… nasze Kochanie. Mini spódniczka. Nogiiiii… Chcę je polizać. Chcę je ugryźć. Chcę je spalić, żeby nikt inny nie mógł patrzeć.”
Zaciskam palce na krawędzi ławki.
— Poznała jakąś nową dziewczynę — kontynuuję szeptem. — Rudowłosą pierwszoroczną. Nazywa się Ivory Rosewood.
W tej samej chwili czuję, jak powietrze między nami gęstnieje. Asher sztywnieje. Jego twarz robi się zimna, jakby ktoś nagle zgasił w nim wszystkie światła. Lucas… Lucas wygląda, jakby ktoś wylał mu na głowę kubeł lodowatej wody. Wymieniają między sobą spojrzenia — krótkie, ciężkie, pełne czegoś, czego kompletnie nie rozumiem. Jakby to nazwisko było ostrzeżeniem.
Feniks w mojej głowie znowu się odzywa. Tym razem jego głos jest jeszcze bardziej rozkoszny i psychopatyczny.
„Pisklak… mały rudowłosy pisklak. Ciekawe. Rude włosy są ładne. Bardzo ładne. Bo ja też takie mam. Ale nie tak ładne jak u Kochania. U Kochania rude też byłyby… idealne. Lili chyba zaczyna ją lubić. Widzę to. Uśmiecha się do niej. Może pisklak też będzie nasz? Zobaczymy, co postanowi Kochanie. Jeśli powie »tak« — będzie nasz. Jeśli powie »nie«… no cóż. Wtedy spalimy go. Tylko trochę. Żeby nie płakał za głośno.”
Przełykam ślinę. Asher odwraca się do mnie powoli. Jego głos jest cichy, ale ostry jak brzytwa.
— Gdzie są teraz?
— Ogród botaniczny w Chicago. Dziewczyny właśnie tam idą.
Lucas nie czeka na kolejne informacje. Zrywa się z miejsca.
— Idziemy z nimi — mówi krótko.
Asher kiwa głową, już się podnosi. Ja też wstaję, choć profesor w tle właśnie zadaje jakieś pytanie. Żaden z nas nie zwraca na niego uwagi.
Feniks w mojej głowie mruczy z zadowoleniem, jakby właśnie dostał nową zabawkę.
„Pisklak… rudowłosy pisklak. Ciekawe. Bardzo ciekawe. Idziemy na polowanie, Cassian. Idziemy zobaczyć, czy pisklak nadaje się do naszej kolekcji.”
We trójkę wychodzimy z auli, nie oglądając się za siebie. W głowie mam teraz kolejny obraz — Lili w mini spódniczce, uśmiechniętą do rudowłosej dziewczyny.
„Zobaczymy, co postanowi Kochanie… a potem zdecydujemy, co z nią zrobimy.” — słyszę szept Feniksa, który brzmi coraz bardziej jak mój własny głos.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ivory
Czuję się jak w bajce, takiej prawdziwej, z książek dla dzieci. Chicago Botanic Garden jest absolutnie cudowny. Idziemy wąską, wysadzaną drzewami ścieżką, a wokół nas rozciągają się jeziora, mostki i setki gatunków kwiatów. Słońce przebija się przez liście, rzucając złote plamy na trawę. W powietrzu unosi się słodki zapach róż, jaśminu i mokrej ziemi po porannym deszczu. Lilien i Sara idą po moich bokach, śmiejąc się i opowiadając mi o najzabawniejszych wpadkach z pierwszego roku. Feniks — ten rudowłosy, złocisty młodzieniec, który wygląda jak żywy obraz — idzie trochę z tyłu, ale co chwilę podchodzi bliżej, jakby nie chciał mnie spuszczać z oczu. Nazywa mnie „pisklakiem” i za każdym razem, gdy to mówi, czuję dziwnie przyjemne ciepło w brzuchu.
Po raz pierwszy od wielu dni naprawdę się śmieję. Czuję się… normalnie. Jakbym wreszcie znalazła swoje miejsce.
— Patrzcie! — wołam, wskazując na pawilon z orchideami. — Te fioletowe są jak z bajki!
Sara chwyta mnie za rękę i ciągnie w stronę pawilonu. Lilien śmieje się i idzie za nami. Feniks mruczy coś pod nosem, ale dostrzegam, jak się uśmiecha.
I wtedy ich słyszę. Kroki. Cztery pary. Odwracam się i zamieram. Dołączają do nas chłopaki. Dwóch nieznajomych… i dwóch, których dobrze znam. Lucas i Asher.
Serce podskakuje mi w piersi jak szalone. Lucas i tym razem uśmiecha się do mnie tym swoim spokojnym, opiekuńczym uśmiechem, który pamiętam z dzieciństwa. Natomiast Asher… Asher idzie z rękami w kieszeniach, w białej koszuli od mundurka z podwiniętymi rękawami, i wygląda jak książę, który właśnie zszedł z tronu, żeby zrobić sobie spacer.
Natychmiast reaguję instynktownie, tak, jak uczono mnie od dziecka. Robię elegancki, głęboki dyg i pochylam głowę.
— Wasza Wysokość — mówię cicho, ale wyraźnie.
Zapada cisza. A potem Lilien parska śmiechem. Głośnym, szczerym, ciepłym śmiechem, który rozchodzi się po całym pawilonie.
— Ivy, kochanie, nie musisz tego robić — mówi, podchodząc i delikatnie podnosząc mnie za ramiona. — W szkole nie ma „Waszych Wysokości”. Tutaj jest tylko Asher, który jest zwykłym studentem, tak jak my wszyscy.
Czuję, jak policzki mi płoną. Asher patrzy na mnie z lekkim, zaskoczonym uśmiechem, ale w jego oczach jest coś ciepłego.
— Miło cię znowu widzieć, Ivy — mówi spokojnie.
Swobodnie podchodzi do Lilien i bierze ją za rękę, a potem unosi jej dłoń i przykłada do swoich ust. Ten gest jest tak niewinny, a jednocześnie tak intymny, że czuję, jak w środku pali mnie ogień. Czuję też nieprzyjemne ukłucie, kiedy nagle wszystko do mnie dociera.
Lilien jest jego partnerką. Ta sama dziewczyna, która uratowała mnie kilka godzin wcześniej, wzięła mnie pod swoje skrzydła i śmieje się ze mną jak siostra. To ona jest tą, którą Asher wybrał. Tą, którą publicznie ogłosił jako swoją przyszłą żonę.
Przez chwilę czuję nieprzyjemne, ostre ukłucie w piersi. Zazdrość. Czysta, dziecinna zazdrość. Bo ja… ja podziwiam go od lat. Od tych rzadkich spotkań na przyjęciach w pałacu, kiedy byłam małą dziewczynką i patrzyłam na niego z daleka jak na kogoś nieosiągalnego. Zawsze był dla mnie jak książę z bajki.
Szybko odpycham od siebie to uczucie. Lilien mnie uratowała. Sara też. Obie wzięły mnie pod opiekę, kiedy cały świat się na mnie zawalił. Nie mogę być zazdrosna. Nie mam do tego prawa.
Uśmiecham się szerzej i kiwam głową.
— Przepraszam… przyzwyczajenie — mówię cicho.
Lucas podchodzi bliżej i kładzie mi rękę na ramieniu w tym samym opiekuńczym geście, co kiedyś.
— Wszystko w porządku? — pyta cicho, patrząc mi w oczy.
Kiwam głową, a on zostaje tuż obok, jakby chciał mi pokazać, że jestem bezpieczna. Ku mojemu zdumieniu Feniks też podchodzi. Staje po mojej drugiej stronie i pochyla się lekko, jakby chciał mnie osłonić.
— Pisklaku — mówi tym swoim niskim, mruczącym głosem. — Jak ktoś będzie ci dokuczał, powiedz mi. Spalę go. Tylko trochę. Żeby nie było za głośno.
Sara parska śmiechem. Lilien uśmiecha się i kręci głową.
— Kotku, zachowuj się — mówi do niego pieszczotliwie.
Przez chwilę myślę, że Asher będzie o to zazdrosny, ale on w żaden sposób nie reaguje, więc dochodzę do wniosku, że jest to miedzy nimi normalne.
Czuję, jak coś we mnie się rozluźnia. Po raz pierwszy od kiedy przybyłam do Akademii nie czuję się samotna. Pięciu chłopaków, dwie dziewczyny i ja. Idziemy dalej alejką ogrodu botanicznego, a ja czuję, jak powoli wraca mi oddech. Może… może jednak nie wszystko jest stracone.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Idziemy dalej alejką Chicago Botanic Garden, a ja czuję, jak każdy krok tej rudowłosej szlachcianki jest kolejnym, nieprzyjemnym przypomnieniem o istnieniu Imperium.
Lili śmieje się z czegoś, co powiedziała Sara, a ja muszę przyznać Cassianowi rację. Nawet gdyby nie było innych powodów, to tylko dla tego widoku warto było tu przyjść. Moja mała czarodziejka ma na sobie plisowaną spódniczkę w czarno-zieloną kratę i obcisły top wystający spod krótkiej bluzy z kapturem. Wszystkie trzy się w ten sposób ubrały, ale tylko ona wygląda tak pięknie.
Sara ciągnie Ivy za rękę, żeby pokazać jej kolejną rabatę z orchideami. Ivy rumieni się, uśmiecha nieśmiało i idzie za nimi jak mały, piegowaty cień. Lucas trzyma się tuż obok niej z ręką luźno położoną na jej plecach, w tym samym opiekuńczym geście, który widziałem u nich w dzieciństwie. Cassian idzie z tyłu, milczący, ale widzę, jak co chwilę marszczy brwi, jakby słuchał czegoś, czego my nie słyszymy. Poza tym nie odrywa wzroku od Lili, ale niczego innego się po nim nie spodziewałem.
Idę na końcu i uśmiecham się do Lili, kiedy odwraca się ku mnie.
Ivory Rosewood. Wciąż musze to przemyśleć. Córka diuka. Dziewczyna, którą cesarzowa osobiście wybrała na moją narzeczoną jeszcze zanim Lilien pojawiła się w moim życiu i wywróciła cały świat do góry nogami. Pamiętam ją z dzieciństwa — zawsze cicha, idealna, patrząca na mnie z bezpiecznego dystansu pałacowych ogrodów. Teraz jest tutaj. I Lilien zaczyna ją lubić. Naprawdę lubić. Widzę to w sposobie, w jaki obejmuje ją ramieniem, jak pieszczotliwie ją nazywa, uśmiecha się do niej, jakby była jej upragnioną, młodsza siostrą. Lucas też ją lubi. Widzę to w jego oczach.
Świetnie. Kolejna komplikacja. Nie ufam jej. Nie ufam nikomu z Imperium. Nawet jeśli wygląda jak zagubione, piegowate pisklę, które właśnie uratowała moja czarodziejka. Zbyt wiele razy widziałem, jak słodkie twarze skrywają noże. Widzę też jednak, jak Lili się przy niej rozpromienia, a Lucas rozluźnia. Wiem, że jeśli teraz coś powiem, zniszczę ten rzadki, delikatny moment, w którym Lili wreszcie czuje się… radosna. Więc milczę i obserwuję. Zawsze byłem w tym dobry.
Lili odwraca się znowu i macha do mnie ręką.
— Ash, chodź bliżej! Tu są takie piękne lilie wodne!
Podchodzę, biorę ją za rękę i przyciągam do siebie. Całuję jej skroń, czując, jak jej ciało natychmiast się we mnie wtula. To zawsze działa. Na chwilę.
Patrzę ponad jej głową na Ivory. Dziewczyna uśmiecha się nieśmiało, ale w jej oczach jest coś… znajomego, przypominającego mi o pałacowych korytarzach i spojrzeniach z ukosa.
Będę ją obserwował. Jeśli okaże się zagrożeniem… spalimy ją. Albo ja, albo Feniks. Możliwe, że obaj naraz. Zobaczymy, kto pierwszy.
Lili uśmiecha się do mnie promiennie. Czuję jej ciepło i natychmiast mięknę — tylko odrobinę.
Na razie… tylko obserwuję, ale jeśli dziewczyna okaże się wilkiem w owczej skórze, to Chicago Botanic Garden bardzo szybko zmieni się w bardzo ładne, bardzo kolorowe krematorium i tym razem nawet Lilien może nie zdążyć mnie powstrzymać.