Rozdział 14 – Bohaterowie noszą maski III
by Vicky
Vivien
Budzę się rano i przez dłuższą chwilę muszę sobie przypominać, gdzie właściwie jestem i jak się tu znalazłam.
Sufit jest za wysoko. Pościel za miękka. Światło wpada przez na wpół odsłonięte zasłony w sposób, który zdecydowanie nie przypomina akademika ani wynajmowanego pokoju.
O cholera. Cholera. Cholera. Cholera!
Jak przez mgłę wraca do mnie poprzedni wieczór. Klub. Drinki. Parkiet. Rozmowa, która kleiła się zbyt dobrze. Potem droga tutaj. I… seks z Lucasem. Z chłopakiem, którego poznałam dosłownie kilka godzin wcześniej. To nawet nie była randka. To było „zostań z nami na drinka”, a skończyło się w jego łóżku. A teraz najwyraźniej w tym łóżku leżę.
Powoli unoszę się na łokciach i rozglądam. Pokój jest elegancki. Wręcz luksusowy. Duży, przestronny, wykończony w standardzie, na który mnie normalnie nie stać nawet w wyobraźni. Meble z prawdziwego drewna, nie ze sklejki. Grube zasłony. Wszystko pachnie czystością i niekłamanym luksusem.
Zaraz, zaraz… czym właściwie zajmuje się Lucas? Ten temat jakoś nam umknął. Jak przez mgłę przypominam sobie, że Lili wspomniała, iż pracuje dla Ashera. No tak. To by się zgadzało. CEO ma asystentów, którzy mieszkają w takich miejscach. Logiczne. Przerażająco logiczne.
Zerkam na telefon. Jest już po jedenastej. Nie jestem pewna, co powinnam teraz zrobić — ubrać się i uciec z godnością, czy zostać i umrzeć ze wstydu na miejscu. Wtedy zauważam kartkę na szafce nocnej. Leży równo, z moim imieniem napisanym na wierzchu.
Biorę ją do ręki.
Pismo ma staranne, eleganckie. Lucas musiał coś pilnie załatwić — polecenie od szefa — ale niedługo wróci. Mam się rozgościć. Czyste ręczniki są w szafce. Jeśli chcę, mogę skorzystać z jego ubrań. W kuchni jest ekspres do kawy i dużo jedzenia.
No po prostu cudownie. Nie mogłabym być bardziej skrępowana. I jednocześnie… chyba bardziej szczęśliwa. Bo to nie wygląda na klasyczne „dzięki za noc, klucz zostaw przy drzwiach”.
Nagle słyszę pukanie. Osoba po drugiej stronie najwyraźniej nie jest zbyt cierpliwa, bo nie czeka na odpowiedź. Po prostu otwiera drzwi i wchodzi do środka. To drobna, rudowłosa dziewczyna w szortach i topie w urocze kotki. Włosy ma spięte byle jak, wygląda, jakby właśnie wstała i szukała kogoś znajomego.
— Lucas… — zaczyna, po czym zamiera w progu. Jej oczy powoli przesuwają się ze mnie na bałagan w pościeli i z powrotem. — Co ty tu robisz?
— Yyy… cześć… — odpowiadam inteligentnie, bo akurat w tej chwili mój mózg postanowił całkowicie odmówić współpracy.
Dziewczyna otwiera szerzej oczy.
— Spałaś z Lucasem?!
Jest tak totalnie, absolutnie, szczerze zaskoczona, że aż robi mi się przyjemnie ciepło w środku. Kimkolwiek jest, właśnie niechcący zdradziła mi coś bardzo istotnego — przygody na jedną noc najwyraźniej nie leżą w typie Lucasa. A to sprawia, że czuję się… naprawdę szczęśliwa. I jeszcze bardziej spięta jednocześnie.
Siadam prosto, przytrzymując kołdrę pod brodą.
— Chętnie bym się ubrała — mówię, siląc się na swobodny ton, który brzmi raczej jak nerwowy skrzyp. — Jeśli nie masz nic przeciwko, porozmawiamy potem, zgoda?
Dziewczyna natychmiast płonie rumieńcem od szyi aż po czubek głowy. Kiwa szybko głową, mamrocze coś nieskładnego i niemal ucieka z pokoju, zamykając za sobą drzwi z głośnym hukiem.
Zostaję sama. W luksusowym łóżku. W koszuli, której nie poznaję. Z kartką od faceta, którego znam od mniej niż doby. I z bardzo wyraźnym wrażeniem, że mój fajny, akademicki weekend właśnie całkowicie wymknął się spod kontroli.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Biorę szybki prysznic, stojąc pod zbyt dużym ciśnieniem wody i próbując nie panikować. Potem staje przede mną poważny dylemat — co na siebie włożyć. W końcu decyduję się na kompromis. Wkładam mini sukienkę z klubu (bo to jedyne, co mam) i zarzucam na to jego bluzę. Jest zdecydowanie za długa, rękawy spadają mi na dłonie, a dół zasłania niemal całą sukienkę. Wyglądam jak ktoś, kto ukradł ciuchy chłopakowi i jeszcze nie zdążył się z tym oswoić. Co, technicznie rzecz biorąc, jest dość bliskie prawdy.
Wychodzę na korytarz. Mieszkanie okazuje się ogromne. I cholernie eleganckie. A jednocześnie — co jest jeszcze dziwniejsze — zaskakująco przytulne. Po jednej stronie korytarza znajdują się schody na piętro i otwarty salon z ogromną kanapą. Po drugiej jasna kuchnia. Kieruję się właśnie tam, bo kawa wydaje się jedynym rozsądnym pomysłem w tej sytuacji.
Wchodzę. I staję jak oniemiała. Przy wyspie kuchennej siedzi Asher Aurelian. CEO. Naszej firmy. We własnej osobie.
Popija kawę z kubka i przewija coś na tablecie, jakby to był najbardziej normalny sobotni poranek na świecie. Ma na sobie zwykły biały t-shirt, który opina mu wyrzeźbione ramiona, i spod którego rękawów wystaje mu fragment jakiegoś tatuażu, oraz niebieskie dżinsy. Wygląda jak model z reklamy perfum, który akurat postanowił zostać w domu. Rozumiem, że jest szefem Lucasa. Ale czy on… mieszka ze swoim szefem?!
Asher podnosi wzrok znad tabletu i patrzy na mnie z wyraźnym zaskoczeniem.
— Vivien? Co ty tu robisz?
Stoję jak zamurowana. Mój mózg całkowicie odmawia współpracy. Nie potrafię wydobyć z siebie ani słowa. Nawet jednego.
Wtedy, ku mojemu jeszcze większemu zdumieniu, w przejściu pojawia się Lilien. Przeciąga się uroczo, wyraźnie zaspana. Ma na sobie krótkie szorty i jeszcze krótszą, błękitną koszulkę, która zdecydowanie nie została stworzona z myślą o skromności. Włosy ma spięte w chaotyczną kitkę. Wygląda, jakby właśnie wytoczyła się z czyjegoś łóżka. Co, biorąc pod uwagę ostatnie dwadzieścia cztery godziny, wcale by mnie nie zdziwiło.
— O, Vivien, już wstałaś — mówi przez ziewnięcie. — Gdzie Lucas?
Z trudem odzyskuję głos.
— Szef… wysłał go z jakimś zadaniem…
Lilien natychmiast traci resztki senności.
— Co?! — Wchodzi do kuchni pewnym krokiem i patrzy na Ashera z miną osoby, która właśnie otrzymała osobistą obrazę. — Ash, czy ty jesteś normalny? Lucas pierwszy raz od niewiadomo kiedy zaprosił do siebie dziewczynę, a ty akurat teraz robisz z niego chłopca na posyłki?
Asher spogląda na nią lekko zirytowany.
— Skąd miałem wiedzieć, że jest u niego dziewczyna?
Lilien na moment traci rezon.
— Nie powiedziałam ci?
— Byłaś wczoraj zbyt wstawiona, żeby cokolwiek mówić — odparowuje spokojnie. — A Lucas… niedługo powinien wrócić.
Stoję w progu kuchni i obserwuję tę wymianę zdań z rosnącym, wręcz naukowym zainteresowaniem. Jest tak abstrakcyjna, że chce mi się śmiać. I płakać. Jednocześnie.
Co to ma do cholery znaczyć? Czy ta dziewczyna zna osobiście wszystkich ważnych ludzi w tym mieście? Mieszka tu najwyraźniej z jej… kim? Przyjacielem? Byłym? Kimś, kto pracuje dla niego i z którym ja właśnie spędziłam noc?
Lilien macha ręką, jakby temat był już zamknięty.
— Nie ważne — burczy. — Chodź, zjemy jakieś śniadanie.
Zaprasza mnie do kuchni gestem, jakby to było jej własne mieszkanie. Siadamy przy blacie. Asher wstaje bez słowa, sięga gdzieś za siebie i stawia przed nami tacę z croissantami, masłem, dżemem i jakimś słodkim twarożkiem. Potem spogląda na nas spokojnie.
— Zrobić wam kawę?
— Tak, dla mnie z syropem waniliowym — odpowiada Lili automatycznie. — Dzięki, Ash. A ty, Vivien?
Patrzę na nią. Potem na niego. Potem znowu na nią.
— Jakakolwiek… z mlekiem — bąkam niepewnie.
Asher Aurelian, CEO Everhart Group, kiwa głową i odwraca się do ekspresu, żeby osobiście zrobić mi kawę. Siedzę na wysokim stołku, w za dużej bluzie faceta, którego znam od mniej niż doby, naprzeciwko dziewczyny z praktyk, która najwyraźniej jest na „Ash” z naszym szefem, i powoli, bardzo powoli zaczynam rozumieć, że mój mózg właśnie doświadcza profesjonalnego, wielopoziomowego mindfucka. I że kawa, którą zaraz dostanę, będzie prawdopodobnie najlepszą i jednocześnie najbardziej surrealistyczną kawą w moim życiu.
Po śniadaniu Lilien spogląda na moją mini sukienkę wystającą spod bluzy Lucasa i kręci głową z lekkim uśmiechem.
— Może chciałabyś się przebrać w coś świeżego? Bo chyba z nami chwilę zostaniesz?
Niepewnie kiwam głową. W sumie nie mam dokąd uciekać, a myśl o powrocie do akademika w wczorajszej sukience brzmi jak kolejny poziom upokorzenia.
Lili prowadzi mnie na górę. Sypialnia, do której wchodzimy, jest ogromna i zupełnie surrealistyczna — jakby ktoś wyrwał ją prosto z baśni albo z bardzo drogiego, dopracowanego snu. Tonie w granacie i miękkim półmroku. Na środku stoi szerokie, ciemne łóżko, a nad nim ciągną się podświetlone półki z książkami i dekoracjami. Najbardziej jednak przyciąga wzrok sufit — lśniący, pełen drobnych świateł, jak zamknięte nad głową nocne niebo. Rozglądam się wokół całkowicie oszołomiona.
Po drodze do garderoby mijamy łóżko. I wtedy ich widzę. Pod kołdrą śpi dwóch mężczyzn. Z jednej strony wystają rude, płonące włosy — jestem pewna, że to Feniks. Z drugiej leży na plecach ktoś, kogo od razu rozpoznaję po brązowych włosach i spokojnym profilu. Cassian.
Czy ona… z nimi spała?
Kiedy wchodzimy do garderoby, mam już właściwie pewność, że tak. Bo to na pewno jej pokój. Garderoba jest ogromna i tonie w setkach ubrań. Piękne suknie, eleganckie stroje, cała ściana poskładanych spodni i zwykłych koszulek. Dopiero teraz dociera do mnie coś oczywistego — Lilien nie ubiera się zwyczajnie, bo musi. Ona ubiera się dokładnie tak, jak chce. Raz skromnie, raz wyzywająco. Po prostu ma wybór.
— Wybierz sobie coś — mówi, otwierając kolejne drzwi. — Jesteśmy mniej więcej tego samego wzrostu, cokolwiek powinno pasować.
Stoję oniemiała, a ona sięga do szuflady i wyciąga z niej luksusową, jedwabną, wciąż jeszcze zapakowaną fabrycznie bieliznę. Czarne majtki i stanik. Wciska mi je do ręki.
— To też ci się przyda.
W końcu, czując się jak ktoś, kto właśnie okrada czyjąś garderobę, sięgam po elegancki czarny top i proste, dobrze skrojone spodnie.
— Mogę to wziąć? — pytam niepewnie.
Lili ochoczo kiwa głową.
Wtedy za jej plecami pojawia się Feniks. Rumienię się natychmiast, bo ma na sobie tylko czarne bokserki, które zdecydowanie zbyt dokładnie opinają się w pewnych, bardzo hojnie obdarzonych przez naturę miejscach. Oplata Lili ramionami od tyłu i wtula twarz w jej kark.
— Kochanie, gdzie sobie poszłaś? — mruczy sennie. — Wracaj do nas…
Ona śmieje się cicho i delikatnie wyswobadza się z jego ramion.
— Kotku, zachowuj się. Mamy gości.
— To goście Lucasa — mruczy obrażony, ale nie odsuwa się od niej ani na milimetr.
I właśnie w tej chwili mam już absolutną, diametralną pewność — Lilien sypia z Cassianem i jego… kuzynem. Nie potrafię jej jednak negatywnie ocenić. Bo kurczę. Gdybym miała okazję, sama też bym z niej skorzystała. Z obydwu. Jednocześnie. Bez mrugnięcia.
Wracałam do pokoju Lucasa jak we śnie, przebieram się w świeże ubrania i dopiero po kilku minutach nabieram odwagi, żeby znowu wyjść. Kieruję się do salonu. I dostaję kolejny cios.
Rozparty na ogromnej kanapie siedzi Mael. Na kolanach trzyma coś, co niebezpiecznie przypomina Evie z Pokémonów — małe, czarno-czerwone stworzenie o puszystym ogonie, które mruczy rozkosznie pod jego dłonią. Mężczyzna podnosi na mnie wzrok i kiwa głową z uprzejmą, chłodną grzecznością.
— Vivien.
Stoję całkowicie zbita z tropu.
— Mieszkacie… wszyscy razem?
Mael uśmiecha się krzywo.
— Można tak powiedzieć. To duże mieszkanie.
Dopiero teraz naprawdę wyglądam przez ogromne, panoramiczne okna. I uświadamiam sobie, gdzie jestem. To nie jest „duże mieszkanie”. To penthouse. W przeszklonym wieżowcu. W samym centrum Chicago. Jestem pewna, że wart co najmniej dwadzieścia milionów dolarów. A prawdopodobnie więcej.
Oszołomiona opadam na brzeg najbliższego fotela. Nawet on jest boleśnie luksusowy.
— Kto… dokładnie? — pytam słabo.
Mael wzrusza ramionami. Twarz ma zupełnie obojętną.
— Trochę nas jest. Można powiedzieć, że to takie studenckie mieszkanie, bo wszyscy studiowaliśmy na jednej uczelni. Oczywiście mieszka tu Lili, Ivory, która jest najmłodsza z nas, Asher, Cassian, Feniks, Lucas i ja.
Kiwam głową powoli, jakby to miało jakikolwiek sens. Studenckie mieszkanie. Jasne. Bo przecież wszyscy studenci żyją w penthouse’ach za dwadzieścia milionów w centrum Chicago.
Mael spogląda na mój wyraz twarzy.
— Asher ma willę z basenem — dodaje spokojnie, jakby odpowiadał na niewypowiedziane pytanie. — Ale i tak woli siedzieć tutaj. Wszyscy wolą.
Siadam głębiej w fotelu, przyciskam dłonie do twarzy i przez chwilę po prostu oddycham. Mój sobotni poranek właśnie oficjalnie przekroczył poziom, na którym mózg powinien dostać instrukcję obsługi.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Kiedy wreszcie wraca Lucas, okazuje się, że wcale nie chce, żebym sobie szła. Wręcz przeciwnie. Uśmiecha się na mój widok tak, jakby naprawdę się cieszył, że jeszcze tu jestem, i po prostu bierze mnie za rękę.
— Chodź. Pokażę ci coś.
Prowadzi mnie schodami, potem jeszcze jednymi, aż wychodzimy na dach. I wtedy zapada mi się świat. Ogród na dachu penthouse’u jest surrealistyczny. Dosłownie. Rosną w nim kwiaty, których w życiu nie widziałam — nawet w najbardziej pretensjonalnych programach botanicznych. Jedne mają wielkie, delikatne kielichy w kolorach zachodu słońca i pachną tak obłędnie, że aż kręci mi się w głowie. Inne są maleńkie, jakby ktoś posypał krzewy żywymi gwiazdami. Wszystko wygląda nierealnie. Zbyt pięknie. Zbyt idealnie.
— Wow… — wyduszam z siebie jedyne słowo, na jakie w tej chwili stać mój mózg. — Po prostu wow.
Lucas śmieje się cicho i prowadzi mnie do kompletu wypoczynkowego ustawionego wśród tej roślinnej nierealności. Siadamy na kanapie. On uśmiecha się do mnie zawadiacko, ale w oczach ma odrobinę skruchy.
— Przepraszam, że zniknąłem. Nie mogłem odmówić.
— Wiem — odpowiadam, wciąż trochę oszołomiona ogrodem. — Asher już dostał ochrzan od Lili.
Albo mi się zdaje, albo Lucas rzeczywiście lekko blednie.
— Rozumiem.
Na moment robi się niezręcznie. Potem jednak rozmowa znowu zaczyna płynąć tak samo łatwo jak poprzedniego wieczoru. Żarty. Pytania. Długie spojrzenia, które trochę za długo trwają. Nie jestem nawet pewna, ile czasu mija. Może godzina. Może trzy. W tym ogrodzie czas trochę traci sens.
W pewnym momencie Lucas odwraca się do mnie bardziej bezpośrednio.
— Może gdzieś wyjdziemy razem? Jeśli masz ochotę. Na przykład jutro…
Nie potrafię powstrzymać uśmiechu.
— Bardzo chętnie.
Siedzimy tak jeszcze długo, aż w końcu do ogrodu wchodzi Cassian. Omiata nas lekko rozbawionym spojrzeniem, jakby zastał coś, czego się spodziewał.
— Lucas, zamawiamy obiad. Daj znać Lili, co zamówić dla was.
— Vivien? — Lucas spogląda na mnie pytająco.
— Cokolwiek będzie ok — odpowiadam, bo w tej chwili naprawdę nie jestem w stanie myśleć o jedzeniu.
Lucas wzrusza ramionami i znika w kierunku schodów. Cassian tymczasem siada na fotelu naprzeciwko mnie i patrzy z wyraźną ciekawością. Ja nie wytrzymuję pierwsza.
— Jak to się stało, że wszyscy pracują w tej samej firmie, a na dodatek Lili ma w niej praktyki? Myślałam, że te praktyki przydzielają losowo przez uczelnię…
Cassian śmieje się otwarcie, krótko i bez pretensji.
— Tak właśnie jest. Najpierw Lili dostała praktyki. A potem oni uznali, że będą tam pracować.
Patrzę na niego.
— Co?
Siada wygodniej.
— Dwa dni po tym, jak Lili dostała praktyki — tłumaczy spokojnie — jej brat, Ian Everhart, wykupił firmę zarządzającą Instytutem.
Oczy robią mi się wielkie jak spodki.
— Everhart… — powtarzam powoli, a w głowie nagle wszystko zaczyna się układać. Lili. Everhart. Ian Everhart. Ten, który kupił instytut.
Cassian kiwa głową.
— Potem Asher stwierdził, że zostanie tam CEO. A Mael zatrudnił się w laboratorium. Wszystko po to, żeby jej pilnować.
— To chyba… lekka przesada — mówię słabo.
Cassian patrzy na mnie już całkowicie poważnie.
— W sumie to nie. Dwa lata temu rodzina Lili została zamordowana. Przeżyli tylko jej bracia. Teraz… wolimy nie zostawiać jej bez opieki.
Siedzę na kanapie wśród kwiatów, które wyglądają jak z innej planety, i czuję, jak kolejna warstwa rzeczywistości właśnie mi się zawala. Najpierw luksusowy penthouse. Potem wspólne mieszkanie z CEO. Jeszcze fakt, że sypia z dwoma facetami naraz. A teraz to. Lilien Everhart nie jest zwyczajną studentką na praktykach. I ja chyba dopiero zaczynam rozumieć, jak wyjątkową osobę poznałam.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ivory
Dopiero co zdążyłam poukładać sobie świat na nowo, a on ponownie się zawalił. Jak gdyby nigdy nic. Lucas. Mój Lucas. Spał z jakąś obcą dziewczyną.
Wychodzę z pokoju akurat w momencie, kiedy on zmierza z powrotem w stronę schodów na dach. Wygląda na zadowolonego. Zbyt zadowolonego. Zatrzymuję go w korytarzu, stając mu prosto na drodze.
— Czemu ją do nas przyprowadziłeś? — pytam ostro, nie dbając o to, że głos mi drży. — Nie należy do naszego świata.
Lucas patrzy na mnie z wyraźnym zaskoczeniem. Jakby naprawdę nie spodziewał się, że ktokolwiek będzie miał z tym problem.
— Jest koleżanką Lili. Z praktyk. Lili nie miała nic przeciwko.
To tylko pogarsza sprawę. Lili. Znowu Lili. Wszystko zawsze kręci się wokół niej. Nawet to, kogo Lucas wpuszcza do naszego domu.
— To nic nie znaczy — odgryzam się, czując, jak w gardle rośnie mi coś gorącego i brzydkiego. — Nie znasz jej. Nie wiesz, kim jest. A już na pewno nie powinna tu spać.
Lucas marszczy brwi, wyraźnie nieprzyjemnie zaskoczony moim tonem.
— Ivy…
— Nie „Ivy” — przerywam mu, i nagle słyszę, jak mój głos robi się wyższy, bardziej dziecinny, niż bym chciała. — Ty… ty nigdy nikogo tu nie sprowadzałeś. Nigdy. A teraz nagle jakaś dziewczyna z praktyk i już wszystko wam wolno?
W tym momencie z klatki schodowej prowadzącej na dach schodzą Cassian i ta jasnowłosa. Vivien. Idą obok siebie, jeszcze o czymś rozmawiając, ale oboje zwalniają, kiedy nas zauważają. Z salonu dochodzi szelest — Lili i Mael siedzą na kanapie, a teraz oboje podnoszą wzrok w naszą stronę.
Wszyscy patrzą.
Cassian unosi brew. Vivien wygląda na zmieszaną i spiętą. Lili marszczy czoło z wyraźnym niepokojem, a Mael… Mael po prostu obserwuje, jak zawsze, chłodno i uważnie.
Stoję na środku korytarza, z pięściami zaciśniętymi po bokach, i nagle uświadamiam sobie, jak to wszystko wygląda z zewnątrz. Jak mała, zazdrosna dziewczynka, która właśnie urządza scenę, bo ktoś inny dostał uwagę, której ona sama nie potrafiła zatrzymać.
Lucas spogląda na mnie długo.
— To nie jest rozmowa na korytarz — mówi cicho, prawie ostrożnie.
Ale ja już nie potrafię się zatrzymać. W środku wszystko pali się zbyt mocno. Nie mam pojęcia, czy bardziej boli mnie to, że Lucas kogoś przyprowadził… czy to, że znowu okazało się, iż nie jestem dla niego wystarczająco ważna, żeby najpierw mnie o tym uprzedził.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Czuję się piekielnie niezręcznie. Siedzę na brzegu fotela w salonie, jakby zajęcie całego siedzenia było już zbyt dużą deklaracją obecności. Na kanapie naprzeciwko siedzą Lili i Mael. Ona wygląda na lekko zmartwioną, on — jak zwykle — na kogoś, kto właśnie dostał darmowy bilet do teatru.
— Nie przejmuj się Ivy — mówi Lili, odwracając się do mnie. — Przyjaźnią się z Lucasem od dzieciństwa i… ona tak czasem ma.
Mael parska cichym śmiechem i unosi wzrok prosto na mnie.
— Czasem? — powtarza z wyraźną satysfakcją. — Smarkula od zeszłego roku zdążyła już być zakochana w Feniksie, Cassianie i Asherze. Bardzo łatwo przychodzi jej zmienianie obiektów westchnień. Po drodze przewinęło się też dwóch innych chłopaków.
— Mael! — Lili szturcha go łokciem.
— No co? — broni się, wcale nie wyglądając na skruszonego. — Mówię prawdę.
— Ubierasz ją w bardzo brzydkie słowa — upomina go Lili, ale w jej głosie nie ma prawdziwej ostrości.
Obserwowanie ich jest naprawdę zajmujące. Powietrze między nimi dosłownie iskrzy — raz ostrzej, raz cieplej. Przez chwilę odnoszę wrażenie, że Lili powinna być z Maelem, a nie z Cassianem. Albo że w ogóle reguły, które znam, w tym domu nie obowiązują. Oczywiście nie zamierzam tego mówić na głos. Mam jeszcze resztki instynktu samozachowawczego.
Po chwili do salonu wchodzą pozostali. Mają ze sobą obiad — torby, pudełka, zapach czegoś zdecydowanie lepszego niż akademickie jedzenie. Rozpakowują wszystko i rozstawiają na stole. Lucas zerka na mnie przepraszająco, jakby wciąż czuł się winny za wcześniejszą scenę. Ivory kręci się w kącie, nie podchodząc bliżej, z miną osoby, która najchętniej zniknęłaby w ścianie.
Kiedy każdy sięga po swoje porcje, atmosfera powoli się rozluźnia. Ja jednak wciąż obserwuję. I nagle robi mi się gorąco.
Feniks zsuwa się na dywan i siada między nogami Lilien, opierając głowę o jej kolano, jakby to było najnaturalniejsze miejsce na świecie. Po jej prawej stronie siada Asher i bez słowa przekłada jej na talerz kilka swoich krewetek. Ona uśmiecha się do niego ciepło, słonecznie. Mael, wciąż siedzący po jej lewej, pochyla się i coś jej szepcze prosto do ucha. Lilien śmieje się cicho, krótko, intymnie.
Sama nie wiem, kiedy dokładnie zaczynam czuć ciepło na policzkach. Ta atmosfera… O kurczę. O kurczę, o kurczę, o kurczę. To nie jest zwykłe „mieszkamy razem”. To jest coś gęstego, bliskiego i zdecydowanie nieplatonicznego. I wszyscy zachowują się, jakby było to najzupełniej oczywiste.
Cassian w pewnym momencie po prostu podchodzi do Ivory, zgarnia ją jednym ruchem i sadza na fotelu, wciskając jej w dłonie jej porcję.
— Jedz — rozkazuje tonem, który nie przewiduje dyskusji.
Ona coś duka, ale on już się odwraca, najwyraźniej uznając sprawę za zamkniętą.
Lucas natomiast w stu procentach skupia się na mnie. Przysuwa się bliżej, pyta, czy wszystko w porządku, czy chce czegoś jeszcze, czy nie jest mi zbyt niezręcznie. I ja znowu przepadam. Dosłownie. Patrzy na mnie tak, jakby reszta pokoju na moment przestała istnieć, a ja czuję, że robi mi się ciepło z zupełnie innego powodu.
Jestem bardzo ciekawa, co z tego będzie. I jednocześnie czuję wyraźny, nieprzyjemny strach przed tym, jak ogromne zaczynają być moje nadzieje.