Rozdział 3 – Bohaterowie noszą maski II
by Vicky
Ivory
Idę korytarzem w stronę sali z runami, kiedy nagle ktoś zastępuje mi drogę. To jedna z dziewczyn z grupy Angelicy — wysoka, z ostrym spojrzeniem i sztucznym uśmiechem. Za nią stoją jeszcze dwie. Serce mi podskakuje niemalże do gardła.
— O, patrzcie, dziwka Rosewood znowu sama — mówi głośno, tak żeby wszyscy słyszeli. — Gdzie twój książę Lucas? Znowu cię olał?
Rozlega się śmiech. Ktoś szturcha mnie ramieniem, ktoś inny celowo podstawia nogę. Próbuję się cofnąć, ale plecami już opieram się o ścianę.
— Zostawcie mnie… — szepczę, ale głos mi drży.
Dziewczyna nachyla się bliżej, a jej uśmiech robi się jeszcze bardziej jadowity.
— Może powinniśmy ci pomóc znaleźć nowe miejsce? Na przykład w śmietniku, razem z twoimi rzeczami.
Wtedy powietrze robi się gorące. Zza rogu wychodzi on. Feniks. Rudowłosy, złocisty, w mundurku, który wygląda na nim jakby ktoś go uszył specjalnie po to, żeby serca dziewczynom stawały. Ręce ma w kieszeniach, krok leniwy, a na twarzy ten charakterystyczny, lekko drapieżny uśmiech.
Zatrzymuje się tuż obok mnie i przechyla głowę, jakby oglądał bardzo ciekawy, ale jednak trochę nudny obrazek.
— O — mówi słodko, radosnym, ale jednocześnie bardzo przerażającym tonem. — Ktoś próbuje bawić się z moim pisklakiem? Jak uroczo.
Dziewczyna zamiera. Jej koleżanki również. Feniks robi krok do przodu i staje dokładnie między mną a nimi. Jest wyższy od nich wszystkich, a jego złote oczy błyszczą w sposób, który sprawia, że korytarz nagle wydaje się o wiele mniejszy.
— Pisklaku — zwraca się do mnie, nie odwracając wzroku od tamtych — czy te miłe koleżanki ci dokuczają?
— Ja… nie… — jąkam.
Feniks uśmiecha się jeszcze szerzej, jakby właśnie usłyszał najlepszą rzecz na świecie.
— Rozumiem — mruczy. — Chciały się tylko pobawić. Jak miło. Ja też lubię się bawić.
Nachyla się lekko w stronę tej wysokiej dziewczyny i mówi konspiracyjnym szeptem, który i tak wszyscy słyszą.
— Mogę wam pokazać fajną zabawę. Nazywa się „spalę wasze buty, ale tylko czubki, żebyście pamiętały, że nieładnie jest dotykać pisklaka”. Chcecie?
Dziewczyna robi krok w tył. Jej koleżanki też.
— To… to kuzyn Cassiana… — mamrocze jedna z nich.
— No właśnie — Feniks kiwa głową z powagą, jakby to było najważniejsze odkrycie dnia. — I bardzo nie lubię, jak ktoś bawi się rzeczami, które lubi nasza Lili, a pisklak teraz jest pod moją opieką. Więc…
Robi kolejny krok. Dziewczyny cofają się jak na komendę.
— …bądźcie grzeczne — kończy Feniks słodko. — Bo jak nie, to następnym razem nie będzie tylko rozmowy. Będzie mały, ładny ogień. Tylko troszeczkę. Żeby było ciepło.
Odwraca się do mnie, całkowicie ignorując tamte, i wyciąga rękę.
— Chodź, pisklaku. Pójdziemy zobaczyć te głupie kwiatki, o których mówiłaś. Lili powiedziała, że lubisz orchidee. Ja też lubię rzeczy, które są ładne i łatwo się palą.
Biorę jego dłoń. Jest ciepła, prawie gorąca. Dziewczyny stoją jak wmurowane i patrzą, jak odchodzimy. Feniks pochyla się do mojego ucha.
— Jak jeszcze raz spróbują, powiedz mi — szepcze tak cicho, że tylko ja słyszę. — Spalę im tylko włosy. Tylko końcówki. Będzie ładnie pachniało spaloną dumą.
Śmieję się nerwowo, bo myślę, że to żart. Feniks też się śmieje. Ale jego śmiech brzmi… trochę inaczej.
Idziemy korytarzem, a ja czuję się dziwnie bezpieczna przy tym rudowłosym chłopaku, który nazywa mnie pisklakiem i grozi ludziom ogniem tak, jakby proponował im herbatę. Nie wiem, dlaczego przy nim czuję się tak spokojnie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Siedzę na kanapie w penthousie, z Lili wtuloną w mój bok. Ma na sobie moją koszulkę, która jest na nią za duża i sięga jej do połowy uda. Wagary wyszły nam idealnie — nikt nie wie, że jesteśmy tutaj, a nie na zajęciach. Głaszczę ją leniwie po plecach, a ona mruczy coś cicho, zadowolona.
I wtedy Feniks otwiera mi oczy.
Widzę korytarz Akademii tak wyraźnie, jakbym sam na nim stał.
Feniks stoi naprzeciwko trzech dziewczyn, które właśnie próbowały dokuczać Ivory. Rudowłosa pisklak chowa się trochę za jego plecami, a on… on uśmiecha się tym swoim złotym, absolutnie obłąkanym uśmiechem.
„Patrzcie, patrzcie, jakie miłe koleżanki” — mówi Feniks słodko, przechylając głowę. „O, ktoś próbuje bawić się z moim pisklakiem? Jak uroczo.”
Jedna z dziewczyn cofa się o krok.
„Lili by się śmiała, gdyby to widziała” — szepcze mi w głowie Feniks. — „Kochanie uwielbia, kiedy bronię tego, co jej się podoba.”
— Mogę wam pokazać fajną zabawę — kontynuuje Feniks na głos, a jego złote oczy błyszczą. — Nazywa się „spalę wasze buty, ale tylko czubki, żebyście pamiętały, że nieładnie jest dotykać pisklaka”. Chcecie?.
„Lili pachnie tak pięknie, kiedy jest szczęśliwa” — mruczy dalej w mojej głowie. — „Chcę, żeby teraz też była szczęśliwa. Chcę, żeby wiedziała, że pilnuję jej pisklaka.”
Dziewczyny bledną. Jedna z nich mamrocze coś o „kuzynie Cassiana”, ale Feniks tylko się śmieje — nisko, gardłowo, jakby właśnie usłyszał najzabawniejszy żart świata.
— No właśnie — potwierdza z powagą. — I bardzo nie lubię, jak ktoś bawi się rzeczami, które lubi nasza Lili, a pisklak teraz jest pod moją opieką. Więc…
„Lili lubi, kiedy jestem grzeczny… czasem” — szepcze Feniks do mnie. — „Ale lubi też, kiedy jestem odrobinę zły. Dla niej. Tylko dla niej.”
Bierze Ivory za rękę — delikatnie, jakby była zrobiona ze szkła — i odwraca się od dziewczyn, całkowicie je ignorując.
— Chodź, pisklaku — mówi ciepło. — Pójdziemy zobaczyć te głupie kwiatki, o których mówiłaś. Lili powiedziała, że lubisz orchidee. Ja też lubię rzeczy, które są ładne i łatwo się palą.
„Kochanie zawsze pachnie lepiej niż jakiekolwiek kwiaty” — dodaje w mojej głowie, a jego głos robi się miękki, prawie czuły. — „Chcę, żeby teraz też była przy mnie. Chcę, żeby widziała, jak pilnuję tego, co jej się podoba.”
Idą korytarzem. Feniks wciąż trzyma Ivory za rękę, a ona patrzy na niego wielkimi, zaskoczonymi oczami. W tym samym czasie siedzę na kanapie w penthousie, z Lilien wtuloną w mój bok, i czuję, jak Feniks w mojej głowie mruczy dalej, obsesyjnie, jak zawsze.
„Lili by się uśmiechnęła… Lili by była dumna… Lili… Lili… Lili…”
Wiem, że nawet kiedy go tu nie ma, on i tak jest wszędzie. Jest teraz całkowicie, bez reszty, chory z tęsknoty za nią.
Lili wtula się we mnie mocniej na kanapie, a ja nadal siedzę nieruchomo, ale oczami Feniksa jestem już zupełnie gdzie indziej. Po wizycie w oranżerii Feniks i Ivory wchodzą na plac treningowy. To praktyczna lekcja dla pierwszorocznych studentów — koedukacyjna, pełna magii i chaosu. Nauczyciel, starszy mag o siwych włosach, patrzy na Feniksa jak na zwykłego ucznia, którego nigdy wcześniej nie widział.
— Ty, rudowłosy — woła głośno. — Jeszcze cię nie znam. Pokaż, co potrafisz. Bez powstrzymywania się. Pełna moc. Chcę zobaczyć prawdziwy poziom.
Feniks zatrzymuje się. Jego złote oczy zwężają się lekko, a na ustach pojawia się ten leniwy, drapieżny uśmiech.
„Bez powstrzymywania się?” — szepcze mi w głowie, głosem pełnym rozkosznego niedowierzania. — „On nie wie, co mówi. Gdybym nie powstrzymywał się, spaliłbym całą Akademię. Spaliłbym całe Chicago. Spaliłbym wszystko, co nie jest Lili. Bo tylko Lili jest ważna. Tylko jej uśmiech. Tylko jej zapach. Tylko ona.”
Nauczyciel macha ręką niecierpliwie.
— No dalej, chłopcze! Nie wstydź się!
Feniks wzdycha teatralnie.
— Skoro chcesz…
Unosi rękę, a plac treningowy eksploduje. Nie cały świat. Jeszcze nie teraz. Jednak cały plac — tak. Czerwony, złocisty ogień bucha z jego dłoni jak żywa lawa. Drzewa wokół zajmują się w jednej chwili, liście skręcają się w płomieniach, gałęzie pękają z głośnym trzaskiem. Trawa zmienia się w popiół w ułamku sekundy. Inni uczniowie krzyczą, cofają się chaotycznie, a Feniks stoi w samym środku tego piekła i uśmiecha się leniwie.
„Widzisz, Lili?” — mruczy mi w głowie, głosem pełnym czułej obsesji. — „Zrobiłem to dla ciebie. Nawet jak nie patrzysz. Nawet jak nie wiesz. Zawsze dla ciebie. Tylko dla ciebie. Chcę, żebyś była bezpieczna. Chcę, żebyś była dumna. Chcę, żebyś mnie głaskała i mówiła »dobry Kotek«.”
Ivory stoi obok niego z szeroko otwartymi oczami, ale Feniks delikatnie zasłania ją własnym ciałem przed falą gorąca. Nauczyciel stoi jak sparaliżowany, patrząc na płonący plac i płonące drzewa. Feniks odwraca się do niego z tym samym słodkim, obłąkanym uśmiechem.
— Przepraszam — mówi uprzejmie. — Trochę za mocno. Ale pan powiedział „bez powstrzymywania się”.
W mojej głowie Feniks chichocze cicho, radośnie.
„Lili by się śmiała… Lili by powiedziała, że jestem niemożliwy… Lili… Lili… Lili…”
Siedzę na kanapie w penthousie, z Lilien wtuloną w mój bok, i czuję, jak serce mi wali. Zdaję sobie sprawę, że Feniks ledwo się powstrzymał i że następnym razem może nie zechce tego zrobić.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Wieczorem wchodzę do penthouse tak, jakby to był najzwyklejszy dzień. Drzwi zamykają się za mną cicho. Światła są przyciemnione, w powietrzu unosi się delikatny zapach wanilii i czereśniowego mydła, które Lili lubi używać pod prysznicem. Siedzi na kanapie, wtulona w ramię Cassiana, ale kiedy tylko słyszy moje kroki, unosi głowę.
Jej oczy od razu znajdują moje. I zostają tam. Nie ma w nich już strachu ani apatii z basenu. Jest tylko ona — moja Lili, pełna życia, ciepła, ze swoim miękkim, trochę niepewnym uśmiechem, który zawsze pojawia się, kiedy na mnie patrzy. Jakby cały świat mógł się rozpadać, ale dopóki ja tu jestem, wszystko jest w porządku.
Cassian zerka na mnie, ale powstrzymuje się od komentarza. Wstaje powoli, kiwa mi głową i znika w korytarzu, zostawiając nas samych. Wie, kiedy ma zejść ze sceny.
Podchodzę bliżej. Lili wyciąga do mnie ręce, więc siadam obok i przyciągam ją prosto na swoje kolana. Wtula się we mnie natychmiast, nosem w moją szyję, palcami wplatając się w materiał koszuli na moich plecach.
— Wróciłeś — szepcze, jakby to było coś niezwykłego.
— Zawsze wracam — odpowiadam cicho i całuję ją w skroń.
Patrzę na nią i czuję ten sam podziw, który zawsze mnie rozbraja. Ta dziewczyna przeszła przez masakrę swojej rodziny, przez krew cesarzowej na własnych rękach, przez basen pełen czerwieni, który miał jej pomóc przezwyciężyć traumę. Widziała najgorsze wersje mnie, Cassiana i Feniksa. Zna każdy mrok, każdą obsesję, każdy cień, a mimo to nadal na mnie patrzy tak, jakby była ze mnie dumna. Jakby mnie akceptowała. Całego. Nie ucieka. Nie osądza. Nie próbuje mnie naprawić. Po prostu jest. I jest moja.
Głaszczę ją po plecach, powoli, leniwie. Jej oddech robi się coraz głębszy, spokojniejszy. Wtula się mocniej, trzyma policzek na moim torsie, nogi ma zarzucone na moje uda. Kładę się na kanapie, układając ją obok siebie i otaczając ramionami.
— Ash… — mruczy sennie.
— Śpij, jeśli masz ochotę — szepczę jej we włosy. — Jestem tu.
Jej palce rozluźniają się na mojej koszuli. Oddycha równo, ciepło, spokojnie, jakby czekała tylko na to, aż się pojawię. Zasypia wtulona w moje ramiona, dokładnie tak, jak lubi najbardziej.
Leżę nieruchomo i patrzę na nią. Myślę sobie, że nie ma na tym świecie drugiej takiej dziewczyny, która potrafiłaby przyjąć cały nasz mrok i nadal patrzeć na nas tak, jakbyśmy byli jej największym skarbem. Całuję ją delikatnie w czoło.
— Kocham cię — szepczę tak cicho, że prawie sam siebie nie słyszę.
Lili uśmiecha się przez sen i wtula się jeszcze głębiej. Zostaję tak — z nią w ramionach — i czuję, że wszystko jest dokładnie tam, gdzie powinno być.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Idę pustym korytarzem zachodniego skrzydła Akademii. Jest późno, większość uczniów już poszła na kolację albo do internatu. Lubię takie chwile, cisza, przerywana tylko echem moich kroków.
Nagle słyszę jej głos i odruchowo się krzywię.
— Cassian.
Zatrzymuję się. Angelica stoi pod ścianą, z ramionami skrzyżowanymi na piersi i zwężonymi oczami. Patrzy na mnie tak, jakby właśnie przeżuwała truciznę.
— Co tu robisz sama? — pytam siląc się na spokój.
Podchodzi bliżej. Zbyt blisko. Jej perfumy są ciężkie, słodkie, dławiące.
— Czekałam na ciebie — mówi cicho, ale w jej głosie jest jad. — Chciałam pogadać. Bez twojej ukochanej Lilien. Bez tego rudego potwora, który zawsze się do niej klei.
Feniks w mojej głowie natychmiast się budzi.
„Oho… suka znowu chce poujadać” — mruczy z rozbawieniem, które szybko przechodzi we wściekłość. — „Powiedz jej, żeby trzymała się z daleka od Lili. Powiedz jej, że jak jeszcze raz wymówi jej imię, to spalę jej język.”
Zaciskam zęby.
— Nie mam czasu na pogawędki, Angelica.
Chcę ją minąć, ale ona zastępuje mi drogę.
— Naprawdę? — jej głos robi się słodki i ostry jednocześnie. — A pamiętasz, jak kiedyś miałeś dla mnie czas? Zanim ta mała złodziejka wszystko mi zabrała?
Feniks parska śmiechem w mojej głowie, ale to nie jest wesoły śmiech.
„Złodziejka? Ona nazywa naszą Lili złodziejką? Chcę ją spalić. Chcę zobaczyć, jak jej włosy topią się jak wosk. Chcę, żeby błagała o litość.”
— Lilien niczego ci nie zabrała — odpowiadam zimno. — Za to ty po prostu przegrałaś. Na własne życzenie tkwisz w jakimś wyimaginowanym cyrku zawiści.
Angelica śmieje się krótko, gorzko.
— Przegrałam? Ja? — robi krok bliżej, aż czuję jej oddech na swojej szyi. — Ty naprawdę w to wierzysz? Ona jest pieprzoną egoistką, Cassian. Zepsuła wszystko. Ciebie też. Kiedyś byłeś… wolny, a teraz jesteś tylko jej cieniem, tak jak ten rudy potwór.
Feniks w mojej głowie eksploduje.
„Cieniem?! Ja jestem jej cieniem?! Ja jestem jej ogniem, jej krwią, jej wszystkim! Spal ją. Spal ją teraz. Tylko trochę. Żeby zapamiętała, że nie wolno jej nawet wymawiać imienia Kochania.”
Czuję, jak moja ręka drży. Feniks chce przejąć kontrolę. Ja też tego chcę. Jednak tym razem, wbrew sobie, go powstrzymuję.
— Idź stąd — mówię cicho, ale głos mam już ochrypły. — Zanim zrobię coś, czego potem nie będę żałował.
Angelica patrzy mi prosto w oczy. W jej spojrzeniu jest ból, złość i paląca nienawiść.
— Wiesz, co jest najśmieszniejsze? — szepcze. — Ona nawet nie wie, co z tobą zrobiła. A ty… ty wciąż za nią biegasz jak pies.
Feniks w mojej głowie śmieje się głośno, szaleńczo.
„Pies? Ja? Nie. Ja jestem jej wilkiem. Jej ogniem. Jej wszystkim. A ty… ty jesteś tylko popiołem, który jeszcze nie wie, że już spłonął.”
Robię krok w tył.
— Nie zbliżaj się więcej do Lilien — mówię zimno. — Ani do mnie. Ani do nikogo z nas.
Odwracam się i odchodzę korytarzem. Za moimi plecami Angelica mówi cicho, ale słyszę każdy wyraz.
— Jeszcze zobaczymy, Cassian. Jeszcze zobaczymy.
Feniks w mojej głowie mruczy z zadowoleniem.
„Tak… zobaczymy. I będzie bardzo ładny ogień.”
Idę dalej, a w mojej głowie wciąż brzmi jej imię.
„Lili. Tylko Lili. I nikt nigdy mi jej nie zabierze.”
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Późnym wieczorem wchodzę do pustego, słabo oświetlonego korytarza obok biblioteki. To idealny moment, bo chwilę temu widziałem, jak Angelica kłóci się na korytarzu z jednym z chłopaków ze swojej dawnej paczki. Dziewczyna stoi przy wysokim oknie, wpatrując się w dziedziniec. Jej twarz jest wykrzywiona nienawiścią tak czystą, że niemal czuję jej smak w powietrzu. Patrzy na Lilien i jej demona, którzy idą razem, śmiejąc się z czegoś. Perfekcyjnie.
Podchodzę bliżej, powoli, żeby nie spłoszyć jej jak dzikiego zwierzęcia.
— Masz niesamowitą energię — mówię cicho, zatrzymując się tuż obok niej. — Rzadko spotykam kogoś, kto nosi w sobie tyle surowej, czystej mocy. To… naprawdę fascynujące.
Angelica odwraca się gwałtownie. Jej oczy są zimne, ale widzę w nich błysk zainteresowania i dumy.
— Kim jesteś? — pyta ostro.
— Mael Blackthorn — odpowiadam spokojnie, z lekkim, arystokratycznym uśmiechem. — Nowy uczeń. A ty jesteś Angelica Lunaris… ta, której Lilien Everhart zabrała wszystko, mam rację?
Jej twarz natychmiast się zmienia. Nienawiść w jej oczach rozbłyskuje jeszcze mocniej, a ja czuję, jak jej duchowa energia faluje, jest gęsta, mroczna i pełna jadu.
— Nie wiesz, o czym mówisz — cedzi, ale głos jej drży z wściekłości.
— Wiem więcej, niż myślisz — mówię miękko i kładę dłoń na jej ramieniu. Subtelnie, prawie niedostrzegalnie kradnę od niej energię. — Jesteś piękna, silna i masz w sobie coś, czego Lilien nigdy nie będzie miała. Ona nawet nie pochodzi z magicznego świata. Ty jesteś prawdziwą mocą.
Angelica nie odsuwa się. Wręcz przeciwnie — prostuje się, a jej oczy błyszczą. Moje słowa trafiają prosto w jej próżność.
— Lilien zabrała mi wszystko — szepcze z nienawiścią. — Chłopaka, pozycję, wszystko, co mi się należało.
Uśmiecham się i delikatnie zaciskam palce na jej ramieniu, ciągnąc z niej jeszcze odrobinę energii. Czuję, jak jej moc wlewa się we mnie, cudownie gorąca, surowa i przepełniona mrokiem.
— Więc weź to z powrotem — mówię cicho, nachylając się bliżej, tak że mój oddech muska jej ucho. — Mogę ci pomóc. Masz moc, o jakiej inni mogą tylko marzyć. Widzę w tobie kogoś, kto zasługuje na wszystko. Lilien jest tylko małą, sprytną złodziejką. Ty jesteś królową.
Angelica milczy przez chwilę. Jej oddech przyspiesza. Widzę, jak walczy ze sobą, ale nienawiść i próżność wygrywają.
— Co chcesz w zamian? — pyta w końcu, głosem już nie tak ostrym.
Uśmiecham się szerzej i delikatnie przesuwam kciukiem po jej ramieniu, znów ciągnąc z niej energię — tym razem odrobinę więcej.
— Tylko twoją przyjaźń — kłamię gładko. — I trochę tej pięknej, potężnej duchowej mocy, którą masz w sobie. Razem możemy jej pokazać, co znaczy prawdziwa siła.
Angelica patrzy na mnie długo. W jej oczach płonie nienawiść do Lilien i głód uznania. W końcu kiwa głową, powoli, ale zdecydowanie.
— Dobrze — mówi. — Zróbmy to.
Czuję, jak jej energia jeszcze mocniej do mnie napływa. Mam ją, jej nienawiść, próżność i przede wszystkim jej moc.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Angelica
Stoję z Lisą i Vanessą na tarasie przy zachodnim skrzydle Akademii, tam gdzie zawsze się spotykamy, kiedy chcemy pogadać bez świadków. Obie patrzą na mnie wyczekująco, a ja czuję, jak na moich ustach pojawia się uśmiech, którego nie mogę powstrzymać.
— No i co? — Lisa nie wytrzymuje. — Mówiłaś, że masz coś mega.
Biorę głęboki oddech i odchylam głowę, udając nonszalancję.
— Spotkałam kogoś — mówię powoli, delektując się każdym słowem. — Mael Blackthorn.
Vanessa unosi brwi.
— Ten nowy z Północy? Ten wysoki, ciemnowłosy?
— Ten sam — potwierdzam i nie mogę powstrzymać uśmiechu. — Wysoki, zbudowany jak posąg, oczy stalowoszare, takie… lodowate, ale kiedy na ciebie patrzy, to czujesz, jakby chciał cię spalić żywcem. I wiecie co? On mnie wybrał.
Lisa parska niedowierzająco.
— Ciebie? Nie Lilien?
— Właśnie — odpowiadam z satysfakcją. — Rozmawialiśmy wczoraj wieczorem w bibliotece. Powiedział, że mam w sobie coś, czego Lilien nigdy nie będzie miała. Wyczuł moją prawdziwą mocą. Oznajmił też, że jestem… piękna, silna i zasługuję na więcej niż ta mała złodziejka.
Vanessa otwiera usta, ale nic nie mówi. Widzę, jak w jej oczach pojawia się zazdrość.
— I co? — pyta w końcu. — Spotkaliście się już… tak na serio?
Uśmiecham się jeszcze szerzej.
— Jeszcze nie, ale czuję, jak na mnie patrzy. Jakby już wiedział, że jestem kimś więcej niż one wszystkie razem wzięte. On jest inny. Nie jak ci idioci, którzy liżą Lilien po piętach. Mael… on widzi we mnie kogoś wyjątkowego.
Lisa kręci głową, ale widzę, że jest zafascynowana.
— No dobra… ale on naprawdę jest taki przystojny, jak mówią?
— Bardziej — odpowiadam natychmiast. — Kiedy na mnie patrzy, mam wrażenie, że cała reszta świata znika. I wiecie co jest najlepsze? On nienawidzi Lilien tak samo jak ja. Widziałam to w jego oczach.
Vanessa pochyla się bliżej.
— I co zamierzasz zrobić?
Uśmiecham się powoli, zimno.
— Zamierzam mu pokazać, kim naprawdę jestem i jak bardzo mogę być lepsza od tej małej suki, która zabrała mi wszystko.
W tej chwili czuję się potężna. Naprawdę potężna. Mael Blackthorn wybrał mnie, nie Lilien.
Mnie. Tym razem nikt mi tego nie zabierze, nie pozwolę na to.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Angelica
Jesteśmy w opuszczonej części starej wieży bibliotecznej, gdzie prawie nikt nie zagląda po zmroku. Mael stoi przy oknie, oparty o framugę, a ja siedzę na szerokim parapecie. Jego okolone ciemnymi rzęsami, hipnotyczne, stalowoszare oczy są skupione na mnie tak intensywnie, że czuję jego spojrzenie na skórze niczym dotyk.
— Wiesz, dlaczego Lilien jest taka… wyjątkowa? — pyta cicho, a w jego głosie jest coś, co sprawia, że serce mi przyspiesza.
— Bo jest złodziejką — odpowiadam natychmiast, czując znajomą falę nienawiści. — Zabrała mi wszystko.
Mael uśmiecha się powoli, prawie czule. Wpatruję się jak urzeczona w jego ostre, arystokratyczne rysy twarzy. Ma w sobie niebezpieczną, taką magnetyczną aurę, która naprawdę mi się podoba.
— To nie do końca tak. — Podchodzi bliżej i zatrzymuje się tuż przede mną. — Lilien nie należy do tego świata, Angelo. Przyszła z innego miejsca. Z innego… życia. Nie jest częścią tej historii. Jest anomalią. Zmieniła przeznaczenie, które było już zapisane.
Patrzę na niego szeroko otwartymi oczami. Słowa uderzają we mnie jak grom.
— Co… co ty mówisz?
— To, co słyszałaś — odpowiada miękko, a jego głos jest jak aksamit. — W oryginalnej historii to ty miałaś być z Cassianem. Miałaś być tą, którą wszyscy wybierają, główną bohaterką. Jednak ona… ona po prostu się pojawiła i wszystko popsuła. Dlatego wszyscy tak jej pragną. Dlatego Cassian oszalał na jej punkcie. Dlatego nawet Feniks się jej podporządkował. Ponieważ ona nie jest stąd. Jest czymś nowym. Czymś, czego nikt nie potrafił przewidzieć.
Czuję, jak coś we mnie pęka… a potem rozkwita. To jest to. Idealne usprawiedliwienie rzeczy, które się wydarzyły. Wszystko, co straciłam — Cassiana, Lucasa, pozycję, szacunek, dosłownie wszystko — to nie moja wina. To nie dlatego, że byłam za słaba albo za mało atrakcyjna. To dlatego, że ona oszukała cały świat. Wślizgnęła się do naszej historii jak złodziejka i ukradła mi wszystko, co mi się należało.
Uśmiecham się powoli. Po raz pierwszy od bardzo dawna uśmiecham się naprawdę.
— Więc ona jest… oszustką — szepczę.
Mael kiwa głową, a w jego oczach widzę satysfakcję.
— Najgorszą z możliwych. I wszyscy dali się na to nabrać. Ale ty… ty widzisz prawdę. Dlatego wybrałem właśnie ciebie.
Czuję, jak jego słowa rozgrzewają mnie od środka. Nienawiść, którą nosiłam w sobie, nagle staje się czymś czystym i pięknym. Nie jestem przegraną. Jestem ofiarą oszustwa. Jestem tą, której zabrano przeznaczenie.
— Więc co teraz? — pytam, patrząc mu prosto w oczy.
Mael pochyla się bliżej. Jego palce muskają mój policzek — delikatnie, ale władczo.
— Teraz pomożemy jej sobie przypomnieć, gdzie jest jej miejsce — mówi cicho. — Za to ty w końcu dostaniesz to, co ci się należy.
Serce bije mi mocno, zdecydowanie zbyt szybko. Czuję euforię. Wreszcie ktoś mnie rozumie, widzi, że to nie ja przegrałam. To ona oszukała. I tym razem… tym razem zapłaci za to wszystko, co mi zrobiła.