Rozdział 13 – Bohaterowie noszą maski
by Vicky
Lilien
W penthousie panuje cisza, która dotyka mnie bardziej niż jakikolwiek krzyk. Właśnie zamknęłam drzwi do gościnnego pokoju, w którym ułożyłam Ettiego do snu. Zasnął głęboko, zmęczony płaczem, z magicznym smokiem przyciśniętym do piersi i moją bluzą owiniętą wokół ramion, jakby to była ostatnia rzecz, która pachnie domem. Tym, którego już nie ma.
Wracam do salonu boso, bo buty zostawiłam w przedpokoju razem z krwią, która wciąż klei mi się do skóry pod paznokciami. Cassian stoi przy prowadzących do ogrodu na dachu drzwiach. Są otwarte, w oddali wyraźnie widać nocne miasto. W dłoni trzyma ogromnego, złocistego orła — duchowego posłańca, którego musiał przywołać chwilę temu. Ptak jest niemal przezroczysty, jego skrzydła drżą od magii, a w dziobie zaciska zwiniętą wiadomość.
— Leć do Imperium — mówi Cassian cicho, ale głos ma jak stal. — Znajdź Ashera. Niech dowie się o wszystkim, co się tu stało.
Orzeł kiwa głową, jakby rozumiał, i w jednej chwili rozpływa się w złotej smudze, znikając za szybą.
Odwracam się, zanim Cassian zdąży zobaczyć, jak drży mi broda. Ian dzwonił wcześniej — był w Europie, na jakimś cholernym spotkaniu biznesowym, które prawdopodobnie uratowało mu życie. Powiedział, że rzuca wszystko i wraca najszybciej, jak się da, ale najwcześniej będzie jutro rano. Zupełnie jakby jeden dzień mógł cokolwiek zmienić.
— Lili… — Cassian jest już przy mnie. Nie słyszałam, kiedy się zbliżył. Jego dłonie są ciepłe, gdy kładzie je na moich ramionach. — Zrobiłem ci herbatę. Chodź, przebierzesz się i umyjesz.
Nie protestuję. Pozwalam mu zaprowadzić się do łazienki. Delikatnie, jakbym była z porcelany, ściąga ze mnie zakrwawioną bluzkę.
— Mam wyjść? — pyta cicho, a ja przecząco kręcę głową.
Nie chcę zostawać sama.
On sam zdążył się umyć i przebrać, kiedy ja usypiałam Ettiego. Teraz spłukuje prysznicem moje ciało, a potem nalewa mi wody do wanny. Przez cały czas jest przy mnie.
Kiedy kończę się kąpać, owija mnie puchatym, białym ręcznikiem, a potem zanosi do sypialni — naszej sypialni, w której jeszcze wczorajszego wieczoru wszystko wydawało się… inne. Znika na chwilę, po czym stawia kubek z herbatą na szafce nocnej, wyciera mnie łagodnie i zakłada na mnie jedną ze swoich koszulek.
Kładzie mnie do łóżka, sam wślizguje się obok i przyciąga mnie do piersi. Jedną ręką głaszcze mnie po włosach, drugą rysuje powolne kręgi na moich plecach.
— Śpij, kochanie — szepcze mi w skroń. — Jestem tu. Nie zostawię cię samej.
Zamykam oczy, ale sen nie przychodzi. Nie jestem pewna, co właściwie czuję.
Rodzina Everhartów nie żyje. Mama, tata, dziadek, służba… Wszyscy. Tylko, że… prawie ich nie znałam. Byli jak dalekie, eleganckie cienie w moim życiu. Zresztą oryginalna Lilien wcale nie znała ich lepiej. Pojawiali się na święta, na oficjalne kolacje, uśmiechali się poprawnie i wracali do swoich spraw.
Jedyną osobą, z którą naprawdę zbudowałam więź, był Ethan. Mały Ettie, który przeżył tylko dzięki magicznej szkatułce od Ashera. Z tego powodu czuję ulgę tak wielką, że aż mnie mdli. Jednocześnie… czuję wściekłość. To moja wina. To wszystko przeze mnie.
Efekt motyla.
Zmieniłam coś w kanonie. Sprawiłam, że Cassiana wybrał mnie, zamiast Angelicy. Zakochałam się w Asherze. I świat książki odpowiedział. Krwią. Rzezią. Śmiercią.
Zaciskam palce na koszulce Cassiana tak mocno, że materiał się marszczy. Wściekłość pali mnie od środka jak trucizna. Powinnam płakać za rodziną, czuć żałobę, jednak zamiast tego czuję tylko gniew na tych, którzy są odpowiedzialni za ich śmierć. Jestem pewna, że z pomocą Cassiana i Ashera dopadnę ich prędzej czy później, a wtedy… Nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić.
Cassian całuje mnie w czoło, jakby wyczuwał burzę w mojej głowie.
— Cokolwiek się dzieje… jestem przy tobie — mówi cicho.
Kiwam głową, ale w środku krzyczę. Bo jeśli to naprawdę przeze mnie… to jak mam teraz spojrzeć w oczy Ianowi? Jak mam wyjaśnić, że moje wybory właśnie zabiły połowę naszej rodziny? Cieszę się, że przynajmniej Ethanowi udało się przeżyć, jednak to nie moja zasługa, tylko… Ashera.
Ash… Wyobrażam sobie co by powiedział i jak się zachował. Jestem pewna, że nawet nie próbowałby ukrywać ulgi, że to nie ja zginęła w tym domu. Natomiast… śmierć mojej rodziny nie zrobiłaby na nim najmniejszego wrażenia. Czy poczułby choć odrobinę empatii? Czy potrafiłby być dla mnie wsparciem, takim jak Cassian?
Cassian…
Odwracam się w stronę chłopaka, który wpatruje się we mnie zaniepokojony, ale wciąż w taki sposób, jakbym była jakąś boginią. Palcami przesuwam po jego policzku, a później wplatam je w jego włosy. Przez chwilę wpatrujemy się w siebie nawzajem, a potem przysuwam się, żeby go pocałować, a on natychmiast odwzajemnia mój pocałunek. Jak zawsze naszej bliskości towarzyszy niemalże fizyczne iskrzenie. Motyle w moim brzuchu wirują w dzikim tańcu.
W jednej chwili podejmuję decyzję.
Chociaż po tym, co się wydarzyło, argument, że dzięki bliskości będziemy znacznie silniejsi, do mnie przemawia, nie robię tego z jego powodu. Naprawdę pragnę bliskości Cassiana. Chcę też, chociaż na chwilę, zapomnieć o krwi i masakrze.
Siadam i wyjmuję z szuflady szafki nocnej fiolkę ze srebrzystym płynem.
— Co to? — pyta zaciekawiony chłopak.
Tak, jak kazała mi instrukcja, upijam niewielki łyk, a potem zamykam korek i odstawiam ją na szafkę nocną, a wciąż wilgotnymi od magicznego płynu ustami, całuję wargi Cassiana.
— Eliksir, dzięki któremu będąc razem nie zostawimy na ciele Asha takich blizn — mruczę cicho, przesuwając palcami po cienkich, ledwo już widocznych, liniach na jego brzuchu.
Chłopak przygląda mi się uważnie. Jest wyraźnie zaskoczony, ale doskonale wie, co to znaczy. Ponownie go całuję, ale tym razem nie zamierzam przerywać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Jej słowa toną w kolejnym pocałunku — miękkim, niemal nieśmiałym, a jednocześnie tak pełnym głodu, że czuję, jak całe moje ciało odpowiada drżeniem. Srebrzysty smak eliksiru rozlewa się po moim języku, chłodny i słodki jak nocna rosa, i wiem dokładnie, co to znaczy. Asher. Znowu on. Nawet teraz, kiedy jej usta są na moich, on jest tu z nami w tej jednej, pieprzonej fiolce.
Jednak nie chcę o nim myśleć. Zdecydowanie nie teraz.
Przyciągam ją bliżej, jedną ręką obejmując jej kark, drugą zsuwam po linii jej pleców pod moją koszulką, którą na nią włożyłem. Skóra Lili jest jeszcze ciepła po kąpieli, delikatna i wilgotna w zagłębieniach, jakby ciało pamiętało każdą kroplę wody, którą z niej spłukałem. Czuję, jak szybko bije jej serce.
— Lili… — szepczę w jej wargi, nie przerywając pocałunku.
Głos mi się łamie, bo w środku wszystko się we mnie kotłuje. Pragnę ją pożreć. Chcę ją chronić. Zrobię wszystko, żeby zapomniała o krwi, makabrycznych widokach, o tym cholernym domu, który już nie istnieje. Zamierzam być jedynym obrazek, który zostaje.
Powoli kładę ją na plecach. Materac ugina się pod nami cicho, jakby bał się zakłócić tę chwilę. Moje dłonie suną po jej udach — powoli, jakby prosiły o pozwolenie, choć wiem, że go nie potrzebuję. Jej nogi rozchylają się same, instynktownie, i czuję, jak magia więzi między nami ożywa — delikatne, złociste iskry tańczą pod skórą, tam gdzie tatuaż z jej imieniem pali żywym ogniem.
Całuję ją głębiej. Wolniej. Smakuję każdy oddech, każdy cichy dźwięk, który wydobywa się z jej gardła. Palcami kreślę leniwe ścieżki po jej brzuchu, zahaczam o krawędź koszulki i unoszę ją centymetr po centymetrze, aż materiał zbiera się nad piersiami. Nie spieszę się. Chcę zapamiętać każdy fragment jej ciała — to, jak drży, kiedy opuszkami muskam wrażliwą skórę tuż pod piersiami, jak jej oddech się urywa, kiedy schylam głowę i składam pocałunek na mostku.
— Jesteś moja — mruczę prosto w jej skórę, a głos mam niski, chrapliwy. — Tu i teraz… tylko moja.
Lili wplata palce w moje włosy i przyciąga mnie bliżej. Czuję, jak jej ciało wygina się pod moim dotykiem — nie gwałtownie, ale miękko, ufnie, jakby szukała we mnie kotwicy po tym, jak cały świat się rozpadł. Przesuwam dłoń niżej, między jej uda, powoli, czule, jakbym dotykał najdelikatniejszego szkła. Czuję, jak jest gorąca, gotowa, mokra od pożądania i łez, których jeszcze nie uroniła. Wchodzę w nią powoli — palcem, potem dwoma — i słyszę, jak cicho wzdycha moje imię.
Nie przyspieszam. Każdy ruch jest leniwy, głęboki, jakbyśmy mieli całą noc i cały świat tylko dla siebie. Magia więzi pulsuje między nami — ciepła, złocista, splatająca się z eliksirem w coś, co czuję aż w kościach. Jej biodra unoszą się w rytm moich palców, a ja pochylam się i całuję jej pierś, potem szyję, potem znowu usta — głęboko, jakbym chciał wchłonąć w siebie cały jej ból.
Jej oddech staje się szybszy, płytszy. Czuję, jak jej ciało napina się wokół moich palców, jak drży, jak cichy, zduszony jęk wyrywa się z jej gardła, gdy dochodzi — powoli, długo, jakby fala rozlewała się po całym jej ciele. Przytrzymuję ją mocno, całuję w skroń, w zamknięte powieki, w wilgotne policzki.
Kiedy opada z powrotem na poduszkę, drżąca i bez tchu, przyciągam ją do siebie. Kładę jej głowę na swoim torsie, otaczam ramionami i całuję we włosy. Magia więzi wciąż iskrzy cicho między nami — ciepła, kojąca, jak ochronna tarcza.
W środku czuję coś ciemnego i słodkiego jednocześnie. Dziś w nocy… dziś w nocy jest tylko moja. I niech świat z jej książki nie próbuje mi jej odebrać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Jestem zmęczony. Piekielnie wyczerpany. Wymiotuję przez połowę nocy, a mdłości dalej nie ustają. Biorę głęboki wdech. Czy oni wreszcie kiedyś przestaną?! Czuję się jak idiota. Sam nie wiem, czego się spodziewałem. Choć to ja ją do tego namawiałem, być może sądziłem, że będzie jej trudno się przełamać… że potrwa to trochę dłużej…
Z premedytacją nie zdradziłem jej całej prawdy. Owszem, dzięki eliksirowi na moim ciele nie pojawią się podłużne blizny, ani żadne inne fizyczne ślady po działaniu magii, ale wciąż czuję ból i dyskomfort, który pogłębia się tym bardziej, im intensywniej są ze sobą. Tej nocy, kiedy wyrzucam z siebie całą zawartość żołądka, jestem pewien, że Lili z Cassianem uprawiają seks i ta świadomość boli jeszcze bardziej, niż sam fizyczny aspekt więzi.
Imperium, po śmierci mojego ojca, jest w trakcie wojny domowej.
Siedzę na niskim stołku w wojskowym namiocie, którego płótno trzepocze na wietrze pustynnej nocy. Lampy oliwne rzucają długie, drżące cienie na mapy rozłożone na stole. Lucas stoi obok, ale ja go prawie nie widzę. Całe moje ciało jest napięte jak struna — każdy mięsień, każdy nerw pamięta dotyk, którego nie powinienem czuć. To nie jest zwykły ból. To coś intymnego, gorącego, obrzydliwie słodkiego. Jakby ktoś wbijał mi w brzuch rozgrzane ostrze i jednocześnie głaskał po skórze. Czuję każdy jej oddech. Każde drżenie jej ciała. Każde westchnienie, które nie jest moim imieniem.
Rozczarowanie pali mnie mocniej niż mdłości.
Moja czarodziejka. Moja Lili. Tak łatwo się ugięła.
Myślałem, że będzie walczyła. Chociaż przez chwilę poczuje, jak bardzo jest to… nie w porządku. A ona? Wzięła eliksir, który jej dałem, i poszła prosto w jego ramiona. Jakby to było najnaturalniejsze na świecie. Jakby moje słowa „Cassian musi stać się silniejszy” były pozwoleniem, a nie testem.
Zginam się wpół, opierając czoło o kolana. Ból faluje — gorący, pulsujący, rozchodzący się po kręgosłupie aż do karku. Oddycham przez zęby. Nie wydam z siebie żadnego dźwięku. Nie tutaj. Nie przed ludźmi, którzy myślą, że drugi książę Imperium jest zimny jak stal.
Wtedy słyszę szum skrzydeł.
Złocisty orzeł materializuje się tuż przy wejściu do namiotu — przezroczysty, lśniący magią Cassiana. Ptak patrzy na mnie bursztynowymi oczami, jakby wiedział dokładnie, co się dzieje w moim ciele. W dziobie trzyma zwinięty pergamin. Podlatuje bliżej, upuszcza list na moje kolana i rozpływa się w złotej smudze, nie zostawiając po sobie nic oprócz lekkiego zapachu ozonu.
Drżącymi palcami rozkładam pergamin. Słowa uderzają jak cios w splot słoneczny.
Rodzina Everhartów. Masakra. Krew na marmurze. Rozcięte gardła. Wyrwane serca. Ethan ocalony tylko dzięki magicznej szkatułce, którą mu dałem. Lilien w penthousie Cassiana — żywa, ale złamana.
Krew odpływa mi z twarzy. Namiot wiruje. Przez ułamek sekundy czuję tylko jedno — ulgę tak wielką, że aż mnie mdli. To nie ona. To nie moja Lili leży tam w kałuży krwi.
Potem przychodzi wściekłość — czysta, lodowata, ostra jak miecz, który noszę przy pasie. Wszystko inne przestaje się liczyć. Imperium może płonąć. Wojna domowa, starszy brat, macocha, tron — wszystko to jest tylko szumem. Jedyną rzeczą, która ma znaczenie jest ona, jej bezpieczeństwo.
Zaciskam palce na pergaminie tak mocno, że papier się marszczy. Ból więzi wciąż pulsuje, ale już nie czuję go w ten sam sposób. To nie jest zdrada czy słabość. To broń. Cassian właśnie stał się silniejszy, dzięki tej nocy, którą mu dała. A ja… ja mu na to pozwoliłem.
Mam nadzieję, że będzie na tyle silny, żeby pokonać wszystko, co może jej zagrozić. Bo jeśli on ma ją chronić, kiedy ja jestem tutaj, tysiące mil od niej, to niech weźmie wszystko, co mu mogę sprezentować. Nawet moje ciało, ból, moją dumę.
Nie wrócę. Nie mogę. Jeszcze nie teraz.
Jeśli cesarzowa zyska władzę totalitarną, nikt nie będzie bezpieczny. Ani ja. Ani Lili. Ani Ethan. Ani ktokolwiek, kto stanie jej na drodze. Jej sieć szpiegów i marionetek sięga zbyt głęboko. Jeśli teraz odpuszczę, jutro masakra w posiadłości Everhartów będzie tylko początkiem.
Wstaję. Kolana mam miękkie, ale głos mam jak stal.
— Lucas — mówię cicho, patrząc na mapy. — Zmieniamy plan. Atakujemy jutro o świcie. Wszystkie siły. Bez względu na straty.
Lucas unosi brew, ale nie protestuje. Wie, co oznacza ten ton.
— To będzie rzeź — mówi tylko.
— Wiem — odpowiadam, nie odwracając wzroku. — Niech będzie. Lepiej tysiąc trupów teraz niż milion później, kiedy ona będzie miała całą władzę.
Przyspieszę to. Za wszelką cenę. Nie dla tronu, korony czy pustych ambicji. Tylko po to, żeby Lili mogła spać spokojnie, a Cassian mógł ją chronić, nie oglądając się za siebie. Zamierzam sprawić by świat, do którego kiedyś wrócę, nie był już piekłem, w którym cesarzowa dyktuje, kto ma prawo żyć.
Ból w moim podbrzuszu faluje ponownie — mocniejszy, jakby magia więzi chciała mi przypomnieć, co właśnie robią. Uśmiecham się lekko, bez cienia wesołości. Dobrze. Niech bierze od niej wszystko, czego potrzebuje.
Wygram tę wojnę, a wtedy to ja będę mógł wrócić do niej. Nawet jeśli będę musiał spalić pół Imperium, żeby to zrobić.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ian
Samolot ląduje o świcie, a ja nie spałem od prawie dwudziestu godzin.
Eveline i Zac idą za mną krok w krok. Czarodziejka ma na sobie długi, czarny płaszcz, jest poważna i zamyślona. Jej partner milczy jak zawsze. Niedźwiedź duchowy Zaca sunie obok nas niewidzialny dla zwykłych ludzi, ale ja czuję jego ciężki oddech na karku. Zapłaciłem im duchowymi kamieniami — tymi samymi, które Asher podarował naszej rodzinie, z okazji tego, że został partnerem Lili. Nigdy nie myślałem, że będę ich używał w taki sposób.
Kiedy taksówka zatrzymuje się przed penthouse’em Cassiana Vale’a, serce wali mi jak po biegu. Lili. Ettie. Oboje żyją. Tylko to się liczy.
Drzwi otwiera Cassian. Wygląda… inaczej.
To już nie ten arogancki dupek, który przez lata łamał serce mojej siostrze. Stoi tam w prostej czarnej koszulce, włosy ma potargane, oczy podkrążone, ale ramiona ma napięte w sposób, który mówi — „nikt nie wejdzie do tego domu, jeśli ja na to nie pozwolę”. Za nim, w salonie, siedzi Lili — blada, owinięta w jego bluzę, z Ethanem wtulonym w jej bok. Mały śpi, ściskając tego cholernego magicznego smoka od Ashera.
Cassian nie mówi „cześć”. Nie wyciąga ręki. Po prostu odsuwa się i kiwa głową w stronę salonu.
— Jest bezpieczna — mówi cicho. — Oboje są.
I wtedy to widzę. Jak delikatnie kładzie dłoń na ramieniu Lili, kiedy wchodzimy. Jak jego palce muskają jej włosy, jakby sprawdzał, czy wciąż jest cała. Jak inaczej niż do tej pory patrzy na Ethana. Już nie jak na kłopotliwego dzieciaka, tylko jak na kogoś, kogo trzeba chronić za wszelką cenę.
Kurwa.
Nigdy za nim nie przepadałem. Nigdy. Jednak teraz… teraz stoi tu niczym mur i po raz pierwszy w życiu nie mam ochoty mu przyłożyć.
Eveline zatrzymuje się w progu. Jej oczy rozszerzają się lekko, gdy patrzy na Cassiana.
— To on? — pyta cicho, prawie bezgłośnie.
Zac tylko kiwa głową. Oboje wpatrują się w jego przedramię, na tatuaż, z imieniem Lilien.
— Może przywołać całą armię duchowych bestii — mruczy Eveline bardziej do siebie niż do mnie. — A twoja siostra… ma dwóch partnerów. Dwóch. W naszym świecie obydwoje są fenomenem.
Zac unosi brew. U niego to oznacza najwyższe zdziwienie.
Jednak najgorsze dzieje się chwilę później.
Cassian zdejmuje koszulkę, bo Eveline chce „zobaczyć całość więzi” przed tym, jak zaczniemy planować dalsze działania. Odwraca się plecami do nas i wtedy wszyscy zamieramy.
Na jego plecach, zajmując całą powierzchnię od karku po linię bioder, płonie feniks. Ogromny, złocisto-czerwony, z rozpostartymi skrzydłami, jakby właśnie miał wzbić się do lotu. Wszystkie inne tatuaże zniknęły. Został tylko on.
Lili wydaje z siebie cichy, zduszony dźwięk. Cassian zamiera.
— Co… — szepcze, odwracając głowę, jakby próbował sam siebie zobaczyć. — Tego nie… nie było tu wczoraj.
Ja też patrzę jak idiota. Feniks. Symbol odrodzenia. Eveline robi krok bliżej, jej palce drgają, jakby chciała dotknąć tatuażu.
— Niemożliwe, żeby to była zwykła więź — mówi powoli.
Cassian patrzy na Lili. Ona patrzy na niego. W ich oczach jest dokładnie to samo zaskoczenie, co w moich. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie wiem, co, do cholery, powiedzieć mojemu młodszemu rodzeństwu.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Szeroko otwartymi oczami wpatruję się w feniksa na plecach Cassiana. Jedna noc… zmieniła wszystko. Nie wiem tylko, jak to możliwe. W powieści „Róże i zaklęcia”, feniks pojawia się na samym końcu, po trzech latach nauki w Akademii i wielu wspólnych przygodach Angelicy i Cassiana. Na dodatek ukazuje się dopiero w momencie, gdy chłopak poświęca życie, by ratować ukochaną i pozwala mu wrócić do świata żywych. Później, dzięki niemu, pokonują imperatora-tyrana i…
Zamieram.
Uświadamiam sobie, jaką jestem idiotką. W książce ostatnim bossem była… macocha Ashera, która z cienia kontrolowała zasiadającego na tronie syna. Cassian i Angelica pokonali ją dopiero dzięki feniksowi, a teraz… Asher przeciwstawia się jej zupełnie sam. I chodź bez wątpienia ma ogromną siłę, to jednak, ta kobieta ma więcej niż jednego asa w rekawie.
Serce zaczyna mi walić jak oszalałe. Asher jest tam zupełnie sam. Bez wsparcia feniksa. Bez Cassiana u boku. Bez wiedzy, którą w książce zdobywali razem z Angelicą przez lata. Walczy z wrogiem, którego oryginalna wersja w historii została pokonała dopiero w finale, po ogromnych stratach i poświęceniu.
I to wszystko przeze mnie.
Moje palce drżą na ramieniu Cassiana. Feniks na jego plecach porusza się leniwie, jakby wyczuwał mój nagły lęk — skrzydła drgają pod skórą, a złocisto-czerwone pióra mienią się żywym ogniem. Czuję jego żar.
Co ja najlepszego narobiłam?
Jeśli macocha go pokona… jeśli jej intrygi i mroczna magia okażą się silniejsze niż wszystko, co Asher ma…
Nie. Nie mogę o tym myśleć.
Przytulam się do ramienia Cassiana, tuż obok pulsującego tatuażu. Skóra chłopaka jest gorąca. Prawie parzy. Czuję, jak jego mięśnie napinają się pod moim dotykiem — jakby wyczuwał burzę, która właśnie rozpętała się w mojej głowie.
— Lili? — pyta cicho, odwracając głowę. W jego głosie słychać troskę. — Co się dzieje?
Nie odpowiadam. Jak mam mu powiedzieć, że właśnie uświadomiłam sobie, że być może skazałam człowieka, którego kocham najbardziej na świecie, na śmierć… tylko dlatego, że za bardzo chciałam go uratować?
Nie zamierzam siedzieć bezczynnie. Mam gdzieś, czego żąda ode mnie Asher. Mam gdzieś jego szlachetne „Cassian musi być silniejszy”, jego kalkulacje i to, jak bardzo chce mnie trzymać z dala od Imperium. Mam gdzieś, że w jego planie mam być bezpieczna w ramionach kogoś innego.
Jeśli świat książki chce mnie ukarać za zmianę kanonu… to niech to zrobi, ale nie pozwolę, żeby to Asher zapłacił za moje wybory.