Rozdział 9 – Niechcący zostałam wampirzą księżniczką
by VickyKiedy nauczysz się widzieć więcej
Ellie
Po drodze z Akademii do domu zauważyłam, że Kael ma wyraźnie zły humor. Prawie się nie odzywał, a jego dłoń na kierownicy była zbyt mocno zaciśnięta. Przez chwilę nawet rozważałam, czy to nie przez mnie… ale szybko odrzuciłam tę myśl. Nie uważałam się za osobę, która mogłaby mieć jakikolwiek wpływ na czyjś humor.
W mieszkaniu przebrałam się w wygodny top i legginsy, po czym usiadłam na kanapie w salonie. Zazwyczaj po szkole oglądaliśmy z Kaelem jakiś film. Dziś jednak chłopaka nie było. Nawet nic mi nie powiedział. Cisza w salonie wydawała się dziwnie ciężka.
Za to ku mojej radości pojawił się Valerius. Cieszyłam się za każdym razem, kiedy go widziałam. Był jak spokojna, pewna kotwica w tym całym nowym świecie. Usiadł w fotelu obok kanapy, z tym swoim zwykle niewzruszonym, ale dzisiaj dziwnie uważnym spojrzeniem.
— W sobotę odbędzie się przyjęcie — zaczął spokojnym, niemal obojętnym tonem. — Planuję cię na nim przedstawić przed klanem Azure jako moją córkę. Nie masz nic przeciwko, żebyśmy poszli tam razem?
Spojrzałam na niego przerażonym wzrokiem. Wizja przyjęcia… i tego, że oficjalnie mnie przedstawi… ekscytowała mnie tak mocno, że aż serce mi przyspieszyło. Ale jednocześnie ogarnął mnie strach. Nie byłam wystarczająco dobra, nie dam rady odegrać swojej roli. Miałam pewność, że go zawiodę.
— Ja… bardzo chcę z tobą pójść — wyszeptałam — ale…
Valerius spojrzał na mnie z czułością, która zawsze mnie zaskakiwała.
— Poradzisz sobie — powiedział cicho. — Ale jeśli chcesz, tym razem też mogę ci pomóc.
Przez chwilę się wahałam. Magia Valeriusa była kusząca. Usuwała strach, dawała pewność siebie. Ale… nie chciałam znowu być tylko wersją siebie, którą ktoś za mnie stworzył. Stanowczo pokręciłam głową.
— Wolałabym być wystarczająco silna, żeby poradzić sobie taka, jaka jestem.
Valerius przyglądał mi się długo. Jego srebrzyste oczy były spokojne, a ja byłam pewna, że widzę w nich aprobatę. Cichą, ale wyraźną.
— Tym razem nie będę wpływał na twoje emocje — obiecał. — Nauczę cię podstaw magii psychicznej. Tych, które pozwolą ci lepiej rozumieć innych.
Spojrzałam na niego szeroko otwartymi oczami, z prawdziwym zachwytem. Natychmiast poczułam falę ekscytacji.
— Naucz mnie, proszę.
Valerius skinął głową.
— Jeśli się skupisz, zobaczysz moją aurę — wyjaśnił. — Możesz w nią zerknąć głębiej i wyodrębnić z niej wiele rzeczy. Na przykład oczekiwania.
Zrobiłam dokładnie to, co powiedział. I poszło mi… wyjątkowo gładko. Jakby ktoś otworzył przede mną drzwi, które zawsze były uchylone, tylko wcześniej nie wiedziałam, że mogę przez nie przejść. Zobaczyłam jasną, czystą aurę Valeriusa — spokojną, starożytną, pełną mocy. A potem, kiedy zajrzałam w nią głębiej, znalazłam jego oczekiwania wobec mnie. Poczułam, jak moje oczy wilgotnieją od łez.
Valerius nie uważał, że jestem niewystarczająca. W jego oczach byłam cudowna. Nieprzewidywalna. Czekał na mój każdy kolejny ruch z radością i rozbawionym zaciekawieniem. Obserwował wydarzenia wokół mnie z czymś, co bardzo przypominało… dumę. W jego oczach byłam już teraz perfekcyjna.
Uniosłam powieki, czując, jak w mojej piersi rozlewa się coś ciepłego i kruchego jednocześnie.
— Widziałam… — wyszeptałam. — Widziałam, jak mnie postrzegasz.
Valerius uśmiechnął się delikatnie, prawie niezauważalnie.
— I co o tym myślisz?
— Chcę być taka, jaką mnie widzisz — odpowiedziałam szczerze, pełnym emocji głosem..
Mężczyzna spojrzał na mnie tym samym, ciepłym, starożytnym wzrokiem.
— Już jesteś.
Chwilę później do salonu wszedł Kael. Valerius uniósł brew, a w jego głosie pojawiła się nuta zadowolenia.
— O, świetnie. Możesz na nim poćwiczyć.
Kael przyjrzał się nam podejrzliwie, ale bez słowa usiadł obok mnie na kanapie. Valerius wstał, prostując rękawy. Spojrzałam na niego, a głos lekko mi się załamał z przejęcia.
— Dziękuję.
Valerius tylko skinął głową.
— Zostawię was samych.
Kiedy wyszedł, w salonie zrobiło się cicho. Kael odwrócił się do mnie, a jego głos był bardziej napięty niż zwykle.
— Masz ochotę coś obejrzeć?
Wpatrywałam się w niego przez chwilę. Dotarcie do niego było jeszcze łatwiejsze niż zerknięcie na aurę Valeriusa, który świadomie się przede mną odsłonił. Wydawało mi się zupełnie naturalne, jakbym robiła to od zawsze. Zobaczyłam jego aurę, a gdy się w nią zagłębiłam również… jego emocje. Wyraźną irytację. Poczucie, że został zastąpiony. Niepotrzebny. Odrzucony… przeze mnie.
I luźne myśli, które bardziej dostrzegałam niż słyszałam jako słowa.
Chcę, żeby przysunęła się bliżej.
Chcę, żeby położyła głowę na moim ramieniu.
Dlaczego martwiła się o samopoczucie Erena na tyle, żeby pisać do niego list… a ja jej nie obchodzę?
Byłam totalnie zaskoczona. Kael… naprawdę tak myślał? Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Potem jednak, zanim zdążyłam się zastanowić, wyrwał mi się z ust głos pełen zadziornego wyrzutu.
— Myślałam, że już dzisiaj nie przyjdziesz. Tęskniłam za tobą.
Jedno krótkie, dobrze dobrane zdanie. I nagle Kael znowu był sobą. Uśmiechnął się do mnie ciepło, a cała ta napięta, nieprzyjemna energia wokół niego jakby się rozluźniła. Niemal parsknęłam śmiechem, bo jednocześnie wyczułam coś jeszcze.
Ku mojej uldze… on też nie uważał, że powinnam się zmieniać. Lubił mnie taką, jaka byłam. Był wręcz zachwycony tym, że to właśnie jemu powierzono opiekę nade mną.
Poczułam, jak wszystko we mnie się uspokaja.
— Słyszałam, że w budynku mamy salę kinową — powiedziałam, uśmiechając się do niego trochę szerzej. — Może tam pójdziemy?
Kael zamarł. W jego aurze coś się nagle rozjaśniło — jakby ktoś właśnie zapalił światło w ciemnym pomieszczeniu. Zobaczyłam wyraźnie to, czego wcześniej tylko się domyślałam — głęboką, prawie głodną potrzebę, żeby inni widzieli, że to właśnie jemu Valerius powierzył opiekę nade mną. Pokazania światu, że to on jest przy mnie, że został wybrany.
Uśmiechnęłam się lekko.
Kael przez chwilę nic nie mówił. Potem jednak jego usta wygięły się w szeroki, prawdziwy uśmiech — taki, którego nie widziałam u niego tego dnia.
— Dobrze — odparł, a w jego głosie było coś ciepłego i prawie dumnego. — Chodźmy.
Wyciągnął do mnie rękę. Bez wahania wsunęłam w nią swoją dłoń. Kiedy szliśmy razem korytarzem w stronę sali kinowej, wyczuwałam w jego aurze coś, czego wcześniej tam nie było. Poczucie, że wreszcie dostał dokładnie to, czego chciał.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Miałam niecały tydzień na to, żeby się przygotować. Nie zamierzałam zmarnować ani chwili. Siedziałam obok Jasmine i na pół słuchałam wykładu o historii klanów, a na pół przyglądałam się aurom otaczających mnie wampirów.
Jasmine była zaskakująco prosta w obsłudze. Właściwie to nie musiałam przy niej niczego robić. Wystarczało jej, że byłam i pozwalałam jej stać w swoim cieniu. Odrobinę mnie to niepokoiło, ale skoro była zadowolona… nie zamierzałam jej tego psuć.
Ariadna, której do tej pory nie udało mi się lepiej poznać, funkcjonowała w duchu rywalizacji. Była usatysfakcjonowana faktem, że wybrałam ją do naszej grupy, a jednocześnie uważała, że to miejsce po prostu jej się należało. Bardzo też chciała być ode mnie w czymś lepsza — w czymkolwiek. To akurat mogłam jej zaoferować.
Pochyliłam się lekko, dotykając jej ramienia, żeby zwrócić na siebie uwagę ciemnowłosej dziewczyny.
— Hej, Aria, mam do ciebie prośbę — szepnęłam ostentacyjnie, tak, żeby na pewno słyszało nas przynajmniej pół sali.
— Tak? — zdziwiła się dziewczyna.
— Pomogłabyś mi z wprowadzeniem do mocy psychicznej? — poprosiłam słodko. — Nie miałam z nią jeszcze zbyt dużo do czynienia, a widziałam, że tobie naprawdę świetnie idzie… — kontynuowałam, wplatając pochlebstwa.
Ariadna cała się rozpromieniła, zanim zdążyła to ukryć pod znacznie poważniejszą miną.
— Oczywiście, Ellie, chętnie ci wszystko wytłumaczę. Możemy spotkać się później w bibliotece.
— Cudownie! — uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością. — Będę twoją dłużniczką.
Następny był Lucas. Jego aura była spokojna i trudna do zinterpretowania. Nie byłam pewna, czy mnie lubi, ale szybko odkryłam coś znacznie ciekawszego. Lucas zdecydowanie lubił Jasmine.
Tym razem nie chciałam, żeby usłyszała mnie cała klasa, dlatego wyrwałam kartkę z notatnika.
Ellie: Lubisz jakiegoś chłopaka?
Dziewczyna spojrzała na mnie zaciekawiona.
Jasmine: Podoba mi się kilku. Czemu tak nagle pytasz?
Ellie: Wiem kto lubi ciebie.
Jasmine nagle się ożywiła. Przyjrzała mi się, jakby chciała się upewnić, że nie robię sobie z niej żartów.
Jasmine: Będziesz trzymała to w tajemnicy?
Uśmiechnęłam się do niej szeroko.
Ellie: Lucas.
Jasmine: Niemożliwe!
Ellie: A jednak tak. Co o tym sądzisz?
Po paru minutach byłam już pewna, że Jasmine naprawdę wkręciła się w ten pomysł. Cudownie! Miałam nadzieję, że chłopak nie schrzani szansy, którą mu właśnie dałam.
Później moja uwaga przeniosła się na Richarda. W jego przypadku bałam się, że sprawa jest z góry przegrana. Jeśli naprawdę to co myślał było zbieżne z tym, jak się zachowywał, to cóż… nie zamierzałam nic z tym robić.
Aura Richarda była kalkulująca i zimna. Ku mojej uldze wcale nie oczekiwał, że odpowiem na jego flirt. Jednak to, co odkryłam, sprawiło, że poczułam się równie zażenowana. Cholera! Nie byłam pewna, czy dam radę grać rolę, której ode mnie oczekiwał.
Kiedy lekcja się skończyła i wszyscy zaczęli wstawać, odwróciłam się do Richarda.
— Weź moje książki — powiedziałam spokojnie, niemal obojętnie.
Richard nawet nie mrugnął. Po prostu sięgnął po moje rzeczy, starannie je ułożył i ruszył za mną, jakby to było najnaturalniejsze polecenie na świecie. Ariadna uniosła brew, ale nic nie powiedziała. Jasmine tylko uśmiechnęła się pod nosem.
W kafeterii usiadłam przy swoim stoliku. Reszta grupy zajęła miejsca wokół mnie. Richard stanął obok, układając moje książki na blacie.
Spojrzałam na niego.
— Przynieś mi krew — rzuciłam, nawet nie patrząc mu w oczy. — Tę, którą lubię. I niech będzie świeża.
Cholernie cieszyłam się, że wampiry się nie rumienią, nawet mimo tego, że wciąż nie panowałam nad swoją magią, która bez pytania udawała dla mnie, że jestem żywym człowiekiem.
— Oczywiście — odparł natychmiast i odszedł w stronę baru.
On również był łatwy w obsłudze, choć jego potrzeby były totalnie absurdalne. Im bardziej zachowywałam się jak rozkapryszona księżniczka… Im bardziej się nim wysługiwałam… Im ostrzej wydawałam mu polecenia… tym bardziej on był szczęśliwy.
Widziałam to w jego aurze jeszcze na lekcji. Teraz jednak czułam to na własnej skórze. Kiedy wrócił z kieliszkiem krwi i postawił go przede mną z wyraźną satysfakcją, w jego spojrzeniu nie było ani odrobiny upokorzenia. Było w nim szczere, czyste, niemalże pierwotne zadowolenie. Prawie… wdzięczność.
Poczułam, jak robi mi się gorąco z zażenowania. Szybko uniosłam kieliszek do ust, udając, że skupiam się wyłącznie na smaku. W środku jednak kotłowało mi się tysiąc myśli. Cholera. On naprawdę tego oczekuje. Chce, żebym nim pomiatała. I najgorsze było to, że im bardziej to robiłam… tym bardziej mu się podobałam.
Odstawiłam kieliszek i spojrzałam na niego z ukosa. Richard stał przy moim boku, wyprostowany, gotowy, czekający na kolejne polecenie. W jego postawie nie było cienia oporu. Tylko oczekiwanie. Przełknęłam ślinę. Naprawdę nie byłam pewna, czy dam radę grać tę rolę do końca, ale jednocześnie… wiedziałam już, że jeśli będę chciała utrzymać go przy sobie, będę musiała się do tego przyzwyczaić.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Valerius zaproponował, żebym zaprosiła na przyjęcie również swoich gości, więc w torbie ciążyły mi eleganckie zaproszenia, zamknięte w ciemnych kopertach. Kaela i Erena nie musiałam zapraszam, bo za organizację podobno odpowiadali ich rodzice, więc nie mieli wyjścia i musieli tam być.
Przy stoliku rozdałam zaproszenia Jasmine, Ariadnie, Lucasowi i Richardowi. Wszyscy wyglądali na mile zaskoczonych i jednocześnie zaszczyconych. Kiedy do naszego stolika dosiadła się Selena, przez chwilę się zawahałam. Miałam dla niej zaproszenie. Przygotowałam je rano, ale nie byłam pewna, czy naprawdę chcę je wręczyć.
Sięgnęłam do jej aury. I nagle wszystko stało się jasne. To wcale nie chodziło o Kaela. Ani o jakąkolwiek konkurencję. Selena po prostu chciała kogoś, kto będzie obok. Kogoś, kto nie będzie jej ignorował, kto zauważy jej problemy i potraktuje je poważnie. W tym momencie miała nadzieję — kruchą, prawie nieśmiałą — że to właśnie ja mogę być taką osobą. Że zostanę jej prawdziwą przyjaciółką. A ja samotność znałam aż za dobrze.
Bez wahania wyciągnęłam z torby kopertę z jej imieniem i położyłam ją przed nią.
— To dla ciebie — powiedziałam spokojnie.
Selena spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, jakby nie do końca wierzyła, że to naprawdę się dzieje. Potem ostrożnie otworzyła kopertę i przez chwilę milczała. W końcu uniosła wzrok, a w jej oczach pojawiło się coś, czego wcześniej u niej nie widziałam. Szczera, niemal dziecięca radość.
— Zapraszasz mnie? — wyszeptała.
— Tak — potwierdziłam. — I… jutro po zajęciach idziemy wybierać stroje. Chodź z nami.
Selena uśmiechnęła się szeroko i szybko skinęła głową. Jasmine i Ariadna wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, ale nic nie powiedziały. Byłam zadowolona z tej decyzji. Zamierzałam dopilnować, żeby Selena już nigdy nie czuła się tak, jak kiedyś ja.
Potem jednak coś mnie zaniepokoiło. Na lunchu nie pojawił się ani Eren, ani Kael. Rozejrzałam się po sali, ale nigdzie ich nie było. Zanim zdążyłam się nad tym dłużej zastanowić, Selena wstała i wzięła mnie pod ramię.
— Jas, Aria, chodźcie z nami — rzuciła do dziewczyn. — Zapewniam, że będzie warto — dodała, puszczając do mnie oko.
Zaciekawiona wstałam i poszłam za nią. Selena poprowadziła nas w stronę części Akademii, której wcześniej nie znałam — do sal treningowych. Weszłyśmy na trybuny i usiadłyśmy. W dole, na dużej arenie, trwały potyczki.
— To turniej walk wręcz dla wampirów urodzonych — szepnęła Selena konspiracyjnie. — Odpadłam w pierwszej rundzie, dlatego mogłam przyjść na lunch.
Jasmine i Ariadna od razu się ożywiły. Walki były… obłędne. Szybkie, precyzyjne, pełne siły, jakiej wcześniej nigdy nie widziałam. Dopiero teraz w pełni uświadomiłam sobie, jak rzadkie były wampiry urodzone. W całej Akademii, wśród kilku tysięcy uczniów, było ich zaledwie kilkudziesięciu. Natomiast w klanie Azure pełnoletnich wampirów urodzonych było może pięćdziesięciu. Niewielu decydowało się na płodzenie dzieci, bo ryzyko było zbyt duże.
Siedziałam na trybunach, wciągnięta w widowisko, kiedy nagle Selena złapała mnie za ramię.
— Popatrz — wyszeptała podekscytowana.
Na arenę weszli Kael i Eren. Serce mi przyspieszyło. Obaj wyglądali inaczej niż zwykle — skupieni, niebezpieczni, z tą samą, lodowatą koncentracją w oczach. Stojąc naprzeciw siebie, byli niemal lustrzanym odbiciem. A mimo to… nie miałam najmniejszego problemu, żeby ich od siebie odróżnić. I nie potrafiłam oderwać od nich wzroku.
Serce biło mi tak mocno, że przez chwilę bałam się, że wszyscy na trybunach je usłyszą. Kael i Eren stanęli naprzeciw siebie na środku areny. Obaj byli bosi, w czarnych, przylegających treningowych spodniach i koszulkach. Ich ciała wyglądały jakby zostały wyrzeźbione z tego samego kamienia — smukłe, umięśnione, niebezpieczne.
Kael stał wyprostowany, z lekko uniesioną brwią i tym swoim charakterystycznym, prawie rozbawionym spokojem. Eren… Eren wyglądał jak cień. Ramiona opuszczone, głowa lekko pochylona, a w oczach coś lodowatego i skupionego. Jakby już dawno przestał widzieć kogokolwiek poza przeciwnikiem.
Sędzia uniósł rękę.
— Zaczynajcie.
I wtedy wszystko eksplodowało.
Nie zdążyłam nawet mrugnąć, a oni już byli przy sobie. Uderzenia padały tak szybko, że ledwo nadążałam za ruchem. Kael walczył płynnie, prawie elegancko — jego ciosy były precyzyjne, wyważone, jakby tańczył. Eren natomiast był… dziki. Szybki, bezlitosny, pełen surowej siły. Każde jego uderzenie niosło ze sobą coś niebezpiecznego, jakby nie walczył o punkty, tylko zupełnie na serio.
Obok mnie Selena wciągnęła gwałtownie powietrze.
— O rany… — wyszeptała. — Oni zawsze walczą jakby chcieli się nawzajem zabić.
Jasmine i Ariadna siedziały pochylone do przodu, z szeroko otwartymi oczami. Całe trybuny żyły tym pojedynkiem. Słychać było okrzyki, gwizdy, oklaski. A ja… ja nie potrafiłam oderwać wzroku.
Kiedy Eren uniknął ciosu Kaela i w ułamku sekundy znalazł się za jego plecami, serce prawie mi stanęło. Kael zdążył się obrócić w ostatniej chwili, ale dostał mocno w żebra. Cofnął się o krok, otrzepując się, a na jego twarzy pojawił się szeroki, prawie szalony uśmiech.
— Coraz lepiej, bracie — rzucił głośno, tak że cała arena usłyszała.
Eren nie odpowiedział. Tylko zaatakował znowu.
I wtedy je dostrzegłam. Ich aury. Kael płonął jasno, prawie radośnie, jakby walka sprawiała mu prawdziwą przyjemność. Eren natomiast był mroczniejszy, gęstszy, pełen skoncentrowanej, niebezpiecznej mocy. Ale pod spodem… pod spodem wyczułam coś jeszcze. Coś, co sprawiło, że moje palce zacisnęły się na rąbku spódnicy.
Martwił się. Eren martwił się o mnie. Nawet teraz, w trakcie walki. Część jego uwagi wciąż była skierowana w stronę trybun. W moją stronę. Poczułam, jak w mojej piersi rozlewa się dziwne, przyjemnie ciepłe uczucie.
Na dole Kael znów zaatakował, tym razem szybciej. Eren zablokował, ale nie zdążył uniknąć kolejnego ciosu. Tym razem to on cofnął się o krok. I wtedy… spojrzał w górę. Prosto na mnie. Nasze spojrzenia zetknęły się na ułamek sekundy. Potem znowu odwrócił się do Kaela, jakby nigdy się nie zatrzymał.
Siedziałam jak zahipnotyzowana, nie mogąc oderwać wzroku od dwóch bliźniaków, którzy właśnie walczyli ze sobą, jakby od tej walki zależało całe ich życie.
Eren wygrał. Walka zakończyła się nagle — jednym precyzyjnym, niemal brutalnym ruchem, po którym Kael znalazł się na macie. Przez chwilę na arenie panowała cisza, a potem trybuny eksplodowały oklaskami i okrzykami. Eren stał nad bratem, dysząc lekko, z dłonią wciąż zaciśniętą w pięść.
Kael jednak wcale nie wyglądał na przybitego. Wręcz przeciwnie — podniósł się z szerokim, zadowolonym uśmiechem i poklepał Erena po ramieniu, jakby właśnie wygrał, a nie przegrał. Potem, nie tracąc ani chwili, skierował się prosto w naszą stronę.
— To Kael, prawda? — Selena nachyliła się do mnie i szepnęła prawie bezgłośnie.
Spojrzałam na nią zaskoczona. Naprawdę nie potrafiła ich rozróżnić? Nawet teraz, po całej walce, kiedy różnice między nimi były tak wyraźne? Nie chciałam jej jednak dręczyć, więc po prostu kiwnęłam głową.
— Uff — odetchnęła z ulgą. — Domyśliłam się głównie dlatego, że to Eren najczęściej wygrywa.
Pokręciłam lekko głową, nie potrafiąc pojąć, jak można ich mylić. Dla mnie byli… zupełnie inni. Różnili się sposobem, w jaki się poruszali, spojrzeniami, energią, którą wokół siebie rozpraszali. A jednak Selena, która znała ich o wiele dłużej niż ja, wciąż miała z tym problem.
Mój wzrok mimowolnie powędrował z powrotem na arenę. Eren właśnie otarł pot z czoła i uniósł głowę. Nasze spojrzenia zetknęły się na ułamek sekundy. W jego oczach coś błysnęło — krótkie, intensywne, prawie bolesne. Potem jednak spuścił wzrok, odwrócił się na pięcie i bez słowa wyszedł z sali.
Poczułam, jak w mojej piersi rozlewa się ostre, nieprzyjemne rozczarowanie. Nie był to zwykły zawód. To było coś ostrzejszego. Jakby ktoś nagle wyjął powietrze z moich płuc. Nie podszedł. Po prostu wyszedł, jakby nas tu nie było. Jakby mnie tu nie było. W środku zrobiło się dziwnie pusto. I trochę zimno.
Zanim zdążyłam się w tym pogrążyć, przede mną stanął Kael. Dyszał lekko, włosy miał potargane, a na policzku widniał świeży siniak, ale uśmiechał się szeroko, prawie dumnie.
— No i jak? — zapytał, opierając dłonie na biodrach. — Było na co popatrzeć?
Spojrzałam na niego, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo bolało mnie to, że Eren mnie zignorował.
— Było… intensywnie — odparłam, uśmiechając się słabo.
Kael zaśmiał się krótko i otarł pot z czoła.
— Intensywnie to mało powiedziane. Eren ostatnio w ogóle nie odpuszcza. Jakby miał coś do udowodnienia.
Spojrzałam jeszcze raz w stronę wyjścia, gdzie zniknął Eren. Cholera! Byłam przyzwyczajona do tego, że nie obchodzę osób, na których mi zależy, więc dlaczego teraz bolało bardziej niż zazwyczaj?
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Eren
Zaskoczyło mnie, kiedy ją zobaczyłem. Siedziała na trybunach, trochę za bardzo wyprostowana, z rękami splecionymi na kolanach, a obok niej… Selena. I właśnie to mnie najbardziej wkurzyło. Selena nie była żadną wybitną wojowniczką, ale nie była też na tyle kiepska, żeby odpaść w pierwszej rundzie. Jeśli siedziała teraz na trybunach i szeptała Ellie do ucha, to znaczyło tylko jedno — coś knuła.
I to mnie rozproszyło. Na tyle, że prawie dałem się zaskoczyć Kaelowi. Prawie. Zwykle nie zdarzało mi się tracić koncentracji w trakcie walki, a już na pewno nie z nim. Tym razem jednak wystarczyło jedno spojrzenie w górę, chwila, w której uchwyciłem jej wzrok, i na ułamek sekundy straciłem rytm. Kael to wyczuł. Jego cios prawie dosięgnął mnie czysto.
Poczułem, jak wściekłość miesza się z determinacją. Nie. Nie przy niej. Nie zamierzałem przegrać, kiedy ona patrzyła. Nie zamierzałem pozwolić, żeby zobaczyła, jak leżę na ziemi. Więc zebrałem się w sobie, odciąłem wszystko inne i skończyłem to szybko. Czysto. Bezlitośnie. Tak, jak zawsze.
Kiedy Kael wstał z maty z tym swoim pieprzonym, zadowolonym uśmiechem, wiedziałem już, co zrobi. I rzeczywiście — nawet się nie otrzepał porządnie, a już szedł prosto w jej stronę. Jakby to było najoczywistsze zachowanie na świecie.
Ja nie zamierzałem tego robić. Nie w tym stanie. Pot, siniaki, rozciągnięta koszulka… Nie. Najpierw miałem zamiar się przebrać. Umyć. Dopiero potem…
Spojrzałem jeszcze raz w górę, zanim odwróciłem się do wyjścia. Ellie siedziała prosto, a w jej oczach, kiedy nasze spojrzenia się zetknęły, zobaczyłem coś, czego nie potrafiłem nazwać. Coś, co sprawiło, że serce ścisnęło mi się nieprzyjemnie. Wyszedłem, zanim zdążyłem zrobić coś głupiego.
W szatni trzasnąłem drzwiczkami szafki mocniej, niż zamierzałem. Oparłem się o zimny metal i zacisnąłem zęby. Cholera. Jeśli po szkole ją gdzieś zaproszę… to lepiej, żeby się zgodziła. Bo nie byłem pewien, jak długo jeszcze dam radę trzymać się od niej z daleka.
