Rozdział 9 – Bohaterowie noszą maski III
by Vicky
Daphne
Rano wsiadamy do samochodu. Ja, Lilien, Lucas i Asher. Kierowca zamyka drzwi, a ja zaciskam dłonie na materiale spódnicy tak mocno, że aż bieleją mi kostki. Siedzę naprzeciwko niej. Patrzenie na tę dziewczynę rano, z bliska, na trzeźwo, jest niemal fizycznie bolesne. Mdli mnie od samego jej widoku. Od zapachu. Od tego, jak spokojnie zajmuje miejsce, które powinno należeć do kogoś innego.
Kiedy szukałam sposobu, by zbliżyć się do Feniksa, znalazłam Ivory. I musiałam przyznać, choć niechętnie, że się z nią utożsamiam. Zakochana. Porzucona. Odtrącona. We wspomnieniach tej dziewczyny widziałam wyraźnie, jak długo już to trwa. Feniks unika jej tak konsekwentnie, że nawet nie jeździ z nią tym samym samochodem. Jakby sama jej obecność była dla niego niewygodna.
Utrzymuję na twarzy spokojny, nieco nieśmiały wyraz, który należy do Ivory. W środku jednak już wszystko we mnie pracuje. Zniszczę ją. Może nie dzisiaj. Może nie jutro. Ale zniszczę.
W szkole natychmiast zostaję otoczona przez jego kult. Kazał im czcić ją, nie siebie. To przed nią mają padać na kolana. Nienawidzę ich. Nienawidzę ich uwielbienia wobec kogoś, kto na nie nie zasługuje. Po mojej lewej idzie Eric, po prawej Kieran, tuż za mną Emily. Trzy cienie, których nie da się tak po prostu strząsnąć. Rozważam, jak się ich pozbyć, zanim ktoś zauważy, że coś z Ivory jest nie tak. Zbyt świadome spojrzenie. Uśmiech, który zbyt długo utrzymuje się w jednym miejscu. Cokolwiek, co mogłoby mnie zdradzić.
Dopiero po południu nadarza się okazja. Kawiarnia na kampusie. Stolik przy oknie. Lucas, Asher, Lilien… i on. Feniks. A właściwie — oni dwaj. Cassian i Feniks jednocześnie. Nie do końca rozumiem, dlaczego postanowił istnieć w dwóch postaciach naraz, ale ta zagadka blaknie w porównaniu z tym, co widzę chwilę później.
On wstaje. Sam. Osobiście. Idzie do lady, zamawia i wraca, niosąc tacę. Stawia przed Lilien kawę i talerzyk z ciastem. Z taką naturalnością, jakby robił to od zawsze. Jakby usługiwanie komuś było dla niego czymś oczywistym. Feniks. Ten sam Feniks, który nigdy nikomu nie usługiwał. Który pozwalał, by inni padali przed nim na kolana. Który traktował nawet bogów z pobłażliwą wyższością. A teraz przynosi kawę śmiertelniczce.
Potem siada obok niej. Bardzo blisko. Prawie przyciska się do jej boku i nisko, wymagająco mruczy coś, po czym bierze jej dłoń i kładzie sobie na włosach. Kiedy Lilien zaczyna go głaskać, on zamyka oczy i wydaje z siebie cichy, rozkoszny dźwięk. Jak wielki, zadowolony kot.
Zimna furia rozlewa się we mnie tak gwałtownie, że na moment przestaję słyszeć cokolwiek poza tętnem we własnych uszach. On mruczy. Dla niej.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Ivory jest dzisiaj dziwna. Nie w subtelny sposób. W sposób, który od razu zwraca uwagę. Siedzi zbyt prosto, uśmiecha się zbyt sztucznie, a kiedy do kawiarni wchodzą Kieran i Eric, niemal się krzywi. Ledwo zauważalnie, ale wystarczająco, żebym to dostrzegł. Ivory — zawsze uprzejma, nieśmiała, grzeczna do przesady — reaguje na nich z wyraźną niechęcią. Czy naprawdę aż tak bardzo jej ostatnio dokuczali?
Zanim zdążę to głębiej przeanalizować, powietrze wokół stolika drga. Czuję krótki, ostry przypływ magii. Kieran i Eric jednocześnie wzdrygają się i podwijają rękawy koszul. Czarne tatuaże, które jeszcze przed chwilą wyraźnie znaczyły ich przedramiona, znikają. Zostaje tylko gładka skóra.
Ivory odzywa się głosem, który brzmi wyjątkowo sztucznie.
— Ojej, tak mi przykro… ale chyba od dawna wiedzieliśmy, że nic z tego nie będzie…
Wszyscy patrzymy na nią w milczeniu. Więź pękła. Tak po prostu. Jakby ktoś przeciął ją nożycami. Znam Ivory wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że nie byłaby w stanie odrzucić ich w ten sposób. Ani tak chłodno, ani tak nagle. Z kolei Kieran i Eric, jako wierni wyznawcy Feniksa, sami z siebie też nigdy by do tego nie dopuścili. To nie jest zbieg okoliczności.
Lilien wstaje.
— Chodź — mówi do Ivory spokojnie. — Przejdziemy się. Myślę, że potrzebujesz rozmowy… bez chłopaków.
Kiedy tylko obie oddalają się od stolika, natychmiast zwracam się do Lucasa.
— Idź za nimi. Dyskretnie.
Lucas kiwa głową bez pytania i w ciągu sekundy rozpływa się w cieniu. Cassian rzuca mi ostre, podejrzliwe spojrzenie.
— Coś się stało?
— Tak. — Nie podnoszę głosu. — Przyjrzyjcie się dokładnie Ivory. Czy jest w niej coś nietypowego?
Feniks natychmiast podąża wzrokiem za dziewczynami. Chwilę później obaj — Cassian i on — gwałtownie zrywają się z miejsc. W powietrzu pojawia się zapach dymu.
— Spalę ją — syczy Feniks. — Spalę ją tak dokładnie, że nawet popiół z niej nie zostanie.
— Uspokójcie się i usiądźcie — mówię chłodno.
— Ale…
— Cassian.
Cassian nie odrywa wzroku od pleców oddalających się dziewczyn. Szczęka ma zaciśniętą.
— Ta przeklęta pół-boginka przejęła ciało Ivory, żeby się do nas zbliżyć — mówi nisko. — Musimy się jej jak najszybciej pozbyć, zanim zagrozi Lili.
Patrzę na niego długo.
— A co wtedy stanie się z Ivory?
Feniks prycha z irytacją.
— Co za różnica?
— Lili ją lubi — odpowiadam spokojnie. — Pamiętasz? Nie możemy pozwolić, żeby stała się jej krzywda. Na razie nie wygląda na to, żeby stanowiła bezpośrednie zagrożenie. Spróbujmy opracować sensowny plan. Zajmiesz się nią dopiero wtedy, gdy uda się wyciągnąć ją z ciała Ivory. Albo, w momencie kiedy realnie zagrozi czymkolwiek Lili.
Feniks patrzy na mnie z wyraźną niechęcią, ale nie argumentuje dalej. Cassian powoli, niechętnie siada z powrotem. Wszyscy trzej wiemy, że czas właśnie zaczął działać na naszą niekorzyść.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Daphne
Mogłabym to rozegrać na kilka różnych sposobów. Mogłabym sprawić, żeby ta dziewczyna po prostu przestała istnieć. Albo zepchnąć ją z dachu któregoś wieczoru i uznać to za nieszczęśliwy wypadek. Byłoby czysto. Szybko. Ostatecznie. Ale to zbyt mało satysfakcjonujące.
Wolę coś lepszego. Chcę, żeby Feniks sam zobaczył, jak bardzo jestem od niej lepsza. Jak nieporadna, krucha i bezużyteczna jest ta ludzka istota. Chcę, żeby nas porównał. Żeby zrozumiał, kogo naprawdę powinien był wybrać.
Wieczorem wchodzę do mieszkania i od progu czuję zawód. Nie ma go tu. Nie czuję tego znajomego, gorącego pulsowania jego obecności. Zdejmuję kurtkę i kieruję się do salonu. Zamieram. Na kanapie siedzi mężczyzna. Wysoki, ciemnowłosy, o posągowych, ostrych rysach. Na jego kolanach leży stworzenie Feniksa — to małe, czarno-czerwone arcydzieło. Instynkt, który nie należy do mnie, natychmiast każe mi się cofnąć o krok. Ciało Ivory pamięta strach. Wyraźny, głęboki strach przed tym konkretnym człowiekiem. Ciekawe. Skoro nie bała się nawet Feniksa…
Patrzę na zwierzątko z nabożną niemal czcią. Jest doskonałe. Piękne. Potężne w swojej niewielkiej formie. I jednocześnie nieprzyjemnie mnie uwiera świadomość, że zostało stworzone dla niej.
Istota nagle robi się niespokojna. Podnosi głowę, patrzy prosto na mnie i zaczyna cicho, ostrzegawczo fukać.
— Spokojnie, Kazan — mówi mężczyzna. — To tylko Ivory.
Ale przygląda mi się zbyt uważnie. Jego chłodne, stalowe spojrzenie sprawia, że po plecach przechodzi mi nieprzyjemny dreszcz. Powoli się wycofuję… I wpadam plecami na kogoś innego.
— Spokojnie, Ivy — słyszę przyjemny, opanowany głos. Asher przytrzymuje mnie delikatnie za ramiona, żebym się nie przewróciła, i uśmiecha się w sposób, który Ivory uznałaby za uroczy. — Właściwie to chciałem z tobą porozmawiać. Znajdziesz dla mnie chwilę?
Kiwam głową dokładnie tak, jak zrobiłaby ona. Asher prowadzi mnie na dach, do ogrodu. Siadamy wśród kwiatów, które Feniks stworzył po tym, jak spalił mój krzew. Oczywiście. Dla niej. Cały ten niemożliwy, piękny ogród istnieje tylko dlatego, że ona istnieje.
Asher milczy przez moment.
— Pozwól, że będę mówił wprost — odzywa się spokojnie. — Z racji tego, że twoja więź z partnerami przestała istnieć, mam dla ciebie propozycję. Mam już naprawdę dosyć Feniksa. — Patrzy mi prosto w oczy. — Zapłaciłbym każdą cenę, żeby wreszcie odkleił się od Lili. A ty… wciąż jesteś w nim zakochana, prawda? Gdyby Lili zaczęła go nienawidzić, więź mogłaby pęknąć. Tak jak twoja dzisiaj. A wtedy… ty mogłabyś go pocieszyć. Żeby nie robił problemów.
Przez moment tylko na niego patrzę. Potem powoli, szeroko się uśmiecham. Jakby czytał mi w myślach. Nie spodziewałam się, że tak szybko znajdę wartościowego sojusznika.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Kiedy wychodzimy z mieszkania, na korytarzu słyszę głosy. Asher i Feniks. Kłócą się. Naprawdę kłócą. To mnie zaskakuje bardziej, niż powinno — zazwyczaj Feniks po prostu go słucha albo warczy pod nosem i daje sobie spokój. Teraz w ich tonach jest coś ostrego, niebezpiecznego.
— Coś się stało? — pytam, już czując, jak serce zaczyna mi bić za szybko.
Asher odwraca się ku mnie.
— Nie wtrącaj się — warczy.
— Dlaczego? — odzywa się Feniks, a w jego głosie brzmi czysta prowokacja. — Może właśnie powinna zostać. Może powinna zobaczyć, kim naprawdę jesteś.
— Może przestałbyś ją traktować jak swoją zabawkę? — odgryza się Asher. — Lilien ma prawo sama o sobie decydować. Nie jest twoją własnością.
— Doprawdy?
Feniks unosi rękę. Z jego dłoni strzelają jasne, złote płomienie i trafiają prosto w Ashera. Książę uderza plecami o ścianę z głuchym hukiem i syczy z bólu. Zapach spalonego materiału i skóry uderza mnie w nos.
— Ash!
Podbiegam do niego, zanim zdążę pomyśleć. Ręce mi drżą tak mocno, że ledwo wyciągam nóż, który zawsze noszę przy sobie. Nacinam sobie nadgarstek jednym niepewnym ruchem. Krew spływa po skórze, a ja przyciskam dłoń do jego ust, pozwalając mu posmakować mojej krwi. Na jego ranach siadają krwawe motyle — ogromne, czerwone, drżące — i w ciągu kilkunastu sekund naprawiają uszkodzenia.
Odwracam się do Feniksa. Głos mam za wysoki, zbyt cienki.
— Kotku… zwariowałeś?
On patrzy na mnie z pretensją, prawie jakby był urażony.
— Dlaczego zawsze wszystko jest moją winą? Może tym razem to on zaczął.
Więź mówi mi, że nie kłamie. Naprawdę nie kłamie. I właśnie to sprawia, że robi mi się jeszcze bardziej niedobrze.
— Ash? — odwracam się z powrotem do księcia.
— Niech się pieprzy! — cedzi przez zęby.
Feniks znowu unosi dłoń. Płomienie buzują na jego skórze jasno i groźnie.
— Lili. Odsuń się z drogi.
Podchodzę do niego, chwytam go za rękę obiema dłońmi. Drżą mi tak mocno, że sama to czuję.
— Natychmiast przestań!
— A niby dlaczego?! — warczy, a w jego oczach jest już czysta furia.
Wtedy na korytarzu pojawia się Mael.
— Zostaw go — mówi spokojnie.
— Nie ma mowy — odpowiadam od razu, wciąż trzymając Feniksa za rękę.
Mael nie dyskutuje. Po prostu chwyta mnie za nadgarstek i odciąga na bok, mocnym, zdecydowanym ruchem.
— Odpuść. Wyjaśnię ci dlaczego, jak będziemy sami. Wiem, że mi nie ufasz, ale…
Patrzę na niego. Serce bije mi tak głośno, że prawie nie słyszę własnych myśli. Łzy pieką mnie w oczy, ale jeszcze nie pozwalam im spłynąć.
— Ufam ci.
Mael zamiera.
— Co?
— Ufam ci — powtarzam ciszej, a głos mi się łamie. — Naprawdę.
On patrzy na mnie, jakby właśnie usłyszał coś niemożliwego.
— Dlaczego?
Śmieję się krótko, nerwowo, przez powstrzymywane łzy.
— Przed chwilą sam tego chciałeś. Więc co teraz ci nie pasuje?
Mael przez sekundę jeszcze milczy, po czym po prostu przyciąga mnie do siebie.
— Nieważne. Chodźmy.
Powietrze wokół nas się zagina. Teleportacja szarpie mnie za żołądek, a kiedy otwieram oczy, stoimy już na terenie Akademii. Poranne powietrze jest chłodne. Wciąż trzęsą mi się ręce.
— No? — ponaglam go, niecierpliwie i niespokojnie. — Co chciałeś mi powiedzieć?
Mael wzdycha ciężko.
— Jestem pewien, że jeżeli Feniks zaatakował Ashera… to nie był to pomysł Feniksa.
Patrzę na niego, kompletnie skonsternowana.
— Więc… kogo?
— Ashera.
— Co?
— Mówię poważnie — powtarza spokojnie. — Mam pewność, że Feniks sam z siebie nigdy by go nie zaatakował. Nie mam pojęcia, w co gra Asher, ale to on rozdaje karty. Jak zawsze.
— To nie ma sensu… — mruczę, ale nawet w moich własnych uszach brzmi to słabo.
— Właśnie, że ma.
Przymykam oczy. Próbuję ułożyć myśli w jakąś sensowną całość, ale wszystko we mnie drży. Powoli, niechętnie zaczynam dopuszczać do siebie myśl, że Mael może mieć rację. Feniks naprawdę nie skrzywdziłby Ashera z premedytacją. Nie na moich oczach. Chyba że… ktoś go do tego doprowadził. Ktoś, kto wiedział dokładnie, które przyciski nacisnąć.
— Dlaczego mi o tym nie powiedział? — pytam cicho.
Mael wzrusza ramionami.
— Może uznał, że nie jesteś wystarczająco dobrą aktorką.
Stoję przed Akademią i czuję, jak cały mój starannie ułożony świat znowu rozsypuje się niczym domek z kart.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Daphne
Idziemy przez park, który stanowi granicę między magiczną a niemagiczną częścią Akademii. Poranne powietrze jest jeszcze chłodne, a światło filtruje się przez liście, rzucając na ścieżkę ruchome plamy.
— To było genialne — stwierdzam z nieukrywanym entuzjazmem.
Asher uśmiecha się do mnie promiennie, niemal chłopięco.
— Wiem.
— Miałam wątpliwości — przyznaję — ale teraz myślę, że to naprawdę może się udać. To, jak Lili patrzyła na niego dzisiaj rano… rozwiało resztki moich wahań.
Asher rzuca mi krótkie, oceniające spojrzenie.
— Odnoszę wrażenie, że stałaś się ostatnio znacznie bystrzejsza — mówi z wyraźnym uznaniem.
Przyjmuję to jako komplement. Oczywiście, że jestem bystra. W końcu nie jestem tą naiwną, dziecinną Ivory, która pozwalała wszystkim sobą pomiatać.
— A ja nie sądziłam, że jesteś takim dobrym aktorem — oznajmiam mu z równym uznaniem.
Asher śmieje się cicho, niskim, przyjemnym dźwiękiem.
— Ciężko byłoby dorastać w Imperium i nie być.
Odprowadza mnie aż pod same drzwi sali, w której mam zajęcia. Zanim się odwraca, unosi dłoń i delikatnie poprawia kosmyk włosów, który wysunął się z mojego warkocza. Gest jest lekki, prawie czuły. Po plecach przebiega mi przyjemny dreszcz, którego nie potrafię do końca zignorować. Wmawiam sobie, że to tylko ciało Ivory reaguje na kogoś, kogo znało od dzieciństwa. Nic więcej.
Asher pochyla się odrobinę bliżej.
— Ostatnio bardzo się zmieniłaś, Ivy — szepcze melodyjnym, aksamitnym głosem. — Zdecydowanie na lepsze.
Uśmiecham się do jego pleców, gdy odchodzi. Oczywiście, że jestem lepsza od tej głupiej, ludzkiej smarkuli. Ale i tak wyjątkowo miło jest usłyszeć, że ktoś to wreszcie zauważył.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Asher i Feniks nie przestają się kłócić. Od rana. Przez cały dzień. A teraz, wieczorem, ich głosy znowu dochodzą z salonu — ostre, napięte, pełne czegoś, czego nie potrafię do końca nazwać. Cassian stoi murem po stronie Feniksa i to mnie zaskakuje niemal tak samo mocno, co sam konflikt. Wciąż nie mam pojęcia, o co im właściwie poszło. Za każdym razem, kiedy próbuję zapytać, ktoś zmienia temat albo po prostu każe mi się nie wtrącać.
Dlatego uciekam.
Pukam do drzwi Maela i wchodzę, zanim zdąży odpowiedzieć. Siadam skulona na skraju jego łóżka, tuląc kolana do piersi. On opiera się o framugę i obserwuje mnie przez dłuższą chwilę w milczeniu.
— Jeżeli mi za to nie przyłożysz — odzywa się w końcu spokojnie — to mam pomysł, co zrobić, żeby natychmiast do ciebie przyszli.
Podnoszę na niego wzrok.
— Co masz na myśli?
Mael podchodzi, siada obok mnie i bez ostrzeżenia oplata mnie ramionami. Potem pochyla się i całuje mnie. Głęboko. Namiętnie. Tak, że na moment tracę orientację, a w moim brzuchu zaczyna kotłować się całe stado wściekłych, niespokojnych motyli.
Z początku czuję irytację. Chcę go odepchnąć, powiedzieć, że to głupie i nie w tym momencie, ale po kilku sekundach przestaję. Bo… ma rację. To naprawdę powinno zadziałać. Więź. Zaborczość. To, jak reagują, kiedy ktoś inny mnie dotyka.
Tylko że nic się nie dzieje. Mija kwadrans. Potem drugi. Cisza. Żadnych kroków na korytarzu. Żadnego Feniksa pojawiającego się w złotych płomieniach ani Ashera z lodowatym spojrzeniem. Po prostu… nic.
Odsuwam się odrobinę, wciąż mając smak jego ust na wargach.
— Mogę u ciebie zostać? — pytam cicho, prawie szeptem.
Mael patrzy na mnie uważniej. W jego stalowoszarych oczach pojawia się niepokój.
— Pewnie — odpowiada jednak bez wahani.
Kładę się na jego łóżku. On układa się obok, a ja od razu wtulam się w jego ramiona, chowając twarz w zgięciu szyi. Jego dłoń spoczywa na moich plecach, ciężka i stabilna. W ostatnich dniach coraz częściej mam wrażenie, że jest jedyną osobą, która naprawdę chce mojego towarzystwa. Nie dlatego, że musi. Nie dlatego, że coś mu się należy. Po prostu… jest. I właśnie to sprawia, że w jego łóżku nareszcie udaje mi się choć trochę rozluźnić.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Daphne
Cieszę się jak dziecko. Lilien coraz bardziej odsuwa się od Feniksa. Już nie spędzają razem każdej wolnej chwili, nie szukają się wzrokiem przez cały pokój, nie znikają we dwoje na długie godziny. Plan Ashera działa. Naprawdę działa. I ta świadomość smakuje lepiej niż nektar.
Siedzimy z Lilien w kuchni przy późnym sobotnim śniadaniu. Ona wygląda na nieszczęśliwą — ma cienie pod oczami, uśmiecha się rzadziej, a jej ruchy są jakby cięższe. Patrzę na to i nie potrafię powstrzymać lekkiego, zadowolonego uśmiechu.
Wtedy drzwi wejściowe się otwierają. Wraca Asher. Lilien natychmiast zrywa się z krzesła. Ja wstaję wolniej, zachowując spokojną maskę Ivory. Młodzieniec wchodzi do kuchni z czarującym, niemal chłopięcym uśmiechem i unosi obie ręce.
— Kupiłem kwiaty dla moich ulubionych dziewczyn.
Ma dwa bukiety. Jestem pewna, że ten większy, bardziej okazały, jest dla niej i znowu wszystko będzie kręciło się wokół Lilien. Myliłam się.
Asher podchodzi najpierw do mnie i wręcza mi bukiet, w którym ciemne orchidee mieszają się z pełnymi, aksamitnymi różami. Jest ciężki, pachnący, elegancki. Bukiet godny królowej. Nie lilie. Nie malinowe róże, które lubiła ta mała, naiwna dziewczyna, której ciało przejęłam. Coś znacznie lepszego.
Lilien dostaje frezje. Kolorowe, lekkie, pospolite. Mimo to uśmiecha się do niego radośnie, wspina się na palce i całuje go w policzek.
— Dziękuję.
— Może pójdziesz wstawić je do wody? — sugeruje Asher łagodnie.
Ona kiwa głową i wychodzi z kuchni, tuląc swój skromny bukiet do piersi.
Zostajemy sami.
Wyraz twarzy Ashera zmienia się w ciągu sekundy. Znika chłopięcy uśmiech. Zostaje coś intensywniejszego, skupionego. Wpatruje się we mnie tak, jakbym w całym penthousie istniała tylko ja. Czuję, jak policzki zaczynają mi płonąć.
— Miałem nadzieję, że ci się spodobają — mówi aksamitnym, niskim głosem.
— Są piękne — odpowiadam cicho. — Dziękuję.
Asher robi pół kroku bliżej. Nie na tyle, żeby złamać dystans, ale wystarczająco, bym poczuła ciepło jego obecności.
— Następnym razem podaruję ci coś trwalszego. Coś, co nie zwiędnie po kilku dniach w wazonie.
Jego słowa opadają między nami jak obietnica. W żołądku czuję przyjemne, niebezpieczne mrowienie. Dopiero teraz naprawdę cieszę się, że wybrałam właśnie to ciało.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Od tygodnia obserwuję, jak Lilien coraz bardziej gaśnie. Uśmiecha się rzadziej. Mówi ciszej. Coraz częściej znika w ogrodzie na dachu, albo — co gorsza — pojawia się w moim pokoju, szukając ciszy, której najwyraźniej nie znajduje nigdzie indziej. Logicznie rzecz biorąc, powinienem być zadowolony. Im bardziej oni ze sobą walczą, tym częściej wybiera właśnie mnie. Sytuacja układa się na moją korzyść, a mimo to coś mnie ostro, uporczywie uwiera.
Dlatego dzisiaj, na zajęciach po niemagicznej stronie, umyślnie zajmuję miejsce w ostatnim rzędzie, tuż obok Ashera. Przez pierwsze minuty wykładu jestem cicho. Dopiero kiedy wykładowca odwraca się do tablicy, mówię nisko, bez wstępu.
— W co ty grasz?
Asher nawet nie drgnie. Nie odwraca głowy. Jego profil pozostaje idealnie spokojny.
— Sytuacja jest dla ciebie korzystna, prawda? — odpowiada równie cicho. — Więc trzymaj się swojej roli.
Czuję, jak coś we mnie się napina.
— Jak to się stało, że nagle tak bardzo zaprzyjaźniłeś się z Ivory?
Dopiero teraz Asher powoli obraca twarz w moją stronę. Jej wyraz jest idealnie gładką, nieprzeniknioną maską. Żadnego uśmiechu, irytacji, nie ma na niej zupełnie niczego, co mógłbym jakkolwiek zinterpretować.
— Sam to rozgryź.
Patrzy mi prosto w oczy jeszcze przez chwilę, po czym dodaje tonem, w którym nie ma nawet odrobiny żartu.
— Liczę na to, że w odpowiednim momencie staniesz na wysokości zadania.
Wraca wzrokiem do wykładu, jakby ta rozmowa nigdy się nie wydarzyła. Siedzę nieruchomo, wpatrując się w jego profil, i po raz pierwszy od dłuższego czasu naprawdę nie wiem, jak zinterpretować układ, który właśnie przede mną rozłożył. Nigdy nie przypuszczałem, że to właśnie Asher będzie świadomie pchał Lilien w moje ramiona i właśnie z tego powodu coraz mniej mi się to podoba.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Daphne
Na campusie próbuję dołączyć do jego boku. Idzie sam, ręce trzyma w kieszeniach, wzrok ma skierowany gdzieś przed siebie. Przyspieszam kroku i zrównuję się z nim, starając się, żeby wyglądało to naturalnie. Jak kiedyś. Jak wtedy, gdy pozwalał mi iść obok siebie.
Feniks nawet nie zwalnia. Tylko rzuca mi krótkie, wyraźnie niechętne spojrzenie.
— Miałem kiedyś, dawno temu, przyjaciółkę — odzywa się nagle spokojnym, prawie obojętnym tonem. — Też nazywałem ją pisklakiem. I tak samo jak ty, nie wiedziała, kiedy powinna wreszcie wyfrunąć z gniazda. Nie miała pojęcia, że nie jest nikim wyjątkowym.
Nieprzyjemny ucisk ściska mi żołądek. Bo wiem. Wiem, o kim mówi.
— Ale… — zaczynam.
Feniks śmieje się krótko. Bez cienia wesołości. Dźwięk jest suchy i nieprzyjemny.
— Nie ma żadnego „ale”. Nie dorastasz Lilien do pięt. Powinnaś całować ziemię, po której stąpa. Tak samo zresztą jak ona.
Zatrzymuje się. Odwraca się do mnie twarzą i dopiero teraz patrzę prosto w jego złote, zimne oczy. Nie ma w nich absolutnie niczego z dawnej pobłażliwości.
— Myślałaś, że wystarczy założyć ładniejszą minę i zacząć chodzić prościej, żebym nagle zobaczył w tobie coś więcej? — pyta cicho, a każde słowo jest jak celne, precyzyjne cięcie. — Że jeśli będziesz wystarczająco blisko, to może zapomnę, kto naprawdę potrafi mnie zatrzymać?
Robi krok w moją stronę. Nie grozi. Po prostu zbliża się wystarczająco, żebym poczuła ciepło jego obecności i jednocześnie absolutny chłód w głosie.
— Jesteś tylko tanią kopią. Słabszą, głośniejszą i rozpaczliwie próbującą zająć miejsce, na które nigdy nie zasłużyłaś. Lilien nie musi o nic prosić. Nie musi się pchać. Nie musi udawać. A ty… ty wciąż pachniesz desperacją. — Uśmiecha się lekko. Okrutnie. — Wracaj do chowania się po kątach, pisklaku. I nie próbuj więcej iść obok mnie, jakbyś miała do tego prawo. Bo następnym razem nie ograniczę się tylko do słów.
Odwraca się i odchodzi, zostawiając mnie na środku ścieżki z pięściami zaciśniętymi tak mocno, że paznokcie wbijają mi się w skórę dłoni. W głowie pulsuje tylko jedna, gorąca myśl — on jeszcze tego pożałuje.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Ivory odchodzi szybkim, sztywnym krokiem. Nie ogląda się. Przez chwilę widzę tylko jej spięte plecy i to, jak mocno ma zaciśnięte pięści. Podchodzę do Feniksa.
— Kotku… co to było?
On wzrusza ramionami, wciąż patrząc w stronę, gdzie zniknęła.
— Och. Uznałem, że warto to zamknąć raz na zawsze.
Patrzę na niego zatroskana. W jego głosie nie ma złości. Raczej brzmi w nim spokój i coś ostatecznego.
— Nie mogłeś tego ująć jakoś… łagodniej?
Feniks wreszcie spogląda na mnie. Przez moment milczy, po czym oplata mnie ramieniem i przyciąga bliżej. Jego dłoń spoczywa ciężko na moim biodrze, a ciepło, które od niego bije, jest znajome i uspokajające.
— Tak, tak, wiem — mruczy nisko, prawie pod nosem. — Uprzedzaliście nas. A my nie słuchaliśmy. Ale nie byłem w stanie tego dłużej ciągnąć. Naprawdę.
Przesuwam dłoń po jego plecach, powoli. Nie podoba mi się, jak to zabrzmiało. Jak bardzo było to ostre i bezlitosne. A jednocześnie… czuję, jak coś we mnie odrobinę się rozluźnia. Ponieważ Feniks wreszcie nie udaje, że problem sam zniknie.
Stoję przy nim w milczeniu i patrzę w stronę, gdzie zniknęła Ivory, niepewna, czy właśnie stało się coś koniecznego… czy dopiero zaczęło się coś znacznie gorszego.