Rozdział 7 – Bohaterowie noszą maski III
by Vicky
Mael
Wiedziałem, że chcę się z nią pieprzyć. Od samego początku to wiedziałem. Wyobrażałem sobie, jak będę ją brał, jak wreszcie będzie należała tylko do mnie, tak jak w Paryżu, ale nie sądziłem, że tyle samo satysfakcji da mi po prostu trzymanie jej w ramionach. To nie miało żadnego sensu.
Siedziała na moich kolanach, wtulona w mój tors, w mojej kurtce, z twarzą schowaną w zgięciu szyi. Zapach jej włosów, ciepło jej ciała, ten spokojny, lekko rozmarzony wyraz twarzy, kiedy w końcu zasnęła… działały na mnie jak urok. Jak coś, czego nie dało się analizować ani kontrolować.
Przesuwam kciukiem po jej biodrze, powoli, prawie nieświadomie. I wtedy czuję, jak powietrze w komnacie zaczyna się zmieniać. Gęstnieje. Symbole na posadzce, które przez ostatnie godziny tylko słabo się tliły, nagle nabierają ostrzejszego, bardziej nieprzyjemnego blasku. Teleport zaczyna się aktywować.
— Lili — mówię nisko, potrząsając nią lekko. — Obudź się.
Otwiera oczy. Wciąż jest zaspana, spojrzenie ma miękkie i nieostre. Przez ułamek sekundy patrzy na mnie tak, jakby nie do końca pamiętała, gdzie jest i dlaczego leży w moich ramionach. Potem świadomość wraca i w jej szmaragdowych oczach pojawia się znajome, ostrożne napięcie.
Stawiam ją na nogi. Nie czekam, aż się ustabilizuje, przyciągam ją mocno do swojego boku, jedną ręką obejmując jej talię. Cokolwiek zaraz się wydarzy, nie pozwolę, żeby ktoś ją skrzywdził. Nie obchodzi mnie, kto zastawił tę pułapkę. Nie obchodzi mnie, jak potężny jest ten, kto stoi za moimi rodzicami. Ona stąd wyjdzie cała. Nawet jeśli ja nie wyjdę.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Feniks w mojej głowie szaleje. Od momentu, w którym Asher tak po prostu pozwolił jej odejść z Maelem, nie przestaje warczeć. Chodzi w kółko po mojej czaszce jak zbłąkane, wściekłe zwierzę.
„On ją oddał. Po prostu oddał. Jakby nie była nasza. Jakby miała prawo iść z kimś innym.”
Zaciskam zęby i próbuję go uspokoić, ale to jak próba ugaszenia pożaru olejem.
I wtedy to czuję. Przez więź. Jej oddech. Jej ciało. To, jak ktoś inny jest w niej. Głęboko. Mocno. Bez żadnych hamulców. Świat na ułamek sekundy robi się biały. Feniks wyje. Nie w przenośni. Dosłownie wyje w mojej głowie, to niski, rozdzierający, absolutnie obłąkany dźwięk, który sprawia, że klękam na jedno kolano i chwytam się krawędzi tarasu, żeby nie stracić równowagi.
„Zabiję go. Spalę go żywcem. Spalę ich wszystkich. Spalę całe miasta, aż zostanie tylko popiół i ona.”
Chcę. Naprawdę tego pragnę. Chcę zniszczyć wszystko, co stoi między nami a nią. Chcę, żeby niebo runęło, ulice stanęły w ogniu. Żeby Mael Blackthorn żałował, że w ogóle się urodził.
Ale… Lili byłaby nieszczęśliwa. Ten jeden, cholerny fakt trzyma mnie jeszcze w ryzach. Więc zamiast spalić miasto, podnoszę obie dłonie ku niebu. Feniks śmieje się w mojej głowie — dziko, radośnie, psychopatycznie.
„Tak. Tak, tak, tak…”
Płomienie strzelają w górę. Złote, żywe, starożytne. Rozchodzą się po niebie nad Chicago jak pękające żyły lawy. Chmury stają w ogniu. Noc zamienia się w piekielny, złocisty dzień. Ludzie na ulicach podnoszą głowy i krzyczą. Syreny zaczynają wyć.
Stoję na dachu i patrzę, jak niebo płonie, bo nie mogę spalić tego, co naprawdę bym chciał. Oddycham ciężko. Powoli. I wtedy dociera do mnie coś innego. Lili by tego nie zrobiła. Nie poszłaby z nim tak po prostu. Nie oddałaby mu się w ten sposób, gdyby sytuacja nie była podbramkowa. Gdyby nie musiała. Coś musiało pójść bardzo, bardzo źle.
Feniks w mojej głowie nagle cichnie. Na sekundę. Potem jego głos wraca — niższy, ostrzejszy, całkowicie skupiony.
„Idziemy po nią.”
— Idziemy po nią — powtarzam na głos.
Skrzydła rozkładają się za moimi plecami z mocnym, gorącym podmuchem. Ogromne, złote, płonące. Feniks i ja stajemy się jednym ruchem, jednym gniewem, jedną determinacją. Wzbijamy się w płonące niebo. I nic, absolutnie nic, nie stanie nam tym razem na drodze.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Najpierw czuję tylko zimno. Nie to zwyczajne, fizyczne. To chłód, który wchodzi prosto pod skórę i zaciska się wokół myśli. Mael jeszcze trzyma mnie przy boku, kiedy świat nagle się rozmazuje. Kamienna komnata, symbole, jego dłoń na mojej talii — wszystko odpływa, jakby ktoś pociągnął za niewidzialną zasłonę.
Nie przenoszę się ciałem. Wiem o tym natychmiast. To moja świadomość zostaje wyrwana i wciągnięta gdzieś indziej. Kiedy otwieram oczy, stoję w przestrzeni, która nie powinna istnieć. Nie ma tu podłogi ani nieba. Tylko nieskończona, mlecznobiała pustka, w której dźwięki giną, zanim zdążą wybrzmieć. Powietrze jest tak gęste od starożytnej mocy, że czuję na skórze drobne iskierki.
I wtedy ją widzę. Istota. Stoi kilka kroków przede mną, całkowicie skryta pod głębokim, ciemnym kapturem, pod którym, zamiast oblicza, mienią się tysiące gwiazd. Z fałdów materiału nie wystaje prawie nic, co pozwalałoby odgadnąć płeć. Obecność, którą emanuje, jest jednak ogromna — chłodna, starożytna i absolutnie obca.
— Lilien Maes — odzywa się głęboko.
Głos nie ma płci. Jest niski, gładki i pozbawiony emocji. To jedno słowo uderza mnie mocniej niż wszystko inne. Maes. Moje prawdziwe nazwisko. To, którego niemal już nie pamiętałam. To, które zostawiłam w poprzednim życiu razem z pustką i szarością.
— Skąd… — zaczynam, ale głos mi się łamie.
Istota nie rusza się nawet o milimetr.
— Jestem tym, kto cię tu sprowadził. Tym, kto sprezentował ci księgę.
Serce wali mi tak mocno, że czuję puls w gardle.
— To ty — szepczę. — To przez ciebie tu trafiłam.
— Tak.
Proste. Ostateczne. Przez chwilę milczymy. W końcu zbieram się w sobie.
— Dlaczego?
Istota pochyla lekko kaptur, jakby studiowała mnie z ciemności.
— Historia tego świata wymagała pewnych… zmian, ale… Feniks nie powinien był się obudzić. Nie w ten sposób. Nie tak wcześnie. I nie z taką siłą. To, co się z nim stało… wykracza poza ramy tego świata. Poza to, co miało prawo się wydarzyć. Im dłużej pozostaje związany z tobą, tym bardziej traci resztki tego, co jeszcze czyniło go kontrolowalnym. W końcu pochłonie wszystko. Ciebie. Ich. Ten świat.
Robi pauzę. Kiedy mówi dalej, głos staje się jeszcze spokojniejszy, a przez to bardziej przerażający.
— Możesz go jeszcze zniszczyć. Zanim będzie za późno. Wszystko, czego potrzebujesz, już masz. Informacja, jak to zrobić, znajduje się na końcu księgi. Tam, gdzie jeszcze nie zajrzałaś.
Chcę coś powiedzieć, zaprotestować, zadać nurtujące mnie pytania, ale przestrzeń wokół mnie nagle zaczyna pękać. Mlecznobiała pustka faluje, a głos Istoty robi się odległy.
— Wybór należy do ciebie, Lilien. Pamiętaj tylko… że niektóre historie nie powinny były się wydarzyć.
Światło znika, a ja wracam do własnego ciała. Jestem przerażona. Ktoś naprawdę potężny pragnie pozbyć się MOJEGO Feniksa.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Białe marmury ciągną się w nieskończoność. Kolumny sięgają tak wysoko, że nie dostrzegam ich szczytów. W powietrzu unosi się ten sam, nudny, idealnie czysty zapach nicości. Żadnego wiatru. Żadnego dźwięku. Tylko światło — zbyt jasne, zupełnie martwe. Jakby ktoś wyciągnął z tego miejsca wszystko, co miało prawo istnieć, i zostawił jedynie pustą, doskonałą skorupę.
Lili, która na chwilę jakby odpłynęła — oczy miała puste, ciało sztywne — nagle znowu jest przy mnie. Wtula się w mój bok, szukając oparcia, jakby wciąż nie była do końca pewna, czy wróciła w całości.
— Gdzie my jesteśmy? — pyta cicho.
Patrzę na nieskończoną biel.
— Nie mam bladego pojęcia.
Idziemy dalej. Mijamy kolejne identyczne kolumny, kolejne puste przestrzenie. Nic. Absolutnie nic. W końcu nawet moja determinacja zaczyna ustępować zmęczeniu. Siadamy pod jedną z marmurowych kolumn. Lili wciąż ma na sobie moją kurtkę. Opiera głowę o moje ramię i przez dłuższą chwilę po prostu oddychamy w tej nienaturalnej ciszy.
Nagle go widzę. Kształt nadlatujący z góry. Szybki. Płonący. Nareszcie ją znalazł! To chyba pierwszy raz, kiedy czuję ulgę na jego widok. Lili jest wreszcie bezpieczna. Feniks ląduje na marmurze przed nami z ciężkim, suchym trzaskiem skrzydeł. Złote płomienie liżą powietrze, a potem powoli przygasają, zostawiając Cassiana w ludzkiej postaci.
Lili zrywa się z miejsca, zanim zdążę ją powstrzymać.
— Cassian!
W jej głosie jest czysta, niekłamana ulga. On natychmiast zamyka ją w ramionach. Przyciąga do siebie mocno, zaborczo, jakby chciał wtopić ją w swoje ciało i jednocześnie ukryć przed całym światem. Twarz chowa w jej włosach. Jego dłonie zaciskają się na jej plecach tak mocno, że aż bieleją mu kłykcie. I wtedy do mnie dociera, jak piekielnie mnie to boli. Wiem, że nigdy, przenigdy, w ten sposób nie ucieszy się na mój widok.
Powoli wstaję. Feniks odrywa na chwilę twarz od jej włosów i patrzy na mnie. W jego bursztynowych oczach — a może już złotych — nie ma niczego poza czystą, zimną wrogością. Robi ruch, jakby chciał podejść.
Lili natychmiast go powstrzymuje. Stanowczo kładzie dłoń na jego torsie.
— Nawet nie waż się go dotykać — mówi tonem, który nie zostawia miejsca na dyskusję. — Ta sytuacja nie jest jego winą.
Cassian patrzy na nią z wyraźnym niezadowoleniem.
— Wygodne wytłumaczenie.
Ona nie cofa się ani o krok.
— Wiesz, gdzie jesteśmy? — zmienia temat.
Chłopak przez chwilę milczy. Potem powoli kiwa głową. Kącik jego ust unosi się w lekkim, kpiącym uśmiechu, który nie ma w sobie nic przyjemnego.
— Witajcie w Panteonie. — Przenosi wzrok na mnie, a potem z powrotem na nią. — Jeżeli masz jeszcze siłę… możemy trochę pozwiedzać.
Stoję nieruchomo i patrzę, jak trzyma ją w ramionach. Jak ona pozwala mu się trzymać. Nie mam pojęcia, co powinienem zrobić dalej.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Wiem, z absolutną pewnością, że nigdzie nie mogłabym być bezpieczniejsza niż w ramionach Cassiana. Gdy oplata mnie mocno i chowa twarz w moich włosach, po raz pierwszy od wielu godzin naprawdę łapię oddech.
Kiedy Feniks proponuje zwiedzanie Krainy Bogów — a jestem pewna, że to właśnie jego pomysł — zgadzam się bez zastanowienia. Przy nim nic mi się nie stanie. Jestem tego pewna.
Idziemy. Trzymam Cassiana za rękę, a on prowadzi mnie pewnym krokiem. Z Maelem błądziliśmy jak w labiryncie, krążąc po wciąż tej samej, martwej pustce. Teraz… po zaledwie kilku krokach świat się zmienia. Przed nami rozciąga się miasto. Piękne. Idealne pod względem architektonicznym. Bogate, ozdobne detale, białe marmurowe posągi, fontanny, z których woda spływa srebrzystymi strugami, i roślinność tak bujna, że aż nierealna. Wszystko jest uporządkowane, harmonijne, jakby ktoś zaprojektował to miejsce z obsesyjną dbałością o każdy milimetr.
Jest tu zaskakująco gwarnie. Po ulicach poruszają się urokliwe kobiety w zwiewnych, jasnych strojach. Wyglądają, jakby biegały ze sprawunkami, rozmawiały, śmiały się cicho. Są lekkie, prawie eteryczne.
— To wróżki — wyjaśnia Cassian cicho, nachylając się ku mnie. — Służą bogom. Po to zostały stworzone.
Rozglądam się zaciekawiona, wciąż trzymając go mocno za rękę. I wtedy ktoś nas dostrzega. Szepty zaczynają roznosić się po mieście jak fala. Najpierw ciche, niepewne, potem coraz głośniejsze. Słyszę urywane słowa, zdania, westchnienia. Mówią wiele różnych rzeczy, ale wszystko sprowadza się do jednego — Feniks wrócił.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Daphne
On wrócił. Naprawdę wrócił. Po tylu latach. Po tylu wiekach ciszy. Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Serce drży mi z czystej, niemal bolesnej radości, a magia pod skórą iskrzy tak mocno, że muszę zacisnąć dłonie, żeby jej nie wypuścić.
Rozpuszczam rude włosy i pozwalam im opaść ciężkimi falami na plecy. Ubieram się najpiękniej, jak potrafię — w coś lekkiego, złocistego, co podkreśla każdy mój krok. Nie zamierzam wychodzić do niego byle jak. Nie po tak długim czasie.
Razem z innymi bogami schodzimy na spotkanie. I wtedy go widzę. Wygląda inaczej niż go zapamiętałam. Ciało ma bardziej ludzkie, rysy ostrzejsze, a jednak… ten sam płomień. Ten sam zapach. Dym, gorący pustynny piasek i orientalne kadzidło. Mój Feniks. Mój ogień.
Uśmiecham się, już mając na ustach pierwsze słowa. I nagle wstrzymuję oddech. Idzie w towarzystwie dwójki ludzi. Ludzi, którzy nigdy, przenigdy nie powinni byli znaleźć się w Panteonie. A on… trzyma dziewczynę blisko siebie. Tak blisko, jakby zamierzał ją chronić własnym ciałem. Jakby była czymś cennym. Jakby należała do niego.
Coś zimnego i ostrego przebija się przez moją radość. Kim ona jest? Dlaczego ją tak trzyma? Dlaczego patrzy na nią w ten sposób — jakby reszta świata przestawała istnieć, kiedy jest przy niej? Kiedyś to ja stałam w tym miejscu. Kiedyś to mnie otaczał swoim ogniem, jakby był tylko mój. A teraz… ta mała, śmiertelna rzecz idzie u jego boku, a on nawet nie spogląda na nikogo innego.
Zazdrość rozlewa się we mnie gorąco i brzydko, mieszając się z radością powrotu w coś ciemnego i nieprzyjemnego. To mi się absolutnie nie podoba.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Jestem zupełnie oszołomiona. Sama obecność otaczających nas istot naciska na mnie jak ciężar, którego nie da się zignorować. Gdyby nie moc Feniksa, która wypełnia mnie od środka ciepłem i stabilnością, nie jestem pewna, czy dałabym radę to wytrzymać.
Na wstępie Feniks rzuca swoim ulubionym tekstem — nisko, wyraźnie, tak, żeby wszyscy usłyszeli.
— Ona jest moja. I spalę każdego, kto spróbuje jej dotknąć.
To groźba. Czysta i otwarta. A jednak istoty wokół nas przyjmują to do wiadomości z zadziwiającym spokojem, jakby właśnie usłyszały fakt, a nie ostrzeżenie. Wyglądają jak ludzie… a mimo to mam absolutną pewność, że nimi nie są.
Potem siadamy przy długim, marmurowym stole. Cassian przysuwa do mnie talerz z pięknie wyglądającym jedzeniem i kielich wypełniony złocistym, mieniącym się napojem.
— Nektar i ambrozja — mruczy mi do ucha, a ja jestem pewna, że to już głos Feniksa. — Rzadko który człowiek ma okazję ich spróbować.
Sam sięga po swój kielich i pije długi łyk, nie spuszczając ze mnie wzroku.
— Czemu się nie rozdzielacie, jak zawsze? — pytam zaciekawiona.
— Razem jesteśmy silniejsi — odpowiada spokojnie. — Wolimy tak zostać… na wszelki wypadek. Czasami trudno odróżnić przyjaciół od wrogów.
Kiwam głową. Czuję jego dłoń na swoim kolanie — ciężką i ciepłą.
— Ty jednak nie musisz być ostrożna — dodaje, a w głosie znowu wyraźnie słychać Feniksa. — Bogowie palą się łatwiej od demonów.
Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo byłam głodna. Jedzenie i picie smakują wybornie, jakby zostały utkane z czystej magii. Każdy kęs rozchodzi się po ciele przyjemnym ciepłem.
Dopiero po chwili uświadamiam sobie coś dziwnego. Chociaż istoty wokół nas wyglądają jak ludzie, nie potrafię ich tak naprawdę rozróżnić. Padały jakieś imiona, ale prawie żadnych nie zapamiętałam. Jest tylko kilka wyjątków, które stoją w mojej świadomości wyraźnie.
Młody, potężnie zbudowany mężczyzna o jasnych włosach – Jowisz.
Rudowłosa, eteryczna dziewczyna – Daphne.
Siwowłosy, szczupły mężczyzna – Morfeusz.
Nachylam się lekko w stronę Cassiana.
— Dlaczego potrafię dostrzec tylko te trzy osoby? — pytam szeptem.
— Och — odzywa się głosem Feniksa, swobodny i rozbawiony. — Bo tylko one nie są w pełni bogami. Ich matkami są wróżki. Tym również nie musisz się przejmować. Ty sama jesteś dla nich wyjątkowo ciekawa. Ludzie w Panteonie to prawdziwa rzadkość.
Uśmiecha się do mnie leniwym, niemal chłopięcym uśmiechem. Wiem, że sytuacja, w której się znaleźliśmy bardzo mu się podoba.
Kiedy wstajemy od stołu, Cassian sprawia wrażenie, jakby Feniks niemal w pełni przejął kontrolę nad jego ciałem. Płonie wyraźniej. Jest bardziej rozbawiony, bardziej podekscytowany, bardziej… niebezpieczny.
Bierze mnie za rękę i uśmiecha się szeroko, drapieżnie.
— Chodź. Pokażę ci, gdzie przez jakiś czas mieszkałem. Nie sądziłem, że to miejsce wciąż będzie istniało…
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
„Patrz, patrz… jak nic się tu nie zmieniło. Ta sama pustka, ta sama nuda. Ale jest ładnie, prawda? Lili się podoba? Powiedz, że się podoba. Chcę, żeby się podobało.”
Prowadzę ich przez złoty pałac. Lili idzie tuż przy mnie, Mael trochę z boku, a za nami — Jowisz i Daphne. Świadomie nie pozwoliliśmy iść nikomu innemu. Reszta bogów przytłaczałaby ją zbyt mocno. Tych dwoje jeszcze da się znieść.
Pałac jest dokładnie taki, jakim go zostawiłem. Orientalny. Złoto przemieszane z głęboką czerwienią. Wysokie łuki, rzeźbione kolumny, ciężkie zasłony z tkanin, które nigdy się nie niszczą. W głównym holu stoi ogromny, złoty posąg — ja. A raczej… on. Feniks z rozłożonymi skrzydłami, w wyrazie absolutnej, drapieżnej dumy. Patrzy z góry na wszystkich, którzy tu wchodzą.
Czuję lekkie zażenowanie. Głupie, niepotrzebne zawstydzenie, którego nie powinienem odczuwać. Ale Lili na to patrzy. Na to, kim byłem, zanim stałem się… bardziej ludzki.
„Przestań się wstydzić. To piękne. To nasze. Kiedyś tu rządziłem. Mogę znowu.”
Przyspieszam kroku. Szybko mijam kolejne korytarze, nie dając jej zbyt dużo czasu na oglądanie ścian pełnych scen z bitew i płomieni. Chcę jak najszybciej wyjść stąd na zewnątrz.
Ogród przyjmuje nas wilgotnym, ciężkim powietrzem. Tropikalny. Gęsty. Pełen kwiatów, które nie rosną nigdzie indziej na świecie — wielkich, jaskrawych, pachnących zbyt intensywnie, żeby były zwyczajne. Lili rozgląda się z wyraźnym zachwytem i coś w mojej klatce piersiowej odrobinę się rozluźnia.
„Widzisz? Podoba jej się. Możemy zabrać kilka krzewów na dach. Będzie miała swój mały, płonący ogród. Tylko nasz.”
Uśmiecham się mimo woli. Naprawdę rozważam, które z nich mogłyby przeżyć w Chicago.
Podchodzę do krzewu z dużymi, różowymi kwiatami o delikatnych, niemal transparentnych płatkach. Zatrzymuję się zaskoczony.
— O. Wciąż istnieją.
Daphne staje obok mnie. Wpatruje się we mnie z czymś, co zbyt mocno przypomina stare, niechciane uwielbienie.
— Przez cały czas o nie dbałam — mówi miękko. — W końcu stworzyłeś je dla mnie.
Lili patrzy na mnie niepewnie.
— Stworzyłeś?
Wzruszenie ramionami wychodzi mi bardziej sztywno, niż chciałem.
— Kiedyś tworzyłem wiele rzeczy. To było zabawne… dopóki mi się nie znudziło. — Robię krótką pauzę i dodaję z nutą prawdziwej dumy — najbardziej chyba lubię czarno-czerwoną jaszczurkę z kolcami. Jest ognioodporna.
Feniks w mojej głowie mruczy zadowolony.
„Piękna bestia. Moglibyśmy jej jedną podarować. Albo dwie. Żeby miała czym straszyć ludzi.”
Ale kiedy spoglądam na Lili, widzę, że coś się w niej zmieniło. Patrzy na mnie mniej pewnie. Jakby to, co właśnie usłyszała, bardzo jej się nie spodobało. Cień przechodzi przez jej śliczną twarz. I nagle to cholernie złote, wspaniałe miejsce zaczyna mi ciążyć jeszcze bardziej.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Daphne
Stoję zbyt blisko niego. Wiem o tym. I nie zamierzam się odsuwać.
Patrzy na tę dziewczynę. Znowu. Cały czas na nią. Jakby reszta Panteonu przestała istnieć w chwili, gdy ona pojawiła się u jego boku. A ja… ja pamiętam, jak kiedyś tak patrzył na mnie.
— Pamiętasz jak kreowałeś te kwiaty? — mówię miękko, stając między nim a nią, choć wiem, że to dziecinne. — Tworzyłeś je godzinami. Mówiłeś, że mają być tak delikatne jak ja i tylko ja będę potrafiła o nie dbać.
Uśmiecham się, próbując złapać jego wzrok. Ten sam złoty, płonący wzrok, który kiedyś sprawiał, że czułam się wyjątkowa.
— Pamiętasz, jak siadałeś ze mną w tym ogrodzie? Jak pozwalałeś mi czesać swoje włosy i mówiłeś, że lubisz, kiedy jestem blisko? Nazywałeś mnie…
Urywam, bo słowo, które wtedy od niego słyszałam, nagle wydaje mi się zbyt intymne, zawstydzające. Pisklak. Wtedy myślałam, że to czułe, tylko nasze.
Zazdrość pali mnie od środka gorzej niż jego ogień. Ta ludzka istota nie zasługuje na to, żeby stać w tym miejscu. Nie zasługuje na to, żeby on patrzył na nią w ten sposób. Czekałam, dbałam o wszystko, co po sobie zostawił. Pamiętałam. A ona… ona po prostu się pojawiła. I go zabrała.
Nie odsuwam się. Stoję tak blisko niego, że czuję ciepło jego ognia na skórze. Kiedyś to ciepło należało tylko do mnie. Kiedyś to ja byłam tą, którą otaczał skrzydłami, nazywał swoją, prawie czułym głosem, której pozwalał głaskać się po włosach. A teraz trzyma za rękę ją. Tę małą, śmiertelną, zwyczajną dziewczynę, która nie ma prawa tu być. Która nie ma prawa stać na moim miejscu.
Patrzę mu prosto w złote oczy, domagając się, żeby wreszcie zobaczył mnie, a nie tylko ją.
— Nazywałeś mnie swoją. Mruczałeś, kiedy byłam blisko. To było nasze. Tylko nasze.
Czuję, jak zazdrość rozrywa mnie od środka. Jest brzydka, gorąca i całkowicie bezlitosna. Nie zamierzam się już uśmiechać. Nie zamierzam być grzeczna. Chcę, żeby ta dziewczyna usłyszała. Pragnę, żeby zrozumiała, że Feniks nie jest jej i nigdy nie będzie. Byłam tu pierwsza. Czekałam. Dbałam o wszystko, co po sobie zostawił. Podtrzymywałam przy życiu każdy skrawek tego, co nas łączyło. A ona… ona po prostu się pojawiła i zabrała go, jakby miała do tego prawo. Nie pozwolę na to. Zrobię wszystko. Powiem wszystko. Zniszczę wszystko, co stoi między mną a nim. Nawet jeśli będę musiała unicestwić tę małą ludzką rzecz na jego oczach, żeby wreszcie przypomniał sobie, do kogo naprawdę należy.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Po raz pierwszy w stosunku do Feniksa czuję prawdziwą, realną zazdrość. Jest paląca i nieprzyjemna. Siedzi mi pod żebrami jak rozżarzony węgiel. On stworzył kwiaty. Stworzył je dla kogoś innego. Słowa Daphne wciąż dźwięczą mi w uszach i nie potrafię ich zignorować. Zaczynam się zastanawiać, czy ta dziewczyna była kiedyś jego kochanką. Mam pewność — absolutną, niepodważalną pewność — że Feniks jest mój i tylko mój. A mimo to stoję twarzą w twarz z żywym dowodem na to, co było kiedyś. Bardzo niewygodnym i bardzo nieprzyjemnym. Nie potrafię tego wyłączyć, nawet jeśli sama uważam to za kompletnie irracjonalne.
Cassian omija Daphne, która wepchnęła się między nas, i próbuje położyć mi rękę na plecach. Podświadomie się odsuwam. On zamiera. Zaskoczony.
Chwilę później zamiera cały świat. Dosłownie. Powietrze gęstnieje, dźwięki gasną, a złote płomienie zaczynają nas otaczać spokojnym, ciepłym kręgiem. Daphne, Jowisz i Mael stają się nieruchomi jak marmurowe posągi. Nikt się nie rusza. Nikt nie oddycha.
Patrzę na niego szeroko otwartymi oczami.
— Co zrobiłeś?
— Zatrzymałem czas — odpowiada, a to już wyraźnie głos Feniksa. — Tutaj to niezbyt trudne.
— Dlaczego?
— Bo nie podoba mi się, jak na mnie spojrzałaś. Odsunęłaś się ode mnie.
Spuszczam wzrok, zawstydzona. Moje serce pędzi w dzikim galopie.
— Przepraszam… Wiem, że to irracjonalne, ale… poczułam się zazdrosna.
Feniks patrzy na mnie, jakby właśnie usłyszał coś całkowicie niemożliwego.
— Co? O kogo?
Wskazuję brodą w stronę zamrożonej Daphne.
— Stworzyłeś dla niej kwiaty…
Jego oczy robią się jeszcze większe. Wygląda na naprawdę oszołomionego.
— Wiem, że żyłeś bardzo długo — ciągnę cicho, czując, jak w oczach zbierają mi się niechciane łzy. — I na pewno miałeś wiele kochanek. Po prostu nigdy nie sądziłam, że jakąkolwiek spotkam. W mojej sytuacji to irracjonalne, prawda?
Przez moment panuje absolutna cisza. Potem twarz Feniksa zmienia się diametralnie. Pojawia się na niej czysta, niemal dziecięca euforia. Cassian znika całkowicie — przede mną stoi już tylko on. Złocisty, z ogniście rudymi włosami i aurą tak intensywną, że aż trudno na niego patrzeć. Chwyta mnie w ramiona, unosi w powietrze i obraca się ze mną wokół własnej osi, śmiejąc się cicho, radośnie, prawie obłąkanie. Kiedy stawia mnie z powrotem na ziemi, całuje mnie tak, jakby jutra miało nie być.
Jestem lekko oszołomiona.
— Kotku… co ty robisz?
Nie wypuszcza mnie z objęć. Mruczy mi prosto w usta, nisko i z zadowoleniem.
— Kiedyś, kiedy tu mieszkałem, nie potrafiłem jeszcze być człowiekiem. A już na pewno nie miałem ludzkich uczuć i potrzeb. Zero hormonów, więc i zero seksu. — Śmieje się cicho. — Nigdy nie miałem żadnej kochanki. Przed tobą. Cassian również, ale to chyba już wiedziałaś.
Jest naprawdę rozbawiony.
— Co do kwiatów… — Nachyla się bliżej i dodaje konspiracyjnym szeptem. — Po prostu mi się nudziło. To było ciekawe wyzwanie. A ona — wskazuje na Daphne — miała rude włosy. Tak jak ja. Dlatego pozwalałem jej być obok. Nic więcej.
Patrzy mi prosto w oczy. Więź między nami pulsuje potwierdzając jego słowa.
— Jeśli chcesz, mogę ją spalić. Tak jak stoi. Żebyś nie musiała jej oglądać. Zero romantycznych historii. Przysięgam.
Przez moment tylko na niego patrzę.
— Proszę, nikogo dzisiaj nie pal. Przynajmniej dopóki nie będzie próbował nam grozić. Poza tym… — pytam podejrzliwie — jest ci przykro, że nie mam rudych włosów?
Feniks patrzy na mnie, jakby właśnie usłyszał największą bzdurę świata.
— Co? Oczywiście, że nie. Twoje włosy są najpiękniejsze na świecie. Nigdy niczego bym w tobie nie zmienił.
Wplatam palce w jego płonące, miękkie włosy, wspinam się na palce i tym razem to ja go całuję. Powoli. Pewnie. Z ulgą, której nie potrafię ukryć. Dowiedziałam się właśnie kilku bardzo ciekawych rzeczy.
Kiedy bieg czasu wraca, wszystko ożywa z cichym, miękkim iskrzeniem. Feniks obejmuje mnie ramieniem, a wolną rękę unosi w stronę różowego krzewu. Kwiaty natychmiast stają w złotych płomieniach. W ciągu kilku sekund to, co kiedyś stworzył dla kogoś innego, zamienia się w drobny, czarny popiół.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Daphne
Rzucam się do przodu zanim zdążę pomyśleć. Ręce wyciągam w stronę krzewu, jakby jeszcze dało się coś uratować, jakby ogień mógł się cofnąć, jeśli tylko wystarczająco mocno tego zechcę. Płatki, które pielęgnowałam przez lata, przez wieki, czarnieją i kruszą się w drobny popiół. Nie zostaje nic. Absolutnie nic.
Upadam na kolana.
— Dlaczego…? — wyduszam z siebie, a głos łamie mi się od rozpaczy.
Feniks przechyla głowę na bok. Patrzy na mnie z czymś, co wygląda niemal na szczere zainteresowanie. Jakby dopiero teraz zauważył, że w ogóle tu jestem.
— Bo mogę — odpowiada prosto.
I uśmiecha się. Tym swoim spokojnym, złotym, absolutnie bezlitosnym uśmiechem.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
„Widziałeś to? Widziałeś, jak na mnie spojrzała? Zazdrosna. O nas. Jednak głównie o mnie.”
Feniks w mojej głowie niemal wibruje z czystej, obłąkanej radości. Kręci się, mruczy, śmieje się niskim, gardłowym śmiechem, który rozchodzi się po mojej czaszce jak ciepło.
„Zazdrosna. Naprawdę zazdrosna. Chciała mnie tylko dla siebie. Nie chciała, żebym dawał kwiaty komuś innemu. To najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszałem.”
Patrzę na popiół, który jeszcze chwilę temu był różowym krzewem. Daphne klęczy przed nim z rozpaczą wypisaną na twarzy, a ja… nie czuję absolutnie niczego. Zero. Pusto.
„Spaliłem je. Bo mogłem. Bo Lili nie chciała na nie patrzeć. Bo wszystko, co kiedyś było czyjeś inne, powinno przestać istnieć, kiedy pojawia się ona.”
Oplatam Lili mocniej ramieniem. Czuję, jak jej ciało wciąż jest lekko spięte po tym, co przed chwilą powiedziała. Po tych łzach, których nie chciała uronić. Po tym, jak się ode mnie odsunęła.
„Nigdy więcej się od nas nie odsuwaj — szepcze Feniks niemal czule. — Nigdy. Jeśli jeszcze raz spojrzysz na mnie w ten sposób, spalę wszystko wokół. Cały ten cholerny Panteon. Żebyś wiedziała, że jesteś jedyna.”
Daphne podnosi na nas wzrok. Jej oczy są czerwone, pełne czegoś brzydkiego i zranionego. Otwiera usta, jakby chciała coś powiedzieć.
Feniks w mojej głowie natychmiast się jeży.
„Niech tylko spróbuje. Niech tylko wyda z siebie jeszcze jedno słowo. Spalę jej włosy. Potem ręce. Potem resztę. Powoli. Żeby Lili widziała, że naprawdę nie ma się czym przejmować.”
Uśmiecham się do niej lekko. Spokojnie. I czekam, czy będzie na tyle głupia, żeby coś jeszcze dodać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Oddycham z głęboką, niemal fizyczną ulgą, kiedy w końcu pojawiają się w ogrodzie na dachu. Feniks. Lilien. I Mael. Wiedziałem, że coś się stało. Czułem to przez więź — wyraźnie, boleśnie — jak Lili uprawiała seks z Maelem. Wiedziałem też, że Feniks poczuł to w tej samej sekundzie i natychmiast po nią poszedł. Czekałem. I nienawidziłem każdej minuty tego czekania.
Stoję na środku salonu, kiedy wchodzą.
— Ash!
Lili rzuca mi się na szyję, zanim zdążę cokolwiek powiedzieć. Przyciągam ją mocno do siebie, zamykam ramiona wokół jej ciała i przez chwilę po prostu oddycham jej zapachem. Jest tu. Cała. Bezpieczna.
— Feniks zabrał nas na wycieczkę po Panteonie — mówi, wciąż wtulona we mnie. — To było… dziwne miejsce. Miało swoje uroki, ale…
Feniks oddziela się od Cassiana z cichym, rozbawionym śmiechem.
— Ale nigdy nie chciałabyś tam mieszkać, mam rację?
— Tak — odpowiada Lili. — Mniej więcej.
— Ja też nigdy nie chciałbym tam wrócić na dłużej — stwierdza Feniks, wciąż wyraźnie zadowolony z siebie.
Lili uśmiecha się do nas obojga i całuje mnie lekko w policzek.
— Idę się wykąpać — oznajmia.
Chwilę później znika w korytarzu. Mael i Cassian również rozchodzą się do swoich pokoi. W salonie zostajemy tylko we dwóch — ja i Feniks. On podchodzi bliżej i wyciąga w moją stronę niewielki, starannie zawinięty pakunek.
— Mam dla ciebie prezent.
Biorę go, zaskoczony. W środku znajduje się fiolka ze złocistym, mieniącym się płynem i kilka elegancko wyglądających kawałków jedzenia, które aż iskrzą magią.
— Co to?
— Nektar i ambrozja — odpowiada swobodnie. — Przyniosłem ci trochę, bo nie chciałbym, żeby Lili patrzyła, jak się starzejesz, kiedy jej ciało nigdy nie będzie się zmieniało. — Krzywi się lekko. — Niestety Mael też je jadł.
Przez moment nie wiem, co powiedzieć. Zaskoczenie miesza się z czymś, czego nie potrafię od razu nazwać.
— Dzięki… chyba.
Feniks śmieje się krótko, zadowolony z efektu, i odchodzi, zostawiając mnie samego na środku salonu. Stoję tak jeszcze chwilę, patrząc na złocisty płyn w fiolce. Potem odkładam paczkę i idę w stronę łazienki.
Lili jest już w wannie. Woda ładnie pachnie, a ona na mój widok znowu się rozpromienia, jakby całe napięcie ostatnich godzin wreszcie z niej spłynęło.
Opieram się o framugę drzwi.
— Umyć ci plecy? — pytam cicho.
Ona unosi brew i uśmiecha się słodko, prawie figlarnie.
— A może tym razem byś do mnie dołączył?
Nie potrafię powstrzymać szerokiego uśmiechu. To zdecydowanie najlepsza propozycja, jaką ostatnio słyszałem. Ściągam koszulę powoli, czując na sobie jej spojrzenie. Materiał szeleści, kiedy opada na podłogę. Potem reszta ubrań. Lili obserwuje mnie z lekkim, zadowolonym uśmiechem, przesuwając się w wannie, żeby zrobić mi miejsce. Woda pluska cicho, paruje, pachnie czymś kwiatowym i czystym — jaśminem, może, z nutą czegoś słodszego.
Kiedy wchodzę do niej, ciepło obejmuje mnie od razu. Siadam, a ona niemal natychmiast przysuwa się do mnie i przyciąga bliżej. Jej skóra jest gładka i rozgrzana od wody. Czuję, jak jej plecy przylegają do mojego torsu, jak krople spływają po jej obojczykach i znikają między piersiami.
Opieram się o brzeg wanny. Przez dłuższą chwilę po prostu oddychamy tym samym wilgotnym powietrzem. Przesuwam mokrymi dłońmi po jej ramionach — powoli, dokładnie. Skóra pod moimi palcami jest jedwabista, rozluźniona. Unoszę dłonie wyżej, muskając obojczyki, potem zewnętrzną stronę piersi. Nie spieszę się. Czuję, jak jej oddech staje się głębszy, jak lekko odchyla głowę, wystawiając mi szyję.
Nachylam się. Woda pluska cicho, kiedy zmieniam pozycję. Całuję ją tuż za uchem, tam gdzie skóra jest najcieńsza i najcieplejsza. Czuję pod wargami jej puls. Smakuję kroplę wody i odrobinę jej własnego smaku.
— Myślałem o tobie przez cały ten czas — mówię nisko, niemal w jej skórę.
Ona mruczy cicho, zadowolona, i jeszcze bardziej wtula się we mnie. Jej mokre włosy przyklejają się do mojej piersi. Jedna z jej dłoni spoczywa na moim udzie pod wodą, kciuk powoli muska skórę.
— Wiem — odpowiada miękko.
Przesuwam dłonie niżej, po jej żebrach, po płaskim brzuchu. Woda sprawia, że każdy dotyk jest płynniejszy, bardziej intensywny. Czuję, jak jej mięśnie pod moimi palcami najpierw napinają się, a potem rozluźniają z cichym, prawie niesłyszalnym westchnieniem.
Przez tę jedną chwilę wszystko inne przestaje istnieć. Zostaje tylko ciepło wody, zapach jej skóry i fakt, że wreszcie jest tu, ze mną.