Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Niechcący zostałam wampirzą księżniczką

    Bal na cześć księżniczki

    Kael

    Rankiem przed balem przyjechaliśmy z Erenem moim samochodem do rezydencji rodziców na obrzeżach miasta. Już od bramy było widać, że to nie będzie zwykłe przyjęcie. Służba uwijała się jak w ukropie — ktoś wnosił skrzynie z kwiatami, ktoś inny poprawiał girlandy, a przed głównym wejściem stały już przygotowane limuzyny. Elegancja aż kłuła w oczy. Podejrzewałem, że na liście gości znajdzie się kilkaset osób. Może nawet kilka tysięcy. Cała elita klanu Azure, a pewnie też przedstawiciele Luny, Phoenix, Silverfox i Panteonu. Pięć największych klanów w jednym miejscu. Valerius najwyraźniej nie żartował, kiedy mówił, że chce przedstawić Ellie oficjalnie.

    Ledwo zdążyliśmy wysiąść z samochodu, a już złapała nas matka. Violette wyglądała na szczerze przerażoną. Twarz miała bledszą niż zwykle, a w jej oczach czaił się niepokój, który rzadko u niej widywałem.

    — Co zrobiliście tej dziewczynie, że Valerius tak jawnie chce się was pozbyć?! — syknęła, chwytając nas obu za ramiona.

    Spojrzałem na Erena. On spojrzał na mnie. Nasze wyrazy twarzy mówiły to samo.

    — Co?!

    Violette zmarszczyła brwi, jakby nie mogła uwierzyć, że naprawdę nie rozumiemy.

    — Polecił nam zaprosić wszystkie pełnoletnie urodzone wampiry z klanu Azure — powiedziała napiętym głosem. — Zaproszenia bez możliwości odmowy. Słyszałam, że ta dziewczyna jest wyjątkowa… że picie waszej krwi wzmacnia jej moc. A on zaprosił wszystkich. Wszystkich. Jakby chciał, żeby miała w czym wybierać.

    Poczułem, jak coś zimnego spływa mi po kręgosłupie. Żeby miała w czym wybierać. Eren obok mnie stężał. Jego aura, którą zwykle potrafiłem wyczuć nawet bez patrzenia, zrobiła się nagle ostra i niebezpieczna.

    Stałem, wpatrując się w matkę, i próbowałem ogarnąć sens jej słów. Valerius zaprosił wszystkich urodzonych. Nie tylko nas. Wszystkich. Jakbyśmy byli… opcją. Jedną z wielu. Poczułem, jak w mojej piersi rozlewa się coś gorącego i bardzo nieprzyjemnego.

    — To niemożliwe — wydusiłem z siebie. — Valerius nie…

    — Valerius zrobił dokładnie to — ucięła nasza matka. — I jeśli macie choć odrobinę rozumu i naprawdę jej niczym do siebie nie zraziliście, to dzisiaj wieczorem będziecie trzymać się blisko tej dziewczyny. Bo jeśli ktoś inny się jej spodoba…

    Nie dokończyła. Nie musiała. Spojrzałem na Erena. Zobaczyłem w jego oczach dokładnie to samo, co czułem ja. To nie był już tylko bal. To było polowanie.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Eren

    Kiedy ją zobaczyłem, zaparło mi dech. Szła, a może raczej płynęła, u boku Valeriusa.  Weszli jako ostatni i oczywiście zrobili wrażenie, jakiemu nikt inny nie był w stanie dorównać. Ellie miała na sobie ciemnoczerwoną suknię, która przy każdym kroku lśniła niczym świeża krew. Włosy upięła wysoko, tylko kilka kosmyków swobodnie spływało jej po lewym ramieniu, muskając porcelanową skórę. Valerius szedł tuż obok niej — jak zawsze elegancki, spokojny, z tą swoją anielską urodą, która nigdy nie przestawała być groźna. Wyglądał jak anioł, który postanowił osłonić ją skrzydłami.

    A ja stałem w tłumie. I piekielnie tego nienawidziłem. Chciałem być u jej boku, jak ktoś, kto ma do tego pełne prawo.

    Weszli na podwyższenie. Szepty ucichły. Muzyka urwała się w pół taktu. Valerius stanął prosto, a jego głos, choć spokojny, wypełnił całą salę bez najmniejszego wysiłku.

    — Przedstawiam wam Ellie Aurelian — powiedział. — Moją córkę. Moją dziedziczkę. Krew z mojej krwi. Jest jedyną wampirzycą drugiego pokolenia w klanie Azure.

    Na chwilę zapadła absolutna cisza. A potem klan Azure eksplodował. Oklaski, okrzyki, podziw, prawdziwa, nieokiełznana radość. Patrzyli na nią jak na coś, czego wcześniej nie potrafili sobie nawet wyobrazić. Ich księżniczkę. Ich nową przyszłość.

    Z kolei wampiry z innych klanów… zamarły. Widziałem to wyraźnie. Przerażenie. Kalkulację. Nagłe zrozumienie, że układ sił, który przez lata wydawał się względnie stabilny, właśnie runął. Bo Valerius nigdy wcześniej się nie wtrącał. Nawet kiedy jego własny klan potrzebował ochrony, pozostawał w cieniu. W innych klanach nie było nikogo tak potężnego, jak on. Jednak teraz oficjalnie uczynił Ellie swoją dziedziczką. Dał jej własne nazwisko. Ugruntował pozycję. Wampirzyca, która narodziła się bezpośrednio z jego krwi. To zmieniało wszystko.

    Spojrzałem na nią. Stała prosto, blada i piękna w świetle żyrandoli, a ja miałem wrażenie, że patrzę na boginię, która właśnie zeszła między śmiertelników. Serce biło mi zbyt mocno. W piersi rozlewało się coś gorącego, prawie bolesnego.

    Od kiedy ją po raz pierwszy zobaczyłem, wiedziałem, że zrobię wszystko. Wszystko, żeby móc kiedyś stanąć u jej boku. To nie było nierealne życzenie, tylko że… teraz, kiedy ją naprawdę poznałem nie chciałem po prostu być obok niej. Pragnąłem stać się całym jej światem, stanąć dokładnie tam, gdzie teraz stał Valerius.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Ellie

    Tłum i przepych przytłaczały mnie od pierwszej chwili. Sala balowa tonęła w eleganckich kwiatach, a setki spojrzeń wbijały mi się w skórę niczym kolce róż. A jednak… stojąc u boku Valeriusa, czułam się zaskakująco pewna siebie. Jego obecność działała jak niewidzialna tarcza. Jakby samo to, że był obok, wystarczało, żebym mogła oddychać spokojnie.

    Czytanie aur stawało się coraz prostsze. Było teraz prawie jak oddychanie. Nie musiałam się już tak bardzo skupiać — informacje same napływały, miękkie i wyraźne. I cholera, jak bardzo mi się to podobało. To była najlepsza ściąga behawioralna, jaką mogłam sobie wymarzyć.

    Kiedy podeszła do nas starszyzna klanu Azure, uniosłam brodę odrobinę wyżej. Uśmiechnęłam się chłodno, z lekką, prawie niedbałą pewnością siebie. Mówiłam to, co najbardziej chcieli usłyszeć, w sposób, który nie zostawiał wątpliwości, kto tu stoi wyżej w hierarchii. Zachowywałam się, jakby wszystko, co mnie spotkało, po prostu mi się należało. I dawałam im to odczuć każdym spojrzeniem, każdym spokojnym, miarowym słowem. Ich aury reagowały natychmiast — mieszaniną respektu, podziwu i lekkiego niepokoju. Byli mną szczerze zachwyceni. 

    Valerius stał obok mnie, spokojny jak zawsze. Wyczuwałam w nim zarówno dumę, jak i lekkie rozbawienie. Miałam nadzieję, że podobało mu się, jak bardzo skutecznie gram rolę, której ode mnie oczekiwano.

    Wokół nas kłębił się tłum. Czułam wyraźnie, jak bardzo wszyscy chcieliby zamienić z nami choć kilka słów. Na szczęście starszyzna — najwyraźniej za cichym przyzwoleniem Valeriusa — nikogo do nas nie dopuszczała. Byłam im za to wdzięczna, choć na zewnątrz pozostałam chłodna i niedostępna. Czułam się już wystarczająco wykończona tą grą.

    Po jakiejś godzinie Valerius delikatnie położył mi dłoń na plecach.

    — Chodźmy — powiedział cicho. — Odpoczniemy od tłumu.

    Poprowadził mnie korytarzem w stronę prywatnych pokoi wypoczynkowych. Im dalej byliśmy od sali balowej, tym lżej mi się robiło, choć wciąż utrzymywałam wyprostowane plecy i spokojny wyraz twarzy. 

    Kiedy drzwi zamknęły się za nami, w pokoju czekali na nas gospodarze. Z zaciekawieniem przyjrzałam się obliczom rodziców Kaela i Erena. Szybko zdałam sobie sprawę, że choć próbują wyglądać na neutralnych, tak naprawdę w środku byli śmiertelnie przerażeni. Nie miałam jednak pojęcia dlaczego, przecież… wszystko odbywało się wręcz idealnie. 

    Valerius usiadł w fotelu, a ja zajęłam miejsce obok niego, dokładnie tak, jak powinnam — z godnością, bez pośpiechu, jak ktoś, kto od zawsze wiedział, że właśnie tu jest jej miejsce.

    Atmosfera zrobiła się gęsta od napięcia, którego nie potrafiłam do końca nazwać. Violette i Heinrich Rosewood, wampiry z piątego pokolenia, zaledwie o pokolenie niższego od starszyzny klanu, stali prosto, ale w ich postawie było coś sztywnego. Jakby przygotowywali się na najgorsze.

    A potem… ku mojemu absolutnemu zdumieniu… oboje opadli na kolana.

    — Mistrzu… — głos Heinricha był niski i napięty. — Błagamy. Oszczędź nasze dzieci.

    Poczułam, jak Valerius obok mnie lekko drgnął. Krótkie zaskoczenie, które szybko przykrył spokojem. On… najwyraźniej również się tego nie spodziewał. 

    — Skąd pomysł, że wypadli z moich łask? — zapytał chłodno, ale bez złości.

    Heinrich uniósł głowę, wciąż klęcząc.

    — Panie, zaprosiłeś dla swojej córki wszystkie zrodzone wampiry z klanu Azure.

    Valerius zaśmiał się krótko, cicho, sprawiał wrażenie niemalże rozbawionego. I wtedy wiedziałam już, że to nieporozumienie.

    — Wstańcie — powiedział spokojnie.

    Violette i Heinrich posłusznie podnieśli się z kolan, choć wciąż wyglądali na napiętych.

    — Źle to zinterpretowaliście — kontynuował Valerius. — Zaprosiłem ich właśnie przez wzgląd na wasze dzieci. Ellie potrzebuje krwi urodzonych wampirów. Ludzka krew jej nie służy. Jednak jeżeli będzie ją brała tylko od Kaela i Erena… to ich mocno osłabi. A tego nikt by nie chciał, prawda? — Zamilkł na chwilę, po czym dodał ciszej, prawie łagodnie — Ellie za bardzo się do nich przywiązała.

    Twarze Violette i Heinricha wypełniła niewysłowiona ulga. Ramiona im opadły, a w oczach kobiety pojawiły się nawet łzy, których nie zdążyła od razu ukryć. Heinrich przełknął ślinę i nisko skłonił głowę.

    — Dziękujemy, mistrzu — wydusił z siebie.

    Valerius skinął lekko głową, jakby cała sprawa była już zamknięta. Siedziałam obok niego, czując, jak w moim wnętrzu rozlewa się dziwne, ciepłe uczucie. On naprawdę to przemyślał. Wziął pod uwagę Kaela i Erena. I… mnie. Po raz kolejny okazało się, że Valerius o kilka kroków wyprzedza wszystkich wokół.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Ellie

    Obydwaj tego wieczoru wyglądali obłędnie. Ale przede wszystkim… wyglądali dokładnie tak samo. Ten sam elegancki, czarny garnitur, tak samo gładko zaczesane do tyłu włosy, ta sama postawa. Jakby znowu planowali udawać jeden drugiego. Poczułam, jak w żołądku coś mi się nieprzyjemnie zaciska. 

    W ciągu kilku ostatnich dni Eren i ja spędzaliśmy wspólnie każdy wieczór. Niejednokrotnie nieświadomie się przede mną odsłonił i byłam niemal pewna, że czuje dokładnie to samo, co ja, więc dlaczego teraz… Nie! Nie zamierzałam uciekać przed konfrontacją. Dawna Ellie na pewno by tak zrobiła, ale nie ta Ellie, którą stawałam się przez ostatnie tygodnie. Pozwoliłam sobie na emocję, którą dokładnie teraz powinnam czuć — palącą, wypełniającą mnie złość. 

    Przyglądałam się, jak Eren rozmawiał z Seleną, a palce dziewczyny przesuwały się po jego przedramieniu w zdecydowanie zbyt poufały sposób. Stłumiłam w sobie iskierki zazdrości. Wolałam czuć wściekłość. Ona płonęła, jak ogień, spalając wszystko inne. Wzięłam głęboki oddech i bez wahania podeszłam do stolika na uboczu, przy którym siedzieli.   

    — Idziemy! — warknęłam do Erena.  

    Spojrzał na mnie lekko zaskoczony, ale posłusznie wstał. Selena również zerwała się z miejsca. Po chwili zdałam sobie sprawę, że cała się trzęsie z bezsilnej wściekłości. Wiedziała już, że i tak wezmę sobie to, czego chcę, a ona nie będzie mogła nic z tym zrobić. 

    — Dlaczego mu rozkazujesz?! Czemu nie chcesz pozwolić nam być razem?! — spytała rozpaczliwie. — Przecież sama zapewniałaś mnie, że tylko się przyjaźnicie z Kaelem — jęknęła już niemal płacząc.  

    — Selena, gdzie ty masz oczy? — warknęłam na nią rozeźlona. — Nie potrafisz rozpoznać własnego chłopaka? To jest Eren — wyciągnęłam dłoń, biorąc go za rękę — nie Kael. 

    Szok na jej twarzy był niemal komiczny. 

    — Co?! 

    Podniosłam wzrok i zdałam sobie sprawę, że Eren wpatruje się w mnie, jak w boginię. Zdecydowanie wolałam jego sarkazm niż ten rozmarzony wyraz twarzy. 

    — Ogarnijcie się — warknęłam do nich obojga.  

    Eren oplótł mnie ramionami i przyciągnął do siebie zaborczo. 

    — Kocham cię, Ellie — oznajmił wyraźnie rozpromieniony.

    No, po prostu cudowny moment wybrał sobie na takie wyznania! Mimo to… poczułam jak się rozpływam. Tylko, że w tym momencie wcale nie chciałam tego czuć! 

    Selena patrzyła na nas z szeroko otwartymi ustami. 

    — Ile razy? — spytała łamiącym się głosem. — Jak często mnie oszukiwaliście? 

    — Właśnie… — spróbowałam go od siebie odepchnąć, ale mi na to nie pozwolił. — Ile razy umawiałeś się z Seleną za moimi plecami i co razem robiliście? — spytałam podejrzliwie. 

    Chłopak pochylił się i wtulił twarz w moją szyję, zostawiając na niej delikatne pocałunki. 

    — Zawsze byłem grzeczny, przysięgam — zamruczał. — Przecież wiesz, że dla mnie istniejesz tylko ty. Nie mam ochoty dotykać nikogo innego. 

    Przeklęte wampirze umiejętności! Przez nie nawet nie mogłam się dłużej złościć, bo miałam pewność, że w jego słowach nie ma ani cienia kłamstwa, szczególnie teraz, kiedy Eren odsłonił się przede mną niemal całkowicie. 

    Patrzył na mnie tak, jakby właśnie zobaczył coś, czego nie potrafił nazwać. Zauroczony. Skupiony tylko na mnie. A ja… czułam wyłącznie irytację.

    — Jeżeli ponownie zobaczę cię w takiej dwuznacznej sytuacji z Seleną — powiedziałam cicho, ale bardzo wyraźnie — to więcej się do ciebie nie odezwę. Jeśli chcesz, żebyśmy byli razem, to domagam się bycia jedyną dziewczyną w tym związku. Jeśli nie, to cóż… po prostu powiedz mi to prosto w oczy. 

    Eren zamarł, a ja zdałam sobie sprawę, że powiedziałam zdecydowanie za dużo. Co, jeśli wcale nie tego chciał? Jeśli powie mi, że to za szybko, albo, co gorsza, że nie ma ochoty być tylko ze mną? Czy… potrafiłabym teraz tak po prostu odpuścić?

    Przez ułamek sekundy na jego twarzy malowało się czyste, niedowierzające zaskoczenie. A potem… uśmiechnął się. Szeroko. Prawdziwie. Jakby właśnie dostał prezent, o którym nawet nie śnił.

    Zanim zdążyłam cokolwiek dodać, złapał mnie za dłoń i wyprowadził z sali balowej. Mijaliśmy korytarze, schody, kolejne drzwi, aż w końcu zatrzymaliśmy się w jakimś bocznym, przyciemnionym korytarzu. Wokół było pusto. Światła były tu przygaszone celowo — najwyraźniej po to, żeby przypadkowi goście tu nie zaglądali.

    Eren odwrócił się do mnie. A potem przycisnął mnie do ściany i pocałował. Jakby jutra miało nie być.

    Wreszcie! Wreszcie mnie pocałował. I nikt nam nie przerwał. Nikt nie wszedł. Nikt nie zawołał żadnego z nas. Świat nagle skurczył się do ciepła jego ust, do jego dłoni na mojej talii, do tego, jak mocno i jednocześnie delikatnie mnie trzymał. Poczułam się jak we śnie. Całe moje zdenerwowanie związane z balem, z prezencją, z tym, że mam być „córką Valeriusa” — wszystko to po prostu zniknęło. Widziałam tylko jego.

    Motyle w brzuchu to było zdecydowanie za mało powiedziane. To była eksplozja supernowej. Całowanie się z nim okazało się jeszcze lepsze niż picie jego krwi. Cholera. Naprawdę.

    Całowaliśmy się tak przez dobrych kilkanaście minut, kiedy nagle ktoś za naszymi plecami odchrząknął.

    Eren natychmiast odsunął się tylko na tyle, żeby zasłonić mnie sobą. Ja, niesamowicie zawstydzona, ostrożnie wychyliłam się zza jego ramienia.

    I napotkałam wzrok jego rodziców.

    Violette i jej mąż stali kilka kroków dalej. Ona miała dłoń przy ustach, jakby próbowała powstrzymać uśmiech. On wyglądał na odrobinę zaskoczonego, ale w jego oczach było też coś miękkiego. Niemal… zachwyconego.

    — Chodźmy do gabinetu — ojciec Erena zaprosił nas spokojnie, wykonując przy tym zamaszysty gest. — Musimy porozmawiać.

    Eren przez chwilę jeszcze stał nieruchomo, jakby ważył opcje. Potem jednak skinął głową, złapał mnie mocno za rękę i poprowadził za rodzicami. Szłam obok niego, wciąż czując na ustach smak jego pocałunku i myśląc o tym, że to zdecydowanie najlepszy bal, jaki mogłam sobie wymarzyć.

    Weszliśmy do luksusowego gabinetu. Violette wskazała nam skórzaną, brązową kanapę i usiedliśmy. W gabinecie przyjemnie pachniało starym drewnem. Rozejrzałam się wokół, zaciekawiona, ale mój wzrok szybko zatrzymał się na Violette i Heinrich, biologicznych rodzicach Erena i Kaela. Według tego, czego się dowiedziałam na temat wampirów, poświęcili naprawdę wiele, żeby w ogóle mieć dzieci. Nie potrafiłam patrzeć na nich inaczej niż z ciepłem.

    Violette usiadła naprzeciwko nas i splotła dłonie na kolanach. W jej oczach majaczył lekki niepokój.

    — Jak poważne jest to, co jest między wami? — zapytała ostrożnie. — I czy Valerius wie?

    Eren nie zawahał się ani na chwilę.

    — Ellie jest moją naturalną partnerką — powiedział spokojnie.

    Nie wiedziałam dokładnie, co to oznacza, ale zobaczyłam, jak twarz Violette natychmiast się rozpromienia. Heinrich również uniósł brwi, a w jego oczach pojawiło się coś bardzo zbliżonego do radości.

    — Chyba nie sądzisz, że mógłbym to ukryć przed Valeriusem? — dodał Eren z lekkim, suchym uśmiechem.

    Violette kiwnęła głową, wyraźnie uspokojona. Heinrich jednak wciąż wyglądał na odrobinę zaniepokojonego.

    — Będziemy musieli się jakoś ułożyć z klanem Luna… — mruknął. — To nie będzie łatwe. Ale jeśli to naturalne partnerstwo… nie powinni stawiać zbyt dużych wymagań.

    Potem spojrzał prosto na Erena.

    — Niczym się nie martw, Kael — dodał łagodniej. — Zostaw to nam.

    Otworzyłam usta. Chciałam zaprotestować. Wyjaśnić, że to nie Kael, że się mylą, że…

    Eren mocniej ścisnął moją dłoń. Uniosłam na niego wzrok. Pokręcił głową. Ledwie zauważalnie, ale w spojrzeniu miał niemą prośbę. Nie chciał, żebym cokolwiek mówiła…

    I wtedy do mnie dotarło. On celowo tego nie sprostował. Wykorzystywał nadarzającą się okazję. Pozwalał rodzicom myśleć, że jest Kaelem, żeby pomóc bratu legalnie pozbyć się Seleny. Żeby klan Luna dostał oficjalny, niepodważalny powód do zerwania zaręczyn.

    Zamknęłam usta. Nie odezwałam się ani słowem. Zamiast tego uniosłam dłoń i bezwiednie, delikatnie przesunęłam palcami po jego włosach. Eren lekko drgnął, ale nie odsunął się. 

    Patrzyłam na Violettę i Heinricha, którzy właśnie planowali przyszłość Kaela, i czułam, jak coś ściska mi się w piersi. Nie potrafiłam nawet sobie wyobrazić, jak musi się czuć ktoś, kogo nie potrafią rozpoznać właśni rodzice.

    A mimo to siedział spokojnie. Trzymał mnie za rękę. I pozwalał im się mylić. Dla brata. 

    Kiedy drzwi za jego rodzicami się zamknęły, nie byłam już w stanie dłużej wytrzymać. Poczułam, jak strach zaciska mi gardło. Prawdziwy, zimny, znajomy strach. Taki, który znałam aż za dobrze.

    — Ty naprawdę myślisz, że to w porządku? — zapytałam cicho, wpatrując się w niego.

    Eren westchnął i potarł kark dłonią.

    — Przepraszam. Potem to odkręcimy. Jak już będzie za późno, żeby wycofać się z formalności. 

    — Jakim cudem oni uznali, że jesteś Kaelem? — nie mogłam tego tak zostawić.

    Ku mojej ogromnej uldze Eren zaśmiał się. Lekko. Bez cienia zażenowania czy smutku. Naprawdę… szczerze.

    — Po prostu po mnie spodziewają się wszystkiego, co najgorsze — odparł z półuśmiechem. — A Kael zawsze był… lepiej ułożony.

    Pokręciłam głową, czując, jak coś nieprzyjemnego ściska mi się w piersi.

    — Bardzo mi się to nie podoba — przyznałam szczerze.

    Eren spoważniał. Przez chwilę przyglądał mi się uważnie, jakby ważył każde moje słowo. A potem znienacka przyciągnął mnie do siebie. Mocno. Opiekuńczo. Tak blisko, że poczułam bicie jego serca. Zamknął mnie w ramionach tak, jakby chciał odgrodzić mnie od całego świata.

    — Nie martw się, kochanie.

    Kochanie? Kiedy on, do cholery, zaczął tak do mnie mówić? Poczułam, jak całe ciało mi mięknie. Jakby ktoś nagle wyciągnął ze mnie cały strach i zostawił tylko ciepło.

    — Słyszałem trochę o twojej rodzinie — kontynuował ciszej, wciąż trzymając mnie blisko. — Wiem, że była z piekła rodem. Ale moi rodzice… są w porządku. Naprawdę nas kochają. Tak samo. — Odsunął się odrobinę, tylko na tyle, żeby spojrzeć mi w oczy. A potem wyszczerzył zęby w tym swoim zawadiackim, niebezpiecznie uroczym uśmiechu. — A nawet jeśli miałoby się to przechylać w którąś stronę… to mnie kochają bardziej. Szczególnie mama. Kael zawsze był poważniejszy i radził sobie sam. A po mnie często musieli sprzątać bałagan. To uzależnia.

    Roześmiał się lekko, a ja… ja po prostu wtuliłam twarz w jego tors, czując, jak resztki strachu wreszcie odpływają. Może naprawdę wszystko było w porządku. A nawet jeśli nie… To przynajmniej w tej chwili, w jego ramionach, mogłam w to uwierzyć.

    Note