Rozdział 23 – Niechcący zostałam wampirzą księżniczką
by Vicky
Cienie pod różami
Eren
„Widzisz” — głos odezwał się nagle, nisko i pewnie. — „Valerius już znalazł jej idealnego narzeczonego. Wkrótce będzie za późno.”
— Zamknij się — warknąłem w ciemność.
„Ona nigdy nie będzie twoja. Nie, jeżeli to tak zostawisz.”
Obudziłem się z głośnym, szorstkim wdechem. Serce waliło mi jak oszalałe, a całe ciało miałem spięte do granic możliwości. Cholera. Cholera. Cholera!
To coś stało się tak natrętne, że nie dawało mi już nawet chwili spokoju. Pojawiało się zarówno w nocy, jak i w ciągu dnia. Było przy mnie przez cały czas.
Obróciłem głowę. Po drugiej stronie Ellie, skulony blisko jej ciała, spał biały lis. Severyn. Spał spokojnie, jak na mój gust zdecydowanie zbyt blisko niej, nawet w zwierzęcej formie.
Wtedy ponownie usłyszałem znajomy, niski śmiech. Dokładnie ten sam, który do tej pory pojawiał się wyłącznie w snach. Tylko że teraz… byłem już całkowicie przytomny.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Kael
Siedziałem na kanapie w salonie rodziców i czułem się, jakbym cofnął się w czasie i wrócił do bycia małym dzieckiem.
Mama co chwilę podchodziła sprawdzić, czy czegoś nie potrzebuję. Ojciec krążył po domu z komórką w dłoni, jakby spodziewał się kolejnego telefonu od kogoś z Rady. Po tym, co się wydarzyło, stali się nadopiekuńczy do granic absurdu. Nie mogłem ich za to winić. Sam wciąż czułem na skórze sól i ból, kiedy tylko zamykałem oczy.
Wzdrygnąłem się na samą myśl o klanie Silverfox. Nie mogłem znieść myśli, że Ellie tam została. Dobrowolnie. Dla mnie. To nie powinno działać w tę stronę. Byłem gotowy dla niej zginąć i to było oczywiste. Jednak ona nie powinna się dla mnie poświęcać, a już w szczególności zostawać w miejscu takim, jak tamto.
Spojrzałem na ekran telefonu. Wiadomość od niej nadal tam była.
Ellie: Niedługo się zobaczymy.
Zdanie brzmiało prawie jak obietnica, w którą byłem w stanie uwierzyć.
Kael: Uważaj na siebie, proszę. To niebezpieczne miejsce. Nie rób nic ryzykownego.
Wysłałem odpowiedź i odłożyłem telefon, mimo że w środku wciąż czułem nieprzyjemne napięcie.
Ku mojemu zdumieniu niedługo później w naszym domu zawitał Valerius we własnej osobie. Wszedł spokojnie, jak zawsze, a powietrze w salonie natychmiast zrobiło się cięższe. Rodzice skłonili się nisko. Również go przywitałem, ale nie potrafiłem ukryć napięcia.
Z rozmowy, która potoczyła się w salonie, jasno wynikało jedno — Valerius nigdy nie zamierzał mnie poświęcić. W razie potrzeby sam by interweniował. Gdyby tylko Ellie nie wtrąciła się i nie dała Williamowi dokładnie tego, czego ten chciał.
Nie wytrzymałem.
— Mistrzu… nie zamierzasz pomóc Ellie?
Valerius spojrzał na mnie spokojnie i przecząco pokręcił głową.
— To była jej decyzja. Przed którą jasno ją ostrzegałem.
— Ale…
— Nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo — uciął. — Ale może to i dobrze, jeśli już teraz pozna różnice między klanami.
Zamilkłem. Byłem rozdarty. Z jednej strony ufałem Valeriusowi. Zawsze mu ufałem. Z drugiej… chodziło o Ellie. A kiedy chodziło o nią, nie potrafiłem myśleć rozsądnie. Nie byłem w stanie po prostu siedzieć i czekać, aż „sama zdecyduje”, co dalej. Milczałem więc, z dłońmi zaciśniętymi na kolanach, i wpatrywałem się w drzwi, jakby w każdej chwili mogła przez nie wejść.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
William spotykał się ze mną codziennie. Z każdym dniem moje uczucia wobec niego stawały się coraz bardziej ambiwalentne. Był zimny i bezkompromisowy – tego nie dało się ukryć. A jednak coraz częściej potrafiłam zrozumieć podstawy wielu jego działań. Widziałam logikę, która za nimi stała, nawet jeśli sama jej nie akceptowałam. Co więcej, był wobec mnie uprzejmy i szarmancki. Nawet wtedy, kiedy nie spełniałam jego oczekiwań i nie zachowywałam się tak, jakby sobie życzył. Ani razu nie wyczułam w jego aurze irytacji, nie pojawił się też w niej nawet cień zniecierpliwienia.
Tego dnia, podczas zachodu słońca, spacerowaliśmy po różanych ogrodach. William rozmawiał ze mną spokojnie, opowiadając mi historię swojego klanu. Musiałam szczerze przyznać, że był ciekawym rozmówcą.
— W jakie zwierzę potrafisz się przemienić? — zapytałam, czując się przy nim coraz odważniejsza.
Spojrzał na mnie z lekkim rozbawieniem, a potem otuliła go gęsta, złocista mgła. Kiedy opadła, przede mną stał ogromny, dostojny lew. Jego grzywa lśniła w ostatnich promieniach słońca, a oczy – wciąż chłodne i świadome – wpatrywały się we mnie ze stoickim spokojem. Byłam odrobinę przestraszona i jednocześnie szczerze zachwycona.
Zanim jednak zdążyłam cokolwiek powiedzieć, z cieni między krzewami wyskoczyły odziane na czarno postacie. Rozpoznałam w nich asasynów z klanu Panteon, dokładnie takich, jakich spotkaliśmy na statku, podczas feralnego ataku, który to wszystko rozpoczął.
Poruszali się szybko, niemal bezszelestnie, a ich magia krwi uderzyła jak fala. Czułam ją wyraźnie – nie była subtelna ani elegancka. Była surowa, brutalna. Ich krew unosiła się w powietrzu cienkimi, ostrymi jak brzytwa nićmi, które cięły skórę i mięśnie, jednocześnie wzmacniając ich własne ciała. Każda kropla, którą tracili, stawała się bronią. Każde skaleczenie przeciwnika dawało im więcej siły.
William nie zawahał się ani chwili. Lew rzucił się do przodu z rykiem, który sprawił, że powietrze zadrżało. Blokował ciosy, rozrywał przeciwników, nie pozwalał nikomu zbliżyć się do mnie.
Wkrótce u mojego boku pojawili się też Eren i Severyn. Obaj byli zdeterminowani, by mnie chronić. Eren był silny, walczył zimno i precyzyjnie, Severyn – szybciej, bardziej zwinie, ale z tym samym uporem.
Wampirów zdecydowanie nie było łatwo zabić. Kiedy walka dobiegła końca, strażnicy klanu Silverfox podeszli do leżących na ziemi asasynów z Panteonu. Bez wahania, w milczeniu, wycięli im serca – dopiero wtedy ciała ostatecznie znieruchomiały. Potem sprawnie, niemal mechanicznie, sprzątnęli je z ogrodu.
Złota mgła otuliła lwa i po chwili przede mną stał znowu William. Był spokojny, zaledwie lekko zadyszany, we wciąż nieskazitelnym ubraniu.
— Wygląda na to, że nie polują na mnie, tylko na ciebie — powiedział chłodno, patrząc mi prosto w oczy. — Liczą na to, że jeżeli zginiesz pod moją opieką, Valerius osobiście zniszczy mój klan.
— Czy mogę coś zasugerować? — zapytał spokojnie Eren, stając odrobinę przede mną. William skinął głową. — Klany Azure i Silverfox zawarły sojusz — kontynuował Eren. — To idealny moment, żeby z niego skorzystać.
William wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę. Potem pokręcił głową.
— Nie. Świat musi zapamiętać naszą siłę, nie siłę sojuszu. — Odwrócił się ku mnie. Jego głos pozostał spokojny, ale w oczach pojawił się nowy, twardszy blask. — Sądzę jednak, że to idealny moment, żebyś nauczyła się bronić.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Kiedy wchodziłam do białej wieży u boku Severyna, od razu usłyszałam pełne niedowierzania szepty. Były ciche, ale wyraźne. To niemożliwe. Ich król nie mógł zdradzać najpilniej strzeżonych sekretów klanu Silverfox dziedziczce innego klanu. A jednak byłam tu. Na treningu. Wśród młodych wampirów. Pod opieką Severyna, jak się niedawno dowiedziałam, dziedzica jednego z potężniejszych rodów.
Severyn szedł tuż obok mnie. Jego aura była całkowicie odsłonięta, jak zresztą u wszystkich członków jego klanu. Nie potrafił jej ukrywać. Czułam w nim zimną determinację, napięcie i wyraźne ostrzeżenie skierowane do każdego, kto choćby pomyślał o zbliżeniu się do mnie. Sama jego obecność wystarczała, żeby inni trzymali się na dystans.
Podejście wampirów z Silverfox do używania mocy różniło się od tego, które znałam z lekcji w Akademii klanu Azure. Było bardziej instynktowne, surowsze, mniej oparte na kontroli, a bardziej na dominacji. Różnice mnie fascynowały. Każdy gest, sposób, w jaki splatali swoją siłę z ciałem, był inny. Obcy. I jednocześnie dziwnie piękny w swojej brutalności.
William pozwolił mi swobodnie korzystać z głównej biblioteki klanu. Spędzałam w niej całe popołudnia, pochłaniając każdy strzępek wiedzy, jaki tylko mogłam znaleźć. Każdego rana natomiast uczestniczyłam w treningach. Wampiry z klanu Silverfox powoli przyzwyczajały się do mojej obecności. Wciąż nie mogły uwierzyć, że zostałam zaproszona, a jednak traktowały mnie z niemal nabożnym szacunkiem. Jakby samo moje przebywanie wśród nich było czymś, czego nie wolno było kwestionować.
Wieczorem otrzymałam pisane ozdobnymi, złotymi literami zaproszenie do klubu. Było to miejsce zupełnie inne, niż się spodziewałam. Wysokie okna zasłonięte ciężkimi zasłonami, miękkie fotele, niski szmer rozmów i delikatny dźwięk fortepianu gdzieś w tle. Wampiry siedziały przy stolikach, popijając krew z kryształowych kielichów, rozmawiając cicho i z wyraźną swobodą. Atmosfera była spokojna, niemal dystyngowana.
Wampiry, z którymi ćwiczyłam, były mną z dnia na dzień coraz bardziej zafascynowane. Rozmawiały ze mną ostrożnie, z szacunkiem, ale i z wyraźną ciekawością. W pewnym momencie jeden z nich przysiadł się bliżej i z uprzejmym uśmiechem zaproponował mi udział w polowaniu.
Severyn odpowiedział za mnie, zanim zdążyłam otworzyć usta.
— Nie.
Spojrzałam na niego zaskoczona.
— Dlaczego odmówiłeś? — spytałam cicho, kiedy zostaliśmy sami.
Pochylił się ku mnie, tak blisko, że jego usta niemal musnęły moje ucho.
— Nie chodzi o polowanie na zwierzęta — wyjaśnił cicho.
— Nie? — zapytałam zdziwiona.
Przecząco pokręcił głową. W jego otwartej, przezroczystej aurze pojawiło się coś twardego i mrocznego – wyraźne, nieskrywane ostrzeżenie.
— Zostałaś zaproszona, żeby wziąć udział w polowaniu na ludzi.
Wpatrywałam się w niego, czując, jak coś lodowatego ściska mi płuca. Przerażenie przyszło szybko i już zostało.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Eren
Zostałem zaproszony na naradę w sprawie wojny z klanem Panteon, jako przedstawiciel klanu Azure. Kurwa, jakbym nie miał nic lepszego do roboty. Siedziałem przy długim stole w jednej z sal białej wieży. Większość obecnych była ode mnie starsza o całe stulecia, a jednak nikt nie patrzył na mnie z góry. Byłem z szóstego pokolenia. Urodzony. To wystarczało, żeby traktowano mnie poważnie. Zupełnie jakbym nie wiedział, że i tak nikt tu nie powie niczego, co naprawdę coś zmieni.
William Lancaster siedział u szczytu stołu. Nie odzywał się często. Kiedy już zabierał głos, robił to spokojnie, niemal leniwie, a wszyscy natychmiast milkli. Jego obecność była ciężka, nawet jeśli sam nie robił nic, żeby ją podkreślić. Co jakiś czas jego spojrzenie przesuwało się po zebranych i na ułamek sekundy zatrzymywało na mnie. Nie było w nim wrogości. Raczej chłodna, uważna ciekawość.
Mówili o strategiach. Dyskutowali o tym, jak daleko klan Panteon jest gotów się posunąć, żeby sprowokować otwarty konflikt. Miałem pewność, że sprawa jest przesądzona i prędzej czy później cały klan zostanie zmieciony z powierzchni ziemi. Wybrali na cel ataku Ellie, a to wystarczyło, żeby Valerius postanowił wymazać ich istnienie. Ani trochę nie podobało mi się jednak, że zostawił ją pod opieką Williama, który od początku nie ukrywał swoich zamiarów względem niej.
Podczas narady słuchałem ich słów, kiwałem głową w odpowiednich momentach. Zadawałem pytania, które brzmiały rozsądnie. Jakby mnie to w ogóle obchodziło. Spojrzałem na mapę rozłożoną na blacie, a potem znowu na Williama. Byłem traktowany poważnie. Miałem głos i miejsce przy stole, a i tak nie mogłem zrobić nic, co naprawdę miało znaczenie. Nic, co trzymałoby ją z dala od niego. Nic, co sprawiłoby, że przestałbym słyszeć ten pieprzony głos, który od tygodni szeptał, żebym po prostu ją stąd zabrał.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ellie
Siedziałam wtulona w Erena, oglądając na tablecie jakiś film, którego fabuły już prawie nie śledziłam. Po mojej drugiej stronie, w swojej lisiej formie, drzemał Severyn. Jego ciepły ciężar opierał się o moje udo, a oddech miał spokojny i równy.
Kael był bezpieczny. Valerius, z którym utrzymywałam stały kontakt, nie gniewał się na mnie. Po raz pierwszy od dawna czułam, że mogę odetchnąć. Mimo to, im więcej ich odkrywałam, tym mniej podobały mi się zwyczaje klanu Silverfox.
Uniosłam głowę, słysząc, że ktoś wchodzi do środka. Ku mojemu zdumieniu w apartamencie pojawił się William. Nigdy wcześniej tego nie robił. Wyglądał na spokojnego, ale w jego aurze wyczuwałam lekki, wyraźny niepokój.
— Coś się stało? — zapytałam, prostując się.
— Spodziewamy się ataku — odparł. — Lepiej będzie, jeśli zabiorę cię w bezpieczne miejsce.
Dostrzegłam, jak omiata wręcz zniesmaczonym wzrokiem Erena i Severyna. Na dłużej zatrzymał spojrzenie na ramieniu, którym Eren mnie otaczał. Wyraźnie mu się to nie podobało. Poczułam lekki niepokój i skupiłam się na jego aurze, chcąc lepiej zrozumieć sytuację.
— Nie jesteś zazdrosny — to nie było pytanie, stwierdziłam fakt, który przyszedł do mnie z ulgą, bo jego aura wciąż była dla mnie, niczym otwarta księga.
Roześmiał się, zupełnie szczerze.
— O nich? — wskazał na Erena i Severyna. — Obydwu naznaczyłaś, obydwaj są twoją własnością, nie konkurencją.
W porę ugryzłam się w język, żeby nie zdradzić mu swoich uczuć w stosunku do Erena. Wyczułam, jak bardzo Eren się spina, ale ku mojej uldze milczał. Severyn przybrał ludzką postać, otrząsając się lekko.
— Gdzie powinniśmy się udać, wasza wysokość? — zapytał Williama.
— Podziemia — odparł William. — Osobiście dopilnuję, żeby nikt się nie przedostał do tuneli.
Severyn posłusznie skinął głową i wziął mnie za rękę. We czwórkę wyszliśmy z hotelu i udaliśmy się do podziemi pod wieżą. William został na zewnątrz, razem ze swoją armią.
Rozglądałam się zaciekawiona. Korytarze były szerokie i chłodne, oświetlone równym, bladym światłem. Kiedy jednak Severyn prowadził nas głębiej, poczułam, że coś jest bardzo nie tak. Powietrze zrobiło się cięższe. Wyczułam zapach krwi.
— Co to za miejsce? — zapytałam.
— Farma niewolników — odpowiedział Severyn, jakby to nie było nic niepokojącego. Jakby było zupełnie normalne.
Spojrzałam na niego zszokowana. Eren położył mi rękę na ramieniu. Jego dłoń była ciepła i pewna.
— Nie wszystkie wampirze klany są jak Azure czy Luna — szepnął cicho. — Nie czują potrzeby koegzystowania z ludźmi.
Przeszedł mnie zimny dreszcz. Do tej pory starałam się dostrzegać również dobre rzeczy w działaniu klanu Silverfox, w tym momencie jednak nie potrafiłam ich do siebie przywołać.