Rozdział 13 – Bohaterowie noszą maski III
by Vicky
Lilien
Nie mam pojęcia, jak to się stało. Naprawdę nie wiem. W głowie mam pustkę, jakby ktoś na chwilę wyłączył mi myślenie. Jeszcze przed chwilą się kłóciliśmy, a teraz siedzę na szerokim biurku Ashera, ze spódnicą podciągniętą wysoko, a moje nogi mocno oplatają biodra Maela. On stoi między nimi i mnie całuje. Mocno. Głęboko. Zaborczo. Tak, jakby od dawna tylko na to czekał i właśnie dostał pozwolenie, którego nikt mu nie dawał.
Jego dłoń wsuwa się pod spódnicę, przesuwa się powoli po wewnętrznej stronie mojego uda, a potem ściska mocniej, wystarczająco mocno, żebym poczuła każdy palec. Przywieram do jego ust, wplatając dłonie w ciemne włosy, bo wcale nie chcę, żeby przestawał. Wręcz przeciwnie. Chcę więcej.
Nawet nie jestem zdziwiona, kiedy w jego drugiej dłoni pojawia się znajoma fiolka. Mieniący się, gęsty płyn. Ten sam, który już nieraz pozbawił więź konsekwencji. Cholera. Ten dupek znowu…
Nie mam jednak czasu, żeby się na niego wkurzyć. Mael wlewa mi do ust kroplę płynu, a potem znowu całuje, nie odrywając ust od moich, a po chwili zsuwa ze mnie majtki. Powoli. Nieubłaganie. Materiał ślizga się po skórze, a ja unoszę biodra, żeby mu to ułatwić, sama nie wiedząc, kiedy podjęłam tę decyzję.
Jego usta schodzą na moją szyję. Gryzie mnie lekko, potem liże to samo miejsce, a ja odchylam głowę, dając mu więcej przestrzeni. Jego palce przesuwają się po mnie, po najbardziej intymnym miejscu, i nagle całe moje ciało napina się jak struna. Ekscytacja uderza mnie tak mocno, że na moment tracę oddech.
A potem, ku memu absolutnemu zdumieniu, Mael klęka. Powoli. Kontrolowanie. Jakby każdy ruch był przemyślany. Najpierw całuje wewnętrzną stronę mojego uda, tuż nad kolanem. Potem wyżej. Jeszcze wyżej. Jego oddech jest gorący na mojej skórze, a kiedy wreszcie jego język mnie dotyka, wyginam się w łuk z cichym, zupełnie niekontrolowanym jękiem. Mael chwyta moje uda mocno, zaborczo, przytrzymując je w miejscu, i nie przestaje. Jego język jest precyzyjny, uporczywy, i jednocześnie piekielnie cierpliwy. Nie spieszy się. Nie pozwala mi też uciec. Każdy jego ruch wysyła falę ciepła, która rozlewa się od dołu brzucha aż po końce palców.
Zamykam oczy. Nie potrafię złapać tchu. Nie potrafię myśleć. W gabinecie pachnie drewnem, jego skórą i czymś ostrzejszym, bardziej zwierzęcym. Biurko jest twarde pod moimi dłońmi, kiedy kurczowo łapię jego krawędź. A on wciąż jest między moimi nogami, nieustępliwy i skupiony tylko na tym, żeby doprowadzić mnie do miejsca, w którym świat na moment przestaje istnieć.
Cudowne, błogie, całkowicie rozbrajające uczucie rozlewa się po całym moim ciele.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Powinienem chcieć ją po prostu wypieprzyć. To byłoby logiczne. Proste. Zgodne z tym, jak zawsze działałem. Wreszcie nadarzyła się okazja — jesteśmy sami, ona jest już rozgrzana, ma podwiniętą spódnicę. Powinienem wykorzystać ten moment w najbardziej oczywisty sposób. A jednak jedyne, czego naprawdę pragnę, to sprawić jej przyjemność. Chcę, żeby się wiła. Żeby traciła oddech. Żeby szeptała moje imię tak, jakby w tej chwili nic innego nie istniało. I właśnie dlatego robię coś, co zanim ją poznałem, byłoby dla mnie całkowicie nie do pomyślenia.
Opadam przed nią na kolana. Podłoga gabinetu jest twarda, ale nie zwracam na to uwagi. Biorę jej udo w dłonie i powoli, bardzo świadomie, całuję skórę tuż nad kolanem. Czuję, jak drży pod moim dotykiem. Delikatne, niekontrolowane drżenie, które przechodzi dalej, wyżej. Przesuwam usta bliżej, a potem jeszcze bliżej, aż wreszcie mój język styka się z jej najbardziej intymnym miejscem.
Lilien nie potrafi powstrzymać cichego jęku. Mimo tego, gdzie jesteśmy. Mimo korytarza firmy za ścianą. Mimo wszystkiego. Dźwięk uderza we mnie mocniej, niż powinien. Przyjemna, gęsta satysfakcja rozlewa się po całym moim ciele — wolna, pewna, niemal drapieżna. Robię to właśnie po to. Żeby usłyszeć, jak traci kontrolę przeze mnie.
Zaczynam lizać mocniej. Intensywniej. Precyzyjniej. Przytrzymuję jej uda, kiedy próbuje się poruszyć, nie pozwalając jej uciec ani domknąć nóg. Jej smak, ciepło, sposób, w jaki napina się pod każdym ruchem mojego języka — wszystko to sprawia, że moje własne pragnienie staje się prawie bolesne. Ale nie przyspieszam dla siebie. Jeszcze nie teraz. Chcę najpierw poczuć, jak całe jej ciało poddaje się temu, co robię. I dopiero potem wziąć resztę.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
W momencie, kiedy całe moje ciało drży jeszcze od euforii, a oddech wciąż łapię nierówno, w naszą intymność wkrada się dźwięk otwieranych drzwi. W progu staje elegancka kobieta w kostiumie, z plikiem dokumentów przyciśniętym do piersi. Na ułamek sekundy zamiera niczym posąg. Jej oczy najpierw lądują na mnie — siedzącej na biurku z podciągniętą spódnicą — potem na Maelu, który wciąż klęczy między moimi nogami. Jej twarz robi się najpierw biała, potem intensywnie czerwona.
Sięga po telefon.
— Wezwijcie ochronę — mówi ostrym, drżącym głosem. — Na ostatnie piętro. Natychmiast.
Jestem zbyt oszołomiona, żeby jakkolwiek zareagować. Myśli mam jak z waty. Moje ciało wciąż jeszcze pulsuje, a mózg dopiero zaczyna rozumieć, że właśnie zostaliśmy przyłapani w gabinecie Ashera w pozycji, której nie da się wytłumaczyć żadnym raportem z praktyk.
Wtedy za jej plecami pojawia się on. Asher. Omiata wzrokiem najpierw mnie, potem Maela. Jego twarz przez krótką chwilę pozostaje całkowicie nie do oczytania. Potem spogląda na kobietę.
— Odwołaj ochronę — mówi spokojnie. — Nie będzie konieczna. Ja się tym zajmę.
Kobieta stoi jak wryta, wyraźnie niepewna, czy dobrze usłyszała.
— Idź już — Asher dodaje tonem, który nagle robi się lodowaty. — Ale jeżeli usłyszę jakiekolwiek plotki na ten temat… nie tylko stracisz pracę.
Nie musi mówić niczego więcej. Kobieta niemal ucieka. Dokumenty przyciska do siebie jak tarczę, a drzwi zamykają się za nią z cichym, ale zdecydowanym kliknięciem.
Asher wchodzi do środka. Powoli. Kontrolowanie. I zamyka drzwi na klucz. Odwraca się do nas. Przez dłuższą chwilę panuje cisza, w której słychać tylko mój wciąż zbyt szybki oddech i delikatny szum klimatyzacji.
Mael powoli prostuje się, zupełnie niewzruszony. Ja natomiast wciąż siedzę na cudzym biurku, z nogami, które dopiero co przestają drżeć, i z nagłym, bardzo wyraźnym poczuciem niepewności.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Szybko orientuję się w sytuacji. Normalnie powinienem poczuć zazdrość. Irytację. Może nawet coś ostrzejszego. Zamiast tego w głowie pojawia się tylko czysta, chłodna satysfakcja. Mael klęczy przed nią. Poświęca się. Skupia się na jej przyjemności, nie na własnej. Po raz kolejny pokazuje, że Lili jest dla niego najważniejsza — ważniejsza niż duma, ważniejsza niż kontrola. To czyni go cennym. Być może nawet cenniejszym sojusznikiem niż Cassian. Na pewno mniej nieobliczalnym.
Wchodzę do gabinetu i zamykam drzwi na klucz. Skoro moja mała czarodziejka jest teraz mokra, roztrzęsiona i wciąż jeszcze w euforii… zamierzam z tego skorzystać. Podchodzę powoli. Staję dokładnie między jej nogami, ignorując Maela, jakby go tu nie było. Jestem szczerze ciekawy, jak się zachowa. I co zrobi ona. Lili nie zawodzi. Unosi na mnie wzrok — oczy ma ciemne, usta lekko rozchylone, oddech wciąż nierówny. Nie waham się. Sięgam po nią.
Natychmiast oplata ramionami moją szyję i przyciąga mnie do siebie. Całuję ją powoli, namiętnie, głęboko, dając sobie czas, żeby poczuć, jak wciąż jeszcze drży. Wystarczy kilka sekund, żebym zrobił się twardy. To jednak ona pierwsza sięga dłońmi do mojego rozporka — niecierpliwa, bezpośrednia, wciąż jeszcze rozbita po tym, co przed chwilą robił Mael.
Zsuwam spodnie wystarczająco, żeby się uwolnić, i wchodzę w nią jednym, mocnym, bezczelnym ruchem. Przyjmuje mnie z cichym, zaskoczonym dźwiękiem, a jej nogi natychmiast oplatają mnie w pasie, przyciągając jeszcze bliżej. Nie przestaje mnie całować. Wręcz przeciwnie — całuje głębiej, jakby chciała mnie w sobie zatrzymać.
Nachylam się do niej.
— Nie sądziłem, że lubisz romanse biurowe — szepczę i lekko gryzę płatek jej ucha.
Lilien wygina się pode mną jak kotka.
— Och, zamknij się — mruczy, ale głos ma już zupełnie złamany, miękki, pozbawiony ostrości.
Kątem oka widzę Maela. Stoi z boku, wyraźnie niepewny, co powinien zrobić. To zabawne, jak bardzo w niektórych momentach przypomina Cassiana — ten sam rodzaj zagubienia, kiedy sytuacja wymyka się prostym schematem rywalizacji. Na razie jednak wyrzucam go z głowy. Istnieje tylko ona. Jej ciało otwierające się pode mną. Jej ciche, urywane dźwięki. Sposób, w jaki zaciska się za każdym razem, kiedy wchodzę głębiej. Przyspieszam. Biurko lekko się przesuwa. Jej uda drżą. Całą uwagę poświęcam tylko jej. I myślę, że chyba rzeczywiście będziemy częściej powtarzać seks na moim biurku.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Oczywiście. Czego innego mogłem się spodziewać. Stoję kilka kroków dalej i patrzę, jak Asher pieprzy ją na swoim biurku. Głęboko. Pewnie. Jakby należała wyłącznie do niego. Jej nogi owijają się wokół niego, palce ma wczepione w jego ramiona, a ciche, urywane dźwięki, które wydaje, wypełniają cały gabinet. Czuję nieprzyjemny, ostry chłód, który rozlewa się od żołądka aż po gardło. W środku niemal się rozpadam. Dosłownie. Jakby ktoś wziął wszystko, co przez ostatnie miesiące udawało mi się jakoś składać w całość, i po prostu to rozwalił.
Próbuję to stłumić. Jak zawsze. Schować. Zamrozić. Sprowadzić do czystej obserwacji — ona dostaje przyjemność, on ją bierze, ja stoję z boku. To nie jest nic nowego. Powinienem był to przewidzieć. Powinienem był wiedzieć, że w momencie, gdy pojawi się on, znowu zejdę na drugi plan. Albo trzeci. Albo żaden.
Nie do końca mi się to udaje. Boli. Boli w sposób, którego nie da się elegancko nazwać ani intelektualnie rozbroić. Po prostu boli.
A potem Lili podnosi wzrok. Jej oddech jest przyspieszony, policzki mocno różowe, usta lekko uchylone. Asher wciąż jest w niej, porusza się wolniej, ale nie przestaje. A ona… patrzy prosto na mnie. I wyciąga rękę.
— Mael — mruczy. Głos ma niski, zachrypnięty, zupełnie pozbawiony ostrości. — Chodź tutaj.
Na ułamek sekundy mózg odmawia mi współpracy. Nie rozumiem. Dosłownie nie rozumiem. Ona go ma. Jest pełna, roztrzęsiona, w trakcie. A mimo to wyciąga po mnie rękę. Nie odsuwa się. Nie zamyka oczu. Nie udaje, że mnie tu nie ma. Chce mnie. Tutaj. Teraz. Przy nim.
Coś we mnie gwałtownie, niemal boleśnie się przesuwa. Zaskoczenie miesza się z czymś, co jest niebezpiecznie bliskie euforii. Brudnej, upokarzającej, całkowicie uzależniającej euforii. Bo to nie jest sytuacja, w której nie ma nikogo innego pod ręką. On jest. W niej. A ona i tak mnie woła.
Podchodzę. Powoli, bez wahania, jakbym był psem… jej psem… Biorę jej wyciągniętą dłoń, a ona od razu splata nasze palce i przyciąga mnie bliżej. Asher nie protestuje. Tylko patrzy. Pochylam się nad nią i dopiero teraz naprawdę mogę odetchnąć. Bo właśnie dostałem coś, czego nie spodziewałem się dostać. Miejsce. Przy niej. Nawet wtedy, kiedy nie jestem jedyny.
Lili oplata moją szyję ramionami i zmusza, żebym się pochylił. Nie stawiam oporu. Wtulam twarz w zagłębienie jej szyi i całuję skórę — najpierw kark, potem coraz niżej, w stronę ramienia. Pachnie podnieceniem i czymś słodkim, co zawsze doprowadza mnie do szału. Jest jak narkotyk. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego tak na mnie działa. Po prostu działa. Wyłącza myślenie. Zostawia tylko głód.
Jedną rękę ma wciąż na ramieniu Ashera. Drugą wsuwa pod moją koszulę. Jej palce przesuwają się po moim brzuchu, powoli, badawczo, a potem schodzą niżej i układają się na wypukłości w spodniach. Ściska. Pewnie. Bez wahania. Wydaję z siebie niski, stłumiony dźwięk prosto w jej skórę i nie przestaję całować jej karku, żuchwy, miejsca tuż pod uchem. Ona drży. Albo to ja drżę. Nie potrafię rozróżnić.
Asher kończy z niskim, kontrolowanym westchnieniem. Wycofuje się z niej powoli, a Lili nawet na niego nie patrzy. Po prostu odwraca się odrobinę, rozpina mi spodnie jednym sprawnym ruchem i wypina się, opierając dłonie o krawędź biurka. Spódnica jest wciąż podciągnięta. Nic jej nie zasłania.
Shit. Jak zwykle przy niej przestaję myśleć. To zdecydowanie nie jest u mnie normalne. Zwykle wszystko analizuję, ważę, kontroluję. A teraz kładę dłonie na jej biodrach, ustawiam się i wchodzę jednym, mocnym, głębokim pchnięciem. Do samego końca. Lili wydaje z siebie przeciągły, zaskoczony dźwięk i napina się wokół mnie tak mocno, że na moment tracę oddech.
Asher nie odchodzi. Nie wygląda na zagubionego. Wręcz przeciwnie — wie dokładnie, co robić. Staje z boku, sięga pod jej koszulkę i muska piersi, ściska, drażni sutki przez cienki materiał stanika. Pochyla się i coś jej szepcze prosto do ucha, a ona w odpowiedzi zaciska się na mnie jeszcze mocniej. Nie pozwala, żeby choć przez chwilę o nim zapomniała. I to działa. Widzę to. Czuję to.
Przyspieszam. Trzymam ją mocno za biodra i wbijam się głębiej, szybciej, bez żadnych resztek delikatności. Biurko przesuwa się o centymetr. Jej oddech robi się chaotyczny. Palce bieleją na blacie. Patrzę na linię jej pleców, na to, jak przyjmuje mnie całego, i podejmuję decyzję, która powinna była zapaść dużo wcześniej. Już nigdy nie będę przy niej trzymał się na uboczu. Nigdy więcej.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Już jestem ubrana, ale wciąż rozkosznie, piekielnie roztrzęsiona. Siedzę skulona na kolanach Ashera, z twarzą wtuloną w jego koszulę, i dopiero teraz — kiedy podniecenie wreszcie opada — czuję, jak zalewa mnie falami czysty, gorący wstyd. Ktoś nas przyłapał. Na jego biurku. W pozycji, której nie da się wytłumaczyć żadnym raportem.
— Co zrobimy z tą kobietą? — szepczę w materiał jego koszuli.
Mael, który siedzi w fotelu obok, odzywa się tonem całkowicie obojętnym.
— Jeśli chcesz, mogę usunąć jej ten obraz z pamięci.
— To nie ma znaczenia — mówi Asher spokojnie.
Podnoszę głowę.
— Ma — upieram się zirytowana.
Asher spogląda na mnie z lekkim, prawie rozbawionym znużeniem, a potem przeczesuje mi włosy palcami.
— Nie to, że nie cieszę się z twojego widoku — zaczyna ostrożnie — ale jak to się w ogóle stało, że tu przyszliście? Myślałem, że nie chcesz się wychylać… i że mam trzymać się od ciebie z daleka. Byłaś naprawdę zła, kiedy dowiedziałaś się, że wtrącamy się z Ianem.
Wzdycham i ponownie wtulam się w jego tors.
— Och. Podczas firmowej kolacji rozmawiałeś z moimi koleżankami. A inne laborantki uznały, że jesteś nimi zainteresowany… wiesz. W ten sposób. I teraz nie dają im żyć.
— Dosłownie, jak w podstawówce — dodaje Mael tonem kogoś, kto relacjonuje pogodę. — Zrzucają na nie wszystkie problematyczne zadania, a dzisiaj nawet ktoś oblał jedną z nich gorącą kawą. Dlatego Lili jest tylko w topie. Oddała jej swoją koszulę.
Asher milczy przez chwilę, wyraźnie przetwarzając informacje.
— W każdym razie — mówię uparcie — ty to spowodowałeś. Więc teraz to jakoś rozwiąż. Tylko proszę, pamiętaj, że to nie Imperium i nie możesz nikogo zamordować.
Asher patrzy na mnie z wyrazem czystego, urażonego niedowierzania.
— Za kogo ty mnie masz…
Nie odpowiadam. Tylko unoszę brew. On wzdycha, jakby brał na siebie kolejny, nieplanowany problem kadrowy, i w końcu kiwa głową.
— Ogarnę to.
Kilka minut później Mael teleportuje nas prosto do mieszkania. Powietrze zagina się, żołądek na moment protestuje, a potem stoję już w znajomym salonie, wciąż na odrobinę niepewnych nogach.
— Idź się umyć i przebrać — mówi Mael spokojnie. — Zajmę się resztą.
Zatrzymuję się w pół kroku i odwracam do niego.
— Dlaczego właściwie teleportacja jest zakazana na wszystkich siedmiu kontynentach? Jest zbyt wygodna?
Mael śmieje się cicho, krótko.
— Jest niebezpieczna. Chyba że ja jej używam — dodaje z charakterystyczną, absolutną obojętnością.
Uśmiecham się do niego, zaskoczona własną szczerością.
— W takim razie tym bardziej cieszę się, że cię mam.
Spodziewam się wzruszenia ramionami albo chłodnego komentarza. Zamiast tego na jego twarzy pojawia się coś, czego nie widuję często — prawdziwy, choć krótki i prawie nieśmiały uśmiech. Zostaje mi w głowie dłużej, niż powinien.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Mael i Lilien wracają po ponad godzinie. Wyglądają… normalnie. Obojętnie. Zero triumfu, zero „załatwiliśmy sprawę”, zero choćby lekkiego zadowolenia. Lilien ma już na sobie świeżą koszulę, Mael jak zwykle idzie obok niej z miną kogoś, kto właśnie wrócił z nudnego zebrania. Siadają na swoich miejscach i po prostu wracają do pracy.
Czuję, jak coś nieprzyjemnego ściska mi żołądek. Jeśli poszli „wyżej” i nic z tego nie wynikło, to mobbing, który do tej pory dotyczył tylko mnie i Annie, zaraz może się przerzucić też na nią. A wtedy będzie już naprawdę źle. Annie najwyraźniej myśli to samo, bo kopie mnie pod blatem i robi bardzo wymowne oczy.
Mija może pół godziny. I wtedy drzwi się otwierają. Wchodzi Asher Aurelian. Osobiście. W idealnie skrojonym garniturze, z tą swoją spokojną, książęcą miną, jakby właśnie zawitał na luźną wizytację, a nie jakby był CEO grupy. Cała sala natychmiast sztywnieje. Ktoś upuszcza długopis. Ktoś inny nerwowo poprawia fartuch.
Asher wita się ze wszystkimi uprzejmym, lekkim uśmiechem, po czym — jak gdyby nigdy nic — podchodzi do pustego stanowiska w rogu i siada na fotelu.
— Nie będę wam przeszkadzał — mówi spokojnie. — Chcę tylko trochę poobserwować pracę waszego oddziału.
Od tej chwili wszyscy zaczynają chodzić jak na szpilkach. Dosłownie. Głosy robią się cichsze. Ruchy bardziej ostrożne. Nawet ta najbardziej jadowita laborantka nagle staje się wzorem profesjonalizmu. Ja próbuję skupić się na swoich próbkach, ale mózg mam całkowicie zajęty jednym wielkim, wewnętrznym krzykiem — CEO siedzi w naszej sali. CEO. Siedzi. I patrzy.
Po kilkunastu minutach Asher odzywa się znowu. Patrzy dokładnie na to, jak ja i Annie właśnie próbujemy pozbyć się kolejnej tacy obrzydliwie starych, nieudanych próbek.
— Czy to powinno należeć do zadań praktykantek? — pyta, zwracając się do menadżerki.
Kobieta prostuje się tak gwałtownie, że aż krzesło lekko skrzypi.
— Oczywiście, panie Aurelian, to… to część nauki. Praktykantki muszą poznać pełen zakres obowiązków, także te mniej… przyjemne.
Asher spogląda na nią spokojnie, bez uśmiechu.
— To nie jest wystarczające wyjaśnienie.
Menadżerka otwiera usta, zamyka je, potem otwiera znowu. Wygląda, jakby właśnie próbowała przełknąć własny język. Po kilku sekundach nerwowego milczenia odwraca się do nas z uśmiechem tak sztucznym, że aż boli.
— Dziewczyny, zostawcie to. Proszę zajmijcie się… — rozgląda się panicznie — przygotowaniem świeżych buforów. To będzie na razie wystarczające.
Dostajemy banalnie łatwe zadanie. Tak łatwe, że aż podejrzane. Siadam przy blacie i przez chwilę po prostu wpatruję się we własne ręce. Nie mogę uwierzyć. Sam CEO naprawdę się nami zainteresował. Nie przez maila. Nie przez asystenta. Osobiście przyszedł, usiadł w rogu i właśnie publicznie zakwestionował, czy wylewanie starych, śmierdzących próbek to odpowiednia praca dla praktykantek.
— On… on naprawdę to powiedział? — Annie szepcze do mnie tak cicho, że prawie nie słyszę.
— Powiedział — szepczę w odpowiedzi, wciąż w lekkim szoku. — I jeszcze dodał, że wyjaśnienie było słabe.
Kątem oka widzę, jak dwie starsze laborantki wymieniają się panicznymi spojrzeniami. Jedna z nich udaje, że nagle bardzo intensywnie czyta protokół. Druga postanawia, że akurat teraz musi umyć już czysty blat po raz trzeci.
Asher siedzi w swoim rogu, nogę ma założoną na nogę, i wygląda na całkowicie zrelaksowanego. Jakby wcale nie zauważał, że cała sala właśnie przeszła w tryb „proszę nie oddychać za głośno”.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Po tym wszystkim naprawdę należy nam się fajny weekend.
Kiedy Lili proponuje wyjście do klubu i mówi, że zna „fajną miejscówkę”, od razu się zgadzam. Wreszcie coś normalnego. Muzyka, drinki, taniec, zero laboratoriów i zero jadowitych spojrzeń zza pipet. Ubieram się najładniej, jak potrafię, poprawiam makijaż i jadę pełna dobrych nadziei.
Kiedy docieram na miejsce, mina rzednie mi w ciągu sekundy. Przed klubem stoi kolejka na trzy przecznice. Trzy. Przecznice. Ludzie wyglądają, jakby stali tu od wczesnego popołudnia, a ochroniarze mają miny, które skutecznie zabijają wszelką nadzieję. Nie ma najmniejszej szansy, żeby ostatnie osoby weszły jeszcze dzisiejszej nocy.
Dzwonię do Lili, już prawie godząc się z porażką.
— Gdzie jesteście? — pytam, wpatrując się w niekończący się wąż ludzi.
— Idź w kierunku wejścia — odpowiada pogodnie.
Oddycham z ulgą. Pewnie zajęły z Annie miejsce gdzieś z przodu. Logiczne.
Okazuje się, że nie miałam racji. Stoją obok wejścia. Dosłownie przy samych drzwiach. We czwórkę. Swobodnie rozmawiają, jakby kolejka na trzy przecznice była jedynie dekoracją miejską.
Podchodzę, nagle mocno onieśmielona. Oprócz Lili, Cassiana i Annie jest ktoś jeszcze. Chłopak, który na pierwszy rzut oka wygląda jakby mógł być bratem Cassiana — ten sam rodzaj obecności, ta sama pewność siebie — tylko że Cassian jest mega przystojny, jak ktoś z okładki modowego magazynu. A ten drugi… No po prostu WOW. Płonące, rude włosy, które w świetle latarni wyglądają jak żywy ogień. Złocista skóra. Głębokie oczy w kolorze płynnego miodu, które akurat w tej chwili leniwie przesuwają się po otoczeniu. Jest niesamowicie intensywny. Jakby ktoś wziął naprawdę przystojnego faceta i podkręcił kontrast do maksimum. Nie potrafię oderwać od niego wzroku. Absolutnie nie potrafię.
Lili uśmiecha się do mnie promiennie.
— Vivien, przyszłaś! To jest Feniks Vale, kuzyn Cassiana. — Wskazuje na rudowłosego. — Będzie nam dzisiaj towarzyszył.
— Miło mi… — dukam, mając wrażenie, że brzmię jak kompletna idiotka.
— Wchodzimy? — niecierpliwi się Cassian.
Dopiero teraz zauważam też zmianę, która zaszła w Lili. Ma na sobie outfit, który sprawia, że na moment tracę wątek. Czarny, obcisły top z delikatną kokardką dokładnie na środku dekoltu. Krótka, plisowana spódnica w czarno-białą kratę, ze srebrnymi łańcuszkami opadającymi na biodra. Do tego wysokie, sznurowane czarne botki na grubej platformie i ten sam, co zawsze, czarny wisiorek na srebrnym łańcuszku. Wygląda wyzywająco. Pewnie. I piekielnie dobrze.
Zarówno Cassian, jak i jego kuzyn, najwyraźniej też to zauważyli, bo żaden z nich nie potrafi przez dłuższy czas oderwać od niej wzroku. Ja natomiast nagle czuję się jak ktoś, kto przyszedł na galę w ubraniu z wyprzedaży. Myślałam, że jestem ładnie ubrana. Teraz widzę, że nie dorastam jej do pięt.
Annie kiwa głową, więc i ja przytakuję, choć w głowie mam pytanie, jak oni niby chcą wejść? Odpowiedź okazuje się boleśnie prosta. Cassian bierze Lili za rękę i jak gdyby nigdy nic omija całą kolejkę. Podchodzi prosto do ochroniarza, coś krótko mówi, a facet nawet nie mrugnie. Po prostu odsuwa się i wpuszcza nas bez zadawania zbędnych pytań.
No tak. Czego niby spodziewałam się po kimś noszącym nazwisko Vale.
Od razu kierujemy się na górę, do prywatnego pokoju. Jest przestronny, przyciemniony, z wygodnymi kanapami i własnym barem. Zostawiamy torebki, a Cassian już zamawia drinki, nawet nas nie pytając. Lili wcześniej uprzedziła, żebyśmy w ogóle nie martwiły się o finanse, ale i tak czuję się dziwnie spięta. Wydawanie cudzej kasy — zwłaszcza kasy kogoś, kto omija kolejki na trzy przecznice — wciąż sprawia, że mam wrażenie, iż zaraz ktoś mnie z tego rozliczy.
Siadam na kanapie, wciąż ukradkiem zerkając na rudowłosego kuzyna. Lilien naprawdę zbiera achievement’y w kategorii „moje życie nie jest normalne”. A ja właśnie dostałam do niego bilet wstępu.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Kiedy Lili siada na kanapie, wyciągając przed siebie nogi, Feniks w mojej głowie kompletnie traci kontakt z rzeczywistością.
„Nooogiii. Te nogi. Ja pierdolę, Cassian, spójrz na nie. Krótka spódniczka. Łańcuchy. Te botki. Chcę je lizać. Chcę je gryźć. Chcę zostawić na nich ślady. Chcę je spalić, żeby nikt inny nie mógł na nie patrzeć. Ten ochroniarz patrzył za długo. Mogę go spalić? Mogę spalić pół kolejki? Bo wszyscy patrzyli. Wszyscy. A te nogi są nasze.”
Wiem, po co się tak ubrała. To rekompensata. Za to, że uprawiała seks z Asherem bez nas. Rownież z tego powodu wybraliśmy się tu właśnie we troje. Chce nam to wynagrodzić wyglądem, obecnością, tym, że wyszła tylko z nami. I muszę przyznać — zarówno mnie, jak i Feniksowi — taka forma przeprosin piekielnie odpowiada. Zwłaszcza jemu. Zwłaszcza gdy co chwilę zsuwa wzrok na jej uda i wydaje z siebie w mojej głowie dźwięki, które nie powinny pochodzić od starożytnego bytu.
„Jeśli jeszcze raz poruszy się tak blisko mnie, to naprawdę nie odpowiadam za siebie. Albo za stolik. Albo za tego faceta przy barze, który właśnie za długo patrzył na jej spódniczkę. Spalę mu rzęsy. Dla zasady.”
Nowe koleżanki Lili są… normalne. I właśnie dlatego staram się być dla nich miły. Lili je polubiła. Ceni w nich to, że nie ciągną za sobą magicznych problemów, rodzinnych intryg ani starożytnych bytów. Są po prostu dziewczynami z praktyk. Dlatego żartuję, zamawiam drinki, uśmiecham się, kiedy trzeba. Feniks narzeka w tle, że to strata czasu, ale nawet on rozumie, że jeśli Lili je lubi, to musi być grzeczny.
Najważniejsze jest jednak coś innego. Wybrała mnie. Oficjalnie. W tym świecie, w którym ludzie nie wiedzą prawie nic o magicznej więzi i w którym Lili nie zamierza obnosić się z poligamią. Przed Vivien i Annie powiedziałem „mój chłopak”, a teraz to potwierdza. Nie Asher. Ja.
Feniks od tamtej pory jest w stanie euforii, której nie da się opisać ludzkim językiem.
„Słyszałeś? Wybrała nas. Publicznie. Możemy to gdzieś wytatuować? Żeby wszyscy wiedzieli. A te nogi… te nogi powinny mieć nasze ślady. Obie. Po wewnętrznej stronie uda. Żebym mógł je całować za każdym razem, kiedy spódnica się uniesie.”
Dlatego teraz rozpiera się we mnie jak nigdy. Siedzę na kanapie, mam ramię zarzucone na ramiona Lili, czuję zapach jej jaśminowych perfum i ciepło uda przy moim, żartuję z jej koleżankami i jestem… przeszczęśliwy. Naprawdę.
Aż do momentu, gdy drzwi prywatnego pokoju się otwierają. Wchodzi Lucas. Natychmiast się napinam.
— Czego chcesz? — warczę, pewny, że przysłał go Asher.
Lucas nawet na mnie nie patrzy. Idzie prosto do niej.
— Lili, poświęcisz mi chwilę?
Ku naszemu wspólnemu, gorącemu niezadowoleniu czarodziejka natychmiast wstaje.
— Jasne. — Nachyla się i szepcze w moją stronę, a konkretnie w stronę Feniksa, który właśnie zaczyna robić się zbyt gorący — zachowuj się, Kotku. Zaraz do was wrócę.
Wychodzą.
Feniks w mojej głowie gotuje się w milczeniu przez dobre trzy minuty.
„Jeśli ona wróci z zapachem Ashera, spalę ten klub. Cały. Z fundamentami. A Lucasa zostawię na koniec. Spalę go powoli. Żeby zdążył pożałować, że w ogóle otworzył drzwi.”
Po paru minutach Lili wraca. Z Lucasem u boku.
— Dziewczyny, poznajcie Lucasa — mówi pogodnie. — Pracuje dla Ashera. Nie macie nic przeciwko, żeby został dzisiaj z nami?
— Mamy! — protestujemy naraz, ja i Feniks, jednym głosem.
Lili spogląda na nas i powoli przewraca oczami.
— Was nie pytałam o zdanie.
Lucas siada, a ja zaciskam szczękę tak mocno, że aż bolą mnie zęby, podczas gdy Feniks w mojej głowie zaczyna układać bardzo szczegółową, bardzo kreatywną listę rzeczy, które można zrobić z cieniem w prywatnym pokoju klubu. I z nogami Lili. Zwłaszcza z nogami.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Lucas przyciąga moją uwagę szybciej, niż powinnam na to pozwolić. Nie jest aż tak piekielnie, nierealnie przystojny jak Cassian czy ten rudowłosy Feniks — bo ci dwaj wyglądają, jakby ktoś ich wyciągnął prosto z kampanii reklamowej perfum i jeszcze podkręcił saturację. Lucas jest inny. Wysoki, ciemnowłosy, spokojny, z przyjemnymi rysami twarzy i cichym sposobem bycia, który sprawia wrażenie… normalności. Niebezpiecznej normalności. Takiej, przy której człowiek zaczyna się relaksować, zanim zdąży się zorientować.
Zagaduję go pierwsza. On odpowiada. I nagle okazuje się, że rozmowa klei się absurdalnie dobrze. Żadnych dziwnych pauz, żadnego szukania tematów. On słucha, ja mówię, potem na odwrót, a drinki w mojej krwi sprawiają, że jestem odważniejsza niż zwykle. Uśmiecham się za szeroko. Pochylam się za blisko. W pewnym momencie łapię się na tym, że wyraźnie daję mu znać, że mi się podoba. I co gorsza — on to odbiera. Nie ucieka. Nie zmienia tematu. Tylko patrzy na mnie spokojniej i trochę intensywniej.
W końcu schodzimy na dół na parkiet. We szóstkę. I wtedy widzę coś, co sprawia, że na moment zapominam o flircie. Cassian i Feniks są wokół Lili jak mur. Dosłownie. Tłum jest gęsty, ktoś się przepycha, ktoś inny próbuje przejść z drinkami, a mimo to nikt nawet nie ociera się o nią przypadkiem. Feniks tańczy zdecydowanie zbyt blisko, żeby to było grzeczne — rękę ma na jej biodrze, ciało niemal przy ciele, jakby to on był jej chłopakiem, nie Cassian. A Cassian? W ogóle nie wygląda na zazdrosnego. Wręcz przeciwnie. Wygląda na kogoś, kto w pełni akceptuje ten układ i jeszcze z niego korzysta.
Mrugam. Okej. To jest dziwne. Ale nie mam czasu, żeby to analizować, bo leci wolny kawałek. Lucas odwraca się do mnie.
— Masz ochotę zatańczyć ze mną? — pyta tak swobodnie, jakby pytał o pogodę.
— Tak — odpowiadam zdecydowanie zbyt entuzjastycznie i dopiero po sekundzie orientuję się, że zabrzmiało to jakbym czekała na to pytanie od początku wieczoru.
Na parkiecie Cassian bierze Lili w ramiona, ale Feniks nawet nie udaje, że zamierza się odsunąć. Zostają obaj. Blisko. Jakby to było najzupełniej naturalne. Ja natomiast ląduję w ramionach Lucasa i nagle okazuje się, że tańczy się z nim zaskakująco łatwo. Nie za mocno, nie za grzecznie. W sam raz.
Przez chwilę martwię się o Annie, ale szybko ją znajduję wzrokiem — tańczy z jakimś jasnowłosym chłopakiem i wygląda na co najmniej zadowoloną z życia.
Kiedy w końcu jesteśmy zbyt zmęczeni, żeby udawać, że jeszcze damy radę, wracamy na górę do prywatnego pokoju. Lucas nie siada w fotelu. Zamiast tego zajmuje miejsce bezpośrednio obok mnie na kanapie, wystarczająco blisko, żebym czuła ciepło jego ramienia. I znowu zaczynamy rozmawiać. Tematy po prostu się nie kończą. Z drinkiem w dłoni i lekkim, przyjemnym szumem w głowie, myślę, że ten weekend nagle zrobił się jeszcze ciekawszy, niż planowałam.
Lucas
Jeśli ona mi nie pomoże, to zaraz po prostu zemdleję. Energia jest na tak niskim poziomie, że każdy kolejny krok po schodach klubu kosztuje mnie więcej, niż powinien. Znajduję ją dokładnie tam, gdzie spodziewałem się znaleźć — w prywatnym pokoju Ashera, w towarzystwie Cassiana, Feniksa i dwóch dziewczyn, których nie kojarzę. Kiedy proszę, żeby poświęciła mi chwilę, nawet się nie waha. Wstaje od razu.
Na korytarzu bierze mnie za rękę bez pytania. Duchowa energia przepływa szybko, gęsto, znajomo. Po kilku sekundach świat przestaje się chwiać, a w płucach znowu pojawia się coś na kształt normalnego oddechu.
— Masz dzisiaj jakieś plany? — pyta, wciąż trzymając moją dłoń.
— Nieszczególnie.
— To może z nami zostaniesz? — proponuje lekko. — Szczerze… nie widziałam jeszcze, żebyś się kiedyś bawił.
Śmieję się krótko, zaskoczony.
— Jeśli nie będę przeszkadzał, to mogę zostać.
Lili mruga do mnie z wyraźną satysfakcją.
— Och, nawet nie wiesz, jak bardzo będziesz przeszkadzał Feniksowi. Dlatego tym bardziej powinieneś zostać.
— Jesteś okrutna — stwierdzam, ale śmieję się ponownie.
— Tylko troszeczkę.
Wracamy do środka. Lili przedstawia mnie dziewczynom. Jedna z nich — jasnowłosa, z piegami i dużymi, zainteresowanymi oczami — patrzy na mnie wyraźnie dłużej niż grzeczność nakazuje. Jest naprawdę ładna. Totalnie w moim typie. Przez krótką chwilę pojawia się stara, ostrożna refleksja — a jeśli będzie jak Angelica? Jeśli znowu okaże się, że pod spodem jest tylko głód uwagi i chaos?
Potem zaczynamy rozmawiać. I rozmowa klei się zbyt dobrze, żebym mógł od razu odpuścić. W ciągu kilkunastu minut stawiam sobie cichy, bardzo konkretny cel wieczoru — zdobyć jej numer.
Schodzimy na parkiet. Natychmiast zauważam ich — chłopaków z kultu Feniksa. Stoją w półmroku, dyskretnie, ale ich wzrok zbyt często wraca do Vivien i Annie. Znam ten sposób patrzenia. Zanim którykolwiek zdąży zrobić krok w ich stronę, korzystam z wolnego kawałka i odwracam się do Vivien.
— Masz ochotę zatańczyć ze mną?
Zgadza się zbyt szybko, żeby to było tylko z grzeczności. Kiedy przyciągam ją bliżej, jej ciało dopasowuje się naturalnie, bez spięcia. Kilka metrów dalej do Annie podchodzi jasnowłosy chłopak z Północy i uśmiecha się do niej w sposób, który zostawia niewiele miejsca na odmowę.
Vivien opiera się o mnie trochę bardziej. Czuję zapach jej perfum, ciepło dłoni na moim ramieniu i nagle orientuję się, że jestem… zadowolony. Naprawdę zadowolony, że dałem się namówić Lili i zostałem. Dla miłej odmiany nie jestem tu, bo ktoś mi kazał. Jestem tu, bo chcę.