Rozdział 8 – Bohaterowie noszą maski III
by Vicky
Lilien
Siedzę na kanapie w salonie, kiedy podchodzi do mnie Feniks. Ku mojemu zdumieniu trzyma na rękach jakieś małe stworzenie. Wygląda jak połączenie kota z lisem i jest absolutnie urocze. Ma długą, czarną sierść, czerwone uszy, czerwone fragmenty łap i mieniącą się czerwienią, trójkątną plamę na futrze pod brodą. Wyjątkowo puchaty ogon również kończy się intensywną czerwienią.
— Co to? — pytam, niepewna, czy wolno mi się ruszyć.
Feniks bez słowa podaje mi zwierzątko. Stworzenie natychmiast zeskakuje mi na kolana i zaczyna się mościć, mrucząc cicho i ocierając się o mój brzuch. Kiedy nieśmiało kładę na nim dłoń, liże moje palce gorącym, szorstkim językiem.
— Prezent — mówi Feniks. — Stworzyłem go dla ciebie.
Podnoszę na niego wzrok, zupełnie zaskoczona.
— Co?
Uśmiecha się do mnie odrobinę nieśmiało. To dziwny uśmiech na jego twarzy – mniej drapieżny, bardziej… miękki.
— Podoba ci się?
— Jest przeuroczy — odpowiadam szczerze, głaszcząc miękką sierść. Stworzenie mruczy głośniej i wpatruje się we mnie wielkimi, ciemnymi oczami, jakby było absolutnie zafascynowane. Feniks bierze mnie za rękę i delikatnie podnosi z kanapy. Zwierzak natychmiast zeskakuje na podłogę i drepcze tuż przy mojej nodze, nie odstępując mnie ani na krok.
— Chodź — mówi cicho. — Chcę, żebyś zobaczyła coś jeszcze.
Wychodzimy do ogrodu na dachu i zamieram. Cały ogród tonie w kwiatach. Nie są jednak zwyczajne. Każdy kwiat wygląda jak miniaturowy zachód słońca — płatki przechodzą od głębokiej czerwieni przez pomarańcz aż po złoto. Krzewy natomiast pokryte są drobnymi, mieniącymi się punktami światła, jakby ktoś obsypał je żywymi gwiazdami.
Stoję z szeroko otwartymi oczami, nie mogąc złapać tchu.
— Je… też stworzyłeś?
Feniks staje za mną i oplata mnie ramionami. Pochyla się i chowa twarz w zagłębieniu mojej szyi, oddychając głęboko, jakby sam potrzebował tej chwili.
— Dla ciebie — mruczy nisko. — Tylko dla ciebie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ivory
Przychodzimy na dach we czwórkę — ja, Emily, Kieran i Eric. I wszyscy zamieramy. Ogród wygląda jak coś wyjętego prosto z bajki. Kwiaty świecą od środka, jakby każdy z nich był miniaturowym zachodem słońca. Krzewy mienią się drobnymi punktami światła, jakby ktoś rozsypał po nich żywe gwiazdy. Powietrze pachnie intensywnie i słodko.
— To… co to takiego? — szepcze Emily, wyraźnie zauroczona.
— Wygląda na dzieło Feniksa — mruczy Eric.
Rozglądam się oczarowana, nie mogąc uwierzyć, że coś tak pięknego istnieje naprawdę. I wtedy o moją nogę ociera się jakieś małe stworzenie. Jest czarne, puszyste, z czerwonymi akcentami i wygląda jak połączenie lisa z kotem. Absolutnie urocze.
Zanim zdążę się schylić, pojawia się Cassian. Podnosi zwierzątko na ręce jednym płynnym ruchem.
— Wybaczcie, nie chciałem wam przeszkadzać — mówi spokojnie. — Jest wyjątkowo ciekawski, dlatego za wami poszedł.
Patrzę na puszystą kulkę w jego dłoniach.
— Co to takiego?
Cassian wzrusza ramionami.
— Prezent od Feniksa dla Lili.
Coś we mnie nagle zaciska się ostro i nieprzyjemnie. Paląca, brzydka zazdrość.
— Jak ma na imię? — pyta Emily.
— Lili jeszcze nie nadała mu imienia.
Nie nadała mu imienia. Dostała coś tak wspaniałego… i nawet nie zadała sobie trudu, żeby je nazwać? Złość mieszka się z zazdrością tak mocno, że robi mi się niedobrze. Ponownie rozglądam się po ogrodzie — po tych wszystkich kwiatach, które wyglądają, jakby istniały poza normalnymi zasadami świata.
— To też dzieło Feniksa… prawda?
— Tak — odpowiada Cassian spokojnie. — Kwiaty, które istnieją tylko dla niej.
To jedno zdanie przelewa czarę goryczy. Czuję, jak cały mój świat zaczyna się rozpadać. On tworzy dla niej rzeczy, które nie istnieją nigdzie indziej. Daje jej stworzenia. Otacza ją ogrodami pełnymi gwiazd i zachodów słońca. A ja… ja dostaję tylko dystans i uprzejmy chłód, odkąd zrozumiał, że go kocham.
Stoję na środku najpiękniejszego ogrodu, jaki widziałam w życiu, i marzę o tym, żeby znaleźć się na miejscu Lilien.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
„To nie fair. Absolutnie nie fair. Zawsze to Mael sprzątał po nas. Zawsze. A teraz ja mam sprzątać po nim? Po tym, jak śmiał ją tknąć?”
Feniks w mojej głowie marudzi od dobrych dwudziestu minut i nie zapowiada się, że przestanie. Idę przez tereny Blackthornów w coraz gorszym humorze.
Asher kazał „posprzątać”. Po tym, jak Lili opowiedziała mu wszystko. Spokojnym, zimnym głosem stwierdził, że nie możemy zostawić ciał w świątyni i ktoś musi to załatwić. I oczywiście ten ktoś to ja.
„Nienawidzę tego. Nienawidzę sprzątać. Nienawidzę, że to nie ja zdecydowałem, co zrobić z tymi ludźmi. I najbardziej nienawidzę, że nie wolno mi ruszyć Maela.”
Docieram do świątyni. Nie bawię się w subtelności. Podnoszę obie dłonie i wyswobadzam ogień. Złoty, gorący, absolutnie bezlitosny. Świątynia staje w płomieniach w ciągu kilku sekund. Kamienie pękają, symbole na posadzce czernieją, a to, co zostało z ciał rodziców Maela, zamienia się w drobny, szary popiół. Pozoruję wypadek. Wystarczająco dobrze, żeby nikt nie zadawał zbędnych pytań.
„Pięknie się pali. Szkoda, że nie mogę tutaj dorzucić jeszcze jednego Blackthorna.”
Wracam po Catherinę. Znajduję ją w jednym z bocznych skrzydeł rezydencji. Dziewczyna jest blada, ale opanowana. Patrzy na mnie bez szczególnego strachu, co jest albo bardzo odważne, albo bardzo głupie.
— Powiedz tylko słowo — odzywam się, a to już prawie czysty Feniks. — A spalę każdego, kto stanie ci na drodze do zostania głową rodziny.
Catherina unosi brew.
— Każdego?
— Każdego — potwierdzam. — Z wyjątkiem twojego brata. Niestety. Dostałem kategoryczny zakaz.
„Asher i jego cholernie rozsądne zakazy. Gdyby Mael był głową rodu, siedziałby po uszy w papierach i nie miałby czasu kręcić się koło Lili. To byłby idealny plan. Wspaniały w swojej prostocie.”
Catherina przez chwilę studiuje moją twarz, po czym powoli kiwa głową.
— W takim razie… chętnie skorzystam z pomocy.
Uśmiecham się szeroko, drapieżnie.
— Świetnie. Bo akurat mam bardzo zły dzień i ogromną ochotę coś spalić.
„Może spalimy kogoś z rady rodzinnej? Dla rozruchu? Żeby od razu wiedzieli, że nowa głowa rodu ma solidne wsparcie?”
— Tylko nie przesadź — prosi Catherina, gdy ruszamy w stronę głównej sali. — Chciałabym mieć jeszcze kogoś do zarządzania majątkiem.
— Obiecuję nic nie spalić… od razu — odpowiadam łagodnie.
Feniks w mojej głowie chichocze.
„Kłamstwo. Piękne, małe kłamstwo.”
A ja mam wrażenie, że ten dzień właśnie robi się odrobinę bardziej znośny.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Catherina
Stoję na podwyższeniu i czuję na plecach jego obecność jak żywy ogień. Feniks stoi dokładnie pół kroku za mną. Nie musi nic mówić. Nie musi nawet się ruszać. Wystarczy, że jest. Cała sala o tym wie. Ja też o tym wiem. I właśnie dlatego mogę mówić spokojnym, równym głosem, choć serce bije mi mocniej, niż chciałabym przyznać.
— Od dzisiaj to ja stoję na czele rodu Blackthornów — mówię, patrząc na zebranych. — Mój ojciec i matka zginęli w pożarze w starej świątyni. Ród potrzebuje stabilności. Ja tę stabilność zapewnię.
Kilka osób otwiera usta, jakby chciało zaprotestować. Wtedy on robi pół kroku do przodu. Tylko pół. A jednak powietrze w sali gęstnieje, a złote światło na ułamek sekundy liże skórę jego dłoni. Wszyscy natychmiast milkną. Widzę strach w ich oczach. Prawdziwy, głęboki strach przed czymś, co nie jest człowiekiem i nigdy nim nie było.
Czuję dreszcz. Nie strachu. Czegoś innego. Czegoś, co jest niebezpiecznie bliskie uwielbieniu. On jest tu przede mną. Stoi za moimi plecami jak żywy gwarant władzy. Jak bóg, który postanowił akurat dzisiaj być łaskawy i nie spalić wszystkich na popiół. A ja… ja mogę z tego skorzystać.
— Oczekuję lojalności — kontynuuję chłodno. — I absolutnego posłuszeństwa.
Nikt nie śmie się odezwać. Kiedy odwracam głowę wystarczająco, żeby widzieć go kątem oka, on uśmiecha się lekko. Ten uśmiech nie jest ludzki. Jest spokojny, zadowolony i absolutnie zabójczy.
— Dziękuję za powściągliwość — mówię cicho, tylko do niego.
— Na razie — odpowiada tym samym, niskim głosem, który sprawia, że coś we mnie drży. — Dzień jest jeszcze młody.
Po raz pierwszy od śmierci rodziców czuję, że naprawdę mam władzę. Bo za moimi plecami stoi coś znacznie potężniejszego niż cały ród Blackthornów razem wzięty.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Leżę rozwalony na łóżku w swoim pokoju, kiedy słyszę ciche pukanie do drzwi.
— Proszę.
Ku mojemu zdumieniu do środka wchodzi Lili. Przy jej nodze drepcze to czarno-czerwone stworzenie, które Feniks jej podarował.
— Cześć — mówi. — Nie przeszkadzam?
Podnoszę się powoli, opierając się na łokciach, i przyglądam się jej uważnie. Stworzenie podbiega do łóżka i bez wahania wskakuje na materac. Zaczyna się o mnie ocierać, domagając się uwagi. Jeszcze bardziej zaskakuje mnie fakt, że bezwiednie kładę mu dłoń na grzbiecie i zaczynam głaskać.
— Czego potrzebujesz? — pytam zrezygnowanym tonem.
— Chciałam… trochę z tobą posiedzieć.
Przez chwilę milczę. Potem odsuwam się, robiąc jej miejsce. Siada przy mnie, opierając się o wezgłowie łóżka. Nie mam pojęcia, o co jej chodzi.
— Wyrzuty sumienia? — zgaduję.
Kręci przecząco głową.
— Pomyślałam, że potrzebujesz towarzystwa. W końcu… twoi rodzice nie żyją — dodaje cicho.
Śmieję się krótko, gorzko. Odwracam się do niej i patrzę prosto w oczy.
— Gdyby znowu ci zagrozili, zabiłbym ich po raz kolejny. Bez mrugnięcia okiem. Wiesz o tym.
Kiwa głową. Potem, ku mojemu rosnącemu zdumieniu, przysuwa się bliżej. Opiera policzek o moje ramię i oplata moją rękę swoimi dłońmi. Nigdy w życiu nie czułem się tak zmieszany. Gdzie podziała się jej niechęć? Ta stała, ostra irytacja, którą zwykle wobec mnie miała? Nawet kiedy przychodziła, żeby się wygadać, zawsze była na coś wściekła albo czymś głęboko zmartwiona. A ja byłem po prostu wygodnym, bezpiecznym miejscem, w którym mogła to wszystko zostawić, zanim wróci do Ashera.
Dlaczego więc teraz siedzi obok mnie tak spokojnie, z łagodnym wyrazem twarzy?
— Jak to coś się nazywa? — pytam, wskazując brodą na stworzenie, które wygodnie rozłożyło się na moich kolanach. Nie dlatego, że mnie to interesuje. Raczej żeby jakoś odwrócić uwagę od tego, jak blisko jest.
Lili uśmiecha się do mnie uroczo.
— Jeszcze nie wymyśliłam mu dobrego imienia. Nic mi do niego nie pasowało. Chcesz mi pomóc?
— Feniks będzie zachwycony — burczę.
Ona śmieje się. Szczerze. Radośnie. I zaskakuje mnie, jak bardzo ten dźwięk mi się podoba.
— Nie musi wiedzieć.
Zastanawiam się przez chwilę, gładząc czarną sierść.
— Może Kazan? — proponuję. — Wulkan po japońsku.
Jej oczy otwierają się szeroko. Wyraźnie się cieszy. Stworzenie natychmiast zaczyna wspinać się po moim torsie, merdając puszystym ogonem i strzygąc uszami. Lili śmieje się znowu, już drugi raz tego wieczoru, i delikatnie drapie zwierzątko za uszami.
— Kazan — powtarza miękko.
Stworzenie odwraca się ku niej, jakby w pełni akceptując nowe imię.
Myślałem, że ten wieczór nie jest w stanie mnie już niczym zaskoczyć. Myliłem się. Lili nie zbiera się do wyjścia. Kiedy zaczyna ziewać, po prostu wślizguje się pod kołdrę i kładzie się na łóżku, jakby to było najnaturalniejsze miejsce na świecie. Kładę się obok niej na plecach. Ona od razu przysuwa się bliżej i opiera głowę na moim ramieniu. Obejmuję ją jedną ręką, prawie odruchowo, przyciągając jeszcze bliżej.
Kazan przez chwilę drepcze po mnie w kółko, po czym zwija się w kulkę na moim brzuchu i też przestaje się ruszać.
Lili zasypia w ciągu kilku minut. Spokojnie. Beztrosko. Jak gdyby nigdy nic.
To pierwszy raz od czasu Paryża, kiedy śpi w moim łóżku, a ja wciąż nie potrafię pojąć, dlaczego w ogóle tu przyszła.
Leżę w ciemności i rejestruję każdy szczegół jej obecności. Oddech ma równy, głęboki, całkowicie rozluźniony. Jej głowa spoczywa na moim ramieniu z zaskakującą naturalnością, dłoń leży otwarta na moim torsie, a ciepło jej ciała przenika przez materiał koszulki. Kazan zwinął się na moim brzuchu i mruczy cicho, jakby akceptował ten układ bez najmniejszego wahania.
To nie powinno wyglądać w ten sposób. Przez miesiące utrzymywała między nami wyraźną granicę — ostrą, konsekwentną, czasem wręcz demonstracyjną. Nawet w chwilach, gdy szukała mojego towarzystwa, zawsze było w tym napięcie — irytacja, niepokój, potrzeba wyładowania emocji, których nie chciała pokazywać pozostałym. Byłem wygodnym, bezpiecznym odbiorcą jej frustracji. Niczym więcej.
A jednak dzisiaj przyszła bez żadnego z tych powodów. Zasnęła. Zaufała mi na tyle, by zostać obok. Przesuwam kciukiem po jej ramieniu, powoli, z rozmysłem. Nie znajduję racjonalnego wyjaśnienia. Nie potrafię określić, co skłoniło ją do wyboru właśnie tego pokoju zamiast oczywistych alternatyw. I — co jest bardziej niepokojące — nie potrafię zignorować faktu, że jej obecność działa na mnie uspokajająco w sposób, którego nie przewidziałem i którego nie jestem w stanie do końca kontrolować.
W tej chwili, pozbawiony konieczności utrzymywania jakiejkolwiek maski, mogę sobie pozwolić na jedną, wyjątkowo niebezpieczną myśl — chcę, żeby ten stan się utrzymał. Nawet jeśli jutro wszystko wróci do poprzedniego porządku. Nawet jeśli to, co teraz czuję, nie mieści się w żadnym znanym mi schemacie. Na razie po prostu pozostaję w bezruchu, delektując się jej cichą, nieoczekiwaną bliskością.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ivory
Wciąż nie potrafię dojść do siebie. Feniks stworzył dla niej pupila. Stworzył cały ogród. Wszystko, co robi, robi dla niej. A ja… ja dostałam tylko dystans. Uprzejmy, chłodny dystans, odkąd zrozumiał, że go kocham.
Stoję w otwartym salonie, kiedy widzę, jak Lili wchodzi do pokoju Maela. I nie wychodzi. Wcale. Dlaczego miałaby do niego iść? Przecież ma Feniksa. Nikt nie jest wspanialszy od Feniksa i Cassiana. Gdybym tylko mogła, oddałabym im wszystko. Sto procent siebie. Bez wahania. Bez reszty.
Wracam do pokoju, siadam po turecku na materacu i tulę do piersi pluszaka. Kocham go. Całą sobą. A on unika mnie, jakby sama moja obecność była czymś niewygodnym. Jakbym nic nie znaczyłam.
Wtedy słyszę głos. Cichy. Słodki. Idealnie dopasowany do tego, co właśnie czuję.
„Och, masz rację. On jest wspaniały. A ona go nam ukradła. Ale nie martw się… odzyskamy go. Pomogę ci. Jeśli mi na to pozwolisz.”
Zastygam.
— Kim jesteś? — szepczę do pustego pokój.
„Cassian ma Feniksa. A ty masz mnie. Jesteś tak samo wyjątkowa jak oni.” — Głos jest miękki, przekonujący, prawie czuły. — „Ona ma jeszcze dwóch innych. Nie potrzebuje Feniksa.” — Słowa padają dokładnie w chwili, gdy w mojej głowie pojawiają się pierwsze wyrzuty sumienia. Jakby ktoś czytał moje myśli i natychmiast je uspokajał.
Zamykam oczy. Dłonie mam zaciśnięte na pościeli.
— Pomóż mi — błagam cicho. — Proszę. Chcę… chcę go odzyskać. Zrobię wszystko, czego sobie zażyczysz.
„Oczywiście, Maleńka. Obiecuję ci, że wszystko się ułoży.”
Czuję, jak coś ciepłego i gęstego rozlewa się po moim umyśle. Myśli robią się powolne, odległe. Jakbym tonęła w miękkiej, przyjemnej mgle. Moje ciało przestaje być moje. Zostaję zepchnięta gdzieś głębiej, w tył własnej świadomości. Nie walczę. Nie mam na to siły. I tak nie byłam wystarczająco dobra, żeby odzyskać go sama. Tak… będzie lepiej.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Wracam dopiero nad ranem. Całe ciało mam jeszcze lekkie po spaleniu świątyni i gasnącym już zadowoleniu z tego, jak ładnie Catherina przejęła władzę. Idę prosto do naszej sypialni, już wyobrażając sobie, jak wślizgnę się pod kołdrę i przyciągnę Lili do siebie. Tylko że Lili tam nie ma.
Asher śpi sam. Na mój widok powoli unosi powieki, wyraźnie jeszcze nie do końca rozbudzony.
— Gdzie Lili?
— Śpi u Maela — odpowiada sennie.
Na sekundę w mojej głowie zapada absolutna, śmiercionośna cisza. Potem Feniks eksploduje.
„CO?! U NIEGO?! W JEGO ŁÓŻKU?! Po tym jak ja spaliłem z jej powodu pół nieba? Po tym jak stworzyłem jej bestię i ogród?! A ona idzie spać do NIEGO?!”
— CO?! — słowo wyrywa się z mnie zanim zdążę je powstrzymać.
Już robię ruch w stronę drzwi. Asher podnosi się na łokciu.
— Zaczekaj. Odpuść jej.
— Dlaczego? — pytam ostrzejszym tonem, niż zamierzałem.
„Dlaczego mamy odpuszczać? Możemy po prostu go spalić. Lekko. Tylko trochę. Żeby wiedział, że nie może zabierać Kochania. Albo mocniej. Żeby już nigdy nie miał łóżka, do którego może ją zabrać.”
— Ona… tego potrzebowała — mówi Asher spokojnie. — Po tym, jak Mael zabił dla niej własnych rodziców.
Feniks w mojej głowie wydaje z siebie dźwięk, który jest połączeniem oburzenia i histerycznego śmiechu.
„No tak. Zabił rodziców. A ja tylko spaliłem niebo nad całym miastem i stworzyłem dla niej nowy gatunek. Oczywiście. To się w ogóle nie liczy. Ja jestem tylko skromnym, niedocenionym artystą.”
Stoję w miejscu, zaciskając pięści. Jesteśmy z Feniksem cholernie, absolutnie, totalnie niezadowoleni. Asher patrzy na mnie przeciągle.
— Zrób to dla niej.
Zamykam oczy. Nie czułem niczego. Nie było bólu ani mdłości. Żadnego podniecenia. Zero bliskości erotycznej.
„Śpią. Razem. W jednym łóżku. A my mamy to łyknąć jak grzeczne dzieci. Mogę mu chociaż spalić poduszkę? Albo kołdrę? Albo całe piętro?”
Wzdycham ciężko. Tak ciężko, że aż czuję ból.
— Dobrze — cedzę przez zęby.
Odwracam się na pięcie i znikam w łazience, zanim Feniks zdąży mnie przekonać, że „mały, kontrolowany pożar w pokoju Maela” to wcale nie jest zły pomysł. Za zamkniętymi drzwiami opieram się o umywalkę i patrzę na swoje odbicie.
„Nienawidzę być dojrzały. To okropne uczucie.”
— Wiem — odpowiadam mu w myślach. — Ja też.