Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.
    Chapter Index

    Bohaterowie noszą maski

    Lilien

    W Akademii, po niemagicznej stronie, szykuje się bal studencki. Przez chwilę czuję nawet lekką ekscytację. Myśl o sukience, o muzyce, o tym, że mogłabym spędzić wieczór w miarę normalnie, bez kolejnych kłótni i napięć, jest kusząca. Przynajmniej do czasu, aż wszyscy zbieramy się w salonie.

    Asher podchodzi do mnie pierwszy. Ma ten swój spokojny, uważny wyraz twarzy.

    — Lili, Ivory ma ostatnio ciężki okres — mówi cicho. — Martwię się o nią. Więź zniknęła, Feniks jest dla niej prawdziwym… dupkiem. Dlatego zaprosiłem ją na bal, żeby chociaż trochę mogła odetchnąć. Nie masz nic przeciwko, prawda?

    Patrzy na mnie wyczekująco. Z taką autentyczną pewnością, że naprawdę nie będę miała nic przeciwko. Biorę głęboki oddech. Bo… ma rację. Ivory nie ma z kim iść. Cassian na pewno jej nie zaprosi. A ja nie jestem na tyle okrutna, żeby jej tego odmówić.

    Niechętnie kiwam głową.

    — Tak. To dobry pomysł. Dziękuję, że się o nią troszczysz.

    Asher uśmiecha się lekko, zadowolony, i odsuwa się o krok. Chwilę później podchodzi Cassian. Ma ręce w kieszeniach i wyraźnie zniecierpliwiony wyraz twarzy.

    — Mnie w to nie mieszajcie — oznajmia rzeczowo. — Muszę coś załatwić.

    I tyle. Czuję, jak coś we mnie nieprzyjemnie zamarza. Uczucie zawodu jest tak silne i nagłe, że przez moment mam wrażenie, że zaraz się rozpłaczę. Ostatnio zupełnie ich nie poznaję. Ani Ashera. Ani Cassiana. Ani Feniksa. Jakby wszyscy nagle grali w jakąś grę, której zasad nie znam.

    Asher spogląda gdzieś nad moim ramieniem, w głąb pokoju.

    — Mael, a ty?

    Chłopak podchodzi bliżej. Najpierw mierzy Ashera chłodnym, oceniającym wzrokiem, a ja już jestem niemal pewna, że też odmówi. Powie coś ciętego i zostawi mnie z tym samym pustym uczuciem.

    On jednak odwraca się ku mnie.

    — Lili… wystarczę ci ja? — pyta zaskakująco cicho.

    Przez ułamek sekundy nie potrafię wydusić z siebie słowa. Potem odpowiedź wyskakuje ze mnie niemal krzykiem, pełnym nagłej, zawrotnej ulgi.

    — Tak!

    Czuję się lekka, jak piórko. Mael kiwa powoli głową, jakby właśnie podejmował decyzję, której nie zamierza cofnąć.

    — Więc postanowione. Idziemy razem.

    Nie myślę. Po prostu rzucam mu się na szyję i przyciskam do niego całym ciałem, chowając twarz w jego koszulce. Jego ramiona zamykają się wokół mnie stabilnie, pewnie. Trzymam się mocno. Wystarczająco mocno, żeby nie wybuchnąć przy nich płaczem. Bo właśnie zrozumiałam, jak bardzo bałam się, że zostanę z tym wszystkim zupełnie sama.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Daphne

    Plan działa bez zarzutów. Feniks odsunął się od Lilien. Ona również przestała go szukać. Przestała czekać, aż wróci, przestała łapać jego wzrok przez pokój. Wszystko układa się dokładnie tak, jak chcieliśmy. A jednak… coś zaczyna mnie uwierać.

    Feniks przez cały czas zachowuje się jak zimny, niedostępny drań. Nie tylko wobec Ivory. W ogóle. Nie ma w nim już nawet odrobiny tej dawnej, niebezpiecznej czułości, którą kiedyś tak dobrze znałam. Im dłużej na to patrzę, tym mniej jestem pewna, czy naprawdę nadal go chcę.

    Za to Asher… Zamiast pocieszać Lilien, zamiast trzymać ją w ramionach i wykorzystywać jej słabość, systematycznie pcha ją w stronę Maela. Zachowuje się tak, jakby sam również nie był nią szczególnie zainteresowany. Jakby miał kogoś innego w polu widzenia. I muszę przyznać, że podoba mi się to coraz bardziej.

    Tego wieczoru pukanie do drzwi mojego pokoju jest ciche, ale pewne. Otwieram. Na progu stoi Asher z dużym, eleganckim pudełkiem w dłoniach i aksamitnym uśmiechem, który sprawia, że coś w moim brzuchu zbyt przyjemnie się zaciska.

    — Przyniosłem ci sukienkę na jutrzejszy bal — oznajmia.

    Biorę od niego pudło i kładę je na łóżku. Kiedy podnoszę wieko, na moment tracę oddech. Suknia jest oszałamiająca. Złocista, ciężka od zdobień, skrojona tak, jakby ktoś projektował ją specjalnie z myślą o tym, żeby przyciągać spojrzenia. Jestem pewna, że będę się w niej czuła jak królowa.

    — Dziękuję — mówię, a głos mam wyraźnie ściśnięty.

    Asher uśmiecha się z zadowoleniem.

    — Mam dla ciebie coś jeszcze.

    Otwiera drugie, znacznie mniejsze pudełko. Zamieram oniemiała. Na czarnej aksamitnej wyściółce leży naszyjnik. Nie chodzi nawet o to, że jest obłędnie drogi. To starożytna biżuteria. Czuję to od razu — ciężar historii, magię, która została w nią misternie wpleciona. Naszyjnik, który kiedyś należał do królowej Nefretete. Jednej z niewielu kobiet w historii, które naprawdę podziwiałam.

    — Skąd go masz? — pytam szeptem.

    Asher patrzy na mnie pełnymi pasji, chabrowymi oczami.

    — Zobaczyłem go na aukcji i natychmiast pomyślałem o tobie. Po prostu musiałem go dla ciebie kupić. Mam nadzieję, że wybaczysz mi tę słabość.

    Stoję w milczeniu, trzymając pudełko w dłoniach. Jestem zachwycona. Szczerze, do głębi oczarowana. To właśnie w tej chwili nabieram absolutnej pewności, że moja historia z Feniksem skończyła się dawno temu.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Mael

    Wszyscy wyszli przed nami. Lilien do ostatniej chwili miała nadzieję, że pojedziemy na bal razem — całą grupą. Widziałem to po jej twarzy, kiedy kolejne osoby znikały za drzwiami. Wciąż nie mam pojęcia, w co gra Asher. Dlaczego nagle tak ostentacyjnie faworyzuje Ivory. I dlaczego ona sama zmieniła się niemal z dnia na dzień. Czy odrzucenie przez Feniksa naprawdę aż tak mocno nią wstrząsnęło? Wątpię. Coś tu nie gra.

    Wychodzę z pokoju w czarnym, skrojonym na miarę garniturze i zamieram na korytarzu. Lilien stoi przede mną w prostej, ciemnozielonej sukience. Sieciówka. Porządna, ale zwyczajna. Nawet w niej wygląda zjawiskowo — zbyt dobrze jak na coś, co kosztowało równowartość kilku kaw. Mimo to czuję, jak szczęka mi się napina. Jeżeli będzie miała na sobie tę sukienkę, koleżanki z roku z pewnością jej nie odpuszczą, stanie się celem niewybrednych żartów i kpin. 

    — Nie ma mowy, żebyś tak poszła. Przebierz się.

    Ona patrzy na mnie zmieszana, prawie niepewnie.

    — Nie podoba ci się? — pyta cicho. — Dostałam ją od Ashera.

    Mam ochotę zgrzytać zębami. Zamiast tego tylko zaciskam szczękę tak mocno, że boli.

    — Tym bardziej mi się nie podoba — warczę. — Daj mi pięć minut.

    Nie czekam na odpowiedź. Teleportuję się prosto do rezydencji Blackthornów, do pokoju Catherine. Siostra siedzi przy biurku, coś skrzętnie notując. Na mój widok unosi brew z wyraźną irytacją.

    — Hej. Co ty tu robisz?

    — Nie przeszkadzaj sobie — odpowiadam sucho. — Przyszedłem ukraść ci sukienkę.

    Catherine odkłada pióro.

    — Sukienkę?

    — Lilien nie ma w czym pójść na bal w Akademii.

    Jej oczy natychmiast się rozjaśniają.

    — Och. To dzisiaj? I idzie akurat z tobą?

    — Tak. Ze mną.

    Nie dodaję nic więcej. Catherine jednak najwyraźniej nie potrzebuje dodatkowych informacji. Podchodzi do szafy, przesuwa kilka wieszaków i wyjmuje srebrną, mieniącą się suknię. Materiał łapie światło jak płynny księżyc. Suknia jest elegancka, idealnie opinająca sylwetkę, z delikatnym połyskiem.

    — Kupiłam ją impulsywnie, bo była piękna — mówi z lekkim żalem. — Ale mam na nią za szerokie biodra. Na Lilien powinna leżeć idealnie.

    Biorę suknię z jej rąk. Ma rację. Jest idealna.

    Wracam na korytarz. Lili wciąż stoi w tym samym miejscu, teraz już wyraźnie oszołomiona.

    — Przebierz się — mówię, podając jej materiał. I po krótkiej pauzie dodaję zaczepnie — chyba że mam ci pomóc.

    Patrzy na mnie przez dłuższą chwilę. Na tyle długo, że zaczynam żałować własnych słów. Potem jednak kiwa głową.

    — Dobrze. Możesz mi pomóc.

    Piekielnie mnie to zaskakuje, ale nie komentuję. Idę za nią do sypialni. Stoję za jej plecami, kiedy ściągam z niej zieloną sukienkę. Materiał szeleści, opadając na łóżko. Moje palce przez ułamek sekundy muskają nagą skórę jej pleców i z trudem przełykam ślinę. Odwracam wzrok wystarczająco długo, żeby mogła wślizgnąć się w srebrną tkaninę.

    Kiedy się odwracam, na moment tracę wątek. Wygląda zjawiskowo. Podchodzę bliżej, wyciągam z kieszeni mały, ciemny wisiorek na cienkim łańcuszku i zapinam go jej na szyi. Tym razem nie jest kradziony. Od dawna czekałem na okazję, żeby jej go podarować.

    Lilien ogląda się w lustrze i nagle obdarza mnie szerokim, promiennym uśmiechem.

    Na wszystkie demony świata! Powinienem czuć czystą satysfakcję. Powinienem się cieszyć, że jest teraz ze mną, tylko moja. Zamiast tego mam piekielną ochotę z całej siły przyłożyć Asherowi.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Bal jest piękny. Zaskakująco elegancki. Jasne światła odbijają się w kryształach, wszędzie stoją białe kwiaty, a stoły uginają się od luksusowych słodyczy i napojów. Sala pachnie woskiem, perfumami i czymś słodkim. Przez chwilę naprawdę cieszę się, że tu jestem.

    Dopiero teraz uświadamiam sobie, że Mael miał absolutną rację. Tamta zielona, skromna sukienka… zupełnie tu nie pasowała. Srebrna tkanina, którą mam teraz na sobie, układa się miękko przy każdym ruchu i sprawia, że nie czuję się jak ktoś, kto wszedł nie na swoje przyjęcie.

    Rozglądam się po sali. I zamieram. Asher tańczy z Ivory. Ona ma na sobie złocistą, bogato zdobioną suknię, która wygląda, jakby ktoś projektował ją dla imperatorowej. Światła łapią każdy detal materiału, a ona porusza się pewnie, prawie dumnie. Asher trzyma ją w sposób, który znam aż za dobrze — stabilnie, blisko, z ręką pewnie spoczywającą na jej plecach.

    Nagle odwraca głowę. Na ułamek sekundy nasze spojrzenia się spotykają. W jego oczach nie ma ciepła. Nie ma też chłodu. Nie ma nawet tej znajomej, uważnej intensywności, z jaką zwykle na mnie patrzył. Jest tylko obojętność. Czysta, spokojna, zupełnie jakby patrzył na obcą osobę. Zanim zdążę cokolwiek zrobić, jego wzrok wraca do Ivory.

    Mael mocniej ściska moją dłoń.

    — Nie chcesz tu być? — pyta cicho, nachylając się odrobinę.

    Przecząco kręcę głową. Gardło mam ściśnięte.

    — Nie. Zostańmy. Chciałabym znaleźć Sarę i Nathana.

    — Dobrze.

    Czuję, jak policzki zaczynają mi nieprzyjemnie płonąć. Unoszę wolną rękę i wplatam ją pod ramię Maela, przyciskając się bliżej jego boku. Materiał jego garnituru jest chłodny i solidny pod moimi palcami. W tej chwili chcę być jak najbliżej niego. Na tyle blisko, żeby nie musieć patrzeć na złotą suknię i obojętne niebieskie oczy po drugiej stronie sali.

    Mael nie komentuje. Po prostu pozwala mi się trzymać i prowadzi nas głębiej w tłum.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Daphne 

    Patrzę na Lilien wchodzącą do sali i czuję ukłucie zdecydowanego niezadowolenia. Ma na sobie inną sukienkę. Nie tę prostą, zieloną, którą wspólnie z Asherem tak starannie dla niej wybraliśmy. Srebrna tkanina mieni się w świetle żyrandoli, opinając jej sylwetkę w sposób, którego absolutnie nie planowaliśmy. Wygląda zbyt dobrze.

    Przysuwam się bliżej Ashera i mówię tonem, który ma brzmieć lekko i niewinnie.

    — Lilien wygląda prześlicznie w tej srebrnej sukni.

    Asher nawet nie zaszczyca jej dłuższym spojrzeniem. Tylko wzrusza ramionami.

    — Nie zauważyłem.

    — Ciekawe, skąd ją ma… — ciągnę, wciąż próbując.

    On nachyla się do mnie, tak blisko, że czuję jego oddech na skroni.

    — Pewnie jej chłopak jej ją sprezentował — szepcze. — Ale wiesz co? Nikt nie wygląda dzisiaj tak pięknie jak ty.

    Przyjemny dreszcz przebiega mi przez całe ciało. Natychmiast mięknę. Przytulam się do niego bliżej, nie zważając na tłum wokół nas, na spojrzenia, na muzykę. W tej chwili nic z tego nie ma znaczenia.

    — Wyjdziemy się przewietrzyć? — proponuję z nadzieją.

    Asher uśmiecha się tym swoim urokliwym, arystokratycznym uśmiechem.

    — Czego tylko sobie zażyczysz, moja królowo.

    Wychodzimy na szeroki, ładnie ozdobiony taras. Stajemy przy kamiennej balustradzie. Wieczór jest ciepły, pełen świateł i odległej muzyki. Magiczny. Prawie wymarzony. Mam ochotę powiedzieć mu, że Feniks już mnie nie obchodzi. Że to w nim się zakochałam. Teraz to on zajmuje wszystkie moje myśli. Jednak słowa zatrzymują mi się w gardle. Nie jestem pewna, czy powinnam je wypowiedzieć pierwsza. Czy nie powinnam poczekać, aż to on je wypowie.

    Wtedy Asher pochyla się ku mnie. Zamykam oczy. Serce zaczyna mi bić szybciej, a po brzuchu rozlewa się przyjemne, nerwowe drżenie. Czekam na pocałunek.

    Zamiast tego czuję jego usta tuż przy moim uchu.

    — Chcę cię pocałować — szepcze nisko, aksamitnie. — Ale nie będę całował Ivory. Nie gustuję w małych dziewczynkach. Pragnę prawdziwej ciebie.

    Otwieram oczy. Patrzę na niego oszołomiona.

    — Wiedziałeś… — wyduszam z siebie. — Od jak dawna?

    Asher uśmiecha się wolno, pięknie, z nutą czegoś drapieżnego.

    — Od samego początku. Być może nie dysponuję taką mocą jak Feniks, ale moja magia jest całkiem silna. — Przesuwa kciukiem po linii mojej szczęki, lekko, delikatnie. — To jak? Pozwolisz mi się pocałować?

    Stoję na tarasie w złotej sukni, z naszyjnikiem Nefretete na szyi i sercem bijącym jak oszalałe, i po raz pierwszy od wieków czuję się naprawdę wyjątkowa.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Nie! To się nie dzieje. Nie może się dziać. Stoję w drzwiach tarasu i patrzę, jak Asher pochyla się nad Ivory. Jest blisko. Zbyt blisko. Jedna dłoń spoczywa na jej talii, a on nachyla się do jej ucha i coś szepcze. Nawet z tej odległości czuję, jak gęsta i napięta jest między nimi atmosfera. Wygląda… jakby za chwilę miał ją pocałować.

    Chcę do nich podbiec. Chcę krzyknąć, rozdzielić ich, zrobić cokolwiek, żeby to przerwać. Zanim robię choćby krok, od tyłu oplatają mnie silne ramiona. Mael przyciąga mnie gwałtownie do siebie, jedną ręką zamyka mi usta, a drugą wciąga z powrotem w półmrok sali. Próbuję się wyrwać, ale jego uścisk jest stalowy, nierozerwalny.

    — Nie przeszkadzaj im — mówi ostro, tuż przy moim uchu.

    Serce bije mi tak mocno, że prawie nie słyszę własnych myśli. Czemu on mnie powstrzymuje? Czemu nie pozwala mi iść? Czy naprawdę boi się, że zrobię z siebie idiotkę? Urządzę scenę?

    Przymykam oczy. W mojej głowie panuje chaos. Miałam Ashera. Miałam Cassiana. Miałam Maela. Oni się mną dzielili. Może Asher po prostu uznał, że też chce być z kimś jeszcze. Może nie mam do tego prawa. Może…

    Tylko dlaczego to właśnie Asher? I dlaczego to tak piekielnie, niemal fizycznie boli?

    Mael wciąż trzyma mnie mocno. Czuję jego oddech na skórze.

    — Nie wiem, co durnego zaplanował Asher — szepcze nisko, intensywnie. — Ale myślę, że powinnaś mu zaufać.

    Co? Dlaczego on uważa, że to jakiś plan? Czemu brzmi, jakby wiedział więcej niż mówi? I… dlaczego on ufa Asherowi bardziej niż ja?

    Wyrwam się wystarczająco, żeby spojrzeć przez wysoką, przeszkloną ścianę na taras. I wtedy ich widzę. Asher całuje rudowłosą kobietę, ale to nie jest Ivory.

    Nieznajoma ma na sobie zwiewną, niemal eteryczną suknię. Sylwetkę ma bardziej kobiecą, doroślejszą, a w całej jej postawie jest coś starożytnego i pewnego siebie. Gdzie podziała się Ivy? Kim jest ta kobieta? I dlaczego Asher trzyma ją tak, jak zawsze trzymał mnie?

    Czuję, jak po policzkach spływają mi gorące, słone łzy, do których nie powinnam mieć prawa. A jednak płyną.

    Mael odwraca mnie gwałtownie ku sobie. Chwyta mnie za podbródek, unosi moją twarz i bez ostrzeżenia mnie całuje. Mocno. Głęboko. Zaborczo. Jakby chciał mnie przez ten pocałunek zawłaszczyć. Jakby chciał wypalić mi z głowy obraz Ashera pochylającego się nad kimś innym.

    Całuje mnie tak, jakby pragnął, żebym na tę jedną chwilę zapomniała o całym świecie. Pozwalam mu na to, ponieważ w tej sekundzie nie mam pojęcia, co innego miałabym zrobić.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Daphne

    Zachwyt przechodzi w coś jeszcze mocniejszego. Euforia. Absolutna, oślepiająca pewność. Asher jest tym jedynym. Nie jest zwykłym śmiertelnikiem, jest kimś więcej. Kimś, kto potrafił mnie zobaczyć, rozpoznać i wybrać. Jego usta na moich smakują wspaniale, ciepło i pewnie. Chcę go całego. Dla niego gotowa jestem zostać na ziemi, rządzić ludzkim Imperium u jego boku, spalić za sobą wszystko, co było wcześniej.

    Nagle pojawiają się złote płomienie. Owijają się wokół mnie, gęste i gorące, zaciskają się wokół rąk, talii i gardła niczym żywe łańcuchy. Szarpią do tyłu z taką siłą, że tracę równowagę i upadam na kolana. Próbuję sięgnąć po magię, ale wyczuwam jedynie pustkę. Jakby ktoś odciął mi dostęp do własnej mocy. Nie mogę się nawet poruszyć.

    — Asher! — wołam, a głos łamie mi się od paniki.

    On stoi przy balustradzie. Niewzruszony. Patrzy na mnie spokojnie, prawie obojętnie, jak na coś, co właśnie spełniło swoją funkcję.

    Dopiero teraz do mnie dociera. On mnie oszukał. oszukiwał od samego początku. A ja byłam na tyle naiwna, że mu uwierzyłam. Oddałam mu uwagę, ciało, nadzieję. Całą siebie.

    Feniks ląduje na tarasie lekko, niemal leniwie. Złote iskry gasną wokół jego stóp. Uśmiecha się drapieżnie, z wyraźną satysfakcją.

    — No proszę — mruczy rozbawiony. — Jak szybko zmieniasz obiekty westchnień.

    Asher nawet na niego nie patrzy. Kuca przy ciele Ivory, które osunęło się bezwładnie na posadzkę, gdy tylko je opuściłam. Przykłada dwa palce do jej szyi, sprawdza puls.

    — Będzie żyła — stwierdza spokojnie. Potem podnosi głos — Lucas!

    Z cienia wyłania się chłopak. Bez słowa bierze nieprzytomną Ivory na ręce i znika z nią z powrotem w ciemności, jakby nigdy go tu nie było.

    Z trudem unoszę, wciąż spętana złotymi płomieniami. Gardło mam zupełnie suche.

    — Co… co ze mną zrobisz? — pytam Feniksa, a w moim głosie słychać już czysty strach.

    On przechyla lekko głowę, jakby naprawdę się nad tym zastanawiał.

    — Gdyby to zależało tylko ode mnie, spaliłbym cię na popiół za to, że śmiałaś zagrozić Lili. — Robi pauzę i uśmiecha się jeszcze szerzej, bez cienia ciepła. — Ale niestety jestem winny przysługę twojemu ojcu. Więc zapewniam cię tylko o jednym, nie opuścisz swojego pałacu przez najbliższe tysiąc lat.

    Powietrze za nim drży. Unoszę wzrok wyżej i wtedy go widzę. Mój ojciec. Jego obecność przytłacza. Stoi w półmroku, wściekły i jednocześnie wyraźnie przerażony. Przerażony tym, że śmiałam rozgniewać Feniksa. 

    Wciąż klęczę na kamiennym tarasie, spętana złotymi łańcuchami, i nie mam absolutnie żadnej kontroli nad tym, co stanie się dalej.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Asher

    Wzdrygam się mimowolnie. Cieszę się, że już po wszystkim. Koniec. Ta przeklęta pół-boginka mogła unicestwić Lili jednym gestem dłoni. Oczywiście najprostszym rozwiązaniem byłoby zabicie Ivy, tak jak chciał tego Feniks, ale jestem pewien, że Lili nie potrafiłaby sobie tego wybaczyć. 

    Daphne jednak okazała się wyjątkowo przewidywalna. Próżna, głodna uznania, łatwa do pokierowania. Wystarczyło dać jej poczucie, że jest wybierana, podziwiana, ważniejsza od Lilien i sama zrobiła resztę. Opuszczenie ciała Ivory było tylko kwestią właściwego momentu i odpowiedniego nacisku.

    Mam nadzieję, że Mael dobrze odegrał swoją rolę, że ona… Wtedy widzę ją w drzwiach. Jej twarz jest blada, a oczy ogromne, mokre od łez. Mam ochotę przeklinać. Lili, moja Lili płakała. Przeze mnie. 

    Moja mała czarodziejka patrzy na mnie w taki sposób, że coś w mojej klatce piersiowej zaciska się ostro i nieprzyjemnie. Mam ochotę przeklinać. Cicho, brudno i długo. Dlaczego ten przeklęty Blackthorn po prostu jej stąd nie zabrał? Miał jedno zadanie. Jedno. Utrzymać ją z dala, dopóki nie skończymy. Zamiast tego Lili stoi teraz przede mną z czerwonymi oczami i wyrazem twarzy, którego nie chciałem nigdy u niej widzieć.

    Przez moment nie jestem już wcale taki pewien, czy cena nie okazała się zbyt wysoka.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Nareszcie! Kiedy Daphne znika razem ze swoim ojcem, a złote łańcuchy gasną w powietrzu, czuję, że zaraz coś we mnie pęknie, albo wybuchnie. Albo jedno i drugie naraz. Jeśli nie przytulę zaraz Lili, to naprawdę kogoś tu spalę. Prawdopodobnie kilka osób. Dla zasady.

    Feniks nie czeka. Rozdziela się ode mnie pierwszym, gwałtownym ruchem i już jest przy niej. Oplata ją ramionami tak mocno, jakby chciał wtopić się w jej ciało, chowa twarz w jej włosach i mruczy niskum, wibrującym głosem.

    — Kochanie. Tak bardzo za tobą tęskniłem. Nie mogłem wytrzymać tak daleko od ciebie.

    „Wreszcie. Wreszcie możemy ją dotknąć. Gdyby ta rudowłosa jeszcze przez pięć minut tu stała, spaliłbym taras, balustradę i połowę Akademii. Dla rozluźnienia atmosfery.”

    Podchodzę wolniej. Patrzenie w jej zapłakane oczy jest naprawdę, fizycznie bolesne. Czerwone powieki, mokre rzęsy, ten wyraz, którego nigdy nie chciałem na jej twarzy widzieć. Zwłaszcza jeśli mieliśmy z tym cokolwiek wspólnego.

    Zatrzymuję się tuż przed nią.

    — Lili. Kocham cię — mówię cicho, ale bardzo wyraźnie. — Nigdy nie było i nie będzie nic ważniejszego od ciebie. Wiesz o tym, prawda?

    Spuszcza wzrok. Przez chwilę milczy. Kiedy robię jeszcze pół kroku bliżej, wreszcie sięga po mnie — wtula twarz w mój tors, a jej dłonie zaciskają się na materiale koszuli.

    Feniks od razu się ożywia.

    „Widzisz? Wraca. Przychodzi do nas. Do mnie. Do nas. Możemy już nigdy jej nie wypuszczać. Zamkniemy ją w złotej klatce z poduszkami i ciastkami. I Kazanem. I sobą.”

    Nachyla się do jej ucha, wciąż nie wypuszczając jej z ramion.

    — Wątpiłaś we mnie? — szepcze.

    Lili przez moment nie odpowiada. Potem szepcze, bardzo cicho, prawie niesłyszalnie. 

    — Tak… nie… nie wiem. Chyba… wątpiłam w samą siebie.

    Na te słowa w mojej głowie zapada grobowa cisza. A potem Feniks zaczyna się gotować.

    „Wątpiła. W siebie. Bo my ją zostawiliśmy. Bo graliśmy w czyjeś chore gierki. Bo pozwoliłem, żeby Asher i ta pół-boginka doprowadzili ją do tego stanu. Mogę spalić taras? Mogę spalić Ashera? Mogę spalić wszystkich, którzy byli w promieniu kilometra, kiedy ona płakała?”

    Przesuwam dłonią po jej plecach, powoli, uspokajająco, ale w środku czuję dokładnie to samo co on. W tej chwili naprawdę mam ochotę spalić wszystko wokół nas. Żeby już nigdy, przenigdy nie musiała znowu brzmieć aż tak cicho i niepewnie, mówiąc o sobie.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Przez chwilę tak stoimy we trójkę. Cassian trzyma mnie w ramionach, a Feniks przykleił się do mnie jak rzep i wyraźnie nie ma zamiaru puszczać. Wyswabadzam się z ich objęć z ogromnym trudem i dopiero wtedy, kiedy wreszcie robię krok do tyłu, uświadamiam sobie, jak bardzo mi tego brakowało przez ostatni tydzień. Ich ciepła. Ich obecności. Tego poczucia, że jestem czyjaś w sposób, który nie wymaga ciągłego domyślania się.

    Potem patrzę na Ashera. Stoi kilka kroków dalej, ponury, spięty, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała. I nagle wszystko układa mi się w głowie z bolesną, okrutną jasnością.

    Kiedy całował Daphne… nie czułam niczego. Żadnego bólu. Żadnych siniaków. Żadnych mdłości. Więź milczała. On znowu to zrobił. Znowu poświęcił siebie. Z mojego powodu.

    Zdenerwowanie uderza we mnie tak mocno, że zaczynam się trząść. Nie myślę. Po prostu idę w jego stronę pewnym, twardym krokiem i zanim zdążę się powstrzymać, wymierzam mu silny policzek. Dźwięk jest ostry, wyraźny. Asher nie unosi rąk. Nie broni się. Stoi nieruchomo i patrzy na mnie tak, jakby naprawdę spodziewał się, że zaraz usłyszy, że go nienawidzę.

    Oddycham płytko, gwałtownie.

    — Nigdy więcej tego nie rób — warczę.

    Milczy. Podchodzę jeszcze bliżej. Tak blisko, że prawie się dotykamy. Czuję zapach jego wody kolońskiej i ciepła skóry. Moje serce pędzi w dzikim galopie. Potem, ledwo dosłyszalnym szeptem, sama przerażona tym, co zaraz powiem, ale wiedząc, że to prawda, wyduszam z siebie słowa.

    — Wolałabym, żeby Feniks zabił Ivory… niż żebyś ty się poświęcał.

    Oczy Ashera gwałtownie się rozszerzają. W następnej sekundzie jego ramiona zamykają się wokół mnie z taką siłą, jakby bał się, że zaraz zniknę. Przyciąga mnie do siebie mocno, prawie brutalnie, a ja wreszcie przestaję się trzymać. Wtulam twarz w jego elegancką koszulę i wybucham płaczem. Głośnym, brzydkim, niepohamowanym. Pełnym gniewu, rozpaczy i tak ogromnej, duszącej ulgi, że aż boli.

    Trzyma mnie i pozwala mi się rozpaść, a ja po prostu płaczę, kurczowo trzymając się jego koszuli, jakby była jedyną stabilną rzeczą, jaka mi jeszcze została.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Mael

    Cudownie. Po prostu wspaniale. Wszystko wróciło do normy. W ustach czuję paskudny, gorzki posmak, którego nie da się przełknąć. Lili wreszcie przestaje płakać, ale wciąż stoi wtulona w Ashera, a on trzyma ją tak, jakby przez ostatni tydzień naprawdę o nią walczył. Po chwili dziewczyna odsuwa się odrobinę — akurat na tyle, żeby on mógł z powrotem przyciągnąć ją do boku i zrobić kilka kroków.

    Asher spogląda na mnie. Jego twarz jest ponownie idealnie gładką, nieprzeniknioną maskę.

    — Wyczyść pamięć wszystkim świadkom.

    Uśmiecham się krzywo.

    — Oczywiście. Do usług.

    Kilkanaście minut później wsiadamy do samochodu. Staram się być obojętny. Naprawdę się staram. Ale to, jak przez pierwsze minuty mnie ignoruje, boli bardziej, niż powinienem na to pozwalać. Spodziewałem się tego. Wiedziałem, że tak będzie. A mimo to każde jej omijające mnie spojrzenie zostawia po sobie nieprzyjemny, ostry ślad. 

    A potem, ku mojemu zdumieniu, nagle sięga po moją dłoń. Chwyta mnie mocno i zmusza, żebym usiadł dokładnie obok niej, nie pozwalając Feniksowi zająć tego miejsca. Siada między mną a Asherem, wciąż splatając swoje palce z moimi. Jakby to było oczywiste.

    Feniks natychmiast warczy.

    — Kotku, zachowuj się — mówi Lili surowo. — W tym momencie Mael jest tu jedyną osobą, na którą nie jestem dzisiaj wkurzona.

    — Tylko dlatego, że Asher nie wtajemniczył go w swój plan — obrusza się Feniks.

    Nie komentuję. Tylko lekko zaciskam palce na jej dłoni.

    Wysiadamy na podziemnym parkingu i wjeżdżamy windą na samą górę. Lili przez cały czas nie puszcza mojej ręki. To zadziwiająco przyjemne uczucie. Stabilne. Ciche. Nieproszone. W salonie siadamy na kanapie, bo najwyraźniej nie ma zamiaru jeszcze kończyć rozmowy. Wtula się w Ashera, a potem spokojnie kładzie nogi na moich udach, jakby zawsze tak robiła. Jedną ręką sięga do Feniksa, który bez słowa siada u jej stóp, i zaczyna powoli przeczesywać mu włosy palcami.

    — Nie kłóciliście się naprawdę? — pyta z nadzieją. — Nawet nie wiesz, jak się bałam, kiedy próbowałeś podpalić Ashera.

    — To była tylko gra — odpowiada Cassian. — Ale muszę przyznać, że Asher naprawdę starał się wkurzyć Feniksa.

    Feniks unosi głowę i najpierw patrzy na Ashera, potem na nią.

    — Nigdy nie ośmieliłbym się spalić go naprawdę — oznajmia zaskakująco poważnie. Chwilę później wstaje i z teatralnym gestem pada przed nimi na jedno kolano. — Jesteście moim królem i królową. Słucham każdego waszego rozkazu.

    Lili śmieje się cicho. To najpiękniejszy dźwięk na świecie.

    — Kotku, przestań.

    Feniks wzdycha przesadnie i po prostu siada z powrotem u jej stóp. Ona wraca do głaskania go po włosach, a ja patrzę na Ashera zupełnie inaczej niż jeszcze godzinę temu. Nie wiem, co dokładnie zrobił i jak to zagrał, ale sprawił, że starożytny, pyszny, niebezpieczny byt taki jak Feniks naprawdę jest gotów klęczeć na każde jego skinienie.

    Powoli przesuwam dłoń po jej udzie. Nikt nie rzuca mi wkurzonego spojrzenia. Nikt nie warczy. Nikt nie odsuwa mojej ręki. Lili odwraca lekko głowę i uśmiecha się do mnie. Ślicznie. Spokojnie. Jakby wszystko to — Asher przy jej boku, Feniks u jej stóp i ja z ręką na jej nodze — było w tej chwili zupełnie naturalne. A ja kompletnie zgubiłem sens całej tej sytuacji. I wcale nie jestem pewien, czy w ogóle chcę go z powrotem odnajdywać.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Siedzimy w salonie w dziwnej, gęstej ciszy, która zostaje po burzy. Asher ma ramię za moimi plecami, Mael wciąż trzyma dłoń na moim udzie, a Feniks siedzi u moich stóp, oparty o kanapę jak wielki, zadowolony, ale wciąż czujny kot. Dopiero teraz, kiedy adrenalina powoli opada, zaczynam układać sobie w głowie wszystkie elementy tej układanki.

    — Nie rozumiem — odzywam się cicho, patrząc na Ashera. — Skoro chciałeś ją sobą zauroczyć… to dlaczego to Mael się mną opiekował? Dlaczego nie Cassian?

    Zanim Asher zdąży odpowiedzieć, odzywa się Mael. Głos ma spokojny, rzeczowy, prawie obojętny.

    — To proste. Obecność Feniksa u twojego boku by ją wkurzała. A tak widziała czarno na białym, że Feniks nie interesuje się nie tylko nią… ale również tobą.

    Cassian, który w pewnym momencie zsunął się z kanapy i usiadł na podłodze obok Feniksa, opierając się plecami o jej brzeg, parska cicho.

    — Najgorszy plan w życiu — przyznaje. — Feniks codziennie coraz bardziej wariował. Kojarzysz ten wybuch wulkanu z wiadomości? Wybuchnął, kiedy całowałaś się z Maelem, a on nie mógł przyjść tego przerwać. — Odwraca głowę w stronę Ashera. — A ty przypadkiem nie posunąłeś się za daleko? Szczególnie z tą sukienką…

    Asher tylko wzrusza ramionami. Jego dłoń powoli przeczesuje moje włosy.

    — Zaufałem w tej kwestii Maelowi. I mnie nie zawiódł.

    Feniks unosi głowę i patrzy na nas wszystkich z wyraźną, dramatyczną urazą.

    — Widzicie? Trzeba było po prostu spalić pisklaka. Oczywiście dla wyższej sprawy — dodaje z cierpiętniczym westchnieniem.

    Nie potrafię powstrzymać lekkiego uśmiechu. Dopiero teraz zauważam, że Cassian siedzi wystarczająco blisko, żebym mogła do niego dosięgnąć. Wyciągam rękę i tym razem to jego włosy przeczesuję palcami, powoli, delikatnie. Odwraca twarz ku mnie i uśmiecha się. Łagodnie. Prawie sennie. Jakby wreszcie, po wielu dniach, mógł przestać być w pełnej gotowości.

    Przez chwilę po prostu tak siedzimy. Wszystko, co działo się przez ostatni tydzień — kłótnie, dystans, złota suknia, taras, łzy — wydaje się teraz jednocześnie bardzo bliskie i już zupełnie odległe. Mam nadzieję, że nigdy nie wróci.

    A jednak, kiedy spoglądam na Maela, na jego spokojny profil i dłoń, która wciąż spoczywa na mnie jak coś oczywistego, czuję coś jeszcze. Gdyby nie jego obecność… nie jestem pewna, co właściwie stałoby się ze mną.

    Note