Rozdział 8 – Bohaterowie noszą maski
by Vicky
Asher
Demony wylewają się z pęknięcia jak czarna smoła. Studenci krzyczą, powietrze śmierdzi siarką i strachem. Lili… to przewidziała, a jednak nie miała pojęcia, że stanie się to tak wcześnie. Anomalia na terenie chronionej potężną magią Akademii, nie była czymś, co można tak po prostu przewidzieć i nigdy nie powinna się była tu pojawić.
Stoję za Lilien, z dłonią na jej ramieniu. Biały tygrys materializuje się za moimi plecami — ogromny, lśniący, gotowy do walki. Czuję jej moc w każdej komórce ciała. Jest taka silna, że mógłbym jednym ruchem oczyścić cały las.
Nie robię tego.
Niech walczą. Niech Cassian i reszta zużyją siły. Ja mam ważniejsze zadanie.
Kątem oka dostrzegam Lucasa. Walczy obok Angelicy, ale jego ruchy są zbyt precyzyjne, starannie wyćwiczone. Wiem, że czeka na sygnał.
Podnoszę dwa palce lewej dłoni — ledwo zauważalny gest, taki, który tylko on rozumie. Lucas odwraca ku mnie wzrok. Przez ułamek sekundy nasze spojrzenia się spotykają. Kiwa głową — krótko, przyzwyczajony do rozkazów — i natychmiast zmienia kierunek. Zostawia Angelicę samą i rusza w naszą stronę.
Doskonale.
Kiedy powiedziałem mu, jak podejść Angelicę, nie byłem pewien, czy to dobra decyzja. To ja mu poleciłem, żeby został jej partnerem. Potrzebowałem Cassiana przy Lilien, ale wiedziałem, że dziewczyna ze wszystkich sił będzie próbowała wepchnąć go w ramiona Angelicy. Lucas jest idealnym zabezpieczeniem — lojalny, dyskretny, i wystarczająco czarujący, żeby Angelica sama uwierzyła, że to ona go wybrała.
Teraz stoi przede mną, lekko pochylony, jakbyśmy nadal byli w pałacu.
— Paniczu — mówi cicho, prawie bezgłośnie. — Rozkazy?
Uśmiecham się ledwo zauważalnie.
— Trzymaj się blisko nas — odpowiadam tak samo cicho. — Nie pozwól, żeby cokolwiek jej się stało.
Lucas kiwa głową i zajmuje pozycję po mojej lewej stronie. Tygrys warczy nisko, tworząc wokół nas niewidzialną barierę.
Lili drży pod moją dłonią. Niech myśli, że to zwykła ochrona. Nie musi jeszcze wiedzieć, że właśnie rozgrywam partię, którą zaplanowałem już dawno temu.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Demony są wszędzie. Duchowe bestie walczą z gracją dzikich zwierząt, niczym artyści na scenie, która wydaje mi się nierzeczywista. Angelica woła Lucasa, ale on… on nagle odwraca się od niej i biegnie prosto do nas.
Nie waha się. Nie ogląda się za siebie.
Asher stoi za mną nieruchomo. Jego dłoń na moim ramieniu jest ciepła i stanowcza. Biały tygrys za jego plecami jest potężny — mógłby rozszarpać pół lasu — ale on go nie wysyła do walki.
— Ash… — szepczę, odwracając głowę. — Oni tam giną…
— Wiem — odpowiada spokojnie, niemal czule. — Dlatego ty zostajesz tutaj.
Lucas zatrzymuje się dwa kroki przed nami. Jest zdyszany, ale jego postawa… jest zbyt sztywna, niemal wojskowa.
Nagle pochyla głowę w ukłonie — krótkim, ale wyraźnym — i mówi cicho, tak cicho, że prawie nie słyszę:
— Paniczu.
Słowo uderza mnie jak piorun. Paniczu. Nie „Asher”. Nie „kolego”. Paniczu. Jakby Lucas był… służącym. Jakby Asher był kimś, kto ma nad nim władzę.
Lucas prostuje się i zajmuje miejsce po lewej stronie Ashera, jakby dokładnie wiedział, gdzie ma stać. Nie patrzy na Angelicę, która właśnie u boku Cassiana odpiera atak demona kilka metrów dalej. Patrzy tylko na Ashera jakby czekał na rozkaz.
Czuję, jak żołądek mi się skręca.
— Lucas… — mój głos jest ochrypły — dlaczego nie bronisz Angelicy?
Nie odpowiada. Patrzy na Ashera. Ten delikatnie ściska moje ramię.
— Bo dostał inne polecenie — mówi Asher cicho, prawie pieszczotliwie. — Cassian w razie potrzeby ochroni Angelicę. Teraz stój spokojnie, Lili. Tu jesteś bezpieczna.
W głowie mi wiruje. Asher znał Lucasa. Znał go na tyle dobrze, że Lucas zwraca się do niego „Paniczu”. Asher… podsunął mu Angelicę? To on zaplanował, żeby Lucas został jej partnerem? Żeby Cassian nie odszedł do niej? Żeby wszystko… zostało tak, jak Asher chciał?
Czuję zimny dreszcz na karku. Tego… z pewnością nie było w „Różach i zaklęciach”.
Asher przyciąga mnie bliżej do siebie. Tygrys warczy, tworząc wokół nas krąg, w który żaden demon nawet nie próbuje wejść.
Powinnam być wdzięczna. Powinnam czuć się bezpieczna. Dlaczego więc mam wrażenie, że właśnie zobaczyłam pęknięcie w masce, której dotąd nie chciałam zauważyć?
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Demonów jest coraz więcej. Nie tak miało być.
Lili mówiła, że pierwsze anomalie na terenie Akademii pojawiają się małe — kilkanaście słabych stworzeń, które studenci powinni ogarnąć bez większego problemu. A tu… powietrze gęstnieje od smrodu siarki, pęknięcie w granicy rozrasta się jak żywa rana, a z niego wylewają się kolejne fale. Większe. Silniejsze. Niektóre mają już prawdziwe ciała, nie są tylko cieniami.
Studenci i profesorowie nie dadzą rady. Wiem to od dobrych kilku minut. Chaos, krew na trawie — to nie walka, to rzeź. Akademia wysłała już gońca po Gwardię Imperialną, ale oni przyjadą najwcześniej za dwadzieścia, może trzydzieści minut. Do tego czasu…
Nie zamierzam ryzykować.
Tygrys kładzie się na ziemi jednym płynnym ruchem. Jego futro lśni błękitnym blaskiem, a ja czuję, jak cała jego moc pulsuje we mnie — gorąca, posłuszna, absolutna. Podnoszę Lilien i sadzam ją przed sobą. Jej ciało jest sztywne, ale nie protestuje jeszcze. Siadam za nią, oplatając ją ramieniem w pasie.
— Lucas.
Mój adiutant jest już przy nas. Bez słowa dosiada tygrysa za moimi plecami. Czuję jego obecność — cichą, zdyscyplinowaną, lojalną.
Tygrys wstaje. Ruszamy.
Las rozmazuje się wokół nas. Tygrys biegnie tak szybko, że demony nie nadążają. Kilka próbuje nas dopaść, ale jedno machnięcie ogromną łapą i zostają w tyle. Lilien najpierw milczy — tylko jej oddech jest szybki i płytki. Dopiero kiedy jesteśmy już daleko od pola bitwy, kiedy drzewa zaczynają rzednąć, a w oddali pojawia się granica między światami, odzyskuje rezon.
— Asher! — jej głos jest ostry, spanikowany. — Zatrzymaj się! Cassian tam jest! Angelica, wszyscy! Nie możesz ich tak zostawić!
Nie zwalniam.
— Zamknij się, Lili — mówię cicho, ale twardo. Moje usta są tuż przy jej uchu. — Najważniejsze dla mnie jest twoje bezpieczeństwo. Nie ich.
Czuję, jak sztywnieje w moich ramionach. Próbuje się odwrócić, ale trzymam ją mocno.
— Ale oni zginą! — krzyczy, a w jej głosie słychać, że tłumi łkanie. — Musimy im pomóc!
— Nie zamierzam narażać ciebie — odzywam się spokojnie. — Nie dla nich.
Przejeżdżamy przez granicę. Atmosfera świata pozbawionego magii uderza w nas jak zimna woda — ciężka, pozbawiona iskry. Tygrys zwalnia dopiero, kiedy docieramy do parku znajdującego się na terenie North Crown University. Zatrzymujemy się w cieniu drzew. Lucas zeskakuje za mną. Stawiam Lilien na ziemi. Jest blada, oczy ma szeroko otwarte, oddycha szybko.
— Zostaniesz tutaj — mówię, patrząc jej prosto w oczy. — Lucas będzie przy tobie. Nie ruszaj się nigdzie.
— Nie! — próbuje złapać mnie za rękę. — Ash, proszę… wróćmy po nich! Nie zostawiaj ich tam!
Przytrzymuję jej twarz w dłoniach — delikatnie, ale nie zostawiając miejsca na sprzeciw.
— Wrócę tam, jeśli obiecasz mi, że tu zostaniesz i nie zrobisz niczego głupiego — mówię cicho, bardzo spokojnie.
Całuję ją w czoło. Krótko. Stanowczo. Potem odwracam się do Lucasa.
— Pilnuj jej. Gdyby coś się działo użyj wszystkiego, co masz.
Lucas kiwa głową.
— Tak, Paniczu.
Nie patrzę już na Lilien. Wiem, że gdyby nasze spojrzenia się spotkały, zobaczyłbym w jej oczach coś, czego jeszcze nie chcę widzieć.
Wracam.
Tygrys materializuje się pode mną, gdy tylko przekraczam granicę z powrotem. Las znów jest pełen wrzasków i dymu. Uśmiecham się lekko. Czas skończyć to, co zaczęli inni.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lucas
Asher znika w granicy między światami. Tygrys rozwiewa się w powietrzu jak dym, a on sam przechodzi na drugą stronę bez jednego spojrzenia wstecz. Zostawia nas tu — mnie i ją — w pustym parku, po niemagicznej stronie kampusu, gdzie jedynymi dźwiękami są szum wiatru w koronach drzew i jej przyspieszony oddech.
Lilien stoi dwa kroki ode mnie. Drży. Jestem pewien, że nie ze strachu przed demonami. Ze strachu o przyjaciół.
Odwraca się do mnie gwałtownie. Oczy ma szeroko otwarte, mokre od łez, pełne furii i paniki.
— Lucas… co to miało być?! — jej głos łamie się już przy pierwszym zdaniu. — Dlaczego go posłuchałeś? Dlaczego nie bronisz Angelicy?! I czemu mówisz do niego „Paniczu”?!
Nie odpowiadam od razu. Stoję nieruchomo, ręce luźno przy ciele, tak jak mnie nauczono. Lojalność nie pozwala mi się zawahać, ale dostrzegam, że coś… coś jest nie tak.
Nie poznaję go.
Znam Ashera od lat. Znam go jako człowieka, który potrafi patrzeć, jak ktoś się wykrwawia, i nie mrugnąć. Lodowato zimny. Socjopatyczny w najczystszej formie. Nigdy nie robi niczego bez planu, nie kieruje się emocjami. A teraz… zostawił całe pole bitwy, bo „ona jest najważniejsza”.
To nie jest kalkulacja. To obsesja. Szczególnie, że jeszcze nie tak dawno planował pozbyć się jej, kiedy będzie już niepotrzebna.
— Lucas! — Lilien podchodzi bliżej, łapie mnie za rękaw mundurka. — Odpowiedz mi! Kim ty dla niego jesteś?! Dlaczego tak bardzo go słuchasz?
Patrzę na jej dłoń na moim rękawie. Mała. Drżąca.
W środku czuję coś, czego nie powinienem czuć. Niepokój. O nią.
— Jestem jego adiutantem — odpowiadam spokojnie, głosem wyuczonym przez lata. — Służę mu od dziecka. To wszystko, co musisz wiedzieć.
— Nie! — prawie krzyczy. — To nie jest „wszystko”! On cię nazywa „Lucas”, a ty mówisz do niego „Paniczu”! On cię odciągnął od Angelicy, a ty słuchasz bez zająknięcia! Dlaczego?! —Zaciska palce mocniej na moim rękawie. — Dlaczego jesteście tacy spokojni, kiedy wszyscy tam giną?!
Milczę przez sekundę. Dłużej niż powinienem. W głowie odtwarzam obraz z lasu — Asher, który nawet nie drgnął, gdy demon rozszarpał jednego z profesorów. Asher, który patrzył na mnie i wydał rozkaz jednym gestem dłoni. Asher, który patrzył na Lilien tak, jakby reszta świata była… nieistotna.
Nigdy nie widziałem go takim.
Nawet gdy zabijał. Nawet gdy zdradzał. Nawet gdy planował.
To jest nowe i zdecydowanie mnie niepokoi.
— Książę Asher podjął decyzję — mówię w końcu, starannie dobierając słowa. — Jego priorytetem jest twoje bezpieczeństwo. Zawsze będzie.
Lilien śmieje się krótko, niemal histerycznie.
— Bezpieczeństwo? — Patrzy mi prosto w oczy. W jej spojrzeniu jest błaganie i gniew jednocześnie. — Lucas… proszę. Powiedz mi prawdę. O co tu chodzi?
Zaciskam szczękę. Chcę jej powiedzieć. Chcę powiedzieć, że Asher, którego zna, to nie jest cały Asher. Ten prawdziwy jest lodowaty, potrafi poświęcić setki ludzi, jeśli to mu pasuje. Nigdy nie robi niczego z powodu emocji — wyłącznie z kalkulacji.
Ale teraz… teraz jest inaczej.
Teraz patrzy na nią tak, jakby była jedyną rzeczą na świecie, której nie chce stracić. I to jest najniebezpieczniejsze.
— Książę Asher jest moim panem — odpowiadam cicho, ale twardo. — Jest lojalny wobec ciebie. Bardziej niż wobec kogokolwiek innego.
Lilien cofa się o krok. W jej oczach pojawia się coś nowego. Niedowierzanie. Pierwszy cień prawdziwego niepokoju.
— A ty? — pyta szeptem. — Ty też jesteś mu lojalny… nawet jeśli to oznacza, że Angelica może tam zginąć?
Nie odpowiadam. Bo prawda jest taka, że tak. Jestem lojalny. W stu procentach. Jednak po raz pierwszy od bardzo dawna czuję, że ta lojalność… może kosztować życie kogoś, kto na to nie zasłużył.
Lilien siada na najbliższej ławce. Obejmuje się rękoma. Milczy. Tylko jej ramiona drżą. A ja stoję obok, tak jak mi kazano. Po raz pierwszy w życiu mam nadzieję, że Asher wróci szybko. Bo jeśli nie… nie wiem, jak długo jeszcze będę potrafił patrzeć jej w oczy i kłamać, że wszystko jest w porządku.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Walczę ostatkiem sił. Wilk i orzeł materializują się na zmianę, rozrywając demony, ale czuję, jak magia we mnie słabnie. Każdy oddech pali płuca. Ramiona drżą. Tatuaże na skórze pulsują, ale to nie jest ta sama moc, którą czułem poprzedniego dnia, gdy Lili mnie całowała. Tam była jej bliskość — jej usta, jej dłonie, jej oddech. To było jak paliwo. Tu jest tylko wyczerpanie.
Asher jest znacznie potężniejszy. Jego tygrys jest ogromny, lśniący, jakby cała moc Lilien skupiła się w nim jak w soczewce. Ja mam armię bestii, ale żadna nie jest tak silna jak jego jedna.
Właśnie wtedy go zauważam. Tygrys galopuje przez las z Lilien na grzbiecie. Asher siedzi za nią, ramieniem oplata ją w pasie, jakby była jedyną rzeczą na świecie, która ma znaczenie. Lucas siedzi za nimi.
Oddycham z ulgą tak głęboką, że aż boli. Ona jest bezpieczna. To jedyna myśl, która się liczy. Niech Asher ją zabiera, chroni ją. Ja tu zostanę i będę walczył, dopóki starczy mi sił.
Angelica krzyczy coś obok mnie. Demon — wielki, rogaty, z paszczą pełną kłów — rzuca się na nią. Zasłaniam ją własnym ciałem. Wilk materializuje się przede mną, ale jest już słaby. Pazury demona rozrywają mi ramię. Ból jest oślepiający. Upadam na kolana. Wilk znika. Orzeł próbuje jeszcze zaatakować, ale demon odtrąca go jak muchę. To koniec.
Czuję, jak kły zbliżają się do mojej szyi. I wtedy rozlega się ryk.
Biały tygrys ląduje między mną a demonem jak grom. Jedno uderzenie łapy i łeb potwora leci w krzaki. Asher zeskakuje z jego grzbietu. Nie patrzy na mnie. Wpatruje się w demona, jakby ten osobiście go obraził.
— Wstawaj — rzuca mi przez ramię, jakbyśmy byli na treningu.
Zaciskam zęby i podnoszę się z ziemi. Krew spływa mi po ramieniu.
— Myślałem, że uciekłeś — warczę.
Asher paruje atak kolejnego demona i uśmiecha się tym swoim lodowatym, irytującym uśmieszkiem.
— Uciekłem. Zostawiłem ją w bezpiecznym miejscu.
Zasłaniam Angelicę, która właśnie wstaje, blada jak ściana.
— I wróciłeś? — prycham. — Jakie to szlachetne.
Asher wbija miecz w kark demona i obraca się do mnie. Jego oczy są zimne, ale w kąciku ust drga coś, co prawie przypomina rozbawienie.
— Nie dla ciebie, Vale. Dla niej. Lili by mi nie wybaczyła, gdybyś dał się zabić.
Przez sekundę patrzymy na siebie. W jego spojrzeniu nie ma sympatii. Jest tylko zimna, pragmatyczna kalkulacja — i coś jeszcze. Coś, co mówi mi, że on też wie, że bez siebie nawzajem nie damy rady chronić jej tak, jak trzeba.
— No to pozbądźmy się tego cholerstwa — mówię ochryple, przywołując wilka z powrotem.
Asher kiwa głową.
Po raz pierwszy walczymy ramię w ramię. Dwóch mężczyzn, którzy wiedzą, że obaj są w niej zakochani… i że tylko jeden z nich może ją tak naprawdę zatrzymać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lucas
Siedzi na ławce w parku i patrzy na mnie tak, jakby właśnie zobaczyła ducha. Lilien Everhart — dziewczyna, która w ciągu ostatnich miesięcy wywróciła cały starannie ułożony plan księcia do góry nogami — nie odpuszcza. Oczy ma czerwone od łez i gniewu, ale głos jej nie drży.
— „Paniczu”? — powtarza po raz trzeci. — Naprawdę tak do niego mówisz? Lucas, kim ty właściwie jesteś?
Milczę przez chwilę. Lojalność każe mi kłamać. Niepokój — ten nowy, nieprzyjemny ciężar w piersi — każe mi przynajmniej nie okłamywać jej całkowicie.
— Jestem jego adiutantem — odpowiadam spokojnie. — Służę mu od jedenastego roku życia.
— Adiutantem? — parska krótkim, gorzkim śmiechem. — Brzmiało jak „niewolnikiem”. Albo psem.
Nie reaguję na prowokację. Patrzę tylko na nią. Jest taka mała w porównaniu z tym, co się właśnie dzieje po drugiej stronie granicy.
— Skąd go znasz? — naciska. — Asher nigdy o tobie nie wspominał. A ty… ty się przed nim kłaniasz.
Waham się. Tylko sekundę.
— Znam go dłużej niż ktokolwiek inny — mówię cicho. — Jeszcze zanim został tym, kim jest teraz.
Lilien pochyla się do przodu. Jej dłonie zaciskają się na krawędzi ławki.
— Opowiedz mi.
Milczę.
— Lucas. Proszę. — Głos jej łagodnieje, ale w oczach wciąż jest stal. — Znam jego historię. Wiem, co mu robili. Wiem o cesarzowej, o komnatach bez okien, o chłodzie i głodzie. Ale ty… ty jesteś z nim od początku. Powiedz mi, jaki on jest naprawdę.
Patrzę na jej twarz. Widzę w niej strach, ale też determinację. I coś jeszcze — tę samą iskierkę, przez którą książę stracił dla niej głowę.
Wzdycham bardzo cicho.
— Kiedy go poznałem, mieliśmy po jedenaście lat — zaczynam. — Byłem… prezentem dla cesarzowej. Żywym dowodem, na to, co dzieje się z rodzinami, które się sprzeciwiają. Bili mnie codziennie. Głodzili. Uczyli, że jestem nikim.
Lilien milczy. Słucha.
— Pewnego dnia kat podniósł bat po raz dziesiąty. Asher stał z boku i patrzył. Nie ruszył się, dopóki nie uznał, że to odpowiedni moment. Wtedy powiedział tylko: „Ten chłopiec należy teraz do mnie.” I tyle. Nikt nie zaprotestował. Drugi syn Imperatora wziął sobie zabawkę. — Uśmiecham się lekko, ale bez radości. — Od tamtej pory jestem jego własnością, ale on mnie chroni. Zawsze. W zamian wymaga tylko jednego — absolutnej lojalności.
Lilien przełyka ślinę.
— A Angelica? — pyta drżącym głosem. — To też był jego rozkaz, prawda? Nie wybrałeś jej sam. On ci kazał.
Patrzę jej prosto w oczy. Po raz pierwszy nie odwracam wzroku.
— Tak — przyznaję cicho. — To on mi rozkazał. Dał mi dokładne instrukcje, jak ją podejść. Jak sprawić, żeby więź powstała naturalnie. Chciał, żeby Cassian został przy tobie. Moja więź z Angelicą miała być… zabezpieczeniem.
Lilien zamyka oczy na chwilę. Kiedy je otwiera, są pełne łez, ale też czegoś ostrzejszego.
— Dlaczego? — szepcze. — Dlaczego zadał sobie tyle trudu?
Nie odpowiadam od razu.
W głowie mam obraz Ashera sprzed kilkudziesięciu minut — jak patrzył na Lilien, jakby była jedyną rzeczą na świecie, której nie może stracić. Jak zignorował całe pole bitwy, bo ona jest ważniejsza niż wszyscy inni razem wzięci.
— Bo dla niego nie jesteś częścią planu — mówię w końcu, bardzo cicho. — Ty jesteś planem. Całym planem. I po raz pierwszy w życiu książę Aurelian nie jest w stanie myśleć chłodno, kiedy chodzi o ciebie.
Lilien patrzy na mnie długo. Bardzo długo.
— Lucas… boisz się o mnie? — pyta nagle.
Nie kłamię.
— Tak — odpowiadam szczerze. — Po raz pierwszy od wielu lat boję się o kogoś poza nim.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Dlaczego w „Różach i zaklęciach” nie było ani słowa o Lucasie? Przymykam oczy, próbując sobie przypomnieć znajomą treść. Przed oczami staje mi pewien fragment. Po tym, jak oryginalna Lilien odrzuca Ashera, służba w willi próbuje go otruć, ale życie ratuje mu lojalny służący, którego znał od dziecka. Dostaje wybór — może wypić truciznę, albo pozwolić, żeby zrobił to Asher. Pamiętam, że się nie zawahał.
Wygląda na to, że moja akceptacja Ashera zmieniła również los Lucasa.
Podnoszę wzrok, gdy zauważam przelatującego przez granicę kruka — duchową bestię chłopaka.
— Wracają — oznajmia Lucas napiętym głosem. — Niedługo tu będą.
Czekam w napięciu, nie mając pojęcia, czego się spodziewać.
Wkrótce w parku pojawia się biały tygrys. Czuję niesamowitą ulgę. Asher wygląda na zmęczonego, ale jest cały. Do tego towarzyszą mu Cassian i Angelica.
Chcę podbiec, zarzucić mu ręce na szyję i znaleźć się w jego ramionach, ale blednę, kiedy mój wzrok pada na Cassiana. Na jego ciele dostrzegam wiele krwawiących ran, ale rozdarcie na boku wygląda na wyjątkowo groźne. Wciąż wypływa z niego krew. Asher pomaga mu usiąść na trawie, a ja natychmiast do nich podbiegam.
— Czy tym razem pozwolisz mi się wyleczyć? — pytam klękając przy chłopaku.
Cassian uśmiecha się do mnie blado i kiwa w odpowiedzi głową.
Ranię się w dłoń niewielkim nożykiem, który od jakiegoś czasu zawsze noszę przy sobie, a potem krwią dotykam jego ust. Drugą rękę kładę na torsie, tuż obok jego rany. Gdy uwalniam magię, krople mojej krwi zmieniają się w czerwone motyle i siadają na ciele chłopaka. Rana powoli się zasklepia, a zadrapania znikają. Cassian bierze głęboki wdech. Przytulam się do niego, nie zwracając uwagi na to, że wciąż jest pobrudzony krwią. Klęczę przy nim na trawie, a on oplata mnie ramionami.
— Już wszystko w porządku — odzywa się tuż przy moim uchu.
— Nic nie jest w porządku — odpowiadam mu szeptem. — Mogłeś tam zginąć!
Widzę, jak Lucas prowadzi Angelicę w kierunku ławki, a dziewczyna posłusznie podąża za nim. Siadają razem, a on ją przytula, jak gdyby nigdy nic. Zupełnie, jakby nie zostawił jej samej wśród hord agresywnych demonów.
Podnoszę wzrok na Ashera, ale ani o milimetr nie odsuwam się od Cassiana. Gdyby nie on… Angelica prawdopodobnie już by nie żyła. Czy to, że historia potoczyła się w ten sposób jest nie tylko moją winą, ale również i Ashera?
Blondyn stoi kilka kroków dalej, nieruchomy, z rękami w kieszeniach. Jego twarz jest spokojna — może nawet zbyt spokojna jak na kogoś, kto dopiero co wrócił z miejsca, gdzie ludzie walczyli o życie. Patrzy na mnie. Tylko na mnie. Jakby reszta świata — krwawiący Cassian, zapłakana Angelica, Lucas — była jedynie tłem.
Słowo „Paniczu” wciąż brzmi mi w uszach. Lucas powiedział to tak naturalnie, tak automatycznie, jakby przez całe życie wypowiadał to słowo. Natomiast Asher… on nawet nie mrugnął. Przyjął to jako coś oczywistego.
Zaciskam palce na podartej koszuli Cassiana. Serce bije mi za szybko.
Lucas. Asher kazał mu zostać jej partnerem, zafascynować ją. Wszystko po to, żeby Cassian nie odszedł i został przy mnie. Żeby wszystko ułożyło się dokładnie tak, jak Asher tego chciał.
Czuję, jak robi mi się zimno.
Asher rusza w naszą stronę. Jego krok jest spokojny, miarowy. Klęka obok nas, kładzie dłoń na moim ramieniu — ciepłą, opiekuńczą, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.
— Już po wszystkim — mówi cicho, patrząc mi prosto w oczy. — Jesteś bezpieczna.
Chcę mu wierzyć. Naprawdę chcę, ale w głowie wciąż słyszę tamto jedno słowo. Paniczu. I widzę, jak Lucas – jego lojalny cień – zostawił Angelicę samą wśród demonów, bo tak mu kazano.
Asher przesuwa kciukiem po moim policzku, ścierając smugę krwi albo łzy — nie wiem które. Uśmiecha się tym swoim oszczędnym, pięknym uśmiechem.
— Wszystko będzie dobrze, Lili.
Kiwam głową. Bo co innego mogę zrobić? Jednak po raz pierwszy odkąd tu trafiłam, czuję, że „wszystko będzie dobrze” brzmi jak ostrzeżenie, a nie obietnica.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Tym razem również z trudem panuję nad własną zazdrością, na twarz przywdziewając swoją wyćwiczoną latami maskę.
Patrzę na nią i czuję, jak coś we mnie pęka i na nowo się scala — za każdym razem coraz mocniej.
Lilien.
Jej imię wbija się pod moje żebra jak hak. Nie da się go wyrwać, nie da się go zignorować. Próbowałem. Na początku myślałem, że będzie tylko narzędziem — potężna czarodziejka z niemagicznego świata, idealna tarcza przeciwko Imperium. Plan był czysty, logiczny, bezpieczny.
A potem ona na mnie spojrzała.
Nie jak na bękarta.
Nie jak na zagrożenie.
Nie jak na narzędzie.
Spojrzała na mnie tak, jakby mnie wybrała i właśnie wtedy wszystko się rozpadło.
Przez całe życie uczono mnie, że pragnienie to słabość. Cesarzowa wbijała mi to do głowy latami — zimną wodą, głodem, ciszą tak głęboką, że słyszałem bicie własnego serca. „Bękarty nie mają prawa niczego pragnąć.” Uśmiechałem się wtedy, dziękowałem i uczyłem się kontrolować każdy oddech. Jednak teraz nie kontroluję już niczego.
Lilien jest jedyną osobą, która kiedykolwiek spojrzała na mnie i powiedziała „tak” bez przymusu, strachu, kalkulacji. Wybrała mnie. Mnie — tego, którego wszyscy inni traktowali jak cień i ta jedna rzecz jest silniejsza niż cała magia, którą mi daje.
Dlatego nie mogę jej puścić.
Nie mogę pozwolić, żeby ktoś inny ją dotknął.
Nie mogę pozwolić, żeby ktoś inny ją chronił.
Nie mogę pozwolić, żeby ktoś inny ją miał.
Jej bliskość jest jak narkotyk — im więcej jej dostaję, tym bardziej czuję, że tracę nad sobą panowanie… i tym bardziej jej pragnę. Tygrys we mnie warczy za każdym razem, gdy Cassian jest blisko. Wiem, że to irracjonalne. Zdaję sobie sprawę, że go potrzebujemy, ale gdy widzę jej dłoń na jego skórze, gdy obserwuję, jak się do niego uśmiecha…
…chcę go zabić.
I jednocześnie wiem, że nie mogę. Bo ona by mi nie wybaczyła.
Więc uśmiecham się. Kontroluję. Planuję.
Trzymam ją tak blisko, jak tylko się da, i jednocześnie buduję wokół niej klatkę tak piękną, że nigdy nie zauważy krat. Bo Lili nie jest już tylko dziewczyną, którą chcę mieć. Lili to jest jedyna rzecz na tym świecie, która sprawia, że czuję się cały. I prędzej spalę Imperium, niż pozwolę jej odejść.