Rozdział 16 – Niechcący zostałam wampirzą księżniczką
by VickyWakacje w tropikalnym raju
Ellie
Po tym, jak Valerius otwarcie zagroził klanowi Phoenix wojną, wampirzy świat podobno opanował chaos. A jednak ja w ogóle tego nie odczuwałam.
Kolejne dwa miesiące były najwspanialszym czasem w całym moim życiu. Uczyłam się w Akademii, spotykałam się z przyjaciółmi, umawiałam się na randki z Erenem i byłam po prostu bezwstydnie szczęśliwa. Nie chciałam niczego zmieniać. Każdy dzień smakował swobodą, ciepłem i poczuciem, że wreszcie należę do jakiegoś miejsca.
Niesamowicie podobało mi się też uczenie się o magii.
Podobno nie wszystkie wampiry dysponowały mocami psychicznymi — to była specjalność klanu Azure. Klan Luna specjalizował się w przewidywaniu przyszłości. Phoenixy władały ogniem, a skutkiem ubocznym przemiany w wyższych pokoleniach były płomiennie rude włosy, co brzmiało dla mnie dość zabawnie i niemal absurdalnie. Członkowie klanu Silverfox potrafili przemieniać się w zwierzęta — dosłownie — i bardzo chciałam to kiedyś zobaczyć. Natomiast klan Panteon dysponował mocą krwi, której używał przede wszystkim do walki, ale nie potrafiłam sobie jej zwizualizować. Były też pomniejsze klany, specjalizujące się w ukrywaniu się w cieniu, manipulacji wodą i całej masie innych rzeczy, których nie byłam w stanie nawet sobie wyobrazić, a co dopiero zapamiętać.
Największą zagadką jednak i tak pozostawały dla mnie moce Valeriusa. Przykładowo potrafił latać, ale nie tak po prostu unosić się w powietrzu. Zamiast tego zamieniał się w mieniącą się, krwawą mgłę — taką, jaką widziałam wtedy, gdy obronił mnie w Akademii. Obiecał mi, że prędzej czy później również się tego nauczę. Szybko jednak dowiedziałam się, że nie potrafi tego nawet starszyzna klanu.
Teraz jednak zupełnie co innego zaprzątało mi myśli.
Siedziałam na kanapie w salonie i czytałam oficjalne pismo. Zaproszenie dla delegacji z klanu Azure od klanu Phoenix. Tak naprawdę płaszczyli się, błagając, żebyśmy przyjęli ich pod swoje skrzydła, bo uznali, że bez nas nie będą w stanie przetrwać.
Valerius stał obok, spokojny jak zawsze.
— To nic ważnego — powiedział. — Nie musisz tam jechać, jeśli nie masz ochoty. Ale zaproponowałem ci rolę przedstawicielki, bo uznałem, że archipelag, na którym mieści się główna siedziba klanu Phoenixów, mógłby przypaść ci do gustu.
Odwróciłam głowę. Za mną stał Kael, który wyszczerzył zęby w szerokim, zadowolonym uśmiechu.
— W skrócie rzecz ujmując — rzucił rozbawiony — to wakacje w tropikalnym raju. Więc dlaczego mielibyśmy na nie nie pojechać?
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kael
Przyglądałem się Ellie z cichą fascynacją. Wszystkiemu się dziwiła. Absolutnie wszystkiemu. Byłem zachwycony tą jej niewinnością — tym, jak szeroko otwarte miała oczy, kiedy usiedliśmy w fotelach biznes klasy, jak delikatnie muskała palcami skórzaną poręcz, jak z niedowierzaniem patrzyła na menu, które kelner podał jej jeszcze przed startem. Ktoś mógłby pomyśleć, że życie z Valeriusem przyzwyczai ją do luksusu, ale nie, w ciągu trzech miesięcy, przez które ją znałem, Ellie ani trochę się nie zmieniła.
— Nie potrzebujemy żadnych rzeczy? — zapytała, kiedy okazało się, że zabieramy ze sobą tylko bagaż podręczny.
Zaśmiałem się cicho.
— Wszystko będzie na nas czekało na miejscu. A jak ci czegoś zabraknie, to dokupimy.
Gdy dotarliśmy do celu, zachwycała się jeszcze bardziej. Pięciogwiazdkowy tropikalny hotel wyglądał jak miejsce wyjęte prosto z katalogu marzeń. Białe budynki wtulone w palmowe ogrody, pełne tropikalnych kwiatów, baseny, które nie wiadomo gdzie kończyły się, a gdzie zaczynały, ocean tak turkusowy, że aż bolały od niego oczy. Ellie chodziła jak zahipnotyzowana, zatrzymując się co chwilę, żeby po prostu… patrzeć.
Przed kolacją napiła się krwi Seleny. Teraz siedziała na tarasie naszego apartamentu i skubała jakieś egzotyczne owoce, które kelner zostawił na stole. Już prawie wcale nie dziwiła się, kiedy krew była nam proponowana bezpośrednio od dawców. A ja przypomniałem sobie, jakie to było urocze za pierwszym razem — te jej szeroko otwarte oczy, lekkie oznaki zażenowania i absolutne zaskoczenie, że ktoś może po prostu… ofiarować siebie.
Właściwie trochę mnie wkurzało, że byli z nami również Selena i Eren. Trudno by było jednak tego nie rozumieć. Valerius traktował nas jak pakiet podręcznego jedzenia dla Ellie. Praktyczny. Wygodny. Zawsze pod ręką. I szczerze mówiąc… było w tym nawet coś zabawnego.
Spotkanie wyznaczone zostało na za trzy dni, a to oznaczało, że klan Phoenixów dobrze się przygotował. Rozumieli, że Ellie przyjechała tu na wakacje, a oni są na drugim, jeżeli nawet nie na dalszym planie, i najlepszą taktyka będzie zapewnienie jej jak największej ilości wolnego czasu i zadbanie o to, żeby wtedy robiła dokładnie to, na co ma ochotę.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Wyspy były przepiękne. Gdy tylko je ujrzałam, od razu zrozumiałam, dlaczego Kael nazwał je tropikalnym rajem. Białe plaże, lazurowa woda tak przejrzysta, że widać było każde ziarenko piasku, i palmowe zagajniki, które kołysały się na ciepłym wietrze. Najchętniej całe dnie spędzałabym chodząc wzdłuż brzegu oceanu i brodząc w płytkiej wodzie.
— Czy mogę się przyłączyć? — usłyszałam za sobą łagodny, kobiecy głos.
Byłam pewna, że skoro Kael i Eren dopuścili ją do mnie, kobieta nie miała złych zamiarów. Skinęłam głową.
— Jestem Sylvia Ashwood — przedstawiła się. — Czwarte pokolenie, klan Phoenixów.
— Ellie Aurelian — odpowiedziałam spokojnie. — Miło mi cię poznać.
Sylvia stanęła obok mnie, patrząc na ocean.
— Jak wiesz, klan Phoenix pragnie całkowicie poddać się klanowi Azure — zaczęła. — Jestem jedyną żyjącą przedstawicielką czwartego pokolenia. Jeżeli klan Azure się nie zgodzi… zostaniemy rozszarpani przez inne klany.
Przyjrzałam się jej aurze. Irytowało mnie, że aury wszystkich poza Erenem były tak łatwe do analizowania. Sylvia była spięta, pełna nadziei i strachu jednocześnie. Nie kłamała. Naprawdę bała się o przetrwanie swojego klanu.
— A ja jestem młoda i naiwna — powiedziałam spokojnie — więc ze mną będzie łatwiej pertraktować niż z moim ojcem?
Sylvia lekko się przestraszyła.
— Tego nie powiedziałam.
— Naprawdę?
Spuściła wzrok.
— Nie doceniłam panienki.
Uśmiechnęłam się.
— Podobają mi się wasze wyspy. Nie mam nic przeciwko, żeby stały się częścią klanu Azure. Ale… nasza starszyzna ma już wystarczająco dużo pracy. To wciąż wy musielibyście wszystkim zarządzać. Na dodatek tak, żeby przynosiło to klanowi Azure korzyści.
Sylvia entuzjastycznie skinęła głową.
— Pod tym kątem poprawimy wszystkie propozycje.
Przez chwilę milczałam, wciąż czytając jej aurę. Nie było w niej urazy. Ani nienawiści. Tylko ciężar i determinacja.
— Przykro mi z powodu twojego brata — rzuciłam cicho.
Sylvia starannie dobrała słowa.
— Nasza starszyzna… sama sobie zgotowała ten los. A my, wszyscy żyjący potomkowie, zrobimy, co w naszej mocy, żeby naprawić ich błędy.
Skinęłam głową, wciąż wpatrując się w lazurowe fale.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kael
Słońce powoli zbliżało się ku zachodowi, malując niebo odcieniami pomarańczu i fioletu. Siedzieliśmy z Seleną na ławce w restauracji tuż nad samym morzem. Fale szumiały spokojnie, a w powietrzu unosił się zapach soli i smażonych owoców morza.
Z tygodnia na tydzień obserwowałem z rosnącym rozbawieniem, jak ogromny wpływ miała na nią Ellie. Selena przestała na co dzień nosić ten ostry, drapieżny makijaż. Zamiast wyzywających kreacji zaczęła zakładać bardziej urocze, miękkie ubrania. Wyglądała teraz dziewczęco, niemal niewinnie. Jej charakter też złagodniał. Przestała mnie aż tak denerwować, choć wciąż nie za bardzo mieliśmy o czym rozmawiać… chyba że temat schodził na Ellie. Przywykłem już do tego, że stała się częścią naszej dziwnej, czteroosobowej paczki.
Nagle, bez ostrzeżenia, gwałtownie chwyciła mnie za rękę.
Spojrzałem na nią pytająco, ale ona nawet nie uniosła wzroku. Odwróciła moją dłoń wierzchem do góry, odwinęła mankiet koszuli i wpatrywała się w lewy nadgarstek, na którym srebrzyła się czterolistna koniczynka, cudownie mieniąca się mocą Ellie.
— O nie… — jęknęła cicho.
Uniosłem brew.
— Coś nie tak?
Selena przełknęła ślinę.
— Kael… ile razy byłam na randce z Erenem, który udawał ciebie?
Wzruszyłem ramionami.
— Jak tylko miałem go czym przekupić, to on chodził za mnie na randki. Naprawdę mnie wtedy wkurzałaś — powiedziałem bez owijania w bawełnę.
Selena zmrużyła oczy.
— A wtedy, kiedy Blanca Duncan wylała na mnie z premedytacją cały kieliszek krwi na przyjęciu… a ty, albo on… wylałeś na nią stojącą na stole butelkę?
Skrzywiłem się. W życiu bym czegoś takiego nie zrobił. No… może gdyby chodziło o Ellie. Ale na pewno nie o Selenę.
— To zdecydowanie był Eren — odparłem spokojnie.
Wyraz jej twarzy wyraźnie się zmienił.
— Sarkazm. Mroczny humor. Wredne żarty?
— Tak — potwierdziłem. — To brzmi jak Eren.
Selena przeklęła. Mocno. Głośno. Na tyle głośno, że kilka osób przy sąsiednich stolikach odwróciło głowy.
— No, wyduś to z siebie — zachęciłem, czując, że zaraz usłyszę coś naprawdę ciekawego.
Dziewczyna uniosła na mnie wzrok. W oczach miała łzy.
— Przez cały ten czas… myślałam, że jestem w tobie zakochana — wyszeptała. — Ale dopiero teraz… kiedy spędzamy tyle czasu we czwórkę… zdałam sobie sprawę, że to wcale nie byłeś ty. Ja… zakochałam się w Erenie. Od samego początku to był Eren.
Przyglądałem się jej przez dłuższą chwilę z niedowierzaniem. A potem nie wytrzymałem. Wybuchnąłem śmiechem. Tak szczerym i głośnym, że aż się zakrztusiłem.
— No to powodzenia ci życzę — wydusiłem z siebie, wciąż prawie dusząc się ze śmiechu. — Już ja byłem wystarczająco złym wyborem.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Siedzieliśmy na plaży, nad samym brzegiem morza. Złote światło zachodzącego słońca spływało po falach, malując je miedzią i bursztynem. Delikatny szum wody mieszał się z ciepłym, słonym wiatrem, który muskał mi policzki. Atmosfera była niemal oburzająco romantyczna… a ja potrafiłam myśleć tylko o tym, jak bardzo jestem zazdrosna po tym, co powiedział mi Kael.
Przez chwilę milczałam, wpatrując się w linię horyzontu. W końcu nie wytrzymałam.
— Lubisz Selenę? — zapytałam cicho.
Eren odwrócił do mnie głowę, a na jego twarzy pojawiło się niedowierzanie.
— Skąd ten pomysł?
— Słyszałam, że zawsze stajesz w jej obronie w szkole… i że spędzacie razem dużo czasu.
Eren spojrzał na mnie tak, jakby właśnie usłyszał coś absolutnie absurdalnego.
— I uznałaś, że robię to, bo ją lubię?
— A jaki jest inny powód? — odparłam, czując, jak w piersi rośnie mi nieprzyjemne napięcie.
Uśmiechnął się lekko kąśliwie, a potem powiedział coś, co sprawiło, że zrobiło mi się gorąco.
— Oczywiście, że ty. Wszystko robię dla ciebie. Uznałem, że nie chcesz, żeby ktoś ją dręczył.
Wszystko… dla mnie? Przypomniałam sobie to, co czytałam o naturalnej więzi, i nagle ogarnęło mnie zimne, nieprzyjemne przerażenie.
— Czy… naturalna więź to praktycznie jak niewolnictwo? — wyszeptałam. — Nie możesz beze mnie żyć?
Eren spojrzał na mnie dokładnie tak, jakby właśnie usłyszał coś wyjątkowo głupiego. I w tej samej chwili zdałam sobie sprawę, jak idiotycznie to zabrzmiało. Szczególnie wiedząc, że on bez wahania klęknie przede mną, jeśli będzie tego wymagała sytuacja… ale też potrafi pokazać, kto tu rządzi, kiedy uznaje, że robię coś naprawdę głupiego.
Młodzieniec westchnął cicho i odpowiedział ze szczerością, która obudziła w moim brzuchu stado szalonych motyli.
— Nie mógłbym bez ciebie żyć nawet wtedy, gdyby ta więź nie istniała.
Poczułam, jak coś ściska mi gardło.
— To dlaczego nie pojawiła się również po mojej stronie? — zapytałam cicho. — Kocham cię jak wariatka. To nie wystarczy?
Eren uśmiechnął się. Powoli, zadowolonym, prawie drapieżnym uśmiechem. Przyciągnął mnie mocniej do siebie i pocałował — głęboko, bez pośpiechu, jakby chciał, żebym na chwilę zapomniała o całym świecie.
Kiedy wreszcie się odsunął, musnął ustami moją skroń.
— Magia działa, jak chce — szepnął. — Ma swoje własne zasady. Po prostu się tym nie przejmuj. Wystarczy, że ty też mnie chcesz.
Wtuliłam twarz w zagłębienie jego szyi, czując, jak serce bije mi zbyt mocno. I choć strach wciąż gdzieś tam tlił się pod skórą… w jego ramionach, przy dźwięku fal i złotym świetle zachodzącego słońca, naprawdę chciałam mu uwierzyć.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Wracaliśmy do domu z Archipelagu Phoenixów. Siedziałam w fotelu biznes klasy, z nogami zgiętymi pod sobą, wpatrzona w ciemność za oknem. Pod nami rozciągał się ocean, a nad nim bezchmurne, gwiaździste niebo. Eren drzemał obok, a Kael przeglądał coś na tablecie. Wszystko było spokojne, niczym cisza przed burzą. A potem coś się zmieniło.
Najpierw delikatne drżenie. Potem wyraźniejsze. Światła w kabinie mignęły. Głos kapitana, zwykle spokojny, nagle zabrzmiał napięty. Samolot przechylił się lekko w bok, a potem… jakby ktoś mu urwał skrzydła.
Zaczęło się dziać wszystko naraz.
Alarmy. Krzyki. Poczucie, że żołądek wpada mi do gardła. Samolot runął w dół z taką siłą, że nie mogłam ruszyć się z fotela. Świat eksplodował. Uderzenie było jak ściana. Metalowy huk. Trzask. Coś ogromnego i ciężkiego wcisnęło mnie w fotel, a potem… wszystko się rozpadło, dosłownie.
Wypadłam z samolotu. Nie pamiętałam, jak. Po prostu poczułam, że jestem już poza maszyną. Powietrze uderzyło we mnie jak cios, a chwilę później wpadłam do wody. Zostałam wepchnięta pod powierzchnię z taką siłą, że aż mi się zakręciło w głowie. Ciężki fragment kadłuba — coś metalowego, ostrego, ogromnego — ciągnął mnie w dół, oplatając nogę i biodro. Nie miałam czasu być zaskoczona, że… nic mi nie jest. Nie czułam bólu ani krwi. Zamiast tego uderzyła we mnie panika.
Ciemność. Zimno. I ten pieprzony brak powietrza. Instynkt krzyczał, żebym zaczerpnęła oddechu, choć wiedziałam, że nie muszę. Ciało i tak próbowało. Gardło zacisnęło się, a w płucach zrobiło się pusto i piekielnie niewygodnie. Nie miałam pojęcia, gdzie jest góra, a gdzie dół. Woda napierała ze wszystkich stron, a ciężar wraku ciągnął mnie coraz głębiej.
Próbowałam się odepchnąć. Próbowałam kopnąć. Próbowałam cokolwiek. Ale ciemność była absolutna.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Eren
Widziałem, jak zaraz po zderzeniu z wodą samolot rozpada się na kawałki. Metal, plastik, fotele, bagaże — wszystko eksplodowało na boki w chaotycznej, mokrej chmurze. Ellie i Selena zostały wyrzucone w powietrze jak szmaciane lalki, a chwilę później woda wessała je pod powierzchnię.
Piekielnie bolało, ale nic mi nie było. Wiedziałem, że żaden człowiek nie przeżył tej katastrofy. Nikt. Wymieniłem szybkie, ostre spojrzenie z Kaelem. Obaj doskonale rozumieliśmy to samo — upadek nas nie zabił, ale w dalszym ciągu mogliśmy utonąć. W przeciwieństwie do wampirów stworzonych my, urodzeni, musieliśmy oddychać. Nie tak często jak ludzie. Dawaliśmy radę wstrzymać oddech na dziesięć, może piętnaście minut. Dłużej… to już była czysta, śmiertelna loteria.
Mimo to w pierwszym odruchu chciałem rzucić się do wody za Ellie. Rozsądek syczał, że nic jej nie grozi. Była stworzona, nie potrzebowała powietrza. Przeżyje niezależnie od tego, co zrobię. Ale instynkt rwał się we mnie jak rozszalałe zwierzę. Żądał, żebym natychmiast, teraz, już, był przy niej. Żebym ją znalazł, złapał, zapewnił, że jest bezpieczna.
I wtedy do mnie dotarło. Ellie nic nie groziło. Ale Selena… Selena na pewno tego nie przeżyje. A jeżeli Selena zginie, Ellie będzie nieszczęśliwa. Będzie się obwiniała. Będzie cierpiała.
Kael się nie zawahał. Jednym ruchem zrzucił buty i skoczył do wody. Patrzyłem, jak znika pod powierzchnią, i poczułem, jak w mojej piersi rośnie coś zimnego i wściekłego. Kael właśnie wykonał totalnie niepotrzebną czynność. Narażając własne życie rzucił się na ratunek Ellie — która wcale tego ratunku nie potrzebowała — zostawiając Selenę na pewną śmierć.
— Kurwa mać…
Przekląłem przez zęby i bez wahania skoczyłem za nim. Woda uderzyła we mnie zimnem i ciemnością. Otworzyłem oczy, ale prawie nic nie widziałem — tylko mętne, czarne głębiny i wirujące szczątki. Moje płuca od razu zaczęły domagać się powietrza, ale zignorowałem to. Miałem kilka minut. Więcej niż wystarczająco. Kopnąłem mocno wodę. Selena. Musiałem znaleźć Selenę.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Chłód. Panika. Samotność. Wszystko, w czym się pogrążałam, nagle zostało przerwane. Ktoś objął mnie mocno, prawie brutalnie, i pociągnął za sobą. Ciało uderzyło o ciało, a potem poczułam, że pędzimy w górę. Otworzyłam oczy.
Byłam zaskoczona. Widziałam. W tej ciemnej, mętnej wodzie widziałam całkiem wyraźnie — kontury, bąbelki, wirujące szczątki. Zastanowiłam się, czemu do cholery nie zrobiłam tego od razu.
Kael. To był Kael. Wyrywał nas na powierzchnię z taką siłą, jakby od tego zależało jego życie, a ja chwilę później zdałam sobie sprawę, że być może naprawdę zależało. Wybiliśmy się ponad fale. Powietrze uderzyło mnie w twarz, a Kael natychmiast zaczął łapać oddech. Głośno. Chrapliwie. Z trudem. Jego klatka piersiowa unosiła się gwałtownie, a w oczach miał coś dzikiego i zdesperowanego.
Dopiero wtedy przypomniałam sobie. On musiał oddychać. Ja… nie. A jednak tak bardzo się zaaferowałam, że nawet nie zauważyłam, kiedy moja magia podświadomie wyłączyła mi opcję oddychania. Po prostu przestałam. Jakby ktoś odciął zbędny nawyk.
Shit. Teraz już nie bałam się o siebie. Bałam się o niego. Rozejrzałam się nerwowo wokół, wśród czarnych fal i unoszących się szczątków. Gdzie był Eren? Gdzie była Selena?
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kael
To był czysty fart. Kilkanaście metrów od nas unosiły się drzwi awaryjne. Spojrzałem na Ellie. Nawet nie musiałem nic mówić — bez wahania ruszyła za mną. Dotarliśmy do nich, a ja niemal natychmiast znalazłem schowek. Wyciągnąłem z niego złożony w drobną kostkę ponton ratunkowy. Po chwili już się napełniał powietrzem i unosił na falach. Wdrapaliśmy się do środka.
Drżałem. Z wyczerpania. Z zimna. Z tego, jak bardzo moje ciało domagało się spokojnego oddechu i ciepła. Ale wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić na odpoczynek. Musiałem zająć się Ellie.
Wyciągnąłem ze schowka koce termiczne, złożone w małe, srebrzyste paczki. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, Ellie chwyciła mnie za rękę.
— Kael, przestań się ruszać — powiedziała stanowczo. — Jesteś na skraju wyczerpania.
— Nie…
— Po prostu pozwól mi się tym zająć.
Niepewnie skinąłem głową. Ellie zaczęła rozpinać moje ubranie. Zdjęła ze mnie mokre, ciężkie rzeczy i owinęła mnie kocem termicznym. Potem sama również się rozebrała i usiadła tuż przy mnie. Jej skóra była lodowata. Automatycznie objąłem ją ramieniem i otuliłem swoim kocem, przyciągając bliżej.
— Daj mi chwilę — powiedziała z determinacją. — Zmuszę tę cholerną moc, żeby wróciła do normy i sprawiła, że moje ciało znowu będzie ciepłe.
Uśmiechnąłem się blado, wciąż trzęsąc się z zimna.
— Jestem pewien, że potrafisz to zrobić.
I naprawdę potrafiła. Po chwili jej ciało stało się przyjemnie ciepłe. Niemal gorące. Przytuliłem ją mocniej, pozwalając, żeby to ciepło wsiąkało we mnie, rozluźniając napięte mięśnie i uspokajając oddech.
— Powinnam popłynąć poszukać Seleny i Erena… — odezwała się nagle.
Uniosłem nadgarstek i pokazałem jej srebrną koniczynkę, która wciąż delikatnie mieniła się na mojej skórze.
— Ani się waż — odparłem ostro. — Dzięki temu dokładnie wiedziałem, gdzie cię szukać. Była jak mała latarnia. Więc Eren też cię znajdzie. Poza tym… — dodałem ciszej — wyczułbym, gdyby coś mu się stało.
Ellie wciąż wyglądała na nieprzekonaną. Dlatego zamknąłem ją stanowczo w ramionach i nie zamierzałem puszczać.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Eren
Miałem rację. Selena tonęła. Wyciągnąłem ją z wody nieprzytomną, ciężką i lodowatą. Wciągnąłem ją na cokolwiek, co akurat unosiło się na falach — jakiś fragment skrzydła czy drzwi — i dryfowaliśmy. Godzinami. Czas stracił znaczenie, nic go nie miało. Ważne było tylko to, że kilka kilometrów dalej wyczuwałem obecność Ellie. Żywą. Pulsującą. Nie czułem jej przerażenia. Była bezpieczna.
Selena odzyskała przytomność dopiero po jakimś czasie. Była zdezorientowana, przerażona i całkowicie wyczerpana. Kaszlała słoną wodą, trzęsła się i patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, jakby nie do końca wierzyła, że wciąż żyje.
Jakiś czas później w pobliżu pojawił się jacht. Sprawiał wrażenie, jakby właśnie nas szukał. Ktoś wciągnął nas na pokład — dwóch rudowłosych wampirów z klanu Phoenix. Uniosłem wzrok. Nad nami stał Valerius.
— Zabierzcie ich pod pokład — powiedział spokojnie. — Niech napiją się krwi.
Wampiry przytaknęły, ale zdecydowanie nie traktowały nas jak ocalonych. Raczej jak… zakładników.
Pod pokładem zastaliśmy związanych ludzi. Część z nich była już martwa. Reszta patrzyła na nas z absolutnym, niemym przerażeniem.
— Wypijcie, ile potrzebujecie, a potem zabijcie swoje ofiary — chłodno odezwał się wampir, który nas tu przyprowadził. — Valerius nie chce zostawiać świadków.
Valerius nie chce zostawiać świadków… Co tu się, do licha, działo? Valerius kompletnie nie interesował się ludźmi. Traktował ich jak zwierzęta — nie przeszkadzali mu, a nawet dobrze było ich hodować. Ale nie zabijał ich bez potrzeby.
I co najważniejsze… nie wyczuwałem Ellie na pokładzie.
Napiłem się krwi. Wystarczająco, żeby częściowo odzyskać siły. Wiedziałem, że potrzebuję się ogrzać, przespać, a najlepiej też coś zjeść, ale zdawałem sobie sprawę, że to na razie nie było możliwe.
Wampir z klanu Phoenix przedstawił się.
— Jestem Rafa, piąte pokolenie. A to Patrick, szóste — wskazał towarzysza. — Pomóżcie mi pozbyć się pozostałych. Valerius życzy sobie, żeby na pokładzie nie było widać ani kropli krwi, kiedy stanie na nim jego córka.
Z trudem przełknąłem ślinę. Wyglądało na to, że Valerius, jak tylko zorientował się, co stało się z samolotem, przejął sobie losowy jacht… wraz z jego właścicielami i zmusił wampiry z klanu Phoenix do pomocy. To jednak nie było teraz ważne. Chciałem już zobaczyć Ellie. Na własne oczy upewnić się, że jest bezpieczna. Posłusznie wykonałem polecenie.
Selena, wciąż blada, drżąca i przerażona, czyściła smugi czerwieni z pokładu. Ale wyglądało na to, że po napiciu się krwi jej życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo.
Wpatrywałem się w ciemność za burtą i czekałem.
Nagle upadłem na kolana na deski pokładu. Valerius nawet nie musiał wydawać polecenia. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby moje ciało samo zareagowało i ugięło się przed nim. Podszedł bliżej. Jego srebrzyste oczy były lodowate.
— Jeszcze nigdy tak bardzo się na tobie nie zawiodłem — powiedział chłodno. — Zarzekałeś się, że będziesz ją chronił. Że zrobisz to lepiej niż Kael. I co?
— Zrobiłem to, czego ona by ode mnie oczekiwała — wydusiłem z siebie. — Ellie tak naprawdę nic nie groziło.
— Kael był innego zdania.
— Kael nie myślał trzeźwo — odparłem. — Po prostu rzucił się za Ellie do morza.
Valerius uniósł brew.
— Och? A ty zachowałeś się szlachetnie… i wybrałeś tę dziewczynę? — Wskazał na drżącą przy burcie Selenę. — Uznałeś, że jej życie jest ważniejsze od mojej córki?
Przecząco potrząsnąłem głową. Zdałem sobie sprawę, że kiedy chodziło o Ellie, do Valeriusa nie docierała żadna logika.
— To… nie tak — powtórzyłem. — Ellie nic nie groziło. To byłaby… nierozsądna decyzja.
Cholera. Trudno było argumentować z kimś, kto myślał wyłącznie kategoriami swojej córki. Sam nie byłem pewien, czy drugi raz udałoby mi się zdobyć na zrobienie tego samego. To nie tak, że chciałem uratować Selenę, bo była ważniejsza od Ellie. Uratowałem Selenę, bo nie chciałem, żeby Ellie obwiniała się o jej śmierć.
Valerius spojrzał na mnie z czymś, co bardzo przypominało pogardę.
— Takich właśnie priorytetów oczekuję — oznajmił ostro. — Nie obchodzi mnie, ilu wampirów przy tym zginie. Ani kto to będzie. Ważne, żeby Ellie czuła się komfortowo.
Poczułem silne uderzenie mocy. Moje ciało poleciało do tyłu i uderzyło o burtę z takim hukiem, że na moment straciłem orientację. Wiedziałem już, że Valerius mi tego nie wybaczy.
— Nie, proszę, oszczędź go! — krzyknęła Selena i próbowała zasłonić mnie sobą.
Miałem ochotę się roześmiać. Selena kompletnie nie znała Valeriusa. Wampir bez wahania uderzył w nią mocą jak w szmacianą lalkę. Dziewczyna przeleciała kilka metrów i uderzyła o reling.
— Jeśli jeszcze raz się wtrącisz — powiedział spokojnie — wyrzucę cię z powrotem za burtę i usunę cię z pamięci Ellie, żeby nie było jej z tego powodu przykro.
Poczułem, jak coś rozrywa mnie od środka. Jego moc uderzyła ponownie. Czysta. Niekontrolowana. Ból był nie do zniesienia. A w tym samym momencie do mojego umysłu zakradł się strach. Zimny. Przerażający. Gorszy niż cokolwiek, co mógł mi zrobić Valerius. Co jeśli Ellie uważała tak samo jak on i Kael? Co jeśli znienawidzi mnie za to, że ratowałem z morza Selenę… a nie ją?
