Rozdział 17 – Bohaterowie noszą maski III
by Vicky
Lilien
Przykucam skulona, zasłaniając oczy przed zbyt jasnym światłem. Jestem na szczycie wieży, w miejscu, które do złudzenia przypomina Panteon, a jednak… nic się nie zgadza, bo poza wieżą na której szczycie zostawiła mnie istota, wszystko wygląda jakby przeszedł przez to huragan. Budowle w dole są w ruinie, zostały po nich tylko zgliszcza.
Nie pamiętam jak się tu znalazłam, ale plan Ashera się powiódł. To coś… mi uwierzyło. Teraz pozostaje mi tylko czekać.
Ash był pewien, że przepis na to, jak unicestwić Feniksa to ściema, a jednak, żadne z nas nie chciało ryzykować, nawet jeśli byłby to promil szansy. Feniks… z całym swoim szaleństwem i spalającym wszystko ogniem… jest nasz. Całkowicie nasz. I nigdy nie pozwoliłabym sobie na to, żeby go stracić. Dlatego właśnie przygotowaliśmy idealną kopię tego głupiego kamienia, w sam raz, żeby odegrać przedstawienie, kiedy istota zażąda żebym wykonała powierzone przez nią zadanie.
Oddycham z ulgą, dopiero, kiedy widzę lądującego na kamiennej posadzce wieży Feniksa. Mimo że do mnie nie podchodzi czuję przyjemne, bijące od niego ciepło. Myślałam, że może będzie miał focha, będzie coś burczał pod nosem, a ja go uspokoję. Powoli wstaję, a wtedy dzieje się coś, czego zupełnie nie przewidziałam.
Feniks przygląda mi się, a w jego spojrzeniu dostrzegam… rezygnację. Zanim zdążę jakkolwiek zareagować, mężczyzna pada przede mną na kolana. Spuszcza wzrok.
— Jeżeli mnie nie chcesz — odzywa się cicho — wystarczy jedno twoje słowo, a zniknę z tego świata i nigdy tu nie wrócę. Nie potrzebujesz żadnych gierek. Po prostu wydaj rozkaz, a ja cię posłucham.
Gdy podnosi głowę, na jego twarzy nie ma już tej samej, znajomej desperacji. On… zupełnie się poddał. Mam ochotę mu przyłożyć, za to, że śmiał we mnie zwątpić, a jednocześnie przytulić do siebie i nigdy nie wypuszczać z objęć, bo wiem, że tak naprawdę nie zwątpił we mnie, a w siebie samego. Jak zawsze. Feniks jest totalnie, makabrycznie szalony, ma setki, a może nawet tysiące przeróżnych warstw, a jednak… wciąż jest Cassianem, który jak zawsze jest przerażająco prosty w obsłudze.
Odchylam poły mojej bluzy i pokazuję mu kryształ, na którym nie ma nawet jeden rysy. Myślał, że naprawdę go rozbiłam, mając nadzieję, że się go w ten sposób pozbędę, a jednak… przyszedł tu, sam z siebie oferując, że zniknie, jeśli go nie chcę.
Patrzy na kryształ szeroko otwartymi oczami, a potem przenosi wzrok na moją twarz. Podchodzę do niego powoli, dłonią łagodnie dotykam jego policzka, a potem klękam na przeciwko niego.
— Cassian, Kotku — odzywam się do obydwu, bo już sama nie mam pewności z którym z nich rozmawiam i czy to w ogóle ma znaczenie. — Grałam w jego grę, bo byłam pewna, że on naprawdę może wam zaszkodzić — wyjaśniam cicho. — Nie dlatego, że kiedykolwiek chciałam się was pozbyć — dodaję.
Aura Feniksa wybucha. Otacza nas żywy, złocisty ogień. W jego złotych oczach pojawia się ogromna, pierwotna, nieokiełznana radość i ulga tak wielka, że mogłabym w niej utonąć. Oplata mnie ramionami, przyciska mnie do swojego torsu, wtula policzek w moje włosy, a świat wokół nas płonie, jednak ja czuję jedynie przyjemne ciepło.
— Kocham cię, Lili — szepcze w moje włosy. — Nic innego nie musi istnieć. Tylko ty. Nie potrzebuję niczego innego.
Delikatnie unoszę dłoń i dotykam palcami jego włosów, głaszcząc go łagodnie.
— To coś… co przyszło do biblioteki… twierdzi, że sprowadziło mnie do tego świata.
Mężczyzna odsuwa się ode mnie odrobinę, patrzy mi w oczy i wygląda jakby elementy skomplikowanej układanki właśnie trafiły, każdy idealnie na swoje miejsce.
— Tak — mruczy cicho — to całkiem możliwe. Chciał zobaczyć, co zrobię, kiedy cię wreszcie odnajdę.
— Czy ta istota ci w jakiś sposób zagraża? — pytam poważnie.
On jednak przecząco kręci głową.
— Nie, po prostu się nudzi — wyjaśnia z brutalną szczerością. — Tak samo, jak kiedyś ja.
Przyjmuję to do wiadomości, ale kiedy się uspakajam, wraca do mnie zupełnie inny rodzaj strachu. Unoszę wzrok i patrzę mu prosto w oczy.
— Zabierz mnie do piekła — żądam. — Odbierzemy jej Maela, a potem pomożemy Lucasowi.
Cassian powoli kiwa głową.
— Zgoda. Nie pozwolę, żeby ktoś skrzywdził kogokolwiek, kto należy do ciebie — mówi stanowczo, a jego słowa brzmią jak oczywisty fakt, a nie jedynie obietnica.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Angelica
Wreszcie. Po tylu miesiącach upokorzenia, po tylu nocach, w których wyobrażałam sobie jej śmierć na tysiąc sposobów, wreszcie mam coś, co naprawdę ją zaboli.
Mael klęczy przede mną. Przestał być człowiekiem. Kontrakt przepisał go na nowo. Z ciemnych, niesfornych włosów wyrastają dwa czarne, zakrzywione do tyłu rogi — gładkie, ostre, błyszczące jak obsydian. Za jego plecami majaczą ogromne, pokryte błoną skrzydła o postrzępionych krawędziach, ciemne jak noc i poprzecinane subtelnym, krwistoczerwonym światłem. Długi, czarny ogon o strzałkowatym zakończeniu wije się niespokojnie po kamiennej posadzce, jakby nawet teraz, przykuty, nie potrafił całkowicie się poddać. Skóra ma nadal ten sam blady, niemal marmurowy odcień, ale w piekielnym świetle wygląda jeszcze ostrzej, jeszcze bardziej nieludzko. Czarna koszula, rozpięta pod szyją, i dopasowane spodnie tylko podkreślają jego nową, drapieżną sylwetkę.
Należy do mnie. Odebrałam go jej.
Tej przeklętej, wścibskiej, złodziejce przeznaczenia, która pojawiła się znikąd i zabrała wszystko. Cassiana. Lucasa. Uwagę. Miejsce. Nawet Feniksa, który powinien był zostać tylko bronią, a stał się jej psem. Lilien. Samo brzmienie tego imienia sprawia, że coś we mnie skręca się z czystą, prawie rozkoszną nienawiścią.
Myślała, że może mieć ich wszystkich. Była pewna, że może mieć nawet jego. Teraz wie, że się myliła.
Uśmiecham się, siedząc na tronie z kości i obsydianu. Piekło wokół mnie pulsuje w rytm mojego zadowolenia. Wreszcie czuję się tak, jak powinnam się czuć od początku — na właściwym miejscu. Nie jako ta druga. Nie jako „koleżanka ze szkoły”. Nie jako ta, na którą nikt nie patrzy, kiedy ona wchodzi do pokoju.
Łańcuch utkany z mojej mocy oplata jego gardło, nadgarstki i kostki, zmuszając go, by trzymał głowę nisko. A mimo to w jego postawie wciąż jest coś niebezpiecznie dumnego. Rogi, skrzydła i ogon nie wyglądają na obcy dodatek. Wyglądają, jakby zawsze były częścią niego — tylko czekały, aż ktoś wreszcie zerwie z niego ludzką skórę.
— Spójrz na siebie — mówię miękko, prawie czule, choć w moim głosie nie ma nawet odrobiny ciepła. — Jaki piękny demon z ciebie wyszedł. I jaki posłuszny.
Mael nie odpowiada. Nie może. Kontrakt trzyma jego wolę w żelaznym uścisku. Jednak w jego oczach wciąż jest ta sama, lodowata furia. To dobrze. Nie chcę, żeby pękł zbyt szybko. Pragnę, żeby pamiętał, każdego dnia wiedział, komu zawdzięcza ten nowy, wspaniały los. Lilien go straciła. Na zawsze. Nawet jej ukochany Feniks nic na to nie poradzi. Kontrakt jest mój. Przejęłam go w chwili, gdy ten nadęty, płonący idiota był zbyt zajęty merdaniem ogonem wokół niej. Teraz może wyć, może palić, może grozić — nic nie zmieni faktu, że Mael należy do mnie. I mam całą wieczność, żeby mu to udowodnić.
Powoli wstaję z tronu i podchodzę bliżej. Pochylam się, chwytam go za brodę i zmuszam, by uniósł na mnie wzrok. Jego nowe, zdemaskowane oblicze jest surowe, piękne i całkowicie, bezpowrotnie stracone.
— Odrzuciłeś mnie — szepczę mu prosto w usta. — Wybrałeś ją. Myślałeś, że możesz mnie zignorować i wyjść z tego cało? — Śmiech, który się ze mnie wydostaje, jest niski i wcale nie brzmi już jak ludzki. — Teraz masz mnie na wieki, Mael. A ja zamierzam się tym nacieszyć. W piekle nie ma pośpiechu. A zemsta smakuje najlepiej, kiedy trwa naprawdę długo.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Jakie to… wygodne. Wreszcie ktoś zrobił to, na co reszta pewnie tylko czekała. Zabrał mnie. Czysto, skutecznie i bez zbędnych ceregieli. Wyobrażam sobie ich miny. Ulga. Lekkie zaskoczenie. Może nawet kieliszek wzniesiony w milczeniu za to, że problem sam się rozwiązał. Asher na pewno odetchnął. Cassian i jego wewnętrzny piroman pewnie się otwarcie cieszyli. A Lili…
Nie. O Lili nie będę myślał.
Klęczę na kamiennej posadzce, a łańcuch utkany z jej plugawej magii zaciska się przy każdym moim oddechu. Angelica stoi nade mną i uśmiecha się w sposób, który sprawia, że fizycznie mdli mnie z obrzydzenia. Gdyby kontrakt nie trzymał mnie tak precyzyjnie, już dawno splunąłbym jej pod stopy. Albo gorzej.
Jest kretynką. Zawsze nią była, a kretynki w końcu popełniają błędy. To jedyna myśl, która pozwala mi zachować resztki godności. Prędzej czy później zostawi lukę, jej potrzeba dominacji i teatrzyku zemsty kiedyś przeważy nad ostrożnością. A wtedy ja tę lukę wykorzystam. Bezlitośnie. Elegancko. Tak, żeby zapamiętała.
Tylko że nawet to nie rozwiązuje prawdziwego problemu. Bo kontrakt nie tylko mnie związał. On mnie przemienił. Czuję rogi. Czuję skrzydła, ciężkie i obce, a jednocześnie zbyt dobrze dopasowane do ciała. Ogon porusza się poza moją wolą, jakby miał własny, ironiczny charakter. Nie da się tego cofnąć. Nie da się tego ukryć. Nie da się wrócić. A to oznacza jedną, bardzo prostą rzecz. Nawet jeśli stąd wyjdę… nawet jeśli rozerwę ten kontrakt na strzępy… nawet jeśli wrócę… Ona mnie odrzuci.
Lilien. Jedyna osoba, dla której w ogóle warto było cokolwiek robić. Jedyna, która była ważniejsza ode mnie samego. Jedyna, przy której przez krótki, absurdalny moment miałem wrażenie, że do kogoś należę.
Teraz, kiedy patrzę na czarne zakończenie ogona i czuję, jak skrzydła drżą za moimi plecami, wiem już, że ta część historii się skończyła. Odzyskam wolność. Prędzej czy później. Ale jej… jej już nie odzyskam. I właśnie ta świadomość — cicha, precyzyjna i nieodwracalna — boli najbardziej.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Portal otwiera się z niskim, szorstkim odgłosem, jakby ktoś rozdzierał samo powietrze. Po drugiej stronie jest ciemno. Gorąco. Powietrze jest gęste od siarki i czegoś metalicznego, co przypomina spalone mięso. Piekło nie wita. Po prostu istnieje — ciężkie, duszne i stare. Feniks nie puszcza mojej dłoni. Wokół nas rozlewa się jego złocisty ogień, tworząc żywą, pulsującą tarczę. Płomienie nie parzą. Owijają się wokół mnie jak druga skóra, odcinając smród i żar, które próbują się dostać bliżej.
Robimy kilka kroków i stajemy w sali tronowej. Jest ogromna. Czarna. Zbudowana z kości i obsydianu, tak jak mówił. Sufit ginie gdzieś w mroku, a podłoga lśni od świeżej, jeszcze parującej krwi. Kolumny z kości wznoszą się ku niewidocznemu sklepieniu, a na podwyższeniu stoi tron z czaszek i obsydianu. Na nim siedzi Angelica. Uśmiecha się. Szeroko. Wyraźnie zadowolona.
A u stóp tronu… klęczy Mael. Przykuty łańcuchem z mrocznej, żywej magii. Z jego czoła wyrastają czarne, zakrzywione rogi. Za plecami ma ogromne, pokryte błoną skrzydła, a długi ogon wije się niespokojnie po kamieniu. Jest blady, spokojny i jednocześnie tak bardzo zmieniony, że na moment tracę oddech.
Feniks ostrzegał mnie. Tłumaczył, że kiedy Angelica przejęła kontrakt, on sam stracił nad nim władzę. Nie może go teraz po prostu „zabrać z powrotem”. Moc kontraktu została już przepisana.
Słuchałam go. Rozumiem. A mimo to, kiedy patrzę na Maela, wiem coś jeszcze. Magiczna więź, która nas łączy, nigdy nie była tylko przypadkiem. Jest prawdziwa. Czuję ją. Czułam nawet wtedy, kiedy go nienawidziłam. Nawet wtedy, kiedy próbowałam się od niego jak najdalej odsunąć. I jestem pewna — pewniejsza niż czegokolwiek od wielu tygodni — że ta więź jest silniejsza niż jakikolwiek kontrakt, który Angelica sobie przypisała.
Złocisty ogień wokół mnie zapala się jaśniej, jakby wyczuł moją determinację. Patrzę Angelice prosto w oczy, a potem znowu na Maela. Nie boję się, że go straciłam. Zamierzam go stąd zabrać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Angelica
Najpierw czuję JEGO. Złoto. Żar. Tę irytująco znajomą, drapieżną obecność, która powinna była należeć tylko do mnie, a skończyła na smyczy w jej rękach. Feniks. Wchodzi do mojej sali tronowej tak, jakby miał do tego prawo, otoczony własnym ogniem, pewny siebie i wściekły.
Potem dostrzegam ją. Lilien. Stoi w środku jego złocistej tarczy, cała i nietknięta, jakby piekło było tylko kolejnym miejscem, które postanowiła odwiedzić. Przez ułamek sekundy nie potrafię nawet oddychać. W najśmielszych, najbardziej okrutnych fantazjach, jakie układałam sobie nocami, nie ośmieliłam się marzyć o czymś takim. Że przyjdzie sama. Tutaj. Do mnie.
Śmiech, który się ze mnie wydostaje, jest niski, prawie miękki i całkowicie szczery.
— O… — przeciągam to słowo z rozkoszą, powoli prostując się na tronie. — No proszę. Przyszłaś osobiście.
Zsuwam się z siedzenia i schodzę po stopniach, nie spiesząc się. Łańcuch przytrzymujący Maela brzęczy, kiedy przechodzę obok niego, ale nawet na niego nie patrzę. Całą uwagę mam skupioną na niej.
— Przyszłaś po niego? — pytam słodko, prawie czule. — Do piekła. Za moją specjalną, nową zabawką. Muszę przyznać… to nawet nieco mi pochlebia.
Zatrzymuję się w bezpiecznej odległości od złotego ognia Feniksa i uśmiecham się szerzej.
— Spójrz na siebie. Przyszłaś aż tutaj. Dla niego. A on i tak już nie jest twój. Kontrakt należy do mnie. Jego ciało jest moje. Wolna wola… no, tej akurat już nie ma. Został mi tylko ładny demon na kolanach i cała wieczność, żeby mu przypominać, jak bardzo źle wybrał.
Przechylam głowę, obserwując jej twarz z radosną ciekawością.
— Myślałaś, że możesz mieć wszystko, prawda? Cassiana. Ashera. Nawet to — rzucam okiem na Feniksa z jadowitą satysfakcją. — A teraz stoisz w mojej sali tronowej i patrzysz, jak odbieram ci ostatnią rzecz, którą jeszcze mogłaś uważać za swoją.
Śmiech znowu mi się wymyka. Cichy. Zadowolony. Prawie szczęśliwy.
— Wygrałam, Lilien. I nawet nie musiałam wychodzić z piekła, żeby ci to udowodnić.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Byłem pewien, iż wszystkim ulżyło, że wreszcie ktoś wykonał za nich brudną robotę. Problem zniknął, a życie stało się odrobinę wygodniejsze. Tak miało być. Tak zawsze było. Kiedy znikałem, świat się układał.
Więc dlaczego ona tu jest?
Lilien stoi w samym środku piekła, otoczona złocistym ogniem Feniksa, jakby właśnie po coś wpadła po drodze. Przez ułamek sekundy nie potrafię ułożyć myśli. Ona nie powinna tu być. To nie jest miejsce dla niej. Za gorące. Za brudne. Za bardzo nasycone rzeczami, których nigdy nie powinna dotykać.
Coś we mnie pęka. Znowu. Tym razem ciszej, ale głębiej. Bo to oznacza, że nie odpuściła. Nie odetchnęła z ulgą. Zamierza mnie stąd zabrać. Wciąż chce, żebym przy niej został.
Angelica coś mówi. Długo. Zadowolona. Triumfująca. Lili nawet na nią nie patrzy. Patrzy na mnie. Wyzywająco. Prawie rozdrażniona.
— Poważnie? — pyta. — Nasza więź jest taka słaba, że przewyższa ją jakiś pieprzony, przechodzący z rąk do rąk kontrakt?
Patrzę na nią zdezorientowany. A potem zaczynam rozumieć. Na całym świecie nie ma nic silniejszego niż magiczna więź z Lilien. W piekle też nie. Żaden kontrakt, żadna królowa, żadna starożytna moc nie stoi wyżej. To nie teoria. To fakt, który właśnie staje mi przed oczami w złocistej tarczy ognia.
Angelica śmieje się ostro.
— Tym razem to ja wygrałam. Nawet się nie łudź. Mael podpisał kontrakt z Królową Demonów. A teraz ja nią jestem. Należy do mnie. Nie do ciebie.
Powoli się prostuję. Łańcuch napina się, magia próbuje pchnąć mnie z powrotem na kolana, ale ja i tak wstaję. Ciężko. Wbrew rozkazowi. Wbrew kontraktowi.
— Doprawdy? — pytam chłodno.
Mina Angelicy rzednie.
— Jak?!
Nie odpowiadam jej. Patrzę tylko na Lilien i po raz pierwszy od momentu, w którym portal mnie tu wciągnął, czuję coś niebezpiecznie bliskiego nadziei.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Ulga jest tak ogromna, że przez chwilę prawie nie potrafię oddychać. Feniks w mojej głowie rozlewa się ciepłem tak intensywnym, że aż biorą mnie zawroty głowy.
„Ona nas kocha. Nadal nas kocha. Nie chciała się nas pozbyć. Nie chciała. Przyszła tu po niego, ale nie przeciwko nam. Nie przeciwko mnie. Nasza. Wciąż jest nasza. Nasza, nasza, nasza.”
Nie złości się nawet o to, że przyszła zabrać Maela. Naprawdę się nie złości. To samo w sobie jest wystarczająco niepokojące.
Lekkie niezadowolenie pojawia się dopiero potem. Magiczna więź między nią a Maelem okazała się na tyle silna, że przebiła demoniczny kontrakt. To… irytujące. Ale jednocześnie praktyczne. Skoro więź jest aż tak mocna, Mael nigdy nie będzie mógł działać na jej szkodę. Nawet gdyby bardzo chciał. A to już jakaś zaleta.
„Niech żyje. Niech klęczy. Niech istnieje. Byle tylko wiedział, że jest drugi. Albo trzeci. Albo którykolwiek, byle nie pierwszy.”
Obserwuję, jak Mael wstaje. Łańcuchy napinają się, próbują go z powrotem pchnąć na kolana, ale on i tak prostuje się w pełni. Podchodzi do Lili. Nie całkiem. Zatrzymuje się w bezpiecznej odległości. Nie sięga po nią. Nie próbuje dotknąć. Stoi i patrzy. To mnie ciekawi.
Unoszę dłoń. Złote płomienie owijają się wokół magicznych łańcuchów, które go trzymają. Metal i magia krzyczą, czernieją, a potem rozsypują się w popiół. Znikają.
Angelica wydaje z siebie dzikie, prawie zwierzęce wycie. Twarz wykrzywia jej się z wściekłości, a oczy robią się puste i zbyt szerokie.
Feniks w mojej głowie chichocze z czystą, dziecięcą satysfakcją.
„O, popatrz. Całkowicie szalona. Pięknie. Piekło jej zdecydowanie pasuje. Powinniśmy byli wysłać ją tutaj wcześniej. Oszczędzilibyśmy sobie trochę nerwów.”
I wtedy wpada na pomysł. Naprawdę genialny w swojej prostocie. Królowa Piekła nie potrzebuje duchowej mocy. Po co jej w ogóle coś tak… czystego? Co, gdyby jej to po prostu zabrać?
Sięgam. Moc opuszcza Angelicę zaskakująco łatwo. Prawie chętnie. Jakby sama nie chciała do niej należeć. Jakby tylko czekała, aż ktoś ją wreszcie odbierze. Angelica nawet tego nie zauważa. Wciąż wrzeszczy, gestykuluje, grozi, całkowicie pochłonięta własnym teatrem.
Wzruszenie ramionami przychodzi mi naturalnie. Odwracam się do Maela. Wygląda groźniej, ale przy okazji ciekawiej. Wolny. Zmieniony. I zaskakująco ostrożny wobec Lili.
— Wciąż potrafisz się teleportować? — pytam spokojnie. — Bo jeśli tak… to nie ma najmniejszego sensu zostawać tu ani chwili dłużej.