Rozdział 18 – Bohaterowie noszą maski III
by Vicky
Mael
To całkiem przyjemne uczucie, mieć do dyspozycji czarną magię bez żadnych kontraktów, ani zobowiązań. Teraz… jest po prostu moja. Do tego wzmocniona przez jej duchową energię i moc Feniksa jest silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Jest tak potężna, że większość rzeczy, które kiedyś kosztowały mnie potężną dawkę energii, teraz robię kompletnie bez żadnego wysiłku.
Stoimy po środku hotelowego pokoju, a ja wciąż nie mogę uwierzyć, że naprawdę po mnie przyszła… do piekła. Mam jednak również pewność, że ta nowa, stworzona przez kontrakt forma, zdecydowanie jej się nie spodoba. Wiem, że wciąż mogę przyjąć ludzkie oblicze, ale rozumiem również, że przestało być prawdziwe. Dlatego tego nie robię. Czekam.
Z trudem przełykam ślinę, bo ona wyciąga rękę i dotyka wyrastających z moich włosów rogów. Od zawsze wiedziałem, że nie jest normalna, ale ona… jest nimi szczerze zachwycona. Potem, kiedy przesuwa palcami po łączeniach błony na skrzydłach, niemal zachłystuję się powietrzem, odkrywając, że to kolejna strefa erogenna na moim ciele.
Lili patrzy na mnie wielkimi, pełnymi zachwytu oczami, a potem odwraca się do Feniksa.
— Kotku, to mu tak zostanie?
Feniks wygląda, jakby to był zupełnie nieistotny szczegół.
— Tak. Ma teraz demoniczną formę, ale może udawać, że wciąż jest człowiekiem, żeby nie wzbudzać zamieszania. To nie powinno być trudne.
— Wow, super — mruczy Lili i ponownie przesuwa palcami po moich skrzydłach. — Możesz na nich latać? — pyta zaintrygowana.
Czuję, że gdzieś w międzyczasie kompletnie straciłem wątek i… zakochałem się w niej po raz kolejny. Naprawdę szczerze, obsesyjnie ją kocham.
Posłusznie rozkładam skrzydła i unoszę się pół metra nad dywanem. Lili niemal podskakuje z radości. Odnoszę wrażenie, że często będzie sobie życzyła, żebym przybierał właśnie tę formę. I zdaję sobie sprawę, że nie mam nic przeciwko temu.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę czuła się aż tak słaba. Ciało mam ciężkie, jakby wypełnione ołowiem, a każdy oddech przychodzi z wysiłkiem. Lucas wygląda jeszcze gorzej. Siedzi oparty o ścianę, blady, z półprzymkniętymi oczami, i oddycha płytko, nierówno. Czy to właśnie tego wszyscy się obawiali? Że bez magii po prostu… zgaśniemy?
Feniks, który wcześniej zniknął z Lilien, pojawia się znowu i jednym ruchem przenosi nas z biblioteki prosto do hotelowego apartamentu. Lili natychmiast klęka przy Lucasie. Próbuje przekazać mu swoją duchową moc — widzę, jak wyciąga dłonie, jak koncentruje się — ale nic się nie dzieje. Magia nie przepływa. Coś ją blokuje.
Podnoszę wzrok i cofnęłabym się, gdybym tylko miała dokąd. Pod ścianą stoi Mael. Tylko że to już nie jest ten sam Mael. Rogi. Ogromne, błoniaste skrzydła. Długi, czarny ogon. Mroczna, gęsta aura, która sprawia, że powietrze wokół niego wydaje się cięższe. Wygląda jak książę piekieł, który przez pomyłkę trafił do hotelowego pokoju.
Próbuję nie patrzeć. Jestem na to zdecydowanie zbyt słaba. A mimo to strach, który we mnie wzbudza, dosłownie zostawia gęsią skórkę na skórze.
Ku mojemu zdumieniu na podłodze obok Lili klęka Asher.
— Chyba nie mamy wyjścia… — mówi cicho.
Lili patrzy na niego wyraźnie zaniepokojona. Feniks natomiast przygląda się im z wyrazem twarzy kogoś, kto obserwuje szczególnie interesujący eksperyment. Ani trochę nie wygląda na przestraszonego. Raczej… jest zaciekawiony.
— Ile czasu mamy? — pyta Lili.
Feniks wzrusza ramionami.
— Wygląda na to, że te wszystkie magiczne zawirowania w bibliotece mocno przyspieszyły reakcję więzi. Sądzę, że żadne z nich nie dożyje do rana.
Nie dożyje do rana. Ktoś właśnie wydał na mnie wyrok śmierci. Spokojnym, prawie obojętnym tonem. Jakby mówił o pogodzie.
Patrzę na Lucasa, na jego blade, spocone czoło, i czuję, jak zimno rozlewa mi się po żołądku. Jeszcze wczoraj lecieliśmy do Walii klasą biznes, a teraz ktoś właśnie oznajmił mi, że nie dożyję poranka.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Jesteśmy bardzo ciekawi. Naprawdę, cholernie ciekawi. Czy Asher faktycznie to zrobi? Czy ten zimny, imperialny książę, który całe życie układał świat w logiczne, precyzyjne schematy, będzie gotów poświęcić się dla Lucasa? Oddać boską moc? Ryzykować sobą?
Feniks w mojej głowie niemal mruczy z napięcia.
„Patrz. Patrz uważnie. Zaraz się ugnie. Albo nie. Albo jednak tak. Chcę zobaczyć, jak pęknie. Albo jak nie pęknie. To będzie przepiękne.”
Asher nie waha się ani przez chwilę. Klęka przy Vivien, bierze ją za ręce i zaczyna przekazywać moc. Bez pytań. Bez dramatycznych pauz. Bez oglądania się na konsekwencje. Po prostu to robi. Jesteśmy totalnie zaskoczeni.
„O. O, to nawet niezłe. Zimny książę z Imperium naprawdę ma w sobie coś więcej niż lód i strategię. Kto by pomyślał. Prawie… urocze.”
Przerywamy mu w ostatniej chwili. Między nim a Vivien wyrasta ściana złotego ognia. Na tyle gęsta, że natychmiast odcina przepływ mocy. Asher cofa się odruchowo, a w jego oczach pojawia się coś ostrego, prawie wściekłego.
Lili odwraca się gwałtownie.
— Cassian? Kotku?
Sięgam do wewnętrznej kieszeni i wyciągam niewielką, pulsującą kulę. W środku wiruje złocisto-biała, skondensowana duchowa energia. Czysta. Gęsta. Niemal żywa.
— Zabrałem to z piekła — mówię spokojnie. — Pomyślałem, że może się przydać.
Lili patrzy na nas z wyraźnym wyrzutem.
— Nie mogliście tak od razu?
Feniks przejmuje na moment pełną kontrolę nad moim głosem. Uśmiecha się szeroko, bezczelnie, z czystą, dziecięcą satysfakcją.
— Nie gniewaj się, Kochanie. Obserwowanie Ashera, którego ktoś naprawdę obchodzi, było po prostu zbyt zabawne.
Ściana ognia powoli opada. Kula w mojej dłoni pulsuje coraz jaśniej. Mam wrażenie, że Feniks właśnie zrekompensował sobie cały stres ostatnich godzin czystą, złośliwą rozrywką.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Feniks zabrał Angelice jej duchową moc i przekazał ją Vivien. To naprawdę genialne w swojej prostocie. Wróciliśmy do domu. Do normalności. No… prawie.
Czuję się znowu jak w pierwszych tygodniach po trafieniu do świata „Róż i Zaklęć”. Jak kompletna psychofanka. Tylko tym razem nie chodzi o Ashera.
Wchodzę do jego pokoju, nawet nie czekając na zaproszenie. Mael siedzi na narzucie, oparty o wezgłowie łóżka, z książką w dłoniach. Kiedy podnosi na mnie wzrok, jest wyraźnie nieufny.
— Tak?
Podchodzę bliżej i klękam przy nim na łóżku. W domu nie marnuje mocy na to, żeby się ukrywać — rogi, skrzydła i ogon są w pełni widoczne. Wyciągam dłoń i przesuwam palcami po długim, żyjącym własnym życiem ogonie.
Mael warczy zirytowany.
— Nie jestem twoją maskotką.
Patrzę na niego z pełną premedytacji niewinnością w głosie i spojrzeniu.
— Nie lubisz, jak cię dotykam?
Omiata mnie takim wzrokiem, że od razu wiem, że wygrałam. W następnej sekundzie sięga po mnie, podnosi z zaskakującą łatwością i sadza sobie na kolanach. Siedzę na nim okrakiem, zaskoczona, z dłońmi opartymi o jego klatkę piersiową.
Mael wzdycha z rezygnacją.
— Niech chociaż też coś z tego mam.
Natychmiast korzystam z okazji. Wyciągam dłoń i dotykam jego rogów, przesuwając palcami po gładkiej, czarnej powierzchni. On napina się lekko pod moim dotykiem, ale się nie odsuwa.
Patrzę mu w oczy.
— Żałujesz, że przyszedłeś do Akademii Róż i Zaklęć? Tego wszystkiego, co się od tamtej pory stało…
Mael patrzy na mnie tak, jakbym właśnie zwariowała, a ja czuję przyjemne ciepło rozlewające się w sercu.
— Jestem dokładnie tu, gdzie chciałem być — oznajmia ciszej, już nie tak chłodno.
Oplatam ramionami jego szyję, przyciągam go bliżej i całuję. Bo ja też chcę, żeby przy mnie był. Całuję go wolniej, niż zamierzałam. Najpierw tylko usta. Delikatnie. Badawczo. Mael przez ułamek sekundy pozostaje nieruchomy, jakby dawał mi jeszcze jedną szansę, żeby się wycofać. Kiedy tego nie robię, jego dłoń zaciska się na mojej talii, a druga wsuwa się w moje włosy. Przyciąga mnie bliżej, pogłębiając pocałunek z kontrolowaną, prawie prowokującą intensywnością.
Czuję rogi pod palcami. Gładkie. Chłodne. Obce i jednocześnie już dziwnie znajome. Kiedy przesuwam po nich opuszkami, z jego gardła wydostaje się niski, ostrzegawczy dźwięk. Nie odsuwa się jednak. Wręcz przeciwnie — pozwala mi na więcej.
Skrzydła za jego plecami drżą lekko, kiedy zmieniam kąt pocałunku. Siadam stabilniej na jego biodrach, a on prowadzi dłonie wyżej, pod bluzkę, po nagiej skórze pleców. Jego palce są chłodne, ale zostawiają za sobą wyraźną, gorącą ścieżkę. Przygryzam jego dolną wargę, a wtedy ogon oplata się wokół mojej kostki i zaciska z zaskakującą siłą.
Urywam pocałunek tylko na tyle, by złapać oddech. Nasze czoła niemal się stykają. Jego oczy są ciemniejsze niż zwykle, a w źrenicach majaczy coś głodnego i bardzo mało ludzkiego.
— Lili… — ostrzega mnie niskim głosem.
Uśmiecham się. Jestem nieprzyzwoicie zadowolona.
— Co? — szepczę, przesuwając kciukiem po nasadzie jego rogu. — Mówiłam, że mi się podobasz.
Mael wydaje z siebie cichy, prawie zirytowany dźwięk, po czym odchyla mnie lekko do tyłu i całuje znowu. Tym razem głębiej. Mocniej. Bez resztek dystansu. Jedna dłoń zatrzymuje się na moim udzie, druga przytrzymuje mnie w talii, jakby chciał mieć pewność, że nigdzie się nie wybieram.
Zdecydowanie nie zamierzam nigdzie iść. Przynajmniej nie dzisiaj. I z pewnością nie zamierzam schodzić z jego kolan.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Vivien
Magia jest dziwna, ale chłopak, który przynosi mi na praktyki lunch, jest jeszcze dziwniejszy. Lucas serio to robi. Codziennie. Czasem nawet z kawą w odpowiedniej temperaturze i z tą jedną bułką, którą lubię najbardziej. Bawi mnie, że nie jestem do końca pewna, czy Annie nie jest tym faktem zachwycona bardziej ode mnie. Za każdym razem, gdy pojawia się w drzwiach laboratorium, rzuca mi znaczące spojrzenie, jakby chciała powiedzieć: „Widzisz? A ty się bałaś”.
Muszę też przyznać, że myliłam się co do Ashera. Lucas naprawdę jest jego asystentem. I to od zawsze. Widziałam, jak Asher traktuje go czasem jak osobistego służącego — rozkazy, oczekiwanie natychmiastowego ich wykonania, ta cała hierarchia, której nadal do końca nie ogarniam. Ale widziałam też coś zupełnie innego. Widziałam, że był gotów poświęcić dla niego boską moc. Bez wahania. Jakby Lucas był kimś więcej niż pracownikiem. Jakby był rodziną.
Musiałam wyprowadzić się z akademika i zamieszkać z Lucasem. To miało sens. Magia wymagała bliskości. Inaczej… stawała się zbyt głodna. Zbyt wymagająca. Nie miałam pojęcia, jakim cudem ogarnia to Lilien, która musi dzielić swoją moc między Ashera, Cassiana i Maela. Ja ledwo dawałam sobie radę, mając tylko jednego partnera.
Obecność Maela wciąż wywołuje u mnie ciarki. Nawet teraz, w świetle dnia, w laboratorium, kiedy nie ma na sobie rogów, ogona ani tej całej przerażającej, mrocznej aury. Coś w nim jednak pozostało. Coś, czego nie da się do końca ukryć. Wygląda jednak na to, że inni tego nie dostrzegają. Widzę to po maślanych spojrzeniach, jakie co jakiś czas rzucają mu laborantki. Jakby wciąż widziały tylko chłodnego, przystojnego inspektora, a nie kogoś, kto niedawno wrócił z piekła.
Lili z kolei wygląda na zachwyconą tym, czym się stał. Traktuje go niemal jak maskotkę. Ciągle za nim chodzi. Dotyka skrzydeł, ogona i rogów, kiedy tylko są w zasięgu jej dłoni, jakby zupełnie oszalała na jego punkcie. Widzę, jak bardzo irytuje to Cassiana i Ashera. Żaden z nich jednak nie robi scen. Zamiast tego każdy przyciąga jej uwagę na swój sposób — Asher spokojniej i bardziej zaborczo, Cassian widowiskowo, w wersji glamour.
Lili sprawia też wrażenie naprawdę szczęśliwej, że wróciłyśmy na praktyki. I że po wakacjach będziemy razem studiowały. Bo tak — wszystkie formalności są już załatwione. Jestem zapisana na North Crown University. Przeniesienie dokumentów okazało się banalnie proste, jakby ktoś po prostu pstryknął palcami i wszystko się ułożyło.
Ostatni rok na studiach. Pierwszy rok w szkole magii. A potem… dorosłe życie. U boku Lucasa, którego szczerze kocham. Czasami życie niesie ze sobą naprawdę wspaniałe niespodzianki. Nawet jeśli po drodze prawie umiera się przez magiczną więź i otrzymuje w prezencie dziwną, niezbadaną moc.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ivory
Zaczynam powoli rozumieć coś, na co wcześniej nie miałam ochoty patrzeć. Nie mogę wiecznie chować się pod skrzydłami innych. Nie mogę czekać, aż ktoś znowu mnie podniesie, ochroni, wybierze albo po prostu zauważy. Przez długi czas właśnie tego potrzebowałam — żeby ktoś powiedział mi, gdzie mam stać i że wolno mi tam być. Ale to już nie wystarcza. Albo raczej… nie powinnam pozwalać, żeby wystarczało.
Feniks poświęca mi znacznie mniej uwagi niż kiedyś. Lucas ma dziewczynę. Wszystko się przesunęło, ułożyło inaczej. I choć przez chwilę bolało, teraz czuję coś innego, zdecydowanie spokojniejszego.
Wciąż jestem w rodzinie. Nawet jeśli nikt tego na głos nie nazywa, to właśnie tak to wygląda. Lili nigdy nie sprawiała wrażenia, jakby zamierzała mnie zostawić samej sobie. Ani razu. Kiedy patrzę na nią, wiem, że gdybym upadła, podniosłaby mnie. Bez wykładów. Bez warunków. Po prostu.
Inni też. Asher na swój opanowany, chłodny sposób. Cassian — nawet jeśli czasem jest niemożliwy. Mael… no, Mael po prostu jest, ale jakoś nigdy nie sprawił wrażenia, że chciałby mnie wyrzucić poza nawias. A Vivien? Vivien zaczyna traktować mnie jak młodszą siostrę. Delikatnie, ostrożnie, ale wyraźnie. Pyta, czy zjadłam. Czy wróciłam bezpiecznie. Czy wszystko w porządku.
To dziwne uczucie. Przyjemne ciepło, które nie bierze się z bycia kimś wyjątkowym dla wszystkich naraz, tylko z bycia częścią czegoś większego. Z wiedzy, że nie muszę zasługiwać na miejsce przy nich za każdym razem od nowa.
Może właśnie dlatego wreszcie zaczynam chcieć stanąć na własnych nogach. Nie po to, żeby odejść. Tylko po to, żeby móc zostać — już nie jako ktoś, kogo trzeba ciągle pilnować, tylko jako osoba, która też potrafi coś utrzymać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Catherina
Sala Rady Północy jest pełna. Siedem starych rodów. Siedem herbów. Sześć par oczu, które od godziny próbują zdecydować, czy bardziej boją się mnie, czy jego — Feniksa. Stoi za moim ramieniem jak żywy ołtarz z ognia i złota, i samo jego istnienie wystarczy, żeby cała sala siedziała prosto. Atmosfera jest gęsta jak zima przed burzą śnieżną. Idealna.
— Ród Blackthorn obejmuje formalnie zwierzchnictwo nad Północą — oznajmiam spokojnie, niemal uprzejmie. — Oczywiście w trosce o stabilność. I tradycję.
Ktoś z rodu Merrowind krztusi się winem. Ktoś inny bardzo intensywnie studiuje blat stołu. Nikt nie protestuje. Nikt nie jest aż tak głupi, żeby kwestionować decyzję, za którą stoi on. Bo to nie jest zwykły sojusznik. To siła, która mogłaby spalić tę salę razem z nami wszystkimi i nawet nie uznać tego za warte komentarza. A mimo to stoi tutaj. Ze mną.
Po posiedzeniu, kiedy sala wreszcie pustoszeje, odwracam się do niego. Wciąż czuję ten sam dreszcz, który pojawia się za każdym razem, gdy patrzę na niego z bliska. Jakby człowiek stał przed czymś, co tylko udaje ludzką formę. Czymś starszym. Piękniejszym. Groźniejszym. Czymś, czemu powinno się kłaniać, a nie zadawać pytania.
A mimo to pytam.
— Dlaczego tak otwarcie mi pomagasz? — mówię wprost. — Nie musisz. Wystarczyłoby, żebyś czasem się pojawił i spojrzał na kogoś intensywnie.
Feniks uśmiecha się szeroko, z tą swoją absolutnie niestosowną, boską satysfakcją.
— Lili pięknie wyglądała w twojej sukience.
Patrzę na niego przez dłuższą chwilę. Na złote oczy, na spokój kogoś, kto może zniszczyć królestwa dla kaprysu i traktuje to jak rozrywkę.
— To ma być powód?
— Oczywiście — odpowiada bez wahania. — Pożyczyłaś jej coś ładnego. Ja lubię, jak Lili wygląda ładnie. A skoro twoja rodzina nagle okazała się przydatna… no to pomagam. Logiczne.
— Logiczne — powtarzam pod nosem. — Jasne.
Przechodzimy przez korytarz wyłożony starym kamieniem. Za oknami rozciąga się Północ — ostre szczyty, ciemne lasy i siedem rodów, które od dziś będą się uważniej przyglądać każdemu mojemu ruchowi. A wszystko to dlatego, że on tak postanowił. Uznał, iż warto.
Czasem mam wrażenie, że powinnam paść na kolana. Nie z politycznego wyrachowania. Po prostu z instynktu.
— Zamierzam szerzyć jej kult — mówię po chwili, starannie dobierając słowa. — Oficjalnie. Strukturalnie. Z kaplicami, rytuałami i odpowiednim nazewnictwem. Lilien, Najwyższa Pani Chaosu. Brzmi wystarczająco dostojnie, prawda?
Feniks wręcz rozpromienia się. Jakby ktoś właśnie zaproponował mu ulubioną zabawę.
— Brzmi idealnie. Mogę podpalić kilku heretyków podczas inauguracji? Dla klimatu.
— Najpierw administracja — upominam go chłodno, choć w duchu wcale nie jestem przeciwna. — Potem ewentualne podpalenia.
— Nudziara — mruczy, ale wcale nie wygląda na obrażonego. Raczej na bóstwo, które chwilowo zgodziło się bawić w politykę.
Zatrzymuję się przy wielkich, rzeźbionych drzwiach prowadzących na zewnętrzny balkon. Wiatr od gór jest ostry i czysty. Północ przede mną leży otwarta. Gotowa. Stoję obok istoty, która mogłaby ją spalić jednym tchnieniem… i zamiast tego pomaga mi ją przejąć.
Feniks opiera się o balustradę i spogląda w tę samą stronę.
— I pomyśleć, że wszystko zaczęło się na szkolnym korytarzu — mówi rozbawiony.
— Nie — poprawiam go. — Wszystko zaczęło się od tego, że mój brat nie potrafi trzymać się z dala od twojej czarodziejki.
Feniks śmieje się krótko, nisko, z wyraźną dumą.
— Też fakt.
Uśmiecham się lekko, patrząc na ziemie, które właśnie stały się moje, i myślę, że kult Najwyższej Pani Chaosu będzie się rozwijał znakomicie. Zwłaszcza z Bogiem Chaosu u boku.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Otwieram Prawdziwą historię Feniksa. Nie muszę szukać konkretnej strony. Książka i tak zawsze otwiera się dokładnie tam, gdzie chcę. Dziś chcę wiedzieć, dlaczego odrodził się jako Cassian. I dlaczego występują w dwóch osobach.
Odpowiedź okazuje się zaskakująco praktyczna. Ludzka powłoka nie byłaby w stanie pomieścić tego wszystkiego, czym jest Feniks. Dlatego właśnie jest ich dwóch. Jeden ogień. Dwie formy. Jeden umysł rozciągnięty między boskością a człowieczeństwem.
Potem jednak czytam dalej. I nagle moje policzki zaczynają płonąć. On odrodził się dla mnie. Z jakiegoś powodu wiedział, że mnie spotka, że kiedyś pojawię się w jego historii. I chciał być wtedy człowiekiem. Z ludzkimi uczuciami. Z pragnieniami. Z fizycznością, której wcześniej nie rozumiał i nie potrzebował. Cassian nie zakochał się we mnie przypadkiem. Nie byłam „błędem w fabule”. Od zawsze na mnie czekał. Jego przeznaczeniem nigdy nie była Angelica. To zawsze miałam być ja.
Zamykam książkę wolniej, niż powinnam, bo słowa wciąż wirują mi w głowie.
— Dalej to czytasz? — pyta Cassian, podchodząc.
Podnoszę wzrok. Stoi nade mną, z rękami w kieszeniach i tym spokojnym, czujnym wyrazem twarzy, który zawsze oznacza, że obaj są obecni.
— Robi się coraz ciekawsza — odpowiadam cicho.
Cassian pochyla się, podnosi mnie z kanapy jednym płynnym ruchem i bierze w ramiona. Przysuwa twarz bliżej mojej.
— Może zrobisz przerwę? — proponuje.
Śmieję się cicho i oplatam ramionami jego szyję. Nie zdążam nawet odpowiedzieć, bo pochyla się i całuje mnie. Głęboko. Namiętnie. Bez pośpiechu, ale z taką intensywnością, że od razu wiem — są tu obaj. Cassian i Feniks. Człowiek i ogień. Przeznaczenie, które wreszcie przestało się ukrywać.
Po tym, co przed chwilą przeczytałam, rozpływam się w tym pocałunku zupełnie bezbronnie. Ostatnia obawa zostaje zdmuchnięta jak płomień świecy. Nie zabrałam Cassianowi przeznaczenia. Nie odebrałam mu miłości, która miała należeć do niego. To ja od początku nią byłam. A wszystko, co Feniks robił — każde szaleństwo, każda obsesja, każdy płomień — robił tylko dla mnie. Wreszcie mam absolutną pewność, że pojawiając się w świecie „Róż i zaklęć” wróciłam dokładnie tam, gdzie od początku powinnam była trafić.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Czasami mam nadzieję, że mogłoby tak zostać. Nic szczególnego się nie dzieje. Lili jest bezpieczna. Szczęśliwa. Śmieje się częściej niż kiedyś, a ja po raz pierwszy od lat nie muszę układać kolejnego planu awaryjnego na wypadek, gdyby świat miał się zaraz zawalić.
Niemagiczny świat okazał się zaskakująco satysfakcjonujący. Biznes ma własne reguły, własne wojny i własne triumfy. Łatwo wygrać, jeśli rozumie się zasady… ale zawsze pojawia się coś nowego do przejęcia, ułożenia, podporządkowania. To mnie bawi. Tym razem jednak pragnę czegoś zupełnie innego.
W magicznym świecie poligamia nie jest niczym niezwykłym. Wszyscy o tym wiedzą. Ja jednak chcę być pierwszy. Dlatego właśnie teraz stoimy na plaży po magicznej stronie świata. Słońce powoli opada, malując niebo złotem i amarantem, a fale miękko obmywają brzeg. Wyjmuję małe, ciemne pudełko. Nie ma w tym wielkiego gestu. Nie potrzebuję publiczności. Potrzebuję tylko jej.
— Lili.
Zatrzymuję się przed nią. Przez ułamek sekundy czuję stary, dobrze znany opór — ciało pamięta, że nie będę klękał. Przed nikim. Ani przed cesarzową, ani przed imperatorem, ani nawet samymi bogami. A mimo to uginam kolano. Tylko przed nią. Bo tylko przed nią chcę to zrobić.
Patrzy na mnie, a kiedy otwieram pudełko, jej oczy robią się duże. Naprawdę ogromne. Na tyle, że na moment wybija mnie to z rytmu. Wygląda, jakby zupełnie się tego nie spodziewała. Nie rozumiem dlaczego.
Zanim zdążę cokolwiek dodać, Lili najpierw się śmieje, a chwilę później rzuca mi się w ramiona z taką siłą, że prawie tracę równowagę.
— Tak! — mówi szybko, niemal w moją szyję. — Oczywiście, że wezmę z tobą ślub! — Przytrzymuję ją mocniej, a ona po chwili odsuwa się tylko na tyle, by spojrzeć mi w oczy. Szczęście wylewa się z jej głosu jak miód. — Nie sądziłam, że to zrobisz — szepcze. — Myślałam, że wtedy… to publiczne oświadczenie w Imperium, że zostanę twoją żoną, uznałeś za oświadczyny.
Na moment zamieram.
— Och. — Wszystko nagle układa się w logiczną całość. — Nie — mówię spokojnie, wciąż klęcząc przed nią, z jej dłońmi w swoich. — To była informacja dla mieszkańców Imperium. Nie sądziłaś chyba, że planuję zmusić cię do czegokolwiek bez twojej zgody?
Lili znowu się śmieje. Tym razem ciszej, prawie bezbronnie.
— Myślałam, że ten szczegół jest dla ciebie zupełnie nieistotny.
Prostuję się tylko po to, by przyciągnąć ją do siebie i pocałować. Powoli. Delikatnie. W promieniach zachodzącego słońca, z szumem fal w tle i pierścionkiem, który dopiero za chwilę włożę jej na palec.
Kiedy odsuwam się od jej ust, wiem jedno. To nie jest koniec naszej historii. To dopiero początek.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Wchodzę do salonu i od razu to widzę. Kazan. Znowu na kolanach Maela. Leży tam rozwalony jak król, mruczy, a ten lodowaty drań nawet nie musi nic robić — po prostu istnieje, a stworzenie, które ja wykreowałem dla Lili, natychmiast uznaje go za najlepsze miejsce na świecie. Kiedy tylko ma wybór, siada u niego. Kiedy nie drepcze za Lili, drepcze właśnie za nim.
Feniks w mojej głowie natychmiast się jeży.
„Mały zdrajca. To absolutna, bezczelna zdrada. Stworzyłem cię. Dałem ci futro, ogon, urocze uszy i prawo do istnienia. A ty… ty wolisz jego. Tego lodowego, wyrachowanego, zbyt spokojnego węża.”
Mael unosi wzrok znad książki. Kazan nawet nie drgnie.
— Coś nie tak? — pyta obojętnie.
Patrzę na niego długo.
— Twoja zdolność przyciągania rzeczy, które do ciebie nie należą, zaczyna być niepokojąca.
Mael lekko unosi brew.
— Mówisz o stworzeniu, czy o Lili?
Feniks w mojej głowie wydaje z siebie dźwięk, który jest czymś pomiędzy śmiechem a zapowiedzią morderstwa.
„O obydwojgu. Ale głównie o tym małym, futrzanym zdrajcy. Spalmy go. Lekko. Tylko ogon. Albo uszy. Albo całe kolana Maela. Kolana też są winne.”
— Uważaj — mówię zbyt spokojnie. — Jeszcze trochę, a uznam, że robisz to specjalnie.
— Może po prostu mam wygodniejsze kolana — odpowiada Mael z lekkim, wrednym uśmiechem. — I mniej tendencji do podpalania mebli.
To był błąd. Feniks w mojej głowie eksploduje czystą, dziecięcą furią z powodu niesprawiedliwości świata.
„Wygodniejsze kolana. Słyszałeś? SŁYSZAŁEŚ?! Ja tworzę życie z ognia i chaosu, a on ma ‘wygodniejsze kolana’. Świat jest zepsuty. Fundamenty rzeczywistości są zepsute. Wszystko jest zepsute.”
Odwracam się na pięcie i bez słowa kieruję dłoń w stronę rośliny w doniczce. Mały, niewinny, całkowicie niezaangażowany w konflikt kwiat natychmiast staje w złotych płomieniach.
Mael przygląda się temu przez chwilę.
— Dojrzałe.
— Zamknij się — cedzę przez zęby.
Kazan na jego kolanach tylko głośniej mruczy, jakby właśnie dostał najlepsze miejsce w pierwszym rzędzie na przedstawienie. A Feniks w mojej głowie wciąż szeptem wyklina cały wszechświat za to, że stworzył Maela, wygodne kolana i zdradzieckie, puszyste abominacje.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Ogród na dachu pachnie rześkim, wieczornym powietrzem i tymi wszystkimi kwiatami, które Feniks stworzył tylko dla mnie. Powietrze jest ciepłe, a miasto pod nami dopiero zaczyna zapalać światła.
Asher stoi przede mną, trochę zbyt poważny jak na tak spokojny moment. Patrzy mi w oczy, a potem bierze cichy oddech.
— Chcę ci coś pokazać.
Zanim zdążę zapytać, za jego plecami zaczyna formować się światło. Najpierw delikatne, prawie srebrne, potem coraz wyraźniejsze. Z jego łopatek wyrastają skrzydła. Białe. Czyste. Idealnie ułożone, jakby należały do niego od zawsze. Pióra wyglądają na miękkie i jednocześnie nierealne, a w ich połysku odbija się zachodzące słońce.
Jest… oszałamiający.
— Ash… — wyduszam z siebie, nie potrafiąc znaleźć lepszego słowa.
Uśmiecha się lekko, prawie niepewnie, jakby dopiero sprawdzał, czy mu wolno być takim przy mnie. Wyciągam dłoń i ostrożnie dotykam jednego z piór. Jest ciepłe. Żywe.
Wtedy powietrze za nami gęstnieje od żaru. Feniks pojawia się bez ostrzeżenia, z rękami w kieszeniach i tym swoim zadowolonym uśmiechem. Patrzy najpierw na Ashera, potem na mnie, a zaraz potem za jego plecami rozkwitają skrzydła z czystego ognia. Złote, żywe, niespokojne. Płoną, ale nie niszczą. Po prostu są.
— Nie będę gorszy — mruczy rozbawiony.
Zanim zdążę zareagować, jego ogień owijają się wokół mnie. Ciepło przechodzi przez plecy, ramiona, kark… i nagle czuję ciężar. Piękny, niemożliwy ciężar. Odwracam głowę i widzę je. Ogromne, płonące skrzydła wyrastające z moich własnych łopatek. Poruszają się, kiedy tylko o tym pomyślę. Żarzą się złotem i czerwienią, a mimo to nie czuję bólu.
Feniks bierze mnie za rękę.
— Chodź, Kochanie.
Asher staje po drugiej stronie i również splata swoje palce z moimi. Jego białe skrzydła rozkładają się szerzej, Feniks unosi nas swoim żarem, a ja… Po prostu odrywam się od dachu. Miasto spada w dół. Wiatr uderza w twarz, skrzydła niosą mnie tak naturalnie, jakby zawsze na to czekały. Asher unosi się po mojej prawej, Feniks po lewej, a ja między nimi, ze złotym ogniem za plecami. Śmieję się. Naprawdę się śmieję, głośno i bez żadnej kontroli, bo w tej chwili nie ma we mnie miejsca na cokolwiek innego. Wiem, z całkowitą, spokojną pewnością, że nie mogłabym czuć się szczęśliwsza. Niż tutaj, teraz, z nimi.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Noc nad miastem jest zbyt cicha. Stoimy w ogrodzie na dachu, tam gdzie zwykle kończą się rozmowy prowadzone bez niej. Asher ma twarz spokojną, prawie obojętną. Mael stoi nieco z boku, w swojej nowej, demonicznej formie — rogi, zarys skrzydeł, ogon, który co jakiś czas nerwowo przecina powietrze. Czuję Feniksa tuż pod powierzchnią.
„Czujesz to?” — szepcze w mojej głowie z mrocznym, prawie czułym zainteresowaniem. — „Coś się zbliża. Coś, co nie powinno znaleźć drogi. A jednak szuka. Drapiące. Głodne. Piękne w swojej cierpliwości.”
Asher spogląda w dal, tam gdzie miasto styka się z ciemnością.
— Nie potrwa to wiecznie — mówi tylko.
Mael krzywi się lekko, jak ktoś, kto już widział zbyt dużo.
— Kiedyś wszystko znajduje sposób, żeby wrócić.
Feniks śmieje się we mnie nisko. Nie wesoło. Raczej z obietnicą.
„Niech spróbuje. Niech tylko spróbuje. Spalę to. Spalę wszystko dookoła, jeśli będzie trzeba. Niebo. Ziemię. To, co po drugiej stronie. Dla niej. Zawsze dla niej. Tylko ona ma prawo zostać.”
— Jeśli będzie trzeba — mówię na głos — nie zostawię nawet popiołu.
Asher kiwa głową raz. Krótko.
— Będzie bezpieczna.
Mael spogląda na mnie z tej swojej chłodnej, poważnej perspektywy.
— Zrobimy, co trzeba.
Wiatr przesuwa się nad ogrodem. Kwiaty poruszają się bezszelestnie. Miasto pod nami oddycha spokojnie, nieświadome. W mojej głowie Feniks wciąż się uśmiecha. Coraz szerzej.
Koniec cześci trzeciej.