Rozdział 15 – Bohaterowie noszą maski III
by Vicky
Vivien
Nie spodziewałam się tego w najdziwniejszych snach. Przez cały kolejny tydzień spotykałam się z Lucasem. Kiedy nie mogliśmy się widzieć, wymienialiśmy setki wiadomości — od zwykłych „co robisz?” po rozmowy, które kończyły się o trzeciej w nocy i z uśmiechem, którego nie dało się ukryć nawet przed Annie. Dzisiaj jest piątek i mamy zaplanowane wspólne wyjście. We czwórkę. Ja, Lucas, Lili i… Asher.
Dziwi mnie praktycznie wszystko.
Ku mojemu największemu zdumieniu podjeżdża po nas limuzyna. Z kierowcą. Czarna, długa, lśniąca tak, że aż odbija się w niej latarnia. Lucas i Asher już czekają w środku. Wiem, że to Lili zabroniła im odbierać nas „publicznie” — po tygodniu bycia nękaną w instytucie aż nazbyt dobrze rozumiem dlaczego. Ale i tak, kiedy drzwi się otwierają, mam wrażenie, że ktoś właśnie pomylił mnie z kimś ważnym.
Lucas ma w dłoniach bukiet czerwonych róż. Klasyka. Absolutna, podręcznikowa klasyka. A mimo to w tym momencie wydaje mi się obłędnie romantyczna. Biorę kwiaty, czując, że znowu robię się cieplejsza na twarzy, niż powinnam.
Wsiadam. Lili już siedzi obok Ashera. I to właśnie ten widok domyka mój wieczorny mindfuck. Asher Aurelian — CEO, książę z firmowej kolacji, człowiek w garniturach — wygląda zaskakująco… normalnie. Niebieskie dżinsy. Błękitna koszula z lekko podwiniętymi rękawami. Zero marynarki. Zero dystansu. Uśmiecha się do Lili tak promiennie, jakby właśnie dostał wolne od bycia poważnym.
Kiedy samochód rusza, podaje jej niewielkie, eleganckie pudełko. Lili patrzy na nie nieufnie, a potem powoli je otwiera. W środku leży bransoletka. Śliczna. Delikatna. Misterna. Drobne, czarne gwiazdki ze szlachetnych kamieni na cienkim łańcuszku. Nawet ja, osoba kompletnie zielona w biżuterii, widzę, że jest upiornie droga.
— Ash — mówi Lili tonem, którego nie potrafię do końca odczytać. — Ile razy ci mówiłam…
Asher patrzy na nią niemal z wyrzutem. Bierze bransoletkę i bez słowa unosi jej nadgarstek. Ona… pozwala mu na to. Po prostu pozwala mu zapiąć prezent.
— Mael może, a ja nie? — pyta cicho, wskazując na czarny wisiorek, który Lili nosi na szyi.
Lilien natychmiast się peszy.
— To była inna sytuacja. Wiesz o tym.
— Wiem — odpowiada spokojnie. — I też chcę, żebyś nosiła coś ode mnie.
Lili cicho wzdycha. Wyraźnie kapituluje. Nie zdejmuje bransoletki. Nawet poprawia ją palcami, jakby sprawdzała, czy na pewno dobrze leży. A potem dzieje się coś, co sprawia, że znowu robię się piekielnie czerwona. Ręka Ashera automatycznie, całkowicie naturalnie, wędruje na jej udo. Spoczywa tam jak w miejscu, które od dawna do niego należy. Lili nawet nie drgnie. Nie odsuwa się. Nie komentuje. Po prostu siedzi dalej, wpatrzona w bransoletkę, jakby dłoń na jej nodze była najzupełniej oczywistym elementem wieczoru.
Ja natomiast wpatruję się w swoje róże z intensywnością godną naukowca i myślę tylko o tym, jakim cudem ja, Vivien z Kalifornii, z niezamożnej rodziny, podczas praktyk studenckich, siedzę w limuzynie z CEO, jego… kimkolwiek jest dla niego Lilien, i facetem, którego znam od dwóch tygodni, a atmosfera w aucie jest gęstsza niż w niejednym filmie, którego nie powinnam oglądać przy rodzicach?
Lucas nachyla się do mnie lekko.
— Wszystko w porządku?
Kiwam głową zbyt szybko.
— Tak. Po prostu… przyzwyczajam się.
On śmieje się cicho, jakby dokładnie wiedział, do czego się przyzwyczajam. A limuzyna jedzie dalej przez wieczorne Chicago, niosąc mnie prosto na kolejny poziom rzeczywistości, na który zdecydowanie nie byłam przygotowana.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
No dobra… Nie sądziłam, że limuzyną będziemy jechać do oceanarium. To wciąż jest fakt, który mój mózg próbuje przełknąć jak zbyt duży kęs. Limuzyna. Do kolorowych ryb. Serio. Ale poza tym jednym, absolutnie nierealnym szczegółem, sama randka okazuje się zaskakująco… normalna.
Lucas trzyma mnie za rękę, kiedy idziemy między ogromnymi akwariami. Opowiada coś o gatunkach, które lubi najbardziej, a ja naprawdę go słucham, zamiast tylko kiwać głową i panikować w duchu. Światło w oceanarium jest niebieskawe, miękkie, a w tle słychać przytłumione rozmowy innych zwiedzających. Na moment prawie udaje mi się zapomnieć, że przyjechaliśmy tu pojazdem, który wygląda jak na wynajem dla celebrytów.
Prawie. Bo potem zerkałam na Lili.
Śmieje się. Naprawdę się śmieje, zaciekawiona, kiedy staje przed wielkim, kolorowym akwarium pełnym małych, jaskrawych rybek. Pochyla się trochę, żeby lepiej zobaczyć, a potem — zupełnie naturalnie — przytula się do boku Ashera. Opiera głowę o jego ramię, a on nawet nie mrugnie. Po prostu dostosowuje się do niej, jakby robili tak od zawsze.
Wyglądają… jakby oni również byli właśnie na randce.
I tu zaczyna się problem. Bo przecież widziałam ją w towarzystwie Cassiana. Nazwała go swoim chłopakiem. Publicznie. A on sprawiał wrażenie, jakby był w niej szaleńczo, nieuleczalnie zakochany. Do tego Feniks. W granatowej sypialni, w samych bokserkach, oplatający ją od tyłu i mruczący „Kochanie” w sposób, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do intencji.
Czy oni są w jakimś… otwartym związku?
Pytanie pali mi się na języku tak mocno, że prawie nie mogę wytrzymać. Umieram z ciekawości. Naprawdę umieram. Chciałabym wziąć Lili na bok, złapać ją za ramię i powiedzieć — „Słuchaj, potrzebuję instrukcji obsługi, bo nic tu nie rozumiem”. Ale jednocześnie wiem, że prędzej umrę ze wstydu, niż dam radę to faktycznie zrobić. Więc tylko idę dalej, trzymając Lucasa za rękę, i udaję, że moje oczy nie robią się co chwilę wielkości spodków.
Potem idziemy na kolację. I znowu doznaję lekkiego szoku. Bo to nie jest taka luksusowa restauracja, jak ta, do której wtedy zabrał nas Cassian. Żadnych nadskakujących nam kelnerów, żadnych kart dań, przy których człowiek zaczyna liczyć, czy stać go na wodę. To zwykła, przytulna włoska knajpka. Obrusy w kratę. Drewniane krzesła. Zapach czosnku, bazylii i świeżo pieczonego chleba. Na ścianach wiszą stare zdjęcia i kilka równiutko zawieszonych obrazków z Włoch.
Siadamy przy stoliku w rogu. Jedzenie jest nie za drogie. I naprawdę, absolutnie, bezdyskusyjnie pyszne. Jestem szczerze zachwycona tym miejscem. Na tyle, że przez chwilę przestaję analizować skomplikowane życie miłosne Lilien i po prostu jem. Włosy mi opadają na twarz, kiedy pochylam się nad talerzem, a Lucas uśmiecha się do mnie tak, jakby właśnie oglądał coś, co mu się bardzo podoba.
Okej. Limuzyna do oceanarium. Potem zwykła włoska knajpka z obrusami w kratę. I para obok, która wygląda jak zakochani, mimo że wszystko, co do tej pory widziałam, krzyczy, że sprawa jest co najmniej trzy razy bardziej skomplikowana.
Kelnerka idąca obok naszego stolika nagle się potyka. Wszystko dzieje się w ułamku sekundy. Taca leci, dzbanek z lemoniadą wywraca się w powietrzu, a żółtawy płyn wylewa się szerokim łukiem prosto w stronę Lili. Zdążam tylko wciągnąć powietrze, bo widzę, że jest w bezpośrednim zasięgu.
Asher rusza się szybciej, niż to powinno być możliwe. Naprawdę. Jedna chwila — siedzi spokojnie, a w następnej już stoi, zasłania całym swoim ciałem Lili i w locie chwyta dzbanek. Lemoniada i tak trafia w cel, tylko że zamiast na nią, ląduje solidnie na jego błękitnej koszuli. Materiał ciemnieje natychmiast, przyklejając się do klatki piersiowej.
Lucas blednie. Zrywa się z miejsca tak gwałtownie, że krzesło prawie się przewraca.
— Załatwię coś do przebrania — oznajmia napiętym głosem i od razu kieruje się ku wyjściu.
— Lucas, zaczekaj — woła za nim Lili. — Ogarnę to.
Chłopak zatrzymuje się już niemal w drzwiach. Odwraca się i patrzy na nią… niemal błagalnie. I właśnie ta mina wybija mnie z rytmu. Zawsze byłam dumna ze swojej spostrzegawczości. Potrafiłam wyczytać z ludzi nawet drobne, prawie niewidoczne sygnały, ale jego reakcja kompletnie nie ma sensu. To tylko mokra koszula. Nikt nie jest ranny. A on wygląda, jakby właśnie wydarzyło się coś znacznie poważniejszego.
Kelnerka jest szczerze przerażona. Przeprasza tak intensywnie, że aż jej głos drży, przynosi rolkę ręcznika papierowego i zaczyna nerwowo krzątać się wokół stolika, zbierając rozbite naczynia i wycierając podłogę. Ani Lili, ani Asher nie wyglądają jednak, jakby się na nią gniewali. Asher tylko spokojnie stawia ocalony dzbanek z powrotem na stół, a Lili macha ręką w geście „nic się nie stało”.
Potem Lili bierze telefon i na chwilę wychodzi. Lucas znika razem z nią.
Nie mija nawet pięć minut. Lucas wraca z jasnym t-shirtem z wyraźnie dobrego, miękkiego materiału i bez słowa podaje go Asherowi. Asher kiwa mu tylko głową i znika w stronę łazienki. Po chwili wraca, a Lucas natychmiast zabiera od niego mokrą, klejącą się koszulę, składając ją ostrożnie.
Asher ma już na sobie jasny t-shirt. Krótki rękaw. I właśnie wtedy coś rzuca mi się w oczy. Tatuaż, którego wcześniej widziałam zaledwie fragment, jest teraz widoczny w całości. Na ramieniu CEO naszej firmy, ozdobnym, wyraźnym pismem, widnieje jedno imię. Lilien.
Siedzę nieruchomo i czuję, jak kolejna warstwa rzeczywistości właśnie mi się delikatnie, ale nieodwracalnie zawala. Najpierw limuzyna do oceanarium. Potem przytulanie się do boku Ashera jakby była z nim na randce. A teraz tatuaż z jej imieniem na ramieniu człowieka, który zarządza firmą, w której mamy praktyki. Okej. Serio. Ktoś powinien mi wreszcie podarować instrukcję obsługi tego całego układu. Bo ja już nawet nie wiem, od której strony mam zacząć składać puzzle.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Kiedy telefon wibruje jej imieniem, odbieram szybciej, niż pozwala mi na to jakakolwiek resztka dumy.
— Hej — odzywa się Lili. — Masz chwilę? Kelnerka oblała Ashera lemoniadą. Potrzebuje czystej koszulki.
Przez moment panuje cisza, w której słychać tylko odległy szum ulicy. Czuję, jak coś nieprzyjemnego i ostrego rozrywa mnie od środka. Właśnie po to dzwoni. Nie dlatego, że chce ze mną porozmawiać. Nie dlatego, że coś się stało. Tylko po koszulkę. Dla niego.
— Nie jestem waszym chłopcem na posyłki — warczę.
Ona wcale nie brzmi na urażoną. Wręcz przeciwnie — w jej głosie pojawia się wyraźna, prawie rozbawiona nuta.
— Nie żartuj. Przepuścisz możliwość oglądania przedstawienia?
Znowu warczę. Krótko, ostrzegawczo. Ale już wiem, że przegrałem. Zawsze przegrywam, kiedy używa tego tonu.
— Gdzie jesteście? — cedzę przez zęby.
Podaje adres. Kilka minut później stoję w ciemnym zaułku naprzeciwko włoskiej knajpki, z równo złożoną, czystą koszulką w dłoni. Lucas pojawia się natychmiast, jakby tylko na to czekał. Przejmuje ode mnie materiał bez zbędnych słów i znika z powrotem w restauracji.
Lili zostaje. Uśmiecha się do mnie promiennie, prawie słodko.
— Dzięki. Naprawdę.
Chcę coś odpowiedzieć. Coś ostrego. Coś, co przypomni jej, że nie jestem do dyspozycji na każde pstryknięcie palcami. Ale wtedy mój wzrok spada niżej. Na jej szyi, dokładnie tam, gdzie powinien, spoczywa czarny wisiorek. Ten, który jej dałem. I nagle całe to wkurzenie… po prostu opada. Nie znika całkiem, ale traci ostrze. Zostaje tylko znajome, irytujące ciepło, którego nie umiem do końca kontrolować.
Kiwam krótko głową i odwracam się, zanim zdąży zobaczyć, że właśnie znowu wygrała.
Nawet się nie starając.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Wyjście z restauracji zajmuje chwilę dłużej, niż powinno. Obsługa wciąż przeprasza, kręci się wokół nas i z uporem informuje, że po „tym wypadku” zdecydowanie nie możemy zapłacić za posiłek. Lucas próbuje protestować — grzecznie, ale stanowczo — jednak w końcu kapituluje, najwyraźniej uznając, że dalsza walka tylko przedłuży niezręczność. Kelnerka wygląda, jakby właśnie uniknęła zwolnienia, a ja po prostu stoję z boku i udaję, że to wszystko jest zupełnie normalne.
Przed restauracją dostrzegam Lili. Nie jest sama. Rozmawia z Maelem. Co on tu robi?
Młody mężczyzna ma na sobie czarny t-shirt, który podkreśla jego atletyczną sylwetkę, a spod rękawa wystaje coś, co sprawia, że mój mózg na moment się zacina. Dokładnie taki sam tatuaż jak u Ashera. Czarny, elegancko zdobiony napis Lilien.
Teraz, kiedy sobie to przypominam, jestem niemal pewna, że Feniks też coś takiego miał. Po prostu byłam zbyt zażenowana jego bielizną, żeby wtedy zwrócić na to uwagę.
Nagle przychodzi mi do głowy myśl tak przerażająca, że na moment wstrzymuję oddech. A Lucas…? Szybko wypuszczam powietrze z ulgą. Jestem absolutnie pewna, że on nie ma nigdzie żadnego tatuażu.
Asher i Mael naturalnie ustawiają się po obu stronach Lili, jakby byli jej prywatną eskortą. Nikt tego nie komentuje. Po prostu tak jest. Decydujemy się na spacer Riverwalkiem. Powoli robi się ciemno, światła miasta odbijają się w wodzie, a powietrze pachnie rzeką i latem.
Nagle wszyscy przechodnie zatrzymują się i unoszą głowy. Na bezchmurnym niebie rozgrywa się spektakl. Fajerwerki. Nie byle jakie — złociste chryzantemy, pomarańczowe, płonące sylwetki, które wyglądają jak mityczne ptaki, wszystko ułożone w idealnych, prawie choreograficznych sekwencjach. Ludzie wzdychają, ktoś wyjmuje telefon.
Wtedy słyszę, jak Mael przeklina. Brzydko. Brudno. Bez żadnej elegancji.
Patrzę na Lili — ma minę kogoś, kto właśnie zrozumiał, że wieczór wymknął się spod kontroli. Asher ma zacięty wyraz twarzy. Lucas, wciąż trzymając mnie za rękę, podchodzi bliżej i staje bezpośrednio za plecami Lili.
— No to czekamy na płonący napis „Kocham cię, Lili” — śmieje się cicho.
Nie mam pojęcia, co sugeruje. A potem rozumiem.
— Uduszę go, jeśli się odważy — warczy Asher.
Ale jest za późno.
Na niebie pojawia się dokładnie to, czego się obawiali. Płonący napis. Lili w serduszkach. Serio. Jest też serce przebite strzałą. Ludzie wokół nas wzdychają zachwyceni. Lili odwraca się w naszą stronę i widzę, że jej twarz płonie z zażenowania.
Wtedy pojawia się on. Ludzie rozstępują się przed nim, jakby był celebrytą. Rude, płonące włosy, złocista skóra, aura zwycięzcy, którego nikt nie śmie zatrzymać. Idzie prosto w naszym kierunku, a potem — ku mojemu absolutnemu niedowierzaniu — dosłownie klęka przed Lilien z bukietem tych niesamowitych kwiatów, które rosną u nich w ogrodzie na dachu.
— Tęskniłem za tobą, Kochanie — mruczy.
Lili patrzy na niego szczerze zirytowana.
— Śpisz dzisiaj na kanapie — oznajmia twardo.
On wstaje płynnym ruchem, przyciąga ją do siebie i oplata ramionami, zupełnie ignorując jej protest.
— Nie zrobisz mi tego, Kochanie — mruczy jej w kark. — Nie mogłabyś tak potraktować swojego kotka, prawda?
— Brak mi na ciebie słów — wzdycha Lili.
Ale… mimo wszystko nie wygląda, jakby się naprawdę gniewała. Jest raczej zrezygnowana. Jak ktoś, kto już dawno pogodził się z rzeczywistością, w której Feniks po prostu się pojawia, klęka i odstawia show na środku Riverwalku.
— Pozwól mi być obok ciebie, Kochanie… — ciągnie Feniks miękko.
Wtedy Asher przyciąga ją do siebie zaborczo, niemal wyrywając z ramion rudowłosego.
— Czy ty rozumiesz, co znaczy słowo „nie przeszkadzać”? — pyta ostrym tonem.
Feniks spogląda na nich oboje z wyrazem czystej, dziecięcej dumy.
— Byłem grzeczny przez cały dzień — oznajmia. — Wytrzymałem bardzo, bardzo długo.
Asher wzdycha cierpiętniczo. Mael patrzy na Feniksa w sposób, który sugeruje, że poważnie rozważa morderstwo w miejscu publicznym. A Lucas… Lucas stara się powstrzymać cichy śmiech, choć nie wychodzi mu to zbyt dobrze.
Stoję z dłonią w ręce Lucasa i czuję, jak mój mózg powoli, metodycznie składa się w origami. Limuzyna. Oceanarium. Tatuaże z imieniem. Fajerwerki z serduszkami. I facet o włosach z żywego ognia, który klęka na Riverwalku z bukietem kwiatów z prywatnego ogrodu. Instrukcja, której chcę mieć zdecydowanie potrzebuje też ostrzeżenia na okładce.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Budzę się w łóżku Lucasa. Do tego już zdążyłam się przyzwyczaić. Ciepło jego ciała, zapach pościeli, spokojny oddech tuż obok. Przytulam się bliżej, a on odwraca się ku mnie przez sen i obejmuje ramieniem. Przez chwilę po prostu leżę, z nosem przy jego klatce piersiowej, i czuję się… bezpiecznie.
A potem to dostrzegam. Na jego ramieniu, dokładnie tam, gdzie jeszcze wczoraj wieczorem była gładka skóra, widnieje tatuaż. Czarny, elegancko zdobiony napis. Vivien. Dotykam go palcami, jakby to mogło być złudzenie.
— Kiedy zdążyłeś to zrobić? — pytam, totalnie zaskoczona.
Jestem pewna, że jeszcze poprzedniego wieczoru go nie było.
Lucas gwałtownie siada. Patrzy na tatuaż szeroko otwartymi oczami, potem na mnie. Twarz robi mu się biała.
— Nie. — Zrywa się z łóżka tak gwałtownie, że kołdra spada na podłogę. — Poczekaj tutaj — żąda ostrym, napiętym głosem i dosłownie wybiega z sypialni.
Wraca w towarzystwie Lilien i Ashera.
Rumienię się natychmiast. Lili ma na sobie delikatną koszulkę nocną, a Asher zwykły t-shirt i bokserki. Ja sama wyglądam jeszcze gorzej — mam na sobie tylko koszulkę Lucasa i… właściwie nic więcej. Przyciągam do siebie kołdrę, czując, że uszy mi płoną.
— Czemu robicie takie zamieszanie? — pytam, próbując brzmieć normalnie.
Lili podchodzi bliżej, minę ma poważną.
— Wszystko ci wytłumaczę, ale daj nam chwilę, dobrze? — prosi. Potem odwraca się lekko. — Kotku, możesz?
Za ich plecami pojawia się Feniks. Jego obecność od razu przytłacza powietrze w pokoju. Przygląda się zaciekawiony to mnie, to Lucasowi, a potem przecząco kręci głową.
— W tej dziewczynie nie ma ani grama duchowej energii — stwierdza spokojnie. — Jest zwyczajnym człowiekiem.
Zaczynam się zastanawiać, czy ktoś mnie tu nagrywa ukrytą kamerą. Bo to, co mówią, kompletnie nie ma sensu.
— Więc jak to możliwe? — pyta Lucas, głos mu drży.
— Nie wiem — odpowiada Feniks.
Nagle przy mnie, zupełnie znikąd, pojawia się ogromny, biały tygrys. Wielki. Prawdziwy. Z kłami i ciężarem, który przygważdża mnie do łóżka. Krzyczę. Albo przynajmniej próbuję. Całe moje ciało drży, krew dudni mi w uszach tak głośno, że prawie nic nie słyszę. Co to do cholery ma być?!
— Lucas, wyjdź — wydaje polecenie Asher chłodnym, absolutnym tonem.
Lucas nie rusza się z miejsca. Jest zupełnie blady. A potem… pada przed Asherem na kolana.
— Paniczku, nie — błaga. — Proszę. Oszczędź ją.
Na chwilę wszystko wokół zamiera. Absolutna cisza. Potem Lili wchodzi głębiej do pokoju.
— Dość! — jej głos jest ostry i mocny. — Asher! To nie jest rozwiązanie.
Imię wypowiada rozkazującym tonem. Tygrys powoli, niechętnie odsuwa się ode mnie. Wciąż jednak czuję jego oddech na skórze.
— Więc co proponujesz? — pyta Asher chłodno. — Odrzucenie więzi będzie go kosztowało zbyt wiele. Przyjęcie jej… z powodu braku mocy duchowej w końcu zabije ich oboje.
Lilien przenosi wzrok na Feniksa.
— Kotku?
Feniks kręci głową, ale po chwili się zastanawia.
— Asher ma rację. Najprościej będzie spalić dziewczynę.
Lili patrzy na niego wrogo.
— Po moim trupie — oznajmia stanowczo. — Proszę o inne rozwiązanie.
Feniks milczy przez dłuższą chwilę, przechylając głowę.
— Niech go przyjmie — stwierdza w końcu. — Lucas i tak od dawna korzysta z twojej duchowej energii. Może to robić dalej. A my w tym czasie znajdziemy sposób, żeby ona otrzymała własną…
— To w ogóle możliwe? — pyta Asher, wyraźnie zirytowany.
Feniks kiwa głową.
— W historii… były już takie przypadki.
— Wstań — Asher warczy na Lucasa, który wciąż klęczy.
Lucas powoli się podnosi. Wciąż jest blady jak ściana. Lili podchodzi do mnie blisko. Siada na brzegu łóżka i patrzy mi prosto w oczy.
— Lucas — ponagla go, a on natychmiast się zbliża. Potem znowu patrzy na mnie. — Vivien. Musisz powiedzieć: „Lucasie Grey, przyjmuję cię jako swojego partnera”. I lepiej, żebyś naprawdę to miała na myśli — dodaje delikatnie.
— Ja… — zaczynam niepewnie, głos mi się łamie.
— Po prostu to powiedz — prosi Lili. — Zaufaj mi, proszę. To nie jest zabawa. I jeśli tego nie zrobisz… ci dwaj — wskazuje na Ashera i Feniksa — naprawdę są gotowi cię zabić.
Patrzę jej w oczy. I wiem, że mówi całkowitą prawdę. Zostałam u chłopaka na noc. A teraz jego współlokatorzy grożą mi śmiercią.
Oddech mam nierówny. Dłonie drżą. Ale patrzę na Lucasa, na jego przerażoną, a jednocześnie pełną nadziei twarz i zbieram w sobie resztki odwagi.
— Lucasie Grey… — mówię drżącym głosem, patrząc mu prosto w oczy. — Przyjmuję cię jako swojego partnera.
Przez ciało przechodzi dziwne, przyjemne ciepło. Rozchodzi się powoli, gęsto, jakby ktoś wlał mi pod skórę płynne słońce. Lucas patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami, z takim absolutnym, niemal religijnym zachwytem, jakby właśnie zobaczył coś najcudowniejszego na świecie.
Lili uśmiecha się lekko, choć w oczach wciąż ma powagę.
— Witaj w rodzinie, Vivien — mruczy. Potem prostuje się i mówi już twardziej, wyraźnie bardziej do Ashera i Feniksa niż do mnie. — Na chwilę zostawimy was samych. Lucas ci o wszystkim opowie. A potem będziesz mogła porozmawiać ze mną i zadać pytania, których nie chcesz zadawać jemu.
Drzwi zamykają się za nimi. Zostaję w łóżku, w samej koszulce Lucasa, z nową, niewidzialną nicią, która właśnie połączyła mnie z facetem, którego znam zaledwie od kilku tygodni, i z bardzo wyraźnym wrażeniem, że właśnie przekroczyłam punkt, z którego nie ma już powrotu.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lucas
Nagle zrobiło się bardzo niezręcznie. Vivien jest niemagiczna. Nawet Feniks to potwierdził. Więc jakim cudem mogła połączyć nas magiczna więź? To nie powinno było się wydarzyć. W ogóle.
Podchodzę powoli i siadam na brzegu łóżka, wystarczająco daleko, żeby nie czuła się przytłoczona. Widzę, jaka jest roztrzęsiona, kołdrę ma podciągniętą pod brodę, ramiona spięte, oczy wciąż za duże.
— Przepraszam — mówię cicho. — Nie mam pojęcia, jak to się mogło stać…
Ona kuląc się jeszcze bardziej u wezgłowia, patrzy na mnie nieufnie.
— Co w ogóle się stało?
Biorę głęboki oddech. Nie wiem, od której strony zacząć, żeby nie brzmiało to jak kompletny absurd.
— Jak dużo słyszałaś o magicznym świecie?
Milczy przez chwilę, wyraźnie przeszukując pamięć.
— Właściwie to chyba głównie to, że istnieje… i że demony atakowały Chicago. Reszta brzmi raczej jak przesadzone plotki.
Kiwam głową.
— No więc… niektórzy mężczyźni rodzą się z kontraktem z zamieszkującymi zaświaty bestiami. Kontrakt jednak budzi się dopiero, kiedy spotkają… odpowiednią dziewczynę. I wtedy właśnie pojawia się tatuaż z jej imieniem.
Patrzy na mnie w milczeniu. Widzę, jak powoli składa puzzle. I nagle wszystko robi się jeszcze bardziej skomplikowane.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Lilien. Teraz dopiero dociera do mnie, dlaczego oni wszyscy mają tatuaże z jej imieniem. Ale to właśnie jedna z tych rzeczy, o które wolę zapytać ją, a nie Lucasa. Nie teraz. Nie kiedy siedzę w jego łóżku w samej koszulce i próbuję nie dostać kolejnego ataku paniki.
Nagle na ramieniu Lucasa pojawia się kruk. Dosłownie znikąd. Wielki, czarny ptak siedzi mu na barku, jakby zawsze tam był.
— To moja duchowa bestia — mówi Lucas cicho.
Kruk zrywa się z jego ramienia i ląduje przede mną na kołdrze. Patrzy na mnie uważnie, przechylając głowę.
— Wow… — wyrywa mi się, bo nic innego nie jestem w stanie powiedzieć.
Jest cudowny. Czarne pióra mienią się w świetle dziennym lekko niebieskawym, prawie metalicznym blaskiem. Ma wyjątkowo mądre, bystre spojrzenie, jakby dokładnie wiedział, co się właśnie wydarzyło, i oceniał, czy nadaję się do tej roli.
Wyciągam ostrożnie dłoń. Kruk nie ucieka. Podchodzi bliżej i pozwala mi dotknąć swoich aksamitnych piór.
Siedzę w łóżku faceta, którego znam od kilku tygodni, z magicznym ptakiem na kołdrze i bardzo wyraźnym wrażeniem, że moje życie właśnie oficjalnie przestało należeć do świata, w którym jeszcze wczoraj rano się budziłam.
— Jak to się stało? — pytam ciszej. — Ta więź między nami?
Lucas spuszcza wzrok. Przez chwilę wygląda na wyraźnie zawstydzonego, co w jego wykonaniu jest… zaskakująco urocze.
— To dlatego, że zacząłem się w tobie zakochiwać — przyznaje niezręcznie, nie patrząc mi w oczy. — A ty… w jakiś sposób odwzajemniasz moje uczucia.
Wow. Po prostu wow. Większa rewelacja i zdecydowanie ważniejsza dla mnie niż cała magia nie z tego świata, białe tygrysy, kruki i tatuaże pojawiające się znikąd. On… się we mnie zakochał. Naprawdę to przyznał. Z trudem przełykam ślinę. Przez cały ostatni tydzień starałam się nie dopuszczać do siebie tej myśli zbyt łatwo. Bałam się, że przesadzam i jest to tylko intensywne zauroczenie po pierwszej wspólnej nocy i tych wszystkich „wow”. Byłam pewna, że zaraz się obudzę i okaże się, że wszystko było znacznie mniej ważne, niż mi się wydawało.
Jedna teraz Lucas siedzi naprzeciwko mnie, zawstydzony, z tatuażem z moim imieniem na ramieniu, i mówi to na głos. I ja też wiem. Z całkowitą, spokojną pewnością wiem, że również jestem w nim zakochana. Nie „trochę”. Nie „chyba”. Po prostu jestem.
Moje palce kurczowo zaciskają się na brzegu kołdry, a ja patrzę na niego i czuję, jak w mojej piersi rozlewa się coś ciepłego, miękkiego i jednocześnie przerażająco poważnego.
— Lucas… — zaczynam, ale głos mi się łamie.
On wreszcie podnosi na mnie wzrok. W jego oczach jest tyle ostrożnej nadziei, że na moment tracę resztki tchu. A kruk tylko przechyla głowę, jakby również czekał, co teraz powiem.