Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.
    Chapter Index

    Bohaterowie noszą maski

    Vivien

    Okej. Jestem pewna, że w tym tygodniu umrę na zawał. Chłopak, który mi się podoba, nie zapytał nawet, czy zostanę jego dziewczyną. Zamiast tego powstała między nami tajemnicza, magiczna więź. Problem w tym, że nie mam w sobie ani grama magii, a to… może nas oboje zabić. Dlatego właśnie teraz lecimy do Europy. Do Walii. Klasą biznes. Bo podobno jest tam jakaś tajemnicza biblioteka ze wszystkimi książkami świata. Przynajmniej tak twierdzi Feniks, który — delikatnie mówiąc — nie sprawia wrażenia osoby godnej zaufania.

    W trakcie lotu Lili podchodzi do mojego fotela i pochyla się lekko.

    — Wszystko w porządku?

    Podnoszę na nią wzrok.

    — Niby jak miałoby być?

    Uśmiecha się łagodnie, prawie przepraszająco.

    — Przykro mi, że się w to wplątałaś, ale mam nadzieję, że na koniec nie będziesz tego żałowała.

    Kiwam głową. Muszę jej przyznać rację. Jeśli miałabym być w związku z Lucasem… to nie. Zdecydowanie nie będę tego żałowała.

    Próbuję skupić się na przyjemniejszych aspektach całej tej absurdalnej sytuacji. Nigdy jeszcze nie byłam w Europie. Ba, nigdy nawet nie opuszczałam Stanów Zjednoczonych. A teraz lecę do Walii. Klasą biznes. Z ciepłym kocem, prawdziwymi sztućcami i szampanem, którego nawet nie musiałam zamawiać. To dopiero jest magia!

    Na lotnisku czekają już na nas dwa podstawione samochody. Nawet nie próbuję zgadywać, skąd się wzięły. Czerwone Porsche i niebieskie Lamborghini po prostu stoją, jakby to było najzupełniej oczywiste.

    Cassian siada za kierownicą Porsche. My z Lucasem zajmujemy pozostałe miejsca. Asher, Lili i Mael wsiadają do Lamborghini. Cassian przez całą drogę do samochodu marudzi pod nosem, że nie znosi czteromiejscowych aut, a ostatnio ciągle musi nimi jeździć. Wygląda przy tym na szczerze pokrzywdzonego.

    Feniksa nigdzie nie widzę, choć w samolocie jeszcze kleił się do Lili. Jestem szczerze ciekawa, czym się w tej chwili zajmuje.

    Kiedy meldujemy się w hotelu, opada mi szczęka. Dosłownie. Wolę nawet nie wiedzieć, ile kosztuje tu nocleg, zwłaszcza że wynajmujemy nie pokoje, tylko dwa ogromne apartamenty. Jasne, przestronne, z widokiem jak z pocztówki i łazienkami, w których spokojnie mogłabym zamieszkać na stałe. Jestem podekscytowana aż za bardzo. Myślę, że na pewno nie zasnę, zamiast tego będę leżała i analizowała wszystko, co wydarzyło się przez ostatnie dwa tygodnie. A jednak zasypiam zaskakująco szybko. Na miękkim, absurdalnie wygodnym łóżku, wtulona w ramiona Lucasa, z jego spokojnym oddechem tuż przy moim policzku.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Mael

    Obserwowanie plebsu w luksusowym hotelu jest absurdalnie zabawne.

    Siedzę z kawą i udaję, że czytam coś na telefonie, podczas gdy tak naprawdę mam najlepsze miejsca w pierwszym rzędzie. Lili i Asher starają się zachowywać neutralnie, ale oboje mają te swoje lekko arystokratyczne miny pełne zażenowania, których nie da się do końca ukryć. Vivien natomiast właśnie buduje na stoliku coś, co niebezpiecznie przypomina wystawę produktów spożywczych. Croissanty, jajka, wędliny, sery, owoce, dwa rodzaje dżemu i jeszcze coś, co wygląda na drożdżówkę. Wszystko naraz. Jakby bała się, że bufet zaraz zniknie.

    Ciekawi mnie, jak długo to potrwa, zanim ktoś jej wreszcie zwróci uwagę.

    W końcu robi to Lucas. Najwyraźniej zauważył minę Ashera.

    — Viv — mówi cicho, choć i tak wszyscy słyszymy. — Lepiej zrobisz, nakładając sobie małe porcje i idąc po dokładkę, jak będziesz miała ochotę na coś jeszcze.

    Ona rozgląda się po innych stolikach i nagle dostrzega różnicę. U wszystkich leżą porządne, skromne talerze. U nas — uczta dla małej armii. Robi się czerwona jak burak.

    — Och… przepraszam. Ja… nie pomyślałam.

    Ustawia równo talerze, udając, że to wcale nie jest upokarzające. Lili uśmiecha się do niej łagodnie. Asher udaje, że nagle bardzo interesuje go widok za oknem. Ja po prostu popijam kawę i cieszę się życiem.

    To jednak dopiero początek. 

    Wychodzimy z restauracji hotelowej, a Vivien automatycznie kieruje się w stronę głównego wyjścia, najwyraźniej przekonana, że skoro skończyliśmy jeść, to należy opuścić budynek. Dopiero po kilku krokach orientuje się, że nikt za nią nie idzie. Odwraca się, widzi nas wciąż stojących w holu, i na jej twarzy pojawia się powolne, bolesne zrozumienie — my tu mieszkamy. Nie jesteśmy na wycieczce. Nie trzeba nigdzie iść, bo wciąż jesteśmy w hotelu, w którym nocujemy.

    Kiedy wracamy do pokoi Vivien staje przed windą i przez dobrą minutę szuka przycisku, którym otwiera się drzwi. Kiedy w końcu orientuje się, że trzeba przyłożyć kartę hotelową, jest już tak spięta, że prawie przeprasza windę. Przez ułamek sekundy wygląda, jakby chciała zapaść się pod ziemię. Naprawdę. Jeśli ta dziewczyna przetrwa tydzień w naszym towarzystwie bez zawału albo publicznego załamania nerwowego, uznam, że zasługuje na pochwałę. Albo przynajmniej na własny, bardzo szczegółowy podręcznik „Jak nie wyjść na idiotkę w świecie ludzi, którzy nie sprawdzają cen w bufecie”.

    Na razie jednak tylko obserwuję. I nie zamierzam jej niczego ułatwiać.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Vivien

    Siedzimy w basenie z widokiem na góry. Woda jest ciepła, powietrze pachnie latem, a ja wreszcie zbieram się na odwagę, żeby zadać Lili pytania, które od kilku dni krążą mi po głowie i nie dają spokoju. Zaczynam od najprostszej rzeczy.

    — Czy… wszyscy pochodzicie z magicznego świata?

    Lili opiera się wygodniej o brzeg basenu i kręci głową.

    — Nie. Ja i Cassian urodziliśmy się w Chicago.

    Kiwam powoli głową, przetwarzając tę informację. Potem, czując, że policzki zaczynają mi płonąć, zadaję pytanie, które naprawdę mnie zabija.

    — To… z powodu magicznej więzi masz czterech chłopaków?

    Lili śmieje się cicho, jakby tylko na to czekała.

    — Trzech. Cassian i Feniks są razem w zestawie. Feniks… nie jest oddzielną osobą.

    Patrzę na nią tak intensywnie, że aż oczy zaczynają mnie boleć.

    — Co?!

    Ona tylko mruga do mnie, wyraźnie rozbawiona moją miną.

    — Mówię ci to, żebyś wiedziała, że rozmawiając z jednym, rozmawiasz przy okazji też z drugim. Są trochę jak dr Jekyll i mr Hyde. Serio.

    Przez chwilę po prostu milczę, próbując ułożyć to sobie w głowie. Cassian i Feniks. Jeden człowiek. Dwa… byty? Osobowości? Cokolwiek to jest. Nagle wiele dziwnych sytuacji zaczyna nabierać niepokojącego sensu. Magiczna rzeczywistość zdecydowanie jest porąbana! 

    — A Lucas? — pytam w końcu. — Skąd pochodzi?

    Lili spogląda na mnie uważniej, już bez uśmiechu.

    — Lucas urodził się w Imperium, ale myślę, że lepiej zrobisz, pytając go sama.

    Kiwam głową. Wiem, że ma rację. Niektórych rzeczy nie powinnam dowiadywać się okrężną drogą. A mimo to w głowie i tak mam już kolejną listę pytań. I bardzo wyraźne wrażenie, że im więcej się dowiaduję, tym mniej wszystko rozumiem.

    Przez chwilę milczymy, a ja wciąż próbuję ułożyć w głowie to, co właśnie usłyszałam. Cassian i Feniks jako jeden zestaw. Imperium. Magiczne więzi. Mój mózg powoli zaczyna dymić.

    Wtedy z drugiej strony basenu odzywa się Asher. Nie podnosi głosu. Nie musi.

    — Lucas.

    Lucas, który jeszcze przed chwilą siedział na leżaku z telefonem, prostuje się, jak na komendę.

    — Tak?

    — Przynieś mi tablet z pokoju.

    — Jasne.

    Zero wahania. Zero pytań. Zero choćby cienia oporu. Po prostu wstaje i wychodzi. Kiedy wraca,  Asher nawet nie dziękuje. Tylko kiwa lekko głową, jakby przyjmował coś oczywistego.

    Siedzę w wodzie i czuję, jak coś nieprzyjemnie przesuwa mi się w żołądku. Bo to nie wyglądało jak prośba między znajomymi. Nie wyglądało też jak zwykła uprzejmość. To wyglądało jak rozkaz. I Lucas wykonał go natychmiast, automatycznie, bez mrugnięcia. Wiem, że Asher jest jego szefem, ale kurczę, to chyba lekka przesada…

    Spoglądam na Lucasa, który znowu siedzi na leżaku i przewija coś w telefonie, i nagle bardzo wyraźnie przypominam sobie, jak padał przed Asherem na kolana i mówił „Paniczu”. Okej.

    Wygląda na to, że w tym układzie ktoś naprawdę stoi wyraźnie wyżej od kogoś innego.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Biblioteka, do której zabiera nas Feniks, jest ogromna. Mieści się w wysokiej, kamiennej wieży stojącej na wyspie, która unosi się pośród gęstych, srebrzystych mgieł. Wyspa zdecydowanie nie powinna istnieć po niemagicznej stronie świata — a jednak istnieje. Z zewnątrz wygląda jak element wyrwany ze snu — strome skały, spiralne schody bez poręczy i drzwi, które otwierają się same, zanim ktokolwiek zdąży ich dotknąć.

    W środku jest jeszcze dziwniej. Olbrzymie, wielopoziomowe pomieszczenie tonie w półmroku rozjaśnianym jedynie ciepłym światłem unoszących się w powietrzu kul. Półki sięgają tak wysoko, że ich szczytów nie widać. Książki stoją, leżą, unoszą się, a niektóre co chwilę samodzielnie zmieniają miejsce. Powietrze pachnie starym papierem, atramentem i magią. Podłogi są z ciemnego drewna, a wąskie mostki i spiralne schody łączą kolejne poziomy jak w niemożliwej, żywej konstrukcji.

    — Znajdziecie tu wszystkie książki, jakie kiedykolwiek zostały napisane — chwali się Feniks z wyraźną satysfakcją, jakby to była jego osobista zasługa.

    Asher rozgląda się zaciekawiony, prawie ostrożnie. Mael w ciągu dosłownie kilku minut znajduje odpowiedni dział, jakby biblioteka sama mu go podsunęła. Siadamy przy długim, ciężkim, drewnianym stole i zaczynamy czytać.

    Nie mija nawet pół godziny, kiedy Feniks kompletnie się nudzi. Zaczyna chodzić w kółko. Raz bliżej stołu, raz dalej. Od czasu do czasu „przypadkiem” potrąca czyjeś krzesło. Skutecznie rozprasza wszystkich.

    — Kotku — mówię w końcu ostrzej. — Usiądź.

    Wtedy robi się jeszcze gorzej. Przysuwa się do mnie, opiera brodę o moje ramię i zdecydowanie nie pozwala mi czytać. Jednocześnie rytmicznie stuka palcami w drewniany blat, wprowadzając resztę w stan lekkiego szaleństwa.

    Wzdycham ciężko i wstaję. Nie mogę się nim teraz zająć. Wiem, że jestem im potrzebna — tylko ja rozumiem wszystkie języki tego świata, a część ksiąg jest zapisana słowami, których oni nawet nie potrafią poprawnie wymówić.

    — Chodź — mówię, biorąc Feniksa za rękę.

    Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć coś, co choć na chwilę go zaciekawi. Biblioteka najwyraźniej mnie słyszy. Sama pokazuje mi drogę — półki delikatnie się przesuwają, światło prowadzi nas w dół, aż zatrzymujemy się przy niskim regale. Kucam i wyciągam nowe wydanie Asteriksa.

    — Może to ci się spodoba — wciskam mu komiks do ręki.

    Feniks burczy coś pod nosem, ale siada na podłodze i otwiera pierwszą stronę. Po pięciu minutach jest już tak pochłonięty, że na wszelki wypadek kładę obok niego kilka kolejnych tomów i wracam do stołu.

    Cassian patrzy na mnie z czystym wyrzutem. Takim, jakbym właśnie zesłała go na kilka lat ciężkich robót w kopalni.

    — Dobrze — wzdycham cichutko. — Ty też idź.

    Sięgam po kolejną książkę ze stosu, a Cassian natychmiast wstaje i dołącza do Feniksa na podłodze. Siadają obok siebie, obaj wpatrzeni w komiksy, jakby reszta świata na moment przestała istnieć.

    Cóż. Przynajmniej przydadzą się, jeśli będzie trzeba odpowiedzieć na jakieś konkretne pytania. Mam nadzieję. Bo na razie wyglądają głównie na bardzo zadowolonych z faktu, że ktoś ich wreszcie zwolnił z obowiązku myślenia.

    — Nauka na Uniwersytecie musiała być dla Cassiana istną mordęgą — stwierdza rozbawiony Mael, nawet nie podnosząc wzroku znad księgi. — Jakim cudem on w ogóle zdał końcowe egzaminy?

    Asher uśmiecha się lekko, prawie leniwie.

    — Oczywiście, że oszukiwał. W końcu miał Feniksa, który mógł mu na bieżąco sprawdzać potrzebne informacje…

    — Brzmicie, jakbyście go nie lubili — wtrąca się Vivien, wyraźnie zaskoczona tonem rozmowy.

    Mael wzrusza ramionami, jakby stwierdzał fakt pogodowy.

    — Ja go nie lubię.

    Asher jest nieco bardziej dyplomatyczny.

    — W Akademii Róż i Zaklęć dla odmiany jest jednym z najlepszych studentów. Potrafi perfekcyjnie walczyć i bez problemów panuje nad swoją mocą.

    Wzruszam ramionami.

    — Cassian po prostu nie lubi się uczyć teorii.

    Vivien nachyla się bliżej, zaciekawiona.

    — A czego w ogóle uczycie się po magicznej stronie?

    Krzywię się nieznacznie.

    — Ogólnych zasad magii. I tego… jak walczyć z demonami. Są też zajęcia z dyplomacji, historii magicznego świata i tak dalej. Myślę, że istnieje duża szansa, że będziesz mogła przekonać się o tym sama.

    Pozostali rozmawiają dalej, ale ja powoli wyłączam się z rozmowy. Bo nagle, nie wiadomo skąd, na stole przede mną pojawia się znajoma książka. Prawdziwa historia Feniksa. Otwieram ją niemal automatycznie. I zamieram. Są w niej nowe rozdziały. Świeże. Tak świeże, że należą do teraźniejszości. Czytam o tym, jak Cassian się we mnie zakochał. Jak się nie poddawał. Jak spalił dla mnie Imperium. Przez chwilę nawet czuję coś ciepłego w sercu. Potem jednak zaczyna się robić coraz gorzej.

    Dowiaduję się, że Feniks założył kult, który czci mnie jako Panią Chaosu. To on podsunął Ivory Kierana i Erica, uznając, że to załatwi sprawę i ona nagle przestanie być w nim zakochana. A potem, ze szczegółami, których wolałabym nigdy nie znać, czytam, jak torturował Maela. Systematycznie. Kreatywnie. Z przyjemnością. Blednę.

    Wstaję i odciągam Maela kawałek od stołu, na tyle daleko, żeby pozostali nas nie słyszeli. Podsuwam mu otwartą książkę.

    — To prawda? — pytam ledwo dosłyszalnym głosem.

    Mael patrzy na mnie chłodno i tylko wzrusza ramionami.

    — Feniks zawsze robi to, na co ma ochotę.

    Patrzę na niego i nagle naprawdę nie rozumiem. Jakim cudem on to wszystko znosił? Dlaczego się nie poddał? Dlaczego więź między nami wciąż istnieje?

    — Czemu nie odpuściłeś?

    Mael spogląda mi prosto w oczy. Bez uśmiechu. Bez ironii.

    — Już ci mówiłem, że nigdy cię nie odpuszczę.

    Dopiero teraz rozumiem prawdziwe znaczenie tych słów.

    Jestem przerażona, a chwilę później zaczynam być również coraz bardziej wkurzona. Podchodzę do Feniksa i Cassiana. Rzucam książką prosto w Feniksa. On łapie ją w locie, zaskoczony, i unosi na mnie wzrok.

    — Twoja książka pokazała mi wszystko, co robiłeś — mówię chłodno. — Aż do tej chwili. Wszystko.

    Feniks powoli wstaje i podchodzi bliżej.

    — Kochanie… gniewasz się na mnie?

    Odsuwam się o kilka kroków. Tym razem nie zamierzam mu tak łatwo odpuścić. Stoję prosto, z dłońmi zaciśniętymi w pięści, i dla odmiany naprawdę nie wiem, czy chcę, żeby do mnie podszedł.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Nie rozumiem. Naprawdę nie rozumiem, co tak bardzo rozgniewało Lili. Nie zrobiliśmy niczego złego. Przynajmniej niczego, za co powinna patrzeć na nas w ten sposób.

    Feniks wraca do mnie płynnie, bez oporu, i zlewamy się w jedno. Biorę do ręki książkę, którą we mnie rzuciła, i zaczynam kartkować. Kult? Niemożliwe. Znam ją zbyt dobrze. Gdyby chodziło o kult, powinna załamywać ręce i jednocześnie się śmiać, że w ogóle coś takiego zrobiłem. Powinna mówić „jesteś niemożliwy” tym tonem, który zawsze oznacza, że i tak mnie kocha.

    Więc jeśli nie o kult… to o co?

    Przysuwam się bliżej.

    — Lili — szepczę. — Nie rozumiem.

    Jest naprawdę wkurzona. Nie teatralnie. Nie chwilowo. Na poważnie. 

    — Wyraźnie zabroniłam ci torturować Maela.

    Patrzę na nią z niedowierzaniem. Serio? O niego jej chodzi? Feniks w mojej głowie natychmiast się jeży.

    „O niego? O tego lodowatego, wyrachowanego węża, który próbował ją ukraść? Który wymazał nas z jej pamięci i kazał jej wierzyć, że go kocha? I ona teraz broni go przed nami?”

    Głos, który wychodzi z moich ust, należy już głównie do niego. Jest niższy, ostrzejszy, pełen czystej, jadowitej satysfakcji.

    — Zasłużył sobie na każdą sekundę — warczę. — Zapomniałaś już, jak cię porwał? Jak wymazał ci nas z pamięci? Jak próbował ci wmówić, że to jego kochasz?

    Lili patrzy na mnie twardo. Bez mrugnięcia.

    — Nie zapomniałam, ale teraz jest mój. I zabroniłam ci go dotykać.

    „Mój.” To jedno słowo wystarcza, żeby wstrząsnąć nami obydwoma. Feniks w mojej głowie natychmiast traci resztki rozbawienia.

    „Mój. Powiedziała ‘mój’. O nim. O nim! Mój. Jakby miała prawo go chronić przed nami. Jakbyśmy my byli zagrożeniem, a nie on. Mogę go spalić? Mogę spalić całą bibliotekę? Mogę…”

    — Lili — odzywa się Asher z drugiego końca sali, spokojnie, ale stanowczo. — Myślę, że coś znaleźliśmy.

    Czarodziejka rzuca mi jeszcze jedno lodowate spojrzenie. Takie, które zostaje ze mną dłużej niż powinno. Potem odwraca się i idzie prosto do Ashera, nawet na nas nie czekając. Zostaję z książką w dłoni i z Feniksem, który w mojej głowie milczy w sposób znacznie gorszy niż, kiedy towarzyszy mu zwyczajowy chaos. Właśnie zrozumiał, że Lili naprawdę jest na nas wściekła.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Podchodzę do Ashera. Stoi pochylony nad grubym, wyraźnie starym tomem, a na stole obok leży jeszcze kilka otwartych ksiąg. Kiedy staję obok niego, przesuwa książkę tak, żebym mogła zobaczyć stronę. Palcem wskazuje konkretny akapit zapisany gęstym, archaicznym pismem.

    Czytam. Rozumiem treść. Rozumiem ją zbyt dobrze. Chodzi o przeniesienie boskiej mocy i przekształcenie jej w duchową energię, którą można przekazać komuś niemagicznemu. W teorii brzmi to jak rozwiązanie. W praktyce…

    Unoszę wzrok na Ashera.

    — Skąd niby mielibyśmy wziąć kogoś, kto dobrowolnie odda Vivien swoją moc? — pytam cicho. 

    Asher bierze mnie za rękę i odciąga od stołu. Prowadzi mnie głębiej między regały, aż zatrzymujemy się w wąskim przejściu, poza zasięgiem wzroku i słuchu pozostałych. Tutaj nawet echo jakby przycicha.

    Stajemy na przeciwko siebie i dopiero wtedy na mnie spogląda. Jego twarz jest spokojna, ale w oczach ma coś bardzo poważnego. I nagle zaczynam podejrzewać, że rozwiązanie, które znalazł, wcale nie dotyczy kogoś obcego.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Asher 

    Nie wiem, jak na to zareaguje i czy w ogóle zrozumie, dlaczego do tej pory milczałem. Stoję naprzeciwko niej, a reszta biblioteki na moment jakby przestaje istnieć. Unoszę rękę. Na otwartej dłoni formuje się drobny, błękitny ptak — delikatny, prawie przezroczysty, utkany z czystej mocy. Rozpościera skrzydła i bezszelestnie wzbija się w powietrze, krążąc wokół nas, zanim decyduje się usiąść na krawędzi pobliskiej półki.

    Lili patrzy na niego jak urzeczona.

    — Od dawna to potrafisz? — pyta cicho.

    Przecząco kręcę głową.

    — Od czasu… incydentu z pół-boginką Feniksa.

    Celowo wspominam jego imię. Żeby nie mogła nawet w myślach obarczyć mnie całą winą. Żeby wiedziała, że ta moc nie pojawiła się z mojej ambicji, tylko jako konsekwencja tego, co się wtedy wydarzyło.

    Powoli unosi wzrok i patrzy mi prosto w oczy.

    — I chcesz to oddać?

    — Chcę, żeby Lucas przeżył — odpowiadam twardo, bez wahania. — Nie ważne, jakim kosztem. 

    Zaskakuje mnie. Zamiast irytacji, wyrzutów albo tego charakterystycznego, ostrego spojrzenia, na jej twarzy pojawia się ciepły, prawie promienny uśmiech. 

    — Oczywiście, że chcesz — mówi tak, jakby to była jedyna słuszna, oczywista droga. — W końcu jest twoim przyjacielem.

    — Lucas nie… — zaczynam automatycznie protestować.

    I milknę. Bo ma rację. Zanim ją poznałem, Lucas był moją jedyną prawdziwą rodziną. Jedyną osobą, która znała mnie naprawdę. Jedyną, na której zawsze mogłem polegać. 

    Lili uśmiecha się do mnie, dając mi do zrozumienia, że była tego świadoma na długo przede mną. 

    — Więc spróbujmy — oznajmia niemal radośnie. — Zmieńmy twoją boską moc w duchową i przekażmy ją Vivien. Żeby żadne z nich nie musiało umierać.

    Wyciąga do mnie dłoń. Przyjmuję ją. Przez moją skórę przechodzi przyjemne, znajome ciepło. Takie, które zawsze pojawia się, kiedy mnie dotyka. Nie mam pojęcia, jak wcześniej mogłem bez niej żyć.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien 

    Zanim zdążę cokolwiek dodać, za naszymi plecami odzywa się znajomy głos. Feniks. Wygląda jak kupka nieszczęścia — ramiona ma opuszczone, wzrok unikający mojego, jakby wciąż czekał, aż znowu w niego rzucę książką. Jednak kiedy słyszy, o czym rozmawiamy, nagle prostuje się i odzyskuje rezon.

    — Zapomnij — mówi do Ashera twardo, prawie ostrzegawczo. — To nie jest rozwiązanie. Nie wiadomo, co się wtedy stanie z tobą. Możesz nawet przestać istnieć. A jeżeli coś stanie się z tobą… to wtedy Lili…

    Nie kończy. Nie musi. Patrzę na Ashera. Na jego spokojne oblicze. Na to, jak wyraźnie jest gotów oddać coś, czego nie powinien.

    — Szukamy dalej — mówię stanowczo. — Mamy czas.

    Asher przez chwilę milczy, wpatrując się we mnie. Widzę, że chce zaprotestować. Ma już w głowie ułożony plan i nie podoba mu się, że ktoś go właśnie odrzuca. W końcu jednak lekko kiwa głową.

    — Dobrze — cedzi. — Więc poszukajmy innego rozwiązania.

    Feniks wyraźnie odpręża się odrobinę, choć wciąż stoi tak, jakby spodziewał się, że zaraz znowu na niego krzyknę. Asher wraca wzrokiem do książek, ale czuję, że temat wcale nie jest dla niego zamknięty.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lucas

    Usłyszałem to, czego nie powinienem był słyszeć i nie rozumiem. Dlaczego Asher miałby chcieć poświęcić dla mnie taką moc? Boską moc. Coś, co dopiero niedawno się w nim pojawiło. Po co? Przecież od zawsze jestem nikim. Cieniem. Służącym. Praktycznie niewolnikiem, którego kiedyś uratował, bo uznał, że może mu się przydać. To ja zawdzięczam mu życie. Nie na odwrót. 

    Stoję nieruchomo między regałami, wciąż częściowo schowany w cieniu, i czuję, jak coś nieprzyjemnego zaciska mi się w żołądku. To nie jest zwykłe zaskoczenie. To dezorientacja przemieszana z lękiem. Bo jeśli Asher naprawdę jest gotów oddać za mnie coś tak cennego… to znaczy, że znaczę dla niego więcej, niż kiedykolwiek śmiałem założyć. A na to nie jestem przygotowany.

    Wtedy słyszę jej kroki.

    — Lucas? — Podnoszę wzrok. Lilien stoi kilka kroków ode mnie, głowę ma lekko przekrzywioną, jakby była szczerze zaciekawiona. — Słyszałeś naszą rozmowę? — pyta.

    Niechętnie kiwam głową. Nie ma sensu jej okłamywać. I tak by wiedziała. Przez chwilę przygląda mi się uważniej. Widzi za dużo, jak zawsze.

    — Dlaczego jesteś taki wytrącony z równowagi? — pyta miękko. — Naprawdę myślałeś, że nie obchodzisz Ashera?

    Patrzę na nią i odpowiadam szczerze, bo akurat w tej chwili nie potrafię znaleźć żadnej wygodniejszej wersji.

    — Tak. Byłem tego pewien.

    Lilien uśmiecha się do mnie. Promiennie. Bez ironii. Bez grama litości.

    — Od zawsze należysz do rodziny — mówi spokojnie. — Nie tylko ja tak uważam. To od samego początku zdanie Ashera.

    Czuję jak ściska mi się żołądek. Szok. Ostrożna, prawie bolesna ulga. Strach przed tym, że on naprawdę mnie widzi jako kogoś więcej niż narzędzie. I bardzo ciche, niebezpieczne ciepło, którego od lat nie pozwalałem sobie czuć.

    Stoję w cieniu regałów starej biblioteki, patrząc na dziewczynę, która właśnie podważyła fundament, na którym przez całe życie stałem, i nie mam pojęcia, co mam z tym zrobić.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien 

    Rozmowę z Lucasem przerywa nagle nieprzyjemne uczucie. Magia. Demoniczna. Mroczna. Brudna. Należąca do kogoś wypełnionego negatywnymi emocjami. Czuję ją na skórze, zanim jeszcze zdążę pomyśleć. Natychmiast wybiegam zza regałów, nie oglądając się za siebie. Lucas podąża tuż za mną.

    I wtedy to widzę. Przeklęty portal. Dokładnie taki, jakie kiedyś pojawiały się w Chicago — czarna, wijąca się rana w powietrzu, z której zawsze wylewały się demony. Spodziewam się tego samego, że zaraz coś z niej wypadnie. Zamiast tego portal dosłownie oplata sobą Maela. Czarne, płynne macki magii owijają się wokół jego ciała, wciągają go do środka. Mael pada na kolana. Próbuje się poderwać, ale nie może. Wygląda, jakby nie był w stanie nawet oddychać. Jego oczy szukają mnie przez ułamek sekundy.

    Feniks przeklina. Głośno. Brzydko. Bez żadnej kontroli.

    — Co mu zrobiłeś?! — krzyczę stanowczo. — Przerwij to!

    Portal znika. Razem z Maelem. Na podłodze zostaje tylko puste miejsce i echo brudnej magii. Feniks cofa się o pół kroku, unosząc ręce w obronnym geście.

    — To nie ja — mówi szybko. — To… kontrakt. Złapała chwilę mojej nieuwagi i go wykradła.

    — Kogo masz na myśli? — pytam ostro.

    Feniks niemal wypluwa to słowo.

    — Angelica. Wyraźnie nie próżnuje w piekle.

    Na moment wszystko we mnie stygnie. Potem wraca ze zdwojoną siłą.

    — Napraw to.

    Patrzy na mnie przepraszająco, prawie ostrożnie.

    — Mogę ponownie spalić piekło. Albo tylko samą Angelicę. Ale to będzie zemsta, nie rozwiązanie — wyjaśnia cicho. — Teraz, kiedy go zabrała… nie mogę ponownie przejąć kontraktu.

    Patrzę na niego ze złością, która miesza się już z narastającym strachem.

    — Więc mnie tam zabierz.

    Feniks patrzy na mnie tak, jakby właśnie usłyszał coś absolutnie niemożliwego.

    — Do piekła? Nie ma mowy.

    — Żądam, żebyś mnie tam zabrał — mówię coraz ostrzej, bo z każdą sekundą bardziej boję się o Maela. — Natychmiast!

    Po raz pierwszy odkąd go znam, Feniks otwarcie się mi sprzeciwia. Prostuje się. Jego głos robi się niski, stanowczy i groźny.

    — Nie. Nawet jeżeli mnie za to znienawidzisz.

    Stoimy naprzeciwko siebie w milczącej bibliotece, a między nami po raz pierwszy pojawia się coś, czego do tej pory nigdy tam nie było.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian 

    Boli mnie głowa. Feniks denerwuje się tak mocno, że pulsuje mi za oczami, a każdy oddech smakuje dymem. Przed chwilą istniała tylko ona. Jej złość. Jej spojrzenie. Jej „jest mój” rzucone w stronę Maela. Wszystko inne przestało mieć znaczenie. Straciłem czujność. I Angelica to wykorzystała.

    „Przeklęta, paskudna dziwka z piekła. Idealnie wyczuła moment. A ja… ja myślałem tylko o Lili. O tym, jak na mnie patrzy. O tym, że się gniewa. Jakbym mógł myśleć o czymś innym, kiedy ona jest zła.”

    Portal zniknął, a razem z nim Mael. Lili patrzy na mnie tak, jakbym to ja go sprzedał. Nie zamierzałem jej go zabierać. Nienawidzę go, ale należy do niej. A ja nigdy nie zabrałbym tego, co jest jej. Nigdy. Tylko ona w to nie wierzy. Stoi przede mną i patrzy, jakbym właśnie popsuł coś, czego nie da się naprawić.

    „Powiedz jej. Powiedz, że go nie tknęliśmy. To nie my. Możemy spalić Angelicę żywcem, powoli, tak żeby krzyczała jej imię. Możemy spalić całe piekło, jeśli tylko przestanie tak na nas patrzeć.”

    Żąda, żebym ją tam zabrał. Do piekła. Na samą myśl czuję mrożące do szpiku kości zimno. Odmówiłem. Stanowczo. Ona zamilkła. Patrzy. Czeka, aż się ugnę. Nie ugnę się. Nie tym razem. Nie jeśli chodzi o nią i to miejsce.

    Wtedy pojawia się ona. Obecność, która wypełnia całą bibliotekę. Twarz z gwiazd pod kapturem. Nie w mojej głowie. Tutaj. Fizycznie.

    Czas staje. Wszystko poza nami trojgiem przestaje istnieć. Istota pochyla się lekko w stronę mojej Lili, a ja próbuję wyczuć jej intencje. 

    — Jesteś gotowa, żeby wykonać swoje zadanie?

    Lili sięga do kieszeni. Wyjmuje sakiewkę. Na jej dłoni ląduje delikatny kryształ. I wtedy rozumiem. Ta absurdalna instrukcja z książki. Ta, z której się śmiałem. Ta, która mówiła, jak nas zniszczyć. Ona. Moja Lili. Naprawdę zamierza to zrobić.

    „Nie. Nie, nie, nie. Ona nie może. Ona jest nasza. Nasza. Spalę tę istotę. Spalę tę bibliotekę. Spalę wszystko, tylko nie pozwól jej… nie pozwól jej nas zostawić.”

    Dawny rywal wykorzystał jedyną rzecz, która mogła ją od nas oderwać. Jej złość. Jej poczucie zdrady. I zadziałało. Cholernie skutecznie.

    Lili unosi wzrok. Jej głos jest chłodny. Pusty. Obcy.

    — Tak. Jestem gotowa.

    Rozbija kryształ o kamienną posadzkę. Śmiech istoty rozrywa rzeczywistość. Ogłuszający. Triumfalny. Wszystko się chwieje. Istota znika. Razem z nią. W powietrzu unosi się dudniący echem, triumfalny śmiech. Słychać w nim dziecięcą radość.

    — Widzisz? Nawet twoja ludzka dziewczyna cię nie chce. Co teraz zrobisz? Spalisz ją? A może spalisz ten świat. Jestem ciekawy, stary przyjacielu… jaki będzie twój kolejny ruch.

    Cisza. Feniks w mojej głowie nie krzyczy. Nie przeklina. Nie błaga. Tylko powtarza jedno, w kółko, coraz głośniej, coraz bardziej nierówno.

    „Zabierz ją z powrotem. Zabierz ją. Zabierz ją. Zabierz ją. Zabierz ją z powrotem albo spalimy ten świat, aż zostanie tylko ona.” 

    A ja nie wiem już, gdzie kończy się on, a gdzie zaczynam ja. Wiem tylko jedno. Bez niej nie ma sensu niczego zostawiać w jednym kawałku.

    Po policzku spływa mi coś ciepłego. Łza. Potem druga. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz płakałem. Może nigdy. A może to nie ja. Może to on. Albo obaj naraz. Nie ma już znaczenia.

    Stoję po środku biblioteki, w której czas dopiero co wrócił do normy, i patrzę na puste miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała.

    „Ona… ona nas nie chce.”

    Szept jest cichy. Prawie dziecięcy. I przez to gorszy niż każdy wcześniejszy krzyk.

    „Zrobiła to naprawdę. Rozbiła kryształ. Odeszła. Zostawiła nas. Zostawiła mnie. Po tym wszystkim. Po Imperium, które dla niej spaliłem. Po tym, jak nauczyłem się być człowiekiem tylko po to, żeby mogła mnie kochać. A ona… ona nas nie chce.”

    Pięści zaciskają mi się same. Paznokcie wbijają się w skórę. W ustach czuję metaliczny smak.

    „To przez niego. Przez Maela. Przez tę jedną, cholerną słabość. Gdybyśmy go wtedy wykończyli… gdybyśmy nie słuchali… ona nadal by tu była. Nadal byłaby nasza.”

    Kolejna łza spływa po twarzy i spada na kamienną podłogę. Biblioteka jest zbyt cicha. Zbyt pusta. Zbyt bez niej.

    W głowie słyszę tylko jedno, powtarzane w kółko, coraz wolniej, coraz ciężej zdanie. 

    „Ona nas nie chce. Ona nas nie chce. Ona nas nie chce.”

    Nie mam pojęcia, co teraz zrobić. Wszystko, co umiem — palić, niszczyć, zabierać siłą — nagle wydaje się kompletnie, żałośnie bezużyteczne.

    Note