Rozdział 6 – Bohaterowie noszą maski III
by Vicky
Lilien
Nadeszła wiosna. Życie mniej więcej się uspokoiło, choć czasem odnoszę wrażenie, że Ivy jest naprawdę nieszczęśliwa. Dzieje się tak od czasu, kiedy Cassian uświadomił sobie, to, o czym mówiliśmy mu od dawna. Od kiedy rozumie, że dziewczyna jest w nim szczerze zakochana, ani on, ani Feniks nie zbliżają się do niej tak bardzo jak wcześniej. Ona sama natomiast dalej trzyma zarówno Kierana, jak i Erica na dystans, nie dopuszczając ich do siebie zbyt blisko. Zdaję sobie jednak sprawę, że wtrącanie się w ich układ byłoby poważnym błędem. To jej życie i jej decyzje. Dlatego milczę i obserwuję, gotowa, żeby w razie czego zaopiekować się Ivy.
Zresztą… sama nie jestem zadowolona ze swoich decyzji, bo więź z Maelem dalej istnieje, a ja już przestałam wierzyć, że uda się ją zerwać. Szczególnie, że jego obecność jest dla mnie naprawdę wygodna, ale do licha! Zasłużył sobie nawet na to, jak go teraz wykorzystuję.
Siedzę na szerokim parapecie okna, podciągam kolana pod brodę i udaję, że rozumiem cokolwiek z tego, co się dzieje. Nie rozumiem.
Nad niskim, czarnym stołem unoszą się trzy przezroczyste płaszczyzny szachów 3D – jedna nad drugą, jak warstwy rzeczywistości. Figury nie stoją. One wiszą. Czarne i srebrne pionki, wieże, skoczkowie i królowe obracają się powoli w powietrzu, pulsując delikatną magią. Każdy ruch sprawia, że cała struktura drży, a powietrze między płaszczyznami iskrzy.
Asher i Mael siedzą naprzeciwko siebie. I, ku mojemu zaskoczeniu, obaj wyglądają… jakby szczerze delektowali się tym, co właśnie robią. Chabrowe oczy Ashera są lekko zmrużone. Złociste włosy opadają mu na czoło, a on nie odrywa wzroku od planszy. Palce jego dłoni zastygły nad srebrnym koniem na środkowej płaszczyźnie. Nie dotyka figury — wystarczy, że lekko skręca nadgarstek, a koń sunie po niewidzialnej osi, przeskakując na wyższą warstwę z cichym, srebrzystym brzęknięciem.
Mael siedzi wyprostowany, ale nie sztywno. Rękaw czarnej koszuli podwinął do łokcia, odsłaniając bladą skórę i kilka blizn. Jego stalowoszare oczy błyszczą zainteresowaniem. Prawdziwym.
— Twoja wieża jest już martwa — mówi cicho Mael, a kącik jego ust drga w ledwo widocznym, aroganckim uśmieszku. — Tylko jeszcze o tym nie wiesz.
Asher nie odpowiada od razu. Patrzy na planszę jak na przeciwnika, którego chce rozłożyć na czynniki pierwsze. W końcu porusza palcem i jego czarna królowa unosi się spiralnie na najwyższą płaszczyznę, blokując drogę białemu królowi Maela.
— A ty właśnie straciłeś króla — odpowiada spokojnie. Głos ma niski, leniwy, ale w środku jest w nim coś drapieżnego.
Mael parska cichym śmiechem. Nie tym zimnym, manipulacyjnym, tylko szczerym. Krótki, zaskakujący dźwięk, który sprawia, że coś we mnie drży.
Siedzę tu już dwadzieścia minut i kompletnie nie łapię, co się dzieje. Widzę tylko, że gra jest brutalna. Każda figura, która spada z planszy, rozpada się w srebrny pył i znika z cichym syknięciem magii. Żadnych reguł, które znam. Żadnych „szach-mat”. To jest wojna na trzech poziomach rzeczywistości jednocześnie. I oni obaj są w tym cholernie dobrzy.
Przyglądam się Asherowi, temu, jak jego alabastrowa skóra napina się na szczęce, kiedy kalkuluje. Potem przenoszę wzrok na Maela, na to, jak lekko przechyla głowę, jakby świat wokół niego był jedynie nudną szachownicą, a teraz nagle znalazł przeciwnika godnego uwagi. Żaden z nich nie patrzy na mnie. I to jest… dziwne.
Nie nieprzyjemne. Po prostu dziwne. Zwykle walczą o moją uwagę. Zwykle jeden z nich dotyka mojego nadgarstka, drugi rzuca mi to swoje lodowate spojrzenie, które mówi „jesteś moja”. A teraz? Teraz obaj są całkowicie pochłonięci grą. Jakby ta dziwaczna plansza była przedłużeniem ich walki o mnie, tylko rozgrywanej na poziomie, którego ja nigdy nie osiągnę.
Mael wykonuje ruch. Jego srebrny skoczek przeskakuje przez dwie płaszczyzny naraz i ląduje z cichym trzaskiem dokładnie tam, gdzie Asher nie spodziewał się ataku.
Książę unosi brew.
— Sprytnie – mruczy.
— Oczywiście – odpowiada Mael, a jego spojrzenie na ułamek sekundy ucieka w moją stronę.
Czuję jak coś ciepłego rozlewa mi się w piersi. Bo oni grają. Nie o Imperium, pieniądze czy władzę. Grają, bo w tej chwili to jest jedyna rzecz, która jest dla nich wystarczająco trudna, wystarczająco interesująca… Do głowy przychodzi mi przewrotna myśl. Czy w innych okolicznościach Asher i Mael mogliby zostać przyjaciółmi?
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Kiedy Mael wygrywa, dowiaduję się wreszcie, o co tak naprawdę toczyła się ta gra. Rodzice Maela nalegają, żeby odwiedził dom rodzinny. Ze swoją partnerką u boku. Decyzja wciąż należy do mnie, ale z uwagi na przegraną, Asher się nie wtrąca. Patrzy na mnie tylko długo i spokojnie, a potem mówi cicho, że w razie potrzeby poradzi sobie z Feniksem.
Sama jestem zaskoczona, że się zgadzam. Nie dlatego, że jakoś szczególnie lubię Maela. Nie lubię. Ale… już go nie nienawidzę. Ostatnio zaczęłam go nawet doceniać. Jego obecność jest wygodna. Jego milczenie jeszcze bardziej. A poza tym… chyba po prostu jestem ciekawa.
Teleportacja zajmuje dosłownie kilka sekund. Jedna chwila chłodu, uczucie, jakby ktoś wyciągnął powietrze z płuc, i już stoimy przed bramą.
Rezydencja Blackthornów wygląda dokładnie tak, jak mogłabym sobie to wyobrazić. Zimna. Luksusowa. Odarta z wszelkiego ciepła. Jak coś wyciągniętego prosto z historycznej fantastyki, albo z manwhy, w której nikt nigdy się nie śmieje. Czarny kamień, wysokie okna, ostre linie. Służba porusza się bezszelestnie i stara się być niewidzialna, jakby sama ich obecność mogła zdenerwować gospodarzy.
Rodzice Maela są jeszcze gorsi. Chłodni. Wyniośli. Oceniający. Patrzą na mnie tak, jakby ważyli każdą moją cechę, każdy ruch, każde słowo, którego jeszcze nie wypowiedziałam. Podczas kolacji siedzę wyprostowana, moje dłonie spoczywają na serwetce, a ja kompletnie nie wiem, jak się zachować. Ciągle czuję na sobie ich wzrok. Ciężki. Przenikliwy. Jakby próbowali znaleźć we mnie pęknięcie.
Mael siedzi obok mnie milczący. Odpowiada na pytania rodziców krótko, precyzyjnie, bez emocji. Jest jeszcze bardziej zamknięty niż zwykle. I wtedy, po raz pierwszy, czuję względem niego coś dziwnego. Empatię. Patrzę na niego kątem oka — na to, jak trzyma sztućce, jak nie unika spojrzeń ojca, jak całe jego ciało jest spięte, a jednocześnie idealnie opanowane — i myślę, jak do cholery dziecko mogło wychowywać się w takim domu? W miejscu, w którym nawet ściany wydają się oceniać, gdzie ciepło jest tylko dekoracją, a nie czymś, co ktoś naprawdę daje.
Przez chwilę zapominam, że to Mael, chłopak, który potrafi być śliski, niebezpieczny i cholernie irytujący. Widzę tylko kogoś, kto nauczył się nie potrzebować niczego, bo i tak nikt mu tego nie dał. I to jest… nieprzyjemne. Bo nagle przestaje mi być obojętny.
Kolacja ciągnie się jak kara. Służący pojawiają się i znikają bezszelestnie, stawiając kolejne dania, których prawie nie dotykam. Jedzenie jest doskonałe. Idealnie podane. I zupełnie bez smaku, jakby ktoś wyciągnął z niego całą przyjemność.
Matka Maela, wysoka, ciemnowłosa kobieta o rysach tak ostrych, że mogłyby ciąć szkło, odkłada sztućce i składa dłonie na stole.
— Lilien Everhart — mówi spokojnie, ale w jej głosie nie ma nawet odrobiny ciepła. — Słyszeliśmy o tobie sporo. Partnerka drugiego syna Imperatora… i jednocześnie związana z Cassianem i Feniksem Vale. To dość… nietypowe.
Nie jest to pytanie. To stwierdzenie, które ma mnie postawić pod ścianą. Czuję, jak Mael obok mnie lekko napina się.
— Tak — odpowiadam spokojnie. — Nietypowe.
Ojciec Maela uśmiecha się. Uśmiech nie sięga oczu.
— W naszym rodzie cenimy jasność sytuacji. Więzi. Lojalność. Jednego partnera. Jedną drogę. — Robi pauzę, pozwalając, żeby słowa opadły. — A ty wyglądasz na osobę, która lubi… komplikować.
Mael odzywa się po raz pierwszy od dłuższego czasu. Głos ma niski, opanowany, prawie obojętny.
— Lilien nie jest tematem tej kolacji.
Matka unosi brew.
— Wręcz przeciwnie, Maelu. Jest jedynym tematem. Przyprowadziłeś ją tutaj. To oznacza, że uznajesz ją za swoją. A my mamy prawo wiedzieć, kogo wprowadzasz do naszej krwi.
Słowo „krwi” pada ciężko. Patrzę na Maela kątem oka. Jego profil jest spokojny, prawie kamienny, ale widzę, jak pod skórą przy szczęce pracuje mięsień. Trzyma się. Tak, jak pewnie trzymał się całe życie. I nagle robi mi się niedobrze. Nie z powodu ich słów. Z powodu tego, jak naturalnie to wszystko brzmi. Jakby ocenianie, ważenie i chłodne rozbieranie człowieka na części było tutaj codziennością.
Przesuwam dłoń pod stołem i delikatnie, prawie niedostrzegalnie, dotykam pod stołem palców Maela. On nie patrzy na mnie. Ale nie odsuwa ręki.
— Nie jestem z magicznego świata — mówię spokojnie, patrząc kobiecie prosto w oczy. — Nie pochodzę z żadnego starego rodu. Nie mam tytułów ani odpowiedniej krwi. Jeśli to problem, to lepiej powiedzieć to wprost.
W sali na chwilę zapada absolutna cisza. Ojciec Maela odchyla się na krześle, studiując mnie z nowym, bardziej uważnym zainteresowaniem.
— Szczerość — mruczy. — Rzadka cecha.
Matka chłopaka uśmiecha się cienko.
— A jednak nasz syn uparł się właśnie na ciebie. Ciekawe.
Mael odkłada serwetkę.
— Wystarczy — mówi cicho, ale w jego głosie pojawia się coś ostrego, czego wcześniej tam nie było. — Lilien jest tu jako moja partnerka. Nie jako obiekt egzaminu.
Rodzice patrzą na siebie przez ułamek sekundy. Coś przechodzi między nimi — ciche porozumienie, którego nie rozumiem.
— Oczywiście — odpowiada kobieta łagodniej. — Przepraszamy, jeśli sprawiliśmy wrażenie, że jesteśmy… zbyt bezpośredni. Po prostu zależy nam na naszym synu. Zawsze zależało.
Kłamstwo jest tak gładkie, że aż boli. Patrzę na Maela i po raz pierwszy widzę nie groźnego, kalkulującego Blackthorna, tylko chłopaka, który nauczył się jeść w milczeniu, odpowiadać precyzyjnie i nigdy, przenigdy nie pokazywać, że coś go boli. Jak do cholery można było tu dorastać i nie zwariować?
Cisza przy stole robi się gęstsza. Służący wnosi kolejną potrawę. Nikt nie odzywa się przez dłuższy czas. Do głowy wkrada mi się prosta myśl — może jednak dobrze się stało, że tu przyszłam. Dzięki temu naprawdę zaczynam rozumieć, skąd wzięła się ta lodowata skorupa, którą Mael nosi jak drugą skórę.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Jestem dumny. Nie pokazałem tego przy stole — nigdy bym nie pokazał — ale kiedy Lilien usiadła obok mnie i zniosła tę kolację bez drgnięcia, poczułem satysfakcję. Czystą, ostrą satysfakcję. Zgodziła się tu przyjechać. Nie musiałem jej zmuszać. Nie musiałem niczego udawać. Po prostu… przyszła.
Po kolacji rodzice proponują spacer po ogrodach. Nie odmawiam. Wychodzimy. Powietrze na zewnątrz jest chłodne i wilgotne. Rozległe ogrody Blackthornów wyglądają nocą jeszcze bardziej surowo niż za dnia — przycięte żywopłoty, czarne rzeźby, ścieżki z jasnego kamienia, które prowadzą prosto w ciemność. Idziemy powoli. Lilien idzie obok mnie w milczeniu, a ja czuję jej obecność wyraźniej niż zwykle.
Kierujemy się w stronę świątyni. Zauważam to dopiero po kilku minutach. Świątynia stoi na skraju posiadłości od pokoleń. Stara, starsza nawet od samego rodu. Zawsze była miejscem rytuałów, przysiąg i… innych rzeczy, o których wolałoby się nie mówić przy stole.
Zaczynam się zastanawiać. Na początku byłem pewien, że rodzice po prostu chcą ją zobaczyć. Ocenić. Zważyć. Tak jak ważą wszystko, co wkracza w orbitę Blackthornów. Dlatego ją tu zabrałem. Chciałem, żeby zobaczyli, jak silną duchową mocą dysponuje Lilien i nie stwarzali w późniejszym czasie żadnych problemów. Teraz mam wątpliwości.
Czy już wiedzą? Czy dostrzegli w niej to, co ja zobaczyłem od pierwszej chwili – dziewczynę z przepowiedni? Tę, która nie powinna istnieć w tym świecie, a jednak istnieje? I jeśli wiedzą… to jak planują to rozegrać?
Zbliżam się do niej o pół kroku. Na tyle, żeby w razie potrzeby móc zareagować szybciej niż ktokolwiek inny. Moja dłoń niemal muska jej ramię. Nie dotykam jej, ale jestem wystarczająco blisko. Jeśli to ma być pułapka — a coraz bardziej wygląda na to, że może nią być — to nie pozwolę, żeby cokolwiek jej się stało. Nawet jeśli będę musiał wystąpić przeciwko własnej krwi.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Wchodzimy do starożytnego, ale wciąż utrzymanego w nienagannym stanie, budynku. Powietrze zmienia się natychmiast. Robi się gęstsze, starsze, cięższe. Kamienne ściany są pokryte symbolami, których nie potrafię rozszyfrować, a światło pochodni rzuca długie, drżące cienie. Ledwie stawiam kilka kroków, gdy coś we mnie drga ostrzegawczo.
Magia zamyka się za nami cicho, jakby ktoś domykał drzwi, których nie widać. Próbuję się cofnąć, ale mi się nie udaje. Powietrze staje się sztywne, nieprzepuszczalne, niczym szklana tafla. Serce zaczyna bić mi szybciej.
Ojciec Maela odwraca się ku mnie. Jego twarz jest spokojna, prawie uprzejma.
— Nie bierz tego do siebie — mówi chłodno. — Jesteś tylko przynętą.
Matka uśmiecha się lekko, patrząc na syna.
— Dobrze się spisałeś, Maelu. Możesz odejść.
Chłopak stoi w miejscu. Nie rusza się. Nie oddycha nawet głośniej. Jest jak marmurowy posąg — idealnie spokojny, idealnie nieruchomy. Przez ułamek sekundy myślę — no pięknie. Dawno nic się nie działo. — I w tej samej chwili pojawia się ostre i brzydkie podejrzenie, że on mnie w to umyślnie wciągnął. Wszystko było grą. Postanowił mnie tu przyprowadzić, bo wiedział, co się stanie. Ale nie trwa to nawet trzech sekund.
Więź między nami jest prawdziwa. Czysta. Nie da się jej sfałszować. Mael nie mógł mnie okłamać w tej kwestii — nie w ten sposób. Nagle nabieram absolutnej, niepodważalnej pewności, że chłopak by mnie nie skrzywdził. Nigdy.
— O co tu chodzi? — pyta chłodno Mael, jakby na potwierdzenie moich przemyśleń.
— Działamy na życzenie starych bogów, którzy pragną dostać w swoje ręce Feniksa — mówi zupełnie otwarcie matka Maela, z taką pewnością, jakby już wygrała. — A Lilien Everhart… jesteś najprostszą drogą do niego.
Powietrze w świątyni nagle drży. Starożytna magia budzi się do życia. Symbole na posadzce zapalają się złowrogim, mętnym światłem. Czuję, jak coś zaczyna mnie oplatać. Duchowa energia wyrywa się z mojego ciała, jakby ktoś próbował wyssać ją siłą.
Kolana uginają się pode mną.
— Odsuń się od niej — rozkazuje synowi ojciec.
— Nie — chłopak odpowiada stanowczo, z chłodnym spokojem w głosie.
Robi krok w moją stronę. Potem drugi. Kiedy nie jestem już w stanie utrzymać się na nogach, jego ramię oplata moją talię i przytrzymuje mnie.
W powietrzu pojawia się niski, wibrujący warkot. Z cienia wyłania się ogromna, czarna pantera. Jej oczy płoną złotem, a ciało jest tak gęste od magii, że prawie nie rzuca cienia.
— Dziewczyna jest już martwa, niezależnie od tego, co zrobisz — oznajmia chłodno pani Blackthorn. — Lepiej dla ciebie, żebyś się od niej odsunął.
Zwierzę rzuca się naprzód bez ostrzeżenia. Rodzice Maela nie zdążają nawet krzyknąć. Na ich twarzach zastyga wyraz kompletnego zaskoczenia. Pantera jest szybka, precyzyjna i absolutnie bezlitosna. Mael nawet nie mrugnie, kiedy słychać dźwięk łamanych kości i krótki, zduszony charkot. Stoi prosto, trzymając mnie w ramionach, a jego twarz pozostaje całkowicie spokojna. Pozbywa się własnych rodziców tak, jakby załatwiał drobną, nieprzyjemną sprawę. Zamordował ich z zimną krwią. Nie wiem, czy powinnam czuć ulgę, czy być totalnie przerażona.
Ich śmierć jednak nie wystarcza. Symbole na posadzce rozpalają się jeszcze mocniej. Magia, którą uruchomili, nie potrzebuje już ich obecności. Pułapka została zastawiona wcześniej. Powietrze skręca się, przestrzeń się zagina, a ja czuję, jak coś nas chwyta i szarpie w dół. Teleportacja.
Kiedy otwieram oczy, nie jesteśmy już w tej samej świątyni. Znajdujemy się w komnacie. Starożytnej, zamkniętej, bez wyjścia. Mael wciąż trzyma mnie w ramionach, jakby to była jedyna rzecz, która jeszcze ma znaczenie.
Odpycham go od siebie gwałtownie, nie mogąc zebrać myśli. Czy on właśnie bez mrugnięcia pozbył się swoich rodziców, dlatego… że mi zagrozili? W tym momencie odnoszę wrażenie, że jest bardziej popaprany niż Feniks.
Czemu tu jestem? Dlaczego właśnie z nim?! Po raz kolejny… Wcale nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że to on ukartował całe zajście i wszystko idzie zgodnie z jego planem, a to wkurza mnie jeszcze bardziej.
— Wiem, o czym myślisz — mówi do mnie Mael, spokojnym, chłodnym tonem — ale tym razem to naprawdę nie moja wina. Nie naraziłbym cię umyślnie na niebezpieczeństwo — dodaje nieco ciszej, a ja nie mam wyjścia i z powodu więzi muszę mu uwierzyć, co tylko dolewa oliwy do ognia, bo to naprawdę wygodny zbieg okoliczności.
— Mam to gdzieś — odpowiadam mu zirytowana. — Co teraz?
Chłopak wzrusza ramionami.
— Czekamy aż Feniks po ciebie przyjdzie? — proponuje.
No po prostu cudownie… Czy naprawdę bez Feniksa jestem kompletnie bezużyteczna? Rozglądam się po kamiennej komnacie i dostrzegam wyryte na ścianach runy. Starożytny język… znowu. Podchodzę bliżej i czytam litery.
— Wygląda na to, że jesteśmy tu uwięzieni na dwadzieścia cztery godziny — mruczę niechętnie — i chyba tym razem nawet Feniks nie zdoła się tu dostać w tym czasie. Niepokoi mnie tylko ten zapis o potworach z cienia — wskazuję Maelowi konkretną linijkę.
Chłopak marszczy brwi. Przesuwa palcem po wyrytych w kamieniu literach. Wiem, że rozumie język starych bogów znacznie gorzej niż ja, dlatego tłumaczę mu poszczególne słowa.
W tym momencie powietrze w komnacie gęstnieje. Z cienia w rogu wyłaniają się pierwsze istoty — czarne, płynne sylwetki bez wyraźnych kształtów, tylko z błyszczącymi, czerwonymi oczami. Przywodzą mi na myśl żywe błoto. Wydają z siebie niski, nieprzyjemny dźwięk, jakby same ściany jęczały.
Mael nie waha się nawet sekundy. Czarna pantera materializuje się przy jego boku z głuchym rykiem, a on sam wyciąga dłoń, z której wystrzeliwują cienkie, czarne włókna magii. Walczy elegancko, precyzyjnie, jak zawsze, ale ja widzę to od razu. Brakuje mu mocy. Mam ochotę przeklinać.
Za każdym razem, gdy pantera rzuca się na kolejnego potwora, jej sylwetka robi się nieco mniej wyraźna. Mael zaciska zęby, a jego ruchy stają się nieco wolniejsze. Potwory z cienia są szybkie, agresywne, jeden z nich prawie dociera do niego, zanim pantera go rozszarpuje.
— Mael! — krzyczę, gdy kolejny stwór materializuje się tuż za nim.
Odwraca się błyskawicznie, ale widzę, jak jego dłoń drży. Pantera ryczy i rzuca się na potwora, miażdżąc go, ale ja wyraźnie czuję przez więź, jak bardzo Mael jest wyczerpany. Nie ma wystarczająco dużo duchowej energii. Mojej energii. Tej samej, której ja obecnie również nie mam, bo niemal całą wyssała ze mnie pułapka w świątyni.
Walka trwa może minutę, która jednak wydaje mi się godziną. W końcu ostatnia istota z cienia rozpada się w czarny pył. Mael stoi w miejscu, lekko pochylony, opierając dłoń o ścianę. Pantera dyszy ciężko u jego boku, a potem powoli znika.
— Mael… — podchodzę do niego, mimo że jeszcze chwilę temu chciałam go udusić. — Co się dzieje?
Podnosi wzrok. Jego stalowoszare oczy są spokojne, a kąciki jego ust unoszą się w lekko ironicznym uśmiechu.
— A jak ci się wydaje? — pyta z drwiną w głosie.
Milczę. Czuję, jak coś ściska mnie w gardle. Słowa wiszą w powietrzu między nami. W końcu to Mael wykonuje pierwszy ruch. Przyciska mnie do ściany, przytrzymując mi ręce nad głową, a moje serce zaczyna pędzić w dzikim galopie. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jestem jednocześnie wkurzona i podekscytowana. Wiem jednak, że moja bliskość z Maelem ma swoją cenę i nie zamierzam ranić…
Zanim zdążę go odepchnąć, chłopak z wewnętrznej kieszeni kurtki wyciąga znajomą fiolkę. Cholera! Patrzę na niego zaskoczona. Ten dupek naprawdę dobrze się przygotował. Nie pytając mnie o zdanie, zmusza mnie do wypicia mieniącego się płynu, a potem całuje mnie, jeszcze mocniej przyciskając moje ciało do kamiennej ściany. Bezwiednie odwzajemniam jego pocałunek. Wściekłość zlewa się we mnie z podnieceniem w jedną, burzliwą falę.
Jego usta są gorące, a język bezczelny, dominujący. Przyciska mnie całym ciałem do ściany, tak mocno, że czuję każdy muskularny kontur jego torsu. Moje ręce nadal są unieruchomione nad głową — nie mogę go odepchnąć, nie mogę go uderzyć, nie mogę nawet porządnie złapać oddechu. I to właśnie sprawia, że w tej chwili wcale tego nie chcę robić.
Moje usta otwierają się pod jego naciskiem, a język splata się z jego. Słyszę, jak Mael wydaje z siebie niskie, zadowolone mruknięcie — dźwięk, który wibruje prosto w mojej klatce piersiowej. Nie puszcza moich rąk. Zamiast tego jedną dłonią nadal trzyma je unieruchomione nad moją głową, a drugą zjeżdża w dół, po moim boku, po biodrze, aż chwyta mnie za udo i unosi mnie do góry. Instynktownie oplatam go nogami w pasie. Moje plecy uderzają o zimny kamień, a jego biodra wciskają się między moje uda z taką pewnością, jakby robił to setki razy.
— Mael — syczę mu w usta, ale to brzmi bardziej jak jęk niż protest.
— Cicho — odpowiada niskim, władczym głosem, odrywając usta od moich na ułamek sekundy. Jego stalowoszare oczy są ciemne, niemal czarne w tym świetle. — Nie myśl. Po prostu bierz to, co ci daję.
Zanim zdążę odpowiedzieć, znowu mnie całuje — tym razem jeszcze głębiej, jeszcze bardziej bezczelnie. Jego wolna dłoń zjeżdża pod mój top, palce przesuwają się po skórze brzucha, wyżej, aż obejmują pierś. Ściska. Nie delikatnie. Tak, jakby chciał zaznaczyć, że w tej chwili należę do niego, a najgorsze jest to, że moje ciało mu wierzy.
Czuję, jak duchowa energia zaczyna krążyć między nami. Ciepło rozlewa się w moim podbrzuszu, gęste, pulsujące, nie do opanowania. Mael wydaje z siebie cichy, gardłowy dźwięk, jakby właśnie poczuł to samo.
— Tak… — szepcze mi w usta, a w jego głosie jest coś niebezpiecznie bliskiego satysfakcji. — Grzeczna dziewczynka — mruczy gardłowo.
Jego usta zjeżdżają w dół, po linii mojej szczęki, na szyję. Gryzie. Nie mocno, jednak wystarczająco, żeby zostawić ślad. Wyginam się pod nim, a moje nogi zaciskają się mocniej wokół jego bioder. Czuję go. Twardego. Gorącego. Gotowego. I nienawidzę tego, jak bardzo go w tej chwili pragnę.
— Nienawidzę cię — syczę, ale głos mi się łamie, gdy jego dłoń zjeżdża niżej, między nasze ciała, i rozpina guzik moich spodni jednym, pewnym ruchem.
Mael unosi głowę. Patrzy mi prosto w oczy, jest spokojny, opanowany, całkowicie pewny siebie.
— Wiem — odpowiada cicho. — I to cię kręci, prawda?
Nie odpowiadam. Nie muszę. Ponieważ oboje wiemy, że ma rację.
Po wszystkim z trudem łapię oddech. Plecy pieką od zimnego kamienia, usta mam opuchnięte, a między udami wciąż czuję pulsujące, mokre ciepło. Sięgam po spodnie, chcąc choć trochę odzyskać kontrolę, ale zanim moje palce zdążą złapać materiał, Mael chwyta mnie za nadgarstek. Mocno, stanowczo.
— Czekałem na to kilka cholernych miesięcy — warczy nisko, prawie wściekle. — Naprawdę uważasz, że raz mi wystarczy?
Patrzy na mnie ciemnymi z podniecenia, niemal czarnymi oczami. Nie ma w nich ani odrobiny czułości. Jest tylko głód i absolutna pewność, że weźmie, ile zechce.
Płynnym ruchem zdejmuje skórzaną kurtkę i rzuca ją na kamienną posadzkę. Potem zmusza mnie, żebym na niej klęknęła. I właśnie to mnie wkurza najbardziej. Nawet teraz, kiedy jest tak chciwy i bezceremonialny, myśli o tym, żebym nie obtarła sobie kolan na kamiennej posadzce. To drobiazg. Absurdalny, irytujący, piekielnie charakterystyczny dla niego drobiazg.
Klękam. Wypinam w jego stronę pośladki, bo i tak wiem, że o to mu chodzi, a on natychmiast klęka za mną. Nie czeka. Nie sprawdza, czy jestem gotowa. Po prostu chwyta mnie za biodra i wchodzi we mnie jednym, głębokim pchnięciem. Nie potrafię powstrzymać cichego, złamanego jęknięcia. Mael wydaje z siebie niski, zadowolony dźwięk i chwyta mnie za włosy. Ciągnie do tyłu, zmuszając, żebym uniosła głowę. Mój kręgosłup wyginą się w łuk, a on zaczyna się poruszać — głębiej, mocniej, szybciej. Już w ogóle się nie powstrzymuje.
Każde pchnięcie jest twarde, rytmiczne i bezlitosne. Słyszę tylko własny nierówny oddech i jego ciche, gardłowe mruknięcia za każdym razem, gdy wbija się we mnie do końca. Jedną ręką wciąż trzyma mnie za włosy, drugą zaciska na moim biodrze tak mocno, że na pewno zostaną siniaki. A ja… Nienawidzę tego, jak bardzo moje ciało na to reaguje. Jak zaciskam się wokół niego, jak wypinam się jeszcze bardziej, jak mimo wszystkiego nie chcę, żeby przestał.
— Mael… — próbuję coś powiedzieć, ale słowo urywa się w kolejnym jęku, kiedy zmienia kąt i uderza dokładnie tam, gdzie jest najgorzej i najlepiej jednocześnie.
On tylko pochyla się nad moimi plecami, wciąż nie zwalniając tempa.
— Wiem. I nadal to bierzesz — szepcze mi prosto do ucha, niskim, całkowicie opanowanym głosem.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Nie uprawialiśmy seksu od miesięcy. Cierpiałem za każdym razem, gdy była z nimi, ale teraz… teraz jest tylko moja. Klęczy przede mną na mojej kurtce, z wypiętymi pośladkami, z włosami zamkniętymi w mojej pięści. Jej ciało drży za każdym moim pchnięciem. Słyszę jej urywane, pełne złości i przyjemności zarazem, przełamane jęki i to jest najpiękniejszy dźwięk, jaki słyszałem od miesięcy.
Wbijam się w nią głębiej, mocniej, bez żadnej litości. Nie muszę się już kontrolować. Nie muszę udawać. Nie muszę patrzeć bezczynnie, jak ktoś inny bierze to, co od dawna powinno należeć tylko do mnie.
Jej wewnętrzne mięśnie zaciskają się wokół mnie za każdym razem, gdy dochodzę do końca. Czuję, jak jej magia wreszcie zaczyna płynąć do mnie — gęsta, gorąca, uzależniająca. Po tylu tygodniach niedoboru to niemalże bolesne uczucie.
Pochylam się nad jej plecami, nie zwalniając tempa.
— Grzeczna dziewczynka — szepczę jej prosto do ucha, nisko i wyraźnie. — Cała mokra, cała napięta… i nadal próbujesz mnie nienawidzić.
Jej oddech łamie się w kolejnym jęku. Zaciskam mocniej dłoń na jej włosach i przyspieszam, aż kamienna komnata wypełnia się tylko dźwiękiem naszych ciał i jej stłumionymi, bezsilnymi okrzykami. Nie zamierzam jeszcze kończyć. Czekałem zbyt długo, żeby teraz się spieszyć.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Kolejne fale potworów przestały być dla Maela jakimkolwiek wyzwaniem. Pojawiają się w regularnych odstępach czasu, co około dwie godziny, wyłażąc z cieni jak żywe błoto z czerwonymi oczami. Mael nawet jakoś szczególnie nie włącza się do walki. Czasem tylko unosi dłoń, a czarne włókna magii szarpią istoty na strzępy, zanim zdążą zrobić więcej niż kilka kroków. Pantera pojawia się i znika jak cień. Walka, która jeszcze kilka godzin temu kosztowała go sporo sił, teraz wygląda niemal na nudną.
Siedzę oparta plecami o zimną ścianę. Mam na sobie jego skórzaną kurtkę — za dużą, pachnącą nim i odrobiną dymu. Zapinam ją pod samą szyję, bo w komnacie jest chłodno, a ja nie mam ochoty udawać, że jestem silna.
Po każdej krótkiej walce Mael wraca. Nie pyta. Po prostu podchodzi, chwyta mnie pod uda i sadza sobie na kolanach, jakby to było najbardziej oczywiste miejsce na świecie. Jego jedno ramię oplata mnie w talii, drugie spoczywa spokojnie na moim udzie. Jest ciepły, solidny, irytująco spokojny.
— Prześpij się trochę — mówi cicho, prawie obojętnie. — Zostało nam jeszcze kilka godzin.
W pierwszej chwili chcę zaprotestować. Z czystej przekory. Chcę powiedzieć, że nie potrzebuję jego kolan, jego kurtki ani jego spokojnego głosu. Dam sobie radę sama. Jednak myśli nie zamieniają się w słowa. Jestem zbyt zmęczona. Zbyt wyeksploatowana emocjonalnie i fizycznie. A jego tors jest ciepły i stabilny, a serce pod moim policzkiem bije miarowo, jakby naprawdę wszystko było pod kontrolą. Wtulam twarz w jego pierś i zamykam oczy. Na razie nawet nie mam siły go nielubić.