Rozdział 12 – Bohaterowie noszą maski III
by Vicky
Vivien
Tydzień minął wyjątkowo szybko. Polubiłam się z Lili i Annie bardziej, niż się spodziewałam. Dogadujemy się bez wysiłku — Annie jest głośna i bezpośrednia, Lili spokojniejsza, ale z taką iskrzącą, celnie trafiającą ironią, że kilka razy prawie zachłysnęłam się kawą. Im dłużej na nią patrzę, tym bardziej nabieram pewności, że to naprawdę zwyczajna dziewczyna. Zero udawania, zero dystansu, zero „jestem z kimś ważnym, więc patrzcie na mnie”.
Ciekawi mnie, jak w ogóle poznała Cassiana. Nie dziwię się jednak, że się nią zauroczył. Trudno jej nie lubić. Ma w sobie coś… przyciągającego. Nie w sposób krzykliwy. Raczej w taki, po którym człowiek sam nie wie, kiedy zaczyna chcieć, żeby była w pobliżu.
Współczuję jej trochę. Jestem niemal pewna, że rodzina Cassiana jej nie akceptuje. Syn miliarderów i zwykła studentka? Brzmi jak scenariusz komedii romantycznej. Mimo to kibicuję im. Naprawdę. Mam nadzieję, że Cassian postawi na swoim i będzie z nią mimo wszystko. To wydaje mi się cholernie romantyczne.
W piątek nowy CEO firmy, pod którą podlega Instytut, zaprasza cały nasz wydział na wspólny, integracyjny obiad. Wszyscy są podekscytowani. W szatni unosi się gwar, ktoś poprawia makijaż, ktoś inny pożycza lakier do włosów. Tylko Lilien nie wygląda na szczególnie zadowoloną. Siedzi na ławce i przewija coś w telefonie z miną osoby, która dowiedziała się, że jej plany na wieczór właśnie zostały anulowane. Może miała coś ustalonego z Cassianem?
Tuż przed końcem pracy ten przystojny nowy inspektor — Mael — podchodzi do nas trzech. Biały fartuch już zdjął, zostało mu tylko eleganckie, ciemne ubranie i identyfikator.
— Macie jak się dostać do restauracji? — pyta spokojnie. — Może chcecie pojechać ze mną?
Odnoszę wrażenie, że przez większość czasu patrzy bezpośrednio na Lili. Ona odwzajemnia jego spojrzenie z wyraźną, lekką irytacją, ale po chwili i tak kiwa głową.
— Mi pasuje. Dziewczyny?
Po jej słowach ośmielamy się i obie zgodnie potwierdzamy. W podziemnym garażu opada mi szczęka. Samochód, przy którym się zatrzymujemy, jest czarny, matowy i wygląda, jakby dopiero co zjechał z taśmy. Luksusowy. Bezczelnie drogi. Siedzenia wyglądają, jakby kosztowały więcej niż mój roczny czynsz. Patrzę na Maela z nową, intensywną ciekawością. Czy on też należy do jakiejś bogatej rodziny i pracuje tu tylko po to, żeby „nabrać doświadczenia”? Bo inaczej to się zaczyna robić podejrzane. Najpierw Cassian Vale, teraz to?
Lili zatrzymuje się przy drzwiach pasażera i patrzy na niego z kompletną, absolutną nieufnością, która totalnie wybija mnie z rytmu.
— Potrafisz w ogóle prowadzić samochód?
Mael unosi brew, wyraźnie rozbawiony.
— A co w tym trudnego?
— Nie wsiądę, dopóki nie pokażesz mi, że masz prawo jazdy.
On bez słowa sięga do kieszeni, wyciąga dokument i podaje jej go z miną kogoś, kto właśnie spełnia kaprys. Lili przez chwilę studiuje plastik, po czym unosi wzrok z niedowierzaniem.
— Zrobione dwa tygodnie temu? No po prostu cudownie.
— Wątpisz we mnie? — pyta Mael, a kącik jego ust drga w lekkim uśmiechu.
Lili głośno wzdycha, jakby brała na siebie ogromną odpowiedzialność za życie wszystkich obecnych, ale w końcu otwiera drzwi i wsiada.
Annie nachyla się do niej, kiedy już zamykamy drzwi.
— Znacie się? — szepcze.
Lili odwraca się przez ramię.
— Studiowaliśmy na jednym uniwersytecie. Był na roku z Cassianem.
Samochód rusza miękko, prawie bezszelestnie. Wyjeżdżamy z garażu prosto w popołudniowy ruch Chicago. Mael prowadzi spokojnie, pewnie, jedną rękę trzyma na kierownicy, drugą opartą o udo. Przez chwilę wszyscy milczymy. Miasto przesuwa się za oknami — szklane wieżowce, światła, które dopiero zaczynają się zapalać, taksówki, ludzie wracający z pracy. Annie coś pisze na telefonie, Lili patrzy przez szybę z tą swoją zamyśloną miną, a ja siedzę z tyłu i powoli układam sobie w głowie nową teorię. Zaczynam mieć poważne podejrzenie, że moje praktyki w instytucie będą piekielnie interesujące.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Parkujemy przed luksusową japońską restauracją, która wygląda, jakby ktoś wziął minimalistyczny sen architekta i dorzucił do niego fortunę. Czarne drewno, matowe szkło, dyskretne światła. Nawet powietrze przed wejściem pachnie drożej niż całecmoje mieszkanie.
W środku okazuje się, że dla naszego wydziału zarezerwowano całą osobną salę. Całą. Nie stolik. Nie alkowę. Salę. Firma naprawdę zaszalała. Na stołach stoją już karafki z wodą, eleganckie czarki i coś, co wygląda na sake, ale pewnie kosztuje tyle, ile ja wydaję na jedzenie przez tydzień.
Jestem zachwycona. Wreszcie zjem sushi z prawdziwego zdarzenia — nie to w plastikowym pudełku za dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć. Dla tych, którzy nie lubią surowej ryby, kelnerzy zapewniają też inne dania, ale ja już w duchu wybieram w głowie sashimi, nigiri i wszystko, co da się chwycić pałeczkami.
Mael siada przy naszym stoliku. Po prostu. Bez pytania. Starsze koleżanki z działu łypią na niego tak niechętnie, że aż mi się robi gorąco. Wyraźnie liczyły, że przystojny inspektor usiądzie gdzie indziej — najlepiej przy nich. On jednak wygląda na kompletnie nieświadomego ich istnienia. Albo świadomego i celowo to ignorującego.
Lili z kolei wciąż wygląda, jakby ktoś jej właśnie zepsuł plany na cały tydzień. Sięga po umeshu i wypija niemal duszkiem. Mael spogląda na nią z boku.
— Zwolnij.
— Nie zamierzam — odpowiada bez mrugnięcia.
Patrzę na nich z rosnącą fascynacją. Rozmawiają ze sobą w sposób, którego nie potrafię do końca odczytać. Z jednej strony dogryzają sobie przy każdej okazji, jakby naprawdę się nie lubili. Z drugiej — powietrze między nimi iskrzy w sposób, który zwykle zwiastuje albo pocałunek, albo morderstwo. Albo jedno i drugie, tylko w nieokreślonej kolejności. Annie też to zauważa, bo kopie mnie delikatnie pod stołem i robi znaczące oczy.
W końcu drzwi do sali się otwierają. Wchodzi młody mężczyzna o urodzie księcia z bajki. Dosłownie. Złociste, lekko falujące włosy, alabastrowa cera, rysy tak idealne, że wyglądają jak wyrzeźbione, a nie urodzone. Cała sala natychmiast zrywa się z miejsc. Ja też, choć nie do końca wiem, dlaczego — po prostu ciało samo zareagowało na zbiorowy ruch.
— Nazywam się Asher Aurelian — mówi spokojnym, wyraźnym głosem. — Jestem nowym CEO Everheart Group. Chciałbym, żebyście się dzisiaj dobrze bawili i odpoczęli po pracy.
Uśmiecha się lekko, uprzejmie, i siada przy stoliku ze swoim asystentem oraz kilkoma starszymi pracownikami. Wygląda, jakby salony i formalne kolacje były jego naturalnym środowiskiem.
Kątem oka zerkałam na Lili. Ona patrzy na niego… wrogo. Nie nieśmiało. Nie z zaskoczeniem. Po prostu wrogo. Jakby ten piękny, złotowłosy mężczyzna właśnie osobiście zepsuł jej cały dzień. Mael natomiast wygląda na szczerze rozbawionego. Kącik jego ust drga, a w oczach ma wyraźną satysfakcję, jakby ktoś właśnie wystawił mu prywatny spektakl.
Lili sięga po kolejną czarkę i znowu pije duszkiem. Zaczynam mieć poważne podejrzenie, że praktyki w tym instytucie to nie tylko biotechnologia. To telenowela. Tylko że w prawdziwym życiu. I z ludźmi, którzy jeżdżą samochodami droższymi od tego, co kiedykolwiek miała w posiadaniu moja rodzina.
Impreza trwa w najlepsze. Wszyscy, poza Lilien, świetnie się bawią. Ona przez pierwsze pół godziny siedziała z miną osoby, która właśnie dowiedziała się, że ktoś zajął jej ulubione miejsce parkingowe i jeszcze się z tego cieszy. Dopiero dzięki systematycznym, cichym dogryzkom Maela i rosnącej ilości umeshu zaczyna się powoli rozluźniać. W pewnym momencie nawet się śmieje — krótko, prawie niechętnie, ale jednak. Annie szturcha mnie łokciem i szepcze „no proszę”, jakbyśmy właśnie obserwowałyśmy rzadki gatunek ptaka, który wreszcie wychodzi z ukrycia.
Stoimy z Annie pod oknem, trzymając czarki i udając, że prowadzimy bardzo poważną rozmowę o praktykach, podczas gdy tak naprawdę oceniamy, kto z działu ile wypił. Wtedy, ku mojemu absolutnemu zdumieniu, podchodzi do nas Asher. Z czarującym, spokojnym uśmiechem i miną kogoś, kto nie zauważa, że właśnie sprawił, iż dwie studentki niemal zapomniały, jak się oddycha.
— Vivien i Annie, prawda?
Nie mam pojęcia, jakim cudem pamięta nasze imiona. Naprawdę zero pojęcia. Było nas na sali ze trzydzieści osób, a on wygląda, jakby właśnie odhaczył nas na prywatnej liście.
Annie i ja niemal podświadomie robimy pół ukłonu. Takie dziwne, automatyczne ugięcie kolan, jakby ktoś wcisnął nam przycisk „grzeczna studentka”.
— Tak, panie Aurelian — odpowiada Annie nieco zbyt formalnie.
Asher uśmiecha się jeszcze cieplej.
— Możecie mówić mi po prostu Asher.
I wtedy zaczyna pytać. O praktyki. O to, co nas najbardziej zaskoczyło w instytucie. O to, czy laboratorium spełnia oczekiwania. Słucha. Naprawdę słucha. Nie tym uprzejmym, dyplomatycznym sposobem, który ludzie w garniturach opanowują na szkoleniach z zarządzania. Słucha tak, jakby faktycznie go to obchodziło.
— A który projekt na razie wydaje wam się najciekawszy? — pyta, lekko przechylając głowę.
Annie zaczyna coś tłumaczyć o sekwencjonowaniu, a ja — zanim zdążę się powstrzymać — dodaję coś zdecydowanie nadmiernie szczerego.
— Ten, w którym nie muszę bać się, że przez przypadek wysadzę coś drogiego.
Asher parska cichym śmiechem. Prawdziwym.
— Rozsądne podejście. Większość ludzi boi się przyznać, że drogi sprzęt działa na nich jak bodziec do paniki.
— Bo działa — potwierdzam z całkowitą powagą. — Ja w pierwszym dniu patrzyłam na wirówkę jak na bombę zegarową.
— I jak skończyło się starcie? — pyta, a w oczach ma wyraźne rozbawienie.
— Na razie remis. Ona stoi, ja stoję. Obie się wzajemnie szanujemy z dystansu.
Asher śmieje się ponownie, tym razem trochę głośniej, i kiwa głową z uznaniem.
— Będę pamiętał, żeby nie stawiać cię przy niczym, co wiruje zbyt szybko.
I właśnie w tym momencie — kiedy uśmiecham się do niego jak idiota i czuję, że zaczynam być niebezpiecznie oczarowana — zauważam, że coś w jego twarzy się zmienia. Na ułamek sekundy staje się chłodna. Ostra. Skupiona. Podążam za jego spojrzeniem. Po drugiej stronie sali Lilien i Mael śmieją się z czegoś, pochyleni ku sobie wyraźnie za blisko. Ona ma lekko zaróżowione policzki od alkoholu, a on patrzy na nią z takim spokojnym, prawie intymnym rozbawieniem, jakby reszta świata na chwilę przestała istnieć.
Kiedy jednak błyskawicznie wracam wzrokiem do Ashera, jego twarz jest znowu idealnie uprzejma. Ciepła. Panująca nad sytuacją.
Mrugam. Nie jestem pewna, czy coś mi się przywidziało, czy właśnie zobaczyłam pęknięcie w perfekcyjnej fasadzie nowego CEO.
Annie o coś go pyta, a on znowu odpowiada płynnie, z uśmiechem. Jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Impreza kończy się późno w nocy. Wychodzimy z restauracji w lekkim, przyjemnym upojeniu — wszystkie trzy. Annie śmieje się z czegoś, co przestaje być zabawne już po wyjściu na świeże powietrze, ja próbuję iść prosto, a Lilien… no, Lilien ma wyraźną przewagę. Idzie stabilnie, ale jej ruchy są trochę zbyt miękkie, a policzki mają ten konkretny, różowy odcień, który oznacza, że umeshu zrobiło swoje.
Zaczynam w głowie liczyć. Taksówka do akademika. Nocna taryfa. Trzy osoby. Szybko dochodzę do wniosku, że jeśli zamówię kurs, będę musiała zrezygnować z kaw na wynos przez najbliższe półtora tygodnia. Albo z jedzenia. Albo z godności. Któraś z tych trzech rzeczy na pewno ucierpi.
I wtedy go widzę. Oparty o czerwony samochód, ten sam, którym wcześniej nas wiózł, stoi Cassian. Na parkingu, w nocnym świetle latarni, wygląda jak ktoś, kto nie ma nic lepszego do roboty niż czekać. Kiedy zauważa Lilien, jego twarz natychmiast się rozpromienia. Uśmiecha się tak, jakby właśnie zobaczył jedyną osobę, dla której warto było tu stać.
Ku mojemu zdumieniu Lilien wcale nie wygląda na zachwyconą. Wręcz przeciwnie — patrzy na niego skonsternowana.
— Nie ma mowy — oznajmia stanowczo, choć głos ma odrobinę stłumiony. — Nie jadę z tobą. Feniks się ode mnie nie odklei, kiedy jestem w takim stanie.
Cassian nawet nie mrugnie. Wciąż się uśmiecha, jakby spodziewał się dokładnie tej odpowiedzi.
— Zamknę go w bagażniku.
Lilien prycha. A ja stoję i powoli przetwarzam tę informację. Feniks… w bagażniku? Dochodzę do wniosku, że musi chodzić o jakieś zwierzątko. Psa? Kota? Bardzo wymagającego, zaborczego kota, który nie znosi, kiedy jego pani wraca do domu wstawiona? Brzmi dziwnie, ale przy tej dziewczynie już niewiele rzeczy mnie dziwi.
Lilien odwraca się w stronę Maela, który właśnie do nas dołącza, spokojny i niewzruszony jak zawsze.
— Wrócę z Maelem — oświadcza. Potem spogląda z powrotem na Cassiana i dodaje tonem, który sprawia, że moja szczęka lekko opada. — Skoro już tu jesteś, mógłbyś odwieźć dziewczyny?
Mówi to tak, jakby prosiła osobistego kierowcę o dodatkowy kurs. Albo starszego brata. Albo kogoś, kto po prostu ma być do dyspozycji. Stoję z otwartą buzią i z ogromną, wręcz naukową ciekawością czekam, co Cassian na to odpowie.
Na ułamek sekundy rzednie mu mina. Naprawdę. Jakby ktoś właśnie lekko mu przygasił wewnętrzne światło. Ale wraca do siebie zaskakująco szybko.
— Jak sobie życzysz — odpowiada spokojnie.
Annie natychmiast próbuje ratować sytuację.
— Nie chciałybyśmy sprawiać kłopotu…
Cassian spogląda na nią i uśmiecha się. Tym konkretnym, pięknym, spokojnym uśmiechem, który powinien być nielegalny. Annie mięknie w ciągu sekundy. Widzę to wyraźnie — jej ramiona opadają, protest umiera jej na ustach, a na twarzy pojawia się mina kogoś, kto właśnie dostał pozwolenie, żeby się nie martwić.
— To żaden kłopot — zapewnia Cassian.
Stoję na parkingu, patrząc to na Lilien, która już kieruje się w stronę czarnego samochodu Maela, to na Cassiana, który otwiera nam drzwi swojego czerwonego auta. Jakim cudem ta dziewczyna ma dwóch facetów z samochodami za fortunę, którzy o tej porze nocy stoją na parkingu i czekają, aż zdecyduje, z kim wraca do domu? I dlaczego nikt tego nie uważa za dziwne oprócz mnie?
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Początek nowego tygodnia. Poniedziałkowy poranek pachnie kawą z automatu i lekkim stresem ludzi, którzy jeszcze nie doszli do siebie po piątkowej integracji. Siedzę przy swoim stanowisku, próbując wyglądać na kogoś, kto rozumie, co właściwie robi, kiedy drzwi do pracowni się otwierają.
Wchodzi kobieta. Elegancka, spokojna, z tą szczególną aurą osób, które nie muszą podnosić głosu, żeby wszyscy i tak zaczęli jej słuchać. Obok niej stoi mały chłopiec w granatowej bluzie, trzymający się jej ręki.
— Lili, kochanie — odzywa się kobieta z ciepłym uśmiechem. — Możesz zrobić sobie chwilę przerwy?
Przez salę przebiega fala natychmiastowego rozpoznania. Widzę to po minach. Nikt nie protestuje. Nikt nawet nie wygląda na zaskoczonego, że ktoś właśnie wszedł i zażądał przerwy dla jednej konkretnej praktykantki. Nasza menadżerka prostuje się jakby ktoś pociągnął ją za sznurek.
— Tak, tak, oczywiście — od razu zapewnia. — Proszę bardzo.
Ja natomiast siedzę jak sparaliżowana. Elizabeth Vale. Matka Cassiana. Ta Elizabeth Vale, o której czytałam w artykułach, ta z fundacji, ta ze zdjęć na galach, ta, której nazwisko pojawia się przy rzeczach, na które ludzie tacy jak ja patrzą tylko przez szybę.
Lilien zdejmuje fartuch laboratoryjny i zanim jeszcze zdąży cokolwiek powiedzieć, chłopiec wypuszcza rękę matki i rzuca się do niej. Oplata ją w pasie ramionami z taką siłą, jakby nie widział jej od miesięcy, a nie — podejrzewam — od kilku dni. Lili bez wahania kładzie mu dłoń na włosach i gładzi je spokojnie, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.
Elizabeth patrzy na tę scenę z wyraźną czułością.
— Byłam w pobliżu i postanowiłam przynieść ci lunch — mówi, wyciągając elegancką torbę. — Musisz się dobrze odżywiać, kochanie. Jesteś taka chudziutka. Cassian w ogóle o ciebie nie dba.
Lilien przewraca oczami, ale wcale nie wygląda na zaskoczoną ani speszoną. Raczej na kogoś, kto ten tekst słyszy nie po raz pierwszy.
— Dziewczyny mało jedzą, mamo — mruczy chłopiec w jej bluzkę.
— Aron, nie zgniataj jej — upomina lekko Elizabeth, ale w głosie nie ma nawet odrobiny prawdziwej dezaprobaty.
Siedzę dwa stanowiska dalej z pipetą w ręku i czuję, jak cały mój starannie ułożony światopogląd powoli się zawala. Przez cały poprzedni tydzień byłam święcie przekonana, że rodzina Valów toleruje Lilien najwyżej z grzeczności. Uznałam, że pewnie za jej plecami toczą się rozmowy w stylu „to tylko przejściowe” albo „na pewno mu przejdzie”. Byłam pewna, że matka miliarderka patrzy na zwykłą studentkę z chłodnym dystansem i lekkim niepokojem o przyszłość syna.
Tymczasem Elizabeth Vale stoi po środku naszej pracowni, przynosi Lilien lunch, mówi do niej „kochanie” i narzeka, że własny syn za mało o nią dba. Nie akceptuje. Nie toleruje. Ona ją wyraźnie ubóstwia.
Annie kopie mnie pod stołem tak mocno, że prawie upuszczam pipetę. Kiedy na nią spoglądam, ma oczy wielkości spodków i bezgłośnie formuje ustami „co jest?”. Jestem w stanie tylko lekko potrząsnąć głową. Nie wiem. Naprawdę nie mam pojęcia. Jedno jest pewne — każda teoria, którą do tej pory ułożyłam sobie na temat Lilien i Cassiana, właśnie wyleciała przez okno. Razem z resztkami mojej naiwnej wiary, że bogate rodziny zawsze są przewidywalne.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Mobbing zaczyna się w poniedziałek. Dosłownie od rana. Jakby ktoś nacisnął niewidzialny przycisk i nagle cały żeński skład działu postanowił, że ja i Annie jesteśmy publicznymi wrogami numer jeden. Nie mam pojęcia, co się stało. W piątek jeszcze było w miarę normalnie. Ktoś pożyczał długopis, ktoś inny pytał o protokół. A teraz…
Zaczyna się niewinnie.
— Vivien, skoro i tak nic nie robisz, to może umyjesz szkło po weekendzie? — rzuca jedna ze starszych laborantek, nawet na mnie nie patrząc.
Szkło po weekendzie oznacza trzy pełne tace brudnych probówek, pipet i zlewki, które ktoś najwyraźniej celowo zostawił „na potem”. Annie dostaje zadanie skatalogowania próbek, które od dwóch tygodni leżą w lodówce i pachną jak naukowy horror. Kiedy pytam, czy na pewno to nasze zadanie, słyszę tylko, że praktykantki są od tego, żeby się uczyć. A uczy się przez pracę.
Przez resztę dnia zrzucają na nas wszystko, czego same nie chcą robić. Inwentaryzacja odczynników w najniższych szafkach. Noszenie ciężkich kanistrów z wodą destylowaną. Przepisanie ręcznie trzydziestu stron starych notatek, bo „system się zawiesił”. Za każdym razem, kiedy któraś z nas otwiera usta, dostajemy ten sam słodki, jadowity uśmiech.
We wtorek robi się gorzej.
Ktoś „przypadkiem” wylewa mi kawę na notatki. Ktoś inny przestawia moją próbkę, przez co muszę zaczynać procedurę od nowa. Annie dostaje do umycia wirówkę od środka — zadanie, którego nikt przy zdrowych zmysłach nie lubi, a które normalnie wykonuje się w rękawicach i z przekleństwami. Kiedy kończy, ma mokre rękawy i minę osoby, która właśnie straciła wiarę w ludzkość.
W środę podsłuchuję rozmowę.
Stoję za regałem z odczynnikami, bo akurat szukam buforu, który ktoś najwyraźniej schował specjalnie głębiej, i nagle słyszę ciche, zadowolone głosy.
— …aż tak długo z nimi stał. Z praktykantkami.
— Wiem. Na początku myślałam, że to tylko grzeczność, ale nie. Patrzył na nie, uśmiechał się, pytał o projekty…
— A ta jasna, z Kalifornii, to w ogóle się rozkręciła. Opowiadała mu o wirówce jak o najlepszej przyjaciółce.
— No i co? My tu siedzimy latami, a on poświęca im pół kolacji. Nowe ciuszki, nowe buzie i nagle CEO ma czas.
Zamieram z butelką w ręku. Chodzi o Ashera. O to, że podczas firmowej kolacji zbyt długo z nami rozmawiał. Zbyt uprzejmie. Był zbyt zainteresowany. I teraz, według logiki działu, jesteśmy winne. Winne temu, że przystojny, bogaty, nowy CEO nie spędził całego wieczoru na grzecznościowych rozmowach ze starszymi pracownicami, tylko zadał kilka pytań dwóm praktykantkom.
Wraca do mnie cała ta rozmowa. Faktycznie — stał z nami długo. Śmiał się. Pytał. Słuchał. A ja, naiwna, myślałam, że po prostu jest miły.
W czwartek dostajemy już pełny pakiet.
Rano „znika” nasz wspólny protokół i musimy pisać go od nowa. W południe ktoś „przez pomyłkę” ustawia nam temperaturę w inkubatorze o kilka stopni za wysoko. Po południu jedna z kobiet z uśmiechem informuje nas, że skoro tak dobrze dogadujemy się z nowym zarządem, to na pewno nie będzie nam przeszkadzało zostać po godzinach i posegregować archiwalne próbki z 2019 roku.
Annie w pewnym momencie wychodzi do toalety i wraca z czerwonymi oczami. Nie płacze przy mnie. Po prostu siada, bierze pipetę i milczy. Ja natomiast siedzę przy swoim blacie, wpatrując się w kolejne zadanie, które ktoś właśnie zrzucił nam na głowę, i czuję, jak w środku zaczyna gotować się coś bardzo nieprzyjemnego. Bo to nie jest nawet dorosły konflikt. To jest dziecinne, złośliwe, biurowe znęcanie się. Dokładnie takie, jakie oglądałam w chińskich dramach, tylko że wtedy wydawało mi się przesadzone i nierealne. A teraz siedzę w białym fartuchu, w instytucie, o którym marzyłam, i dostaję po głowie za to, że CEO przez dwadzieścia minut zadał mi kilka pytań o wirówkę. Rewelacyjnie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Mobbing staje się tak obrzydliwy, że nawet bardzo skupiona na swoich zadaniach Lilien w końcu go zauważa. Podnosi głowę znad próbek, patrzy najpierw na mnie, potem na Annie, a następnie powoli rozgląda się po całej sali. Na jej twarzy maluje się czyste, niekłamane niedowierzanie. Jakby dopiero teraz zarejestrowała, że powietrze w laboratorium od kilku dni jest gęste od złośliwości, a my dwie jesteśmy jej głównym celem.
Na przerwie wyciągamy ją na dach — tam, gdzie zwykle palą papierosy ci, którzy jeszcze nie przeszli na nikotynowe saszetki. Wiatr jest chłodny, a Annie nie wytrzymuje nawet do trzeciego pytania.
— Co się u was dzieje? — pyta Lili wprost.
Annie najpierw kręci głową, potem zakrywa twarz dłońmi i po prostu wybucha płaczem. Nie tym cichym, grzecznym. Tym brzydkim, zaciętym, który zbierał się w niej od poniedziałku. Stoję obok, niezręcznie głaszcząc ją po plecach, i w końcu sama zaczynam mówić.
Tłumaczę wszystko. O kolacji. O tym, jak długo Asher z nami rozmawiał. O podsłuchanej rozmowie. O tym, że według reszty działu jesteśmy winne temu, że nowy CEO poświęcił nam za dużo uwagi. Lili słucha w milczeniu, a jej twarz z każdą chwilą robi się coraz bardziej kamienna.
Kiedy wracamy do budynku, na klatce schodowej ktoś autentycznie, bez żadnej metafory, oblewa mnie gorącą kawą.
— Och, przepraszam — mówi kobieta z uśmiechem tak słodkim, że aż nieprzyjemnym. — W ogóle cię nie zauważyłam.
Kawę mam na bluzce, na szyi i częściowo na włosach. Pali. Nie mocno, ale wystarczająco, żebym syknęła. Annie otwiera usta, Lili robi krok do przodu, ale sprawczyni już zdążyła zniknąć za zakrętem, jakby właśnie wykonała zaplanowaną misję.
Idziemy prosto do łazienki. Lili nawet się nie waha. Ściąga z siebie koszulę, którą nosiła pod fartuchem, i podaje mi ją bez słowa. Zostaje tylko w czarnym topie. Ja natomiast pod bluzką nie miałam absolutnie niczego, więc jej gest ratuje mnie przed spacerem przez pół budynku w samym biustonoszu. Zakładam jej koszulę — jest trochę opięta i pachnie jej jaśminowymi perfumami — a ona spokojnie myje mi resztki kawy z szyi papierowym ręcznikiem.
— Dzięki — wyduszam.
— Mm — odzywa się tylko.
Kiedy wracamy do sali, dzieje się coś, co ostatecznie przelewa czarę. Jedna z kobiet, ta sama, która od początku najbardziej się nami zajmowała, z uśmiechem stawia nam na blacie dwie tace z czymś, co wygląda jak stary, zepsuty roztwór.
— Skoro lubicie się wyróżniać — mówi słodko — to może zajmiecie się utylizacją. Rękawice są w szafce. Raczej.
Annie blednie. Ja czuję, jak coś we mnie zaciska się nieprzyjemnie. I wtedy odzywa się Mael. Stoi przy swoim stanowisku od dłuższego czasu, milczący jak zwykle, ale najwyraźniej wszystko słyszał. Podnosi wzrok i mówi tylko jedno, chłodne, bardzo spokojne słowo.
— Dość.
Sala na moment cichnie. On nie podnosi głosu. Nie musi. Po prostu patrzy na kobietę w sposób, który sprawia, że ta automatycznie cofa ręce od tacy. Lilien spogląda na niego przez chwilę, potem kiwa głową, jakby właśnie podjęli decyzję bez słów.
— Idziemy z tym wyżej — stwierdza.
Czuję, jak serce podchodzi mi do gardła.
— Zaczekaj — mówię szybko. — To nie ma sensu. Przecież nie mamy żadnych dowodów. Nikt nam nie uwierzy…
Mael odwraca do mnie twarz. Jego spojrzenie jest lodowate, ale nie skierowane przeciwko mnie.
— Zapewniam cię — mówi z chłodem, który nie zostawia miejsca na dyskusję — że to nie będzie problemem.
Chwilę później on i Lilien wychodzą z laboratorium. Idą obok siebie, równo, bez pośpiechu, i wyglądają przy tym tak, jakby naprawdę potrafili rozmawiać w myślach. Reszta działu milczy. Annie trzyma mnie za rękę pod blatem tak mocno, że aż bolą mnie palce. Mam dziwne wrażenie, że ktoś właśnie przestawił reguły gry. I że wcale nie będą one działały na korzyść tych, które przez cały tydzień bawiły się w biurowe dramy.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Wjeżdżamy windą na najwyższe piętro. Oczywiście, że Mael zna kod dostępu. Oczywiście, że wie też, którędy iść. Prowadzi mnie korytarzem wyłożonym ciemnym drewnem i wyciszającymi hałas dywanami, jakby bywał tu co drugi dzień. Być może bywał. Przy obecnym poziomie wtrącania się wszystkich w moje życie nic mnie już nie zdziwi.
Na środku korytarza zatrzymuje nas wysoka kobieta w eleganckim kostiumie. Ma minę kogoś, kto właśnie złapał intruzów na gorącym uczynku.
— Nie wolno wam tu być — oznajmia chłodno, wpatrując się w nasze identyfikatory.
Patrzę na nią. Mam na sobie wciąż tylko top i plisowaną spódnicę, bez eleganckiej koszuli czuję się jak uczennica w szkole. Jestem już tak zirytowana całym tym dniem, że uprzejmość odpłynęła gdzieś między trzecią a czwartą złośliwością w laboratorium.
— Tak? — pytam sucho. — A kto mi zabroni?
Kobieta prostuje się, wyraźnie zaskoczona tonem.
— Zaraz wezwę ochronę…
Nie zdąża dokończyć. Zza szerokiego kontuaru wychyla się starsza, starannie uczesana kobieta. Sekretarka Iana. Rozpoznaję ją natychmiast — ta sama, która zawsze uśmiecha się do mnie jak do kogoś, kto jeszcze nie dorósł, ale już trzeba się z nim liczyć.
— Panienko Everhart — odzywa się z wyraźną dezaprobatą skierowaną nie do mnie. — Co panienkę tu sprowadza?
Potem spogląda na tamtą kobietę.
— Nie widzisz, że to młodsza siostra pana Iana? — syczy karcąco.
Kobieta w kostiumie natychmiast traci cały swój urzędniczy zapał. Blednie odrobinę, mamrocze coś nieskładnego i szybko się wycofuje, jakby podłoga nagle zrobiła się bardzo interesująca.
Sekretarka wraca do nas z uprzejmym, już znacznie cieplejszym uśmiechem.
Mael nie traci czasu.
— Przyszliśmy się zobaczyć z Asherem.
— Pan Aurelian jest na spotkaniu — informuje spokojnie. — Ale jestem pewna, że nie będzie miał nic przeciwko, jeśli zaczekacie w jego gabinecie.
Otwiera nam drzwi ciężkim, cichym ruchem i wskazuje dłonią wnętrze. Wchodzimy. Gabinet jest duży, jasny i urządzony w sposób, który krzyczy „tutaj podejmuje się decyzje”. Szerokie biurko, regały, szklana ściana z widokiem na miasto. Mael zamyka za nami drzwi, a ja opadam na skórzaną kanapę, dopiero teraz czując, jak bardzo cały ten dzień zdążył mnie zmęczyć.
— No pięknie — mruczę pod nosem. — Z praktykantek awansowałyśmy na problem kadrowy.
Mael staje przy oknie, wsuwając ręce do kieszeni.
— Jeszcze nie — odpowiada spokojnie. — Ale zaraz awansujesz.
Patrzę na niego z lekkim niedowierzaniem. Czasami naprawdę nie wiem, czy on mnie wspiera, czy po prostu lubi oglądać chaos, który wokół mnie powstaje.