Rozdział 11 – Bohaterowie noszą maski III
by Vicky
Ivory
Budzę się w szpitalu. Na początku jest tylko biały sufit i głuchy ból gdzieś z tyłu głowy. Potem wszystko wraca naraz — złota suknia, taras, Asher, głos w mojej głowie, to, co robiłam, co mówiłam, jak się zachowywałam. Czuję, że zaraz umrę z zażenowania.
Z cienia przy oknie wyłania się Lucas. Siada na krześle obok łóżka tak cicho, jakby zawsze tam był. Patrzy na mnie spokojnie, bez oceniania.
— Lekarze mówią, że nic ci nie będzie — mówi łagodnie.
Siadam powoli, a ciało odzywa się cichym jękiem protestu.
— Po tym, co się stało… — szepczę — jak ja mam im w ogóle spojrzeć w oczy?
Lucas pochyla się trochę bliżej. W jego głosie jest wyraźna troska.
— Myślę, że nikt nie będzie cię winił.
Łatwo mu mówić. Lilien… Jak Daphne mogła chcieć ją skrzywdzić? A to, co robiłam z Asherem… Na samo wspomnienie robi mi się gorąco ze wstydu. Do tego straciłam Kierana i Erica. Nigdy ich nie kochałam, nie w ten sposób, ale i tak jest mi przykro. Zostali po prostu… odcięci. A ja znowu nie mam nikogo. Znowu jestem sama.
Czy przyjaciele naprawdę mi wybaczą?
Lucas delikatnie przesuwa dłonią po moich włosach. Dokładnie tak, jak robił to kiedyś, kiedy byliśmy dziećmi. Powoli, uspokajająco, bez zbędnych słów. Jak zawsze to właśnie on się mną opiekuje. A ja… jestem beznadziejną przyjaciółką, która przez cały ten czas myślała wyłącznie o sobie.
Nagle widzę wyraźnie to, co do tej pory siedziało głęboko ukryte. Tak, zakochałam się w Feniksie. Naprawdę. Przy nim czułam się wyjątkowa, zauważona, ważna. Od zawsze byłam też trochę zauroczona Asherem. Ale… To przecież przy Lucasie od kiedy go poznałam, czułam się najlepiej. Najbezpieczniej. Najbardziej sobą. I dopiero teraz, leżąc w szpitalnym łóżku z jego dłonią we włosach, zaczynam to w ogóle zauważać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Asher siedzi naprzeciwko mnie, z laptopem otwartym na stoliku między nami. Ekran wypełniają wykresy, umowy, struktury holdingów i ciąg liczb, które dla kogoś mniej obeznanego wyglądałyby jak abstrakcyjna sztuka. Dla mnie wyglądają jak starannie skonstruowana sieć.
Asher i Ian rozwinęli swoje imperium daleko poza Stany. Inwestycje sięgają już praktycznie całego świata — zarówno tego magicznego, jak i zwyczajnego. Majątek Everhartów został pomnożony dziesiątki razy. Precyzyjnie. Systematycznie. Bez zbędnego szumu.
Przesuwam wzrok po dokumentach, nie komentując.
— Dlaczego chcesz mnie w to wciągnąć? — pytam w końcu. — Nie boisz się, że dla zabawy doprowadzę cię do bankructwa?
Asher śmieje się cicho. Krótko, prawie rozbawiony.
— Nie mnie. Lili. Większość rzeczy jest zapisana na Lili albo na jej braci.
Unoszę powoli wzrok znad ekranu. To zmienia postać rzeczy.
Przez chwilę przyglądam się liczbom z zupełnie nowym zainteresowaniem. Jeśli większość struktury jest powiązana z nią… to nie jest już tylko cudza gra. To coś, w co warto się wbić. Coś, co można obserwować, testować, a w razie potrzeby delikatnie przechylić w interesującą stronę.
Uśmiecham się lekko, ledwo zauważalnie.
— W takim razie… — mówię spokojnie — może to faktycznie będzie ciekawa zabawa.
Asher odchyla się na krześle, wyraźnie zadowolony z odpowiedzi. A ja już zaczynam układać w głowie pierwsze możliwe ruchy.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Podchodzę powoli i siadam na kanapie obok Maela. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, postanawiam sobie, że nie będę go więcej trzymała na dystans. Dalej jestem na niego zirytowana za to, co robił wcześniej, ale kiedy go naprawdę poznałam, zaczynam go widzieć w nieco innym świetle.
Przysuwam się i oplatam dłońmi jego rękę. Kładę głowę na jego ramieniu, a on po prostu siedzi obok, nie ruszając się z miejsca. Mael nie jest jak Cassian, a w szczególności Feniks, który gdybym mu pozwoliła, to chodziłby bez przerwy do mnie przyklejony. Nie jest wiecznie zaborczy, nie szuka mnie bez przerwy dłońmi, najczęściej czeka, aż to ja przyjdę do niego. Jednak za każdym razem, kiedy go dotykam, kiedy się do niego przytulam, czuję, jak się rozluźnia, jakby naprawdę tego potrzebował. Jakby… naprawdę tego nigdy wcześniej nie miał, a to sprawia, że tym bardziej chcę być blisko niego.
Przesuwam kciukiem po zewnętrznej stronie jego dłoni, powoli, prawie nieświadomie. Jego skóra jest chłodniejsza od mojej. Na początku niemal wcale nie reaguje — tylko oddycha równo, stabilnie, jakby bał się, że jakikolwiek gwałtowniejszy ruch mnie spłoszy. Dopiero po dłuższej chwili jego palce delikatnie zaciskają się na moich. Nie mocno. Nie zaborczo. Raczej… ostrożnie. Jakby sprawdzał, czy nadal mu wolno.
Zamykam na moment oczy. W salonie jest cicho. Gdzieś w tle słychać tylko przytłumione odgłosy domu — dalekie kroki, szelest czegoś na dachu, spokojny oddech Kazana zwiniętego na dywanie. Nic nie wymaga ode mnie decyzji. Nic nie ciągnie w kilka stron naraz. Jest tylko twardość jego ramienia pod moim policzkiem i fakt, że nie muszę się zastanawiać, czy powinnam się odsunąć. Zostaję. A on pozwala mi zostać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Siedzę w nowym, cudownym ogrodzie na dachu, który Feniks wykreował specjalnie dla mnie. Powietrze pachnie ciepłem, wanilią i orientem, a wokół mnie miękko świecą kwiaty wyglądające jak miniaturowe gwiazdy. Na kolanach mam książkę — tę samą, starożytną, z jego prawdziwą historią. Tym razem na końcu pojawiło się kilka dodatkowych rozdziałów. Czytam chciwie, strona po stronie. Historia jest mroczna, okrutna, gorsza od oryginalnych baśni braci Grimm czy Andersena. Pełna ognia, krwi i rzeczy, przez które powinny przechodzić ciarki po plecach. A jednak… kiedy czytam o nim, nie boję się.
To był mój Feniks. I jednocześnie teraz jest zupełnie inny. Naprawdę nauczył się, jak być człowiekiem. A Cassian, mimo że pamięta wszystko, wciąż pozostaje sobą. Ciepły. Uparcie ludzki. Wątpiący w siebie.
Przewracam kolejną stronę i zamieram. Słowa na pergaminie są wyraźne, precyzyjne, napisane zimnym, starożytnym językiem. Instrukcja. Dokładna. Jak zniszczyć Feniksa.
Przypominam sobie spotkanie z Istotą i zimny dreszcz przechodzi mi przez całe ciało. Wiem natychmiast, z absolutną pewnością, że zrobię wszystko — absolutnie wszystko — żeby nigdy do tego nie dopuścić.
Dopiero po chwili orientuję się, że nie jestem sama. Nade mną stoi Mael. Wpatruje się w otwarte strony książki. Wiem, że zdążył przeczytać. Jestem pewna, że zrozumiał. Gwałtownie zatrzaskuję wolumin, aż kartki uderzają o siebie ze złowieszczym dźwiękiem.
— To… — szepczę, nie kończąc.
Mael patrzy na mnie długo, przeciągle, bez pośpiechu.
— Masz mnie za głupca? — pyta spokojnie. — Tak, nienawidzę go. Ale nigdy nie pozwalam, żeby zaślepiły mnie osobiste powody. Gdyby coś się stało… coś naprawdę groźnego… wiem, że tylko Feniks potrafi cię ochronić. A to oznacza, że ja również nie chcę, żeby zniknął.
Patrzę na niego lekko oszołomiona. Przez chwilę nie potrafię wydusić z siebie ani słowa. Potem powoli wstaję z kanapy i bez wahania oplataм go ramionami w pasie. Przytulam się mocno, stanowczo, chowając twarz w jego koszulce. On przez pierwsze sekundy stoi sztywno, niemal zaskoczony. Dopiero po chwili jego ręce również się zamykają wokół mnie — ostrożnie, ale pewnie.
Stoję tak, wtulona w niego wśród kwiatów stworzonych przez Feniksa, i po raz kolejny tego dnia zadaję sobie ciche, nieco niedowierzające pytanie — czy naprawdę aż tak bardzo wszystko się ostatnio zmieniło?
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Lilien siedzi naprzeciwko mnie na kanapie, z księgą otwartą na kolanach. Palcem prowadzi mnie po starożytnych znakach, tłumacząc spokojnie, ale z wyraźnym napięciem w głosie, co dokładnie oznaczają. Instrukcja jest precyzyjna. Zbyt precyzyjna. Ktoś naprawdę chciał, żeby dało się ją wykonać.
Kiedy kończy, przez chwilę milczę, przesuwając w głowie kolejne możliwości.
— Czemu po prostu go nie zapytasz, czy to prawda? — mówię w końcu.
Lilien unosi na mnie wzrok. Przez ułamek sekundy widać w nim wahanie.
— Boję się, że wpadnie na coś durnego…
Uśmiecham się lekko, prawie mimo woli.
— Też fakt.
Przesuwam wzrok z powrotem na stronę księgi. Znaki wciąż lekko pulsują magią, jakby same w sobie były żywe. Nie podoba mi się to. Ani to, że taka wiedza w ogóle istnieje, ani to, że ktoś uznał za stosowne podsunąć ją właśnie jej.
— W takim razie niech zostanie to między nami — stwierdzam spokojnie. — Nie mówimy Feniksowi. Nie mówimy Cassianowi. I przede wszystkim nie pozwalamy, żeby ta księga znowu otworzyła się przypadkiem przy kimś, kto mógłby uznać to za ciekawy eksperyment.
Lili powoli zamyka książkę. Jej palce na okładce są odrobinę zbyt mocno zaciśnięte.
Patrzę na nią przez chwilę dłużej.
— Jeśli kiedykolwiek ktoś spróbuje tego użyć… — dodaję ciszej — nie dojdzie nawet do pierwszego kroku. To ci gwarantuję.
Ona kiwa głową, ale w oczach wciąż ma ten sam niepokój, a ja już zaczynam zastanawiać się, kto jeszcze mógłby wiedzieć o istnieniu tych informacji.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Robi się coraz cieplej. Zbliża się koniec roku. Siedzimy z Sarą przy basenie, impreza studencka po niemagicznej stronie trwa w najlepsze, a ja kulę się na leżaku, chowając twarz w ręczniku z czystego, głębokiego, egzystencjalnego zażenowania.
Asher. Mael. Cassian. Feniks. Cała czwórka. Na basenie. Po niemagicznej stronie. W samych kąpielówkach. Bez koszulek. Bez niczego, co mogłoby choć odrobinę zasłonić tatuaże z moim imieniem — wszystkie w dokładnie tym samym miejscu, na ramieniu, wyraźne, ozdobne i absolutnie niemożliwe do przeoczenia.
Najpierw nastała cisza. Potem pojawiły się oniemiałe spojrzenia. A chwilę później — szepty i niedowierzające śmiechy. Mój prywatny reverse harem właśnie ujrzał światło dzienne. Publicznie. Przy basenie. Na imprezie pożegnalnej. No pięknie.
Najgorzej, że nawet nie potrafię temu zaprzeczyć. Bo to po prostu… prawda. Mam ochotę zapaść się pod ziemię, a najlepiej jeszcze głębiej, gdzieś na poziom, gdzie nie sięgają już ani magia, ani studenckie plotki.
Sara odciąga ręcznik z mojej twarzy i śmieje się w sposób wyjątkowo wredny jak na kogoś, kto powinien mnie wspierać.
— To się wpakowałaś.
— Mogłam tu nie przychodzić — jęczę w ręcznik, który znowu próbuję sobie narzucić na głowę.
— Trójka z twoich chłopaków kończy w tym roku studia — przypomina mi bezwzględnie. — Jak mogłabyś odmówić pójścia na ich imprezę pożegnalną?
Jęczę ponownie, jeszcze ciszej i bardziej żałośnie. Sara znowu się śmieje. Też mi przyjaciółka.
Oczywiście to właśnie Cassian i Feniks stają się głównym celem zainteresowania. Asher leży na leżaku z zamkniętymi oczami, wyglądając, jakby mentalnie przebywał w zupełnie innym miejscu. Mael opiera się o brzeg basenu z napojem w dłoni i tak chłodnym wyrazem twarzy, że większość dziewczyn nawet nie próbuje podejść. Mądra decyzja.
Za to reszta… Słyszę wszystko. Idealnie. Wyraźnie. Bez żadnej szansy na ucieczkę.
— Hej, Cassian… — odzywa się któraś odważniejsza, z uśmiechem, który ma być uwodzicielski. — Skoro kończysz studia, to może wreszcie znajdzie się wolne miejsce w twoim terminarzu? Na przykład na mnie.
Cassian nawet nie udaje, że musi się zastanowić.
— Nie. Terminarz zajęty. Na stałe.
— Na stałe? — dziewczyna śmieje się, jakby myślała, że żartuje. — Przez kogo?
Feniks, siedzący na brzegu basenu z nogami w wodzie, odwraca się do niej z szerokim, złotym uśmiechem.
— Przez nią — wskazuje kciukiem w stronę mojego leżaka, na którym właśnie próbuję zniknąć pod ręcznikiem. — Lilien. Zapamiętaj to imię. Przyda ci się, jakbyś kiedyś miała głupią potrzebę podejść za blisko.
Kilka osób chichocze. Dziewczyna nie poddaje się od razu.
— No ale… tatuaże macie wszyscy. To taki… żart między wami?
Feniks spogląda na nią jak na kogoś, kto właśnie zapytał, czy ogień jest czasem mokry.
— Żart? — powtarza powoli, a jego oczy zaczynają płonąć.
— Naprawdę nie musicie próbować — Cassian dodaje łagodniej, ale równie stanowczo. — Jesteśmy zajęci. Bardzo, bardzo zajęci.
— No ale przecież jedna dziewczyna… — zaczyna ktoś inny.
— Jedna dziewczyna — ucina Feniks pogodniejąc — wystarczy, żeby czterech facetów miało pełne ręce roboty. A ja w razie potrzeby potrafię być szczególnie… intensywny.
Sara obok mnie trzęsie się ze śmiechu, wtulając twarz w dłoń. Ja w tym czasie poważnie rozważam, czy da się wezwać jakąś lokalną anomalię przestrzenną, która po prostu mnie stąd zabierze.
— On nie żartuje — dopowiada Cassian, a w jego głosie słychać rozbawienie. — Naprawdę nie żartuje.
— Nigdy nie żartuję, jeśli chodzi o nią — potwierdza Feniks i zadowolony sięga po napój.
Chowam twarz jeszcze głębiej w ręcznik. Sara odchyla go wystarczająco, żeby spojrzeć mi w oczy. Uśmiecha się szeroko, bezlitośnie i z ogromną satysfakcją.
— No i jak? Fajna impreza pożegnalna?
— Nienawidzę cię — mamroczę w materiał.
— Kłamiesz — odpowiada zadowolona. — Ale rozumiem. Ja też bym się wstydziła, gdyby mój prywatny harem tak publicznie i z taką dumą informował połowę uniwersytetu, że jestem ich własnością.
Z basenu dobiega kolejny śmiech.
— Ma ktoś jeszcze pytania? — słyszę rozbawiony głos Feniksa — Bo mogę narysować schemat. Ze strzałkami.
Naprawdę. Mogłam zostać w domu.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Zakończenie roku pachnie świeżo skoszonym trawnikiem, nowymi ubraniami i czymś, co dopiero za kilka lat nazwie się nostalgią. Asher, Cassian i Mael stoją wśród absolwentów. Dyplomy, uściski dłoni, oficjalne uśmiechy. Wszystko wygląda tak, jak powinno. Prawie.
Obserwuję rodziców Cassiana. Jego mama wygląda, jakby mogła w tej chwili rozdać połowę swojego szczęścia całemu kampusowi i wciąż by jej zostało. Jedną ręką obejmuje syna, drugą — zupełnie naturalnie — Feniksa. Głaszcze go po ramieniu, mówi coś z miękkim uśmiechem, a on pozwala na to z miną kogoś, kto jest jednocześnie rozbawiony i dziwnie dumny. Jakby dostał oficjalne zatwierdzenie statusu „syna, którego nikt się nie spodziewał, a jednak został i go kochamy”.
Stoję między Ianem a Ettiem. Mały uparcie trzyma mnie za rękę, jakby bał się, że jeśli puści, to ktoś mnie stąd zabierze. Ian z kolei ma tę swoją typową, spokojną minę starszego brata, który już wszystko ogarnął i teraz tylko pilnuje, żeby reszta rodziny nie zrobiła niczego zbyt dramatycznego. Nieopodal stoi również wuj Ashera. Imperator incognito, po niemagicznej stronie świata. Wyraźnie dumny, ale wciąż bezskutecznie próbujący przekonać bratanka do objęcia tronu Imperium.
Kiedy Asher schodzi ze sceny, moi bracia rzucają się do niego z entuzjazmem, którego nie da się powstrzymać. Ethan wyciąga starannie przygotowany prezent — coś, nad czym ewidentnie pracował dłużej niż nad niejednym projektem szkolnym.
— To dla ciebie — oznajmia uroczyście. — Ty i Feniks jesteście fajniejsi od Iana.
Ian unosi brew.
— Przepraszam bardzo?
— No bo ty jesteś zbyt dorosły — tłumaczy Ethan z całkowitą powagą. — A oni jeszcze potrafią być spoko.
Feniks, który właśnie podchodzi, wygląda na szczerze usatysfakcjonowanego tą oceną. Asher tylko kręci głową, ale w kąciku ust ma uśmiech.
A potem mój wzrok ląduje na Maelu. Stoi kilka metrów dalej. Sam. Nie ma nikogo, kto czekałby z kwiatami, kto poprawiałby mu marynarkę albo robił zdjęcia. W normalnej sytuacji pewnie byliby tu jego rodzice. Teraz jest tylko on — wyprostowany, opanowany, z dyplomem w dłoni i tym samym lodowatym wyrazem twarzy, który zna już pół Akademii. Jakby to wszystko dotyczyło kogoś innego.
Podchodzę powoli. Zatrzymuję się obok Maela i bez komentarza wsuwam swoją dłoń w jego rękę. Jego palce przez ułamek sekundy pozostają sztywne, po czym zamykają się wokół moich.
Uśmiecham się do niego lekko.
— Gratuluję ukończenia studiów po niemagicznej stronie. Jakie to uczucie nie zająć pierwszego miejsca?
Właściwie to zajął, ex aequo z Asherem. Obydwaj zdali egzaminy na sto procent, ale dzięki porządkowi alfabetycznemu, to Ash widniał na pierwszy miejscu. Mael miał pecha, że literka A jest w alfabecie przed B.
Wzrusza ramionami. Krótko. Obojętnie. Ale ja już nauczyłam się wyłapywać te drobne sygnały — to, jak jego kciuk ledwo zauważalnie przesuwa się po mojej dłoni, jak napięcie w ramionach odrobinę opada, jak przysuwa się o krok bliżej. Wie, że podeszłam. Rozumie, że zauważyłam. I — choć nigdy tego nie przyzna — jest z tego zadowolony.
Stoimy tak przez chwilę w letnim świetle, wśród gratulacji, śmiechu i rodzin, które potrafią być głośne i oczywiste. A ja myślę, że niektóre rzeczy nie potrzebują wielkich gestów. Czasem wystarczy po prostu podejść.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Instytut badawczy. Dział biotechnologii.
Zaczynam wakacyjne praktyki razem z kilkoma innymi studentami z różnych uniwersytetów z całych Stanów. Budynek jest ogromny, sterylny i pachnie środkami dezynfekującymi wymieszanymi z czymś, co podejrzanie przypomina drogi płyn do płukania ust.
Przy wejściu do szatni podchodzi do mnie dziewczyna o jasnych, prawie platynowych włosach spiętych w niedbały koczek i dużych, niebieskich oczach. Obok niej stoi druga — niższa, z ciemnymi lokami i piegami rozsianymi na nosie.
— Hej! — odzywa się ta jaśniejsza z wyraźnym podekscytowaniem. — Jestem Vivien, a to Annie.
Annie uśmiecha się szeroko i kiwa głową tak energicznie, że loki podskakują jej na ramionach. Uśmiecham się grzecznie.
— Cześć. Jestem Lili. Miło mi was poznać.
Obie wyglądają na szczerze zadowolone z faktu, że kogoś złapały do rozmowy, zanim jeszcze na dobre zaczęły się praktyki.
Pracownik naszego wydziału oprowadza nas po budynku. Zwiedzamy laboratoria, chłodnie pełne probówek i przyszłe stanowiska pracy. Dowiadujemy się o projektach, których nazw nawet nie potrafię powtórzyć za pierwszym razem. Wszystko brzmi imponująco, kosztownie i trochę jak science fiction.
W końcu zostawia nas pod opieką stałych pracowników działu, do którego nas przydzielono. Na razie mamy tylko obserwować. W praktyce oznacza to, że stoimy z boku, a one bardziej plotkują, niż pracują.
— Widziałaś tego nowego inspektora działu biotechnologii? — pyta jedna z kobiet, opierając się o blat. — Niezłe z niego ciacho.
— Wygląda jak marmurowy posąg — dodaje druga z rozmarzeniem. — Ciekawe, czy przy bliższym poznaniu też jest taki chłodny, jeżeli wiesz, co mam na myśli.
Mruga znacząco. Obie się śmieją.
Annie nagle wciąga gwałtownie powietrze.
— O kurczę… ale ciacho — szepcze.
Mój wzrok podąża za jej spojrzeniem w stronę wejścia. Mael. Stoi w białym fartuchu laboratoryjnym, z identyfikatorem przypiętym do kieszeni, wyglądając jakby od zawsze tu pracował. Co on, do cholery, tutaj robi?
Kiedy wychodzi na korytarz, odwracam się do dziewczyn.
— Muszę skorzystać z toalety — kłamię gładko i ruszam za nim, niepewna, czy bardziej mnie to irytuje, czy po prostu jestem ciekawa. Mieli się nie wtrącać do moich praktyk.
Doganiam go na klatce schodowej. Idzie spokojnie, jakby spodziewał się, że przyjdę.
— Dobra. Chcę to usłyszeć. Wszystko — odzywam się dopiero, kiedy drzwi się za nami zamykają.
Mael uśmiecha się do mnie z przekąsem.
— Dostałem tu pracę. To wszystko.
— Akurat wtedy, kiedy ja zaczęłam tu praktyki? — pytam, nie kryjąc irytacji.
— To główny powód, dla którego chciałem tu być — odpowiada spokojnie. — Nie zamierzam ci przeszkadzać. Jestem… na wszelki wypadek.
Przewracam oczami.
— Czy jest coś jeszcze, o czym powinnam wiedzieć?
Mael udaje, że się zastanawia.
— Pomyślmy…
Wyjmuje telefon, przez chwilę coś przeszukuje, a potem pokazuje mi ekran. Portal informacyjny. Nagłówek jest duży, pogrubiony. Ian Everhart wykupił Instytut Badawczy, twierdząc, że inwestuje w przyszłość ludzkości. Newsy zaczęły się pojawiać dzień po tym, jak dostałam się na praktyki. Cóż za wspaniały zbieg okoliczności.
— Cholera — cedzę. — Czy wy wszyscy jesteście nienormalni? Czy ta firma zawsze należała do Iana?
Mael śmieje się cicho, wyraźnie rozbawiony.
— Nie. Kupił ją, jak się dowiedział, gdzie będziesz miała praktyki. — Potwierdza dokładnie to, czego się bałam. — Pomyśl tylko. Twój brat jest właścicielem, twój chłopak CEO… wszyscy będą ci nadskakiwać.
Zatrzymuję się w pół kroku.
— Nie ma nawet takiej opcji — mruczę niezadowolona. I dopiero po sekundzie dociera do mnie reszta. — Co masz na myśli?
— Asher.
Patrzę na niego z niedowierzaniem.
— Nie… nie zrobił tego…
Mael wzrusza ramionami, ale w oczach ma ten swój spokojny, pewny siebie błysk.
— Wiesz, że nie zostawimy cię tu samej, prawda? Zbyt dużo się ostatnio działo. Powinnaś się już przyzwyczaić, że któryś z nas zawsze będzie przy tobie.
Wzdycham ciężko i opieram się barkiem o chłodną ścianę klatki schodowej.
— Nie przeszkadza mi to — przyznaję w końcu. — Przynajmniej dopóki nikt nie będzie się wtrącał.
Mael uśmiecha się trochę szerzej. Wygląda na to, że właśnie straciłam wszelkie szanse na normalne, anonimowe praktyki.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Zaskoczona widzę, że to Cassian czeka na mnie przed budynkiem. Jest elegancko ubrany i ma ze sobą bukiet kwiatów. Moje ulubione frezje poprzetykane z białymi różami. Podbiegam do niego radośnie i na powitanie oplatam ramionami jego szyję, a on przytula mnie do siebie łagodnie.
Jest elegancko ubrany — ciemne spodnie, dopasowana koszula z lekko podwiniętymi rękawami. Kwiaty, które trzyma pachną delikatnie i świeżo, dokładnie tak, jak lubię.
— Obiecuję, że nie będę pilnował każdego twojego kroku — szepcze mi prosto do ucha. — Ale też chciałem mieć cię trochę dla siebie.
Odchylam się odrobinę, żeby spojrzeć mu w oczy, i unoszę brew z wyraźną podejrzliwością.
— A tak naprawdę nie znalazłeś tam miejsca dla siebie?
Cassian krzywi się lekko, jakby właśnie przypomniał sobie coś irytującego.
— Feniks koniecznie chciał pracować w ochronie — mruczy. — Ale Asher go powstrzymał. Powiedział, że nie chcesz być w centrum zamieszania, a on zawsze przyciąga uwagę.
No tak. Oczywiście, że chciał.
Odwracam się w stronę dziewczyn, którym przed chwilą uciekłam. Obie wpatrują się w nas maślanym wzrokiem.
— To Vivien i Annie — przedstawiam je wesoło. — Moje nowe koleżanki. Razem odbywamy praktyki. A to Cassian Vale… — waham się tylko przez ułamek sekundy, już wiedząc, jak bardzo to później dopiecze Asherowi. — Mój chłopak.
Cassian nawet nie mrugnie. Jego ramię wciąż oplata moją talię.
— Może wybierzecie się z nami na obiad? — proponuje spokojnie. — Mam zarezerwowany stolik.
Dziewczyny patrzą najpierw na siebie, potem na niego, a chwilę później entuzjastycznie się zgadzają. Muszę mu przyznać, że doskonale odczytał nastrój. Naprawdę chętnie poznam je lepiej — w końcu w ich towarzystwie mam spędzić kolejne dwa miesiące.
Cassian podaje mi bukiet, a ja wtulam twarz w kwiaty, żeby ukryć uśmiech. Wygląda na to, że moje „normalne” praktyki właśnie dostały kolejny, całkiem przyjemny zwrot akcji.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Nie mam pojęcia, co to za samochód. Wiem tylko, że jest czerwony, nisko zawieszony i wygląda, jakby kosztował więcej niż cały dom, w którym wychowałam się w Kalifornii. Cassian otwiera nam drzwi z taką naturalnością, jakby wożenie trzech studentek na obiad w czymś, co prawdopodobnie ma silnik droższy od mojej nerki, było najzwyklejszą rzeczą na świecie.
Chłopak jest wysoki, atletycznie zbudowany, z ciemnobrązowymi włosami lekko opadającymi na czoło i bursztynowymi oczami, które w słońcu nabierają złotego odcienia. Ma ostrzejsze, męskie rysy twarzy, ale kiedy się uśmiecha — a uśmiecha się łatwo — cała ta surowość łagodnieje. W dopasowanej koszuli z podwiniętymi rękawami wygląda jednocześnie elegancko i swobodnie, jak ktoś, kto nie musi się starać, żeby przyciągać uwagę. I przyciąga. Cholernie mocno.
Lili siada z przodu, obok niego. Annie i ja zajmujemy tylną kanapę. Przez całą drogę ukradkiem zerkam na Lilien. Wygląda… normalnie. Zwyczajnie. Ma na sobie proste dżinsy i białą koszulę, włosy spięte byle jak, zero biżuterii, która krzyczałaby „jestem bogata”, tylko prosty, delikatny łańcuszek z czarnym wisiorkiem na szyi. A jednak ten facet właśnie dla niej trzymał bukiet i teraz wiezie nas wszystkie na obiad. Jak to w ogóle działa?
Restauracja jest w centrum. Elegancka, ale nie przytłaczająca. Od razu prowadzą nas na wysoki taras — zaciszny, z pięknym widokiem, białymi obrusami i kelnerami, którzy uśmiechają się tak, jakby naprawdę cieszyli się z naszej obecności. Albo z obecności Cassiana.
On jest… niebezpiecznie łatwy w kontakcie. Uprzejmy, elokwentny, z tym spokojnym poczuciem humoru, które sprawia, że człowiek po dziesięciu minutach ma wrażenie, że zna go od lat. Śmieje się w odpowiednich momentach, zadaje pytania Annie i mnie, jakby naprawdę go interesowało, skąd jesteśmy i co studiujemy. Kilka razy łapię się na tym, że uśmiecham się do niego zbyt szeroko.
Okej. Spokojnie, Vivien. On ma dziewczynę. Tę właśnie, która siedzi obok niego i wygląda, jakby w ogóle nie zauważała, że jej chłopak właśnie rozdaje darmowe bilety do bycia lubianym.
Potem otwieram kartę dań. I zamieram. Pierwsza pozycja. Druga. Trzecia. Zaczynam liczyć zera. Potem przestaję, bo robi mi się słabo. Policzki płoną mi tak mocno, że mam wrażenie, iż zaraz zacznie z nich buchać para. Cholera. Cholera, cholera, cholera. Nawet jeśli zamówię najtańszą sałatkę i będę pić tylko wodę, to i tak po tym obiedzie będę przez resztę miesiąca żywić się makaronem z keczupem.
— Coś się stało? — pyta Lili cicho, odwracając się do mnie.
— Nie… nic — kłamię żałośnie, wciąż wpatrując się w ceny, jakby miały nagle magicznie się zmniejszyć.
Ona jednak najwyraźniej nie urodziła się wczoraj. Przysuwa się bliżej i szepcze konspiracyjnym tonem, tak żebym usłyszała ją tylko ja i Annie.
— Nie przejmuj się cenami. Cassian stawia.
Annie patrzy na nią szeroko otwartymi oczami.
— Naprawdę?
Lili uśmiecha się z taką pewnością siebie, jakby właśnie informowała nas o pogodzie.
— Oczywiście. W końcu to on nas tu zaprosił. Obraziłby się, gdybyście chciały płacić za siebie. Zamawiajcie, co chcecie. A jeśli się krępujecie… to ja mogę dla was zamówić.
I tak zaczyna się najbardziej surrealistyczny obiad w moim życiu. Przystawki. Zupa. Danie główne, którego nazwy nie potrafię nawet poprawnie wymówić. Deser, który wygląda jak małe dzieło sztuki. Do tego wino, którego ceny za butelkę świadomie nie sprawdzam, bo boję się, że dostałabym zawału. Jedzenie jest absurdalnie dobre. Kelnerzy pojawiają się przy stoliku częściej, niż jest to konieczne, uśmiechają się do Cassiana z takim szacunkiem, jakby był co najmniej ambasadorem albo księciem, który akurat zawitał do Chicago.
Vale. Nazwisko nagle porusza we mnie jakąś strunę. Vale… Vale… I wtedy mnie olśniewa. Rodzina Valów. Jedna z najbogatszych rodzin w Chicago. Ta, o której piszą w biznesowych magazynach. Ta, której nazwisko pojawia się przy inwestycjach, fundacjach i rzeczach, których ludzie tacy jak ja normalnie nawet nie dotykają.
Zachłystuję się powietrzem tak głośno, że Annie zerka na mnie zaniepokojona. Cholera. Jakim cudem zwyczajna studentka — taka jak Lilien, w zwykłych dżinsach i z rozczochranymi włosami — została dziewczyną syna miliarderów?
Patrzę na nią przez stół. Ona właśnie śmieje się z czegoś, co powiedział Cassian, i wygląda przy tym tak… normalnie. Jak ktoś, kto nie ma pojęcia, że właśnie siedzi w centrum czyjegoś „wow”. Siedzę naprzeciwko, z łyżeczką w deserze, który kosztuje pewnie tyle co mój tygodniowy budżet, i powoli zaczynam rozumieć, że praktyki u jej boku będą znacznie ciekawsze, niż się spodziewałam.