Rozdział 5 – Bohaterowie noszą maski III
by Vicky
Mael
Z trudem chwytam oddech. Feniks każe mnie za każdym razem, gdy jego zdaniem za bardzo zbliżę się do Lili. Tortury stają się coraz bardziej wymyślne i makabryczne. Ma nadzieję, że w końcu odpuszczę, ale to… nie stanie się nigdy. Sam nie do końca rozumiem co się ze mną dzieje i nie potrafię sobie tego rozsądnie wyjaśnić, ale ona… w jakiś niewytłumaczalny sposób stała się dla mnie całym światem.
Siedzę w piwnicy, oparty plecami o zimną, wilgotną kamienną ścianę. Każdy oddech pali mnie w płucach. Ciało jeszcze lekko drży, a magia, którą Feniks właśnie przez nie przepuścił, wciąż tli się pod skórą niczym iskry z ogniska. Powoli, bardzo powoli, zaczynam zbierać się w całość.
Wtedy słyszę kroki. Ktoś schodzi po schodach. Podnoszę wzrok akurat wtedy, gdy dziewczyna pojawia się w progu. Jasne włosy, arystokratyczne rysy, spokojny uśmiech. Paula Merrowind. Córka jednego ze starych rodów z Północy.
Podchodzi bliżej.
— Hej — odzywa się z delikatnym uśmiechem. — Potrzebujesz czegoś?
Mam ochotę odpowiedzieć, że tego, żeby wszyscy zostawili mnie w spokoju. Nie odpowiadam jednak. Zamiast tego tylko przecząco kręcę głową. Jeszcze nie wybadałem sytuacji. Nie wiem, czy przyszła sama, czy ktoś ją przysłał, ani czy to zwykła uprzejmość, czy coś bardziej wyrachowanego.
Paula nie odpuszcza.
— Na pewno? — pyta, robiąc kolejny krok. — Mogę przynieść ci coś do jedzenia. Albo możemy wyjść na dwór, żebyś się przewietrzył.
Klęka przy mnie. Za blisko. Kiedyś, jeszcze kilka miesięcy temu, wykorzystałbym ten moment bez wahania. Dotknąłbym jej, ukradł odrobinę duchowej energii i odesłał z powrotem na górę, zanim zdążyłaby się zorientować. Teraz… nie potrafię. Sam fakt, że rozważam korzystanie z magii kogoś innego niż Lilien, wywołuje we mnie coś bliskiego obrzydzeniu. Absurdalne. Głupie. Nierozważne. Przez to często chodzę osłabiony. Ale kiedy jestem słaby, Lilien ma wyrzuty sumienia. A kiedy ma wyrzuty sumienia… zbliża się do mnie.
Paula nachyla się jeszcze bliżej. Jej uśmiech staje się bardziej zalotny. Głos bardziej miękki.
— Naprawdę wyglądasz, jakbyś potrzebował towarzystwa — szepcze.
Dociera do mnie, że flirtuje. Otwarcie. Bez żadnej subtelności. Nie mam siły nawet na to, żeby być niemiły. Więc po prostu sięgam po magię Królowej Demonów. Ciemność owija mnie w ułamku sekundy. Kamienna piwnica znika. Zastępuje ją chłodny wiatr i zapach kwiatów z dachu penthouse’u w Chicago. Ogród. Spokojny. Znajomy.
Opieram się o balustradę i zamykam oczy. Nie lubię tego robić. Zawsze wolę dojść do siebie, zanim wrócę. Nie chcę, żeby Lilien kiedykolwiek widziała mnie w takim stanie — bladego, drżącego, w ubraniu pobrudzonym własną krwią. Ale to i tak lepsze niż męczenie się z tamtą dziewczyną.
Wzdycham cicho i spoglądam na miasto rozciągające się pode mną. Przynajmniej tutaj nikt nie próbuje się do mnie zbliżyć.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Siedzę na sofie w salonie i udaję, że czytam podręcznik. W rzeczywistości nie widzę ani jednego słowa. W głowie mam piekło. Feniks jest wściekły. Nie w ten głośny, wybuchowy sposób. W ten cichy, pełzający, który zawsze kończy się czymś o wiele gorszym.
„Nic. Absolutnie nic. Ten przeklęty Blackthorn nawet nie mrugnął.” — Czuję, jak krąży w mojej czaszce, jak drapie pazurami po kościach. — „Przecież to takie proste. Jedna ładna buzia. Jedna słodka dziewczyna z kultu, która przypadkiem natknie się na niego w korytarzu. Albo w bibliotece. Albo na schodach. I co? Nic. Jest jak marmurowy posąg. Patrzy przez nie. Przez wszystkie. Jakby były powietrzem.”
Zaciskam szczękę. Plan był prosty. Skoro tortury nie działały i on uparcie odmawiał odpuszczenia, Feniks postanowił zmienić taktykę na subtelniejszą, bardziej elegancką. Zaczął nasyłać na Maela dziewczyny z kultu. Jedną po drugiej. Wszystkie ładne, wszystkie z północy, wszystkie z odpowiednim uśmiechem i odpowiednią dawką uwielbienia. Liczył, że któraś go zauroczy. Albo przynajmniej… że Lili poczuje coś przez więź. Zda sobie sprawę, jak Mael jest blisko innej, jak ktoś inny go dotyka, jak ktoś inny się do niego nachyla. I wtedy więź się rozpadnie. Z jej strony. Czysto. Bez dalszych komplikacji.
„On nawet nie drgnął. Ani razu. Nawet kiedy ta Merrowind klęczała przy nim tak blisko, że prawie musiała mu oddychać w twarz. Nic. Zero. Pustka. Jakby był wykuty z kamienia.” — Feniks śmieje się cicho. Śmiech jest niski, ostry i kompletnie pozbawiony humoru. — „Myślałem, że jest człowiekiem. Myliłem się. To nie człowiek. To przeklęty, zimny posąg, który uparł się, że będzie stał na drodze. Na naszej drodze.”
Odchylam głowę do tyłu i zamykam oczy. Wiem, dokąd to zmierza. Jestem świadomy, że Feniks właśnie zaczyna rozważać kolejne rozwiązania. I żadne z nich nie będzie ładne.
„Może powinienem spróbować inaczej” — mruczy w mojej głowie, a ja czuję, jak jego myśl staje się coraz bardziej ostra. — „Może nie wystarczy, że ktoś do niego przyjdzie. Może trzeba, żeby ktoś… zniknął. Żeby Lilien zobaczyła, że bliskość z nim kosztuje.”
Otwieram oczy.
— Nie — mówię cicho, na głos.
Feniks milknie tylko na chwilę.
„Dlaczego nie? Przecież to by zadziałało. Lilien jest miękka. Ma serce. Gdyby zobaczyła, że ktoś cierpi przez niego… może wreszcie by odpuściła. Może wreszcie by nas wybrała. Tylko nas.”
Wbijam paznokcie w dłoń.
— Bo to już nie jest zabawa — odpowiadam mu w myślach. — Doskonale wiesz, że jeśli zrobisz coś, co naprawdę ją zrani… ona nie wróci.
Feniks milczy dłużej. Potem śmieje się znowu. Ciszej. Cieplej. I przez to o wiele bardziej niepokojąco.
„Więc co proponujesz, Cassian? Żebyśmy dalej patrzyli, jak on się do niej zbliża? Żebym dalej czuł, jak ona dzieli się z nim swoją duchową energią? Jakby to nic nie znaczyło? Jakby to nie było zdradą?”
Nie odpowiadam. Bo nie mam dobrej odpowiedzi. A Feniks… Feniks w końcu coś zrobi. Tylko jeszcze nie zdecydował, co. A ja będę musiał pilnować, żeby nie przekroczył granicy.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Z niechęcią muszę przyznać, że Mael bywa… przydatny.
Feniks jest doskonałą bronią, ale kontrolowanie go to bezustanna walka. Kapryśny, nieprzewidywalny, czasem zachowuje się jak rozpuszczony bóg, któremu ktoś właśnie zabrał ulubioną zabawkę. Mael natomiast jest inteligentny i rozsądny. Rozumie, że musi być użyteczny, jeśli chce trzymać się blisko. Potrafi rozgryźć Lili w kilka sekund i dostosować się do tego, czego ona w danym momencie naprawdę potrzebuje.
Dlatego właśnie teraz Festiwal Księżyca zwiedzamy we trójkę. Ja, Lili i on.
Zdecydowanie wolę niemagiczną stronę świata, ale wiedziałem, jak bardzo to wydarzenie jej się spodoba. Kolorowe lampiony unoszące się nad ulicami, ozdoby z żywego światła, zapach pieczonych ciast i magicznych przypraw… musiałem ją tu zabrać.
Lili ma na sobie ciemnozieloną sukienkę i wysokie skórzane buty. Idzie między nami i jest dosłownie małą, uroczą eksplozją energii. Próbuje wszystkiego, co przyciągnie jej uwagę. Zjada słodycze, dotyka świecących ozdób, wypróbowuje drobne magiczne gadżety. Tym razem pozwala mi obsypywać się prezentami i za każdym razem, gdy coś jej kupuję, jej oczy robią się jeszcze bardziej szmaragdowe. Nie potrafię oderwać od niej wzroku. I zauważam, że Mael też nie potrafi.
Siadamy przy stoliku w małej cukierni. Lili skubie kolorowy deser z taką czystą radością, że przez chwilę zapominam o wszystkim innym. Wieczór jest przyjemny. Spokojny. Prawie romantyczny… mimo obecności Maela.
I wtedy pojawia się on. Oczywiście. Feniks staje przy naszym stoliku, jakby zawsze tu był.
— Co tu robisz? — pytam ostro. — Nie tak się umawialiśmy.
On tylko wzrusza ramionami i wskazuje na niebo.
— Miałeś spędzić z nią dzień. Słońce już zaszło.
Mam ochotę przeklinać. Nawet nie potrafię go naprawdę nienawidzić — jest jak przeklęty, durny dzieciak, który zawsze musi postawić na swoim.
Lili od razu się ożywia.
— Kotku, przyszedłeś tu na piechotę?
Feniks kiwa głową, przysuwa sobie krzesło i siada tuż obok niej, jakby to było najbardziej oczywiste miejsce na świecie.
Czarodziejka marszczy brwi, patrząc to na niego, to na Maela.
— Dlaczego Mael potrafi się teleportować, używając pożyczonej od ciebie magii, a ty nie?
Uśmiecham się. Szeroko. Wreszcie mam okazję.
— Oczywiście, że potrafi — mówię spokojnie. — Tylko że dla niego mogłoby się to skończyć… nieprzyjemnie.
Lili patrzy na mnie pytająco.
— Teleportacja to kwestia precyzyjnych obliczeń — ubiega mnie Mael spokojnym tonem. — Musisz dokładnie wiedzieć, dokąd chcesz skoczyć. Przed skokiem widzisz wybrane miejsce przez kilka sekund. Jeśli źle wyliczysz koordynaty… istnieje spora szansa, że stopisz się na przykład z drzewem.
Kiwam głową, zadowolony.
— Mael kończy te obliczenia w kilka sekund. Feniks… no cóż. Pewnie nie policzyłby tego nawet, gdyby miał pod ręką dobry komputer.
Feniks dosłownie zaczyna warczeć. Wydaje niski, gardłowy dźwięk, który wibruje w powietrzu. Szczerze cieszę się tym, że tym razem to mi udało się go zdenerwować.
— Za to potrafię latać — odzywa się w końcu, naburmuszony, i patrzy prosto na Lili.
Ona śmieje się cicho, miękko, i gładzi go po przedramieniu.
— Wiem, Kotku. Jesteś wspaniały.
Ale mimo tych słów i tak ze szczerym, zaciekawionym błyskiem w oczach przenosi wzrok na Maela. I właśnie to bawi mnie najbardziej.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Ivory
Cassian jest dzisiaj w wyjątkowo paskudnym humorze. Myślę, że to przez to, że Asher zabrał Lili na randkę. Nie zamierzam zostawiać go samego w tym stanie. Skaczę wokół niego jak mały ptaszek. Już wiem, że on i Feniks lubią dokładnie to samo, więc pobiegłam wcześniej po jego ulubione lody malinowe. Siadam obok niego na kanapie, trzymam kubek w obu dłoniach i uśmiecham się szeroko.
— Obejrzysz ze mną jakiś film? — proponuję.
Chłopak patrzy na mnie obojętnie, ale nie zrażam się. W końcu kiwa głową. Przysuwam się bliżej, opieram głowę na jego ramieniu i włączam komedię akcji. Wciąż jestem trochę pod wrażeniem tej prostej, niemagicznej rozrywki. Po magicznej stronie takie rzeczy prawie nie istnieją. Tutaj mogę po prostu siedzieć, jeść lody i patrzeć na ekran.
Jest mi przykro, że Cassian ma zły dzień… ale jednocześnie jestem piekielnie szczęśliwa, że mam go tylko dla siebie. Tulę się do niego coraz bardziej. W moim brzuchu pojawiają się przyjemne, ciepłe motyle.
I wtedy w salonie pojawia się Lucas.
— Ivy. Odsuń się od Cassiana — mówi tonem, który nie zostawia miejsca na dyskusję.
Podnoszę głowę, zaskoczona.
— Co?! Dlaczego? — protestuję.
Cassian również patrzy na niego pytająco. Lucas wprowadza do pokoju Kierana. Chłopak wygląda na przestraszonego. Lucas podwija mu koszulkę i pokazuje siniaki, które pojawiły się na jego brzuchu.
Kieran i Eric. Zupełnie o nich zapomniałam! Kiedy jestem przy Cassianie albo Feniksie, naprawdę zapominam o całym świecie.
Cassian przeklina cicho, ostrym, brudnym słowem, i natychmiast zrywa się z kanapy. Lody niemal spadają mi z kolan.
— Przepraszam… — odzywa się Kieran cicho, prawie szeptem. — Nie chciałem wam przeszkadzać.
Czuję, jak po plecach spływa mi nieprzyjemny, zimny dreszcz. Oczy robią mi się mokre od wstrzymywanych łez. Co ja najlepszego wyprawiam…?
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Wieczór moich urodzin — nie tych zwyczajnych, tych z poprzedniego życia — był cichy i niespodziewanie intymny. Spędziłam go z Asherem i Cassianem, a to naprawdę mi się podobało. Feniks od czasu do czasu mruczał cicho, ale nie żądał uwagi, tym razem wystarczyło mu, że poświęcam ją Cassianowi. To była miła chwila wytchnienia.
Siedzę na tarasie penthouse’u, otulona lekkim szalem, gdy Mael pojawia się bezszelestnie, jak zawsze. W dłoni trzyma gruby, ręcznie oprawiony w ciemną, miękką skórę notatnik. Siada obok mnie na szerokiej sofie, zostawiając między nami dokładnie tyle przestrzeni, ile potrzebuję.
— To dla ciebie — mówi spokojnie i podaje mi go.
Ostrożnie przyjmuję od niego notatnik. Jest ciężki, ciepły od jego dłoni. Otwieram go na pierwszej stronie i czuję, jak serce mi przyspiesza. Strony są gęsto zapisane starożytnym pismem — tym samym, co w księdze, którą niedawno znalazłam. Kilka zakładek z ciemnego jedwabiu zaznacza konkretne fragmenty.
Unoszę wzrok na Maela.
— Czytasz we wszystkich językach, jakie istnieją, prawda? — bardziej stwierdza fakt, niż pyta. W jego stalowoszarych oczach jest cicha, niemal czuła satysfakcja.
— Skąd to masz? — pytam nieufnie, choć kąciki moich ust się mimowolnie unoszą.
Mael odchyla się lekko i uśmiecha się tym rzadkim, chłopięcym uśmieszkiem, który pojawia się tylko wtedy, gdy jest z siebie wyjątkowo dumny.
— Ukradłem — odpowiada po prostu.
Przez chwilę patrzę na niego w milczeniu, a potem nie wytrzymuję i parskam śmiechem — szczerym, ciepłym, takim, który przychodzi mi tak naturalnie tylko przy nim, kiedy nie czuję potrzeby, żeby być ostrożna.
— Dzięki… chyba? — mówię, kręcąc głową, ale nie oddaję mu notatnika. Przyciskam go mocniej do piersi.
Mael patrzy na mnie z tą swoją spokojną, głęboką uwagą.
— Wiem, że lubisz być świadoma — mówi cicho. — Nawet gdy wiedza jest niebezpieczna. Szczególnie wtedy.
Zaciskam palce na okładce. Czuję się… lekka. Rozluźniona. Przy nim nie muszę niczego udawać. Nie czuję potrzeby, żeby pilnować słów, nie muszę być ostrożna. Mogę być po prostu ciekawska, trochę nieostrożna, spragniona prawdy. A on o tym wie. Zna mnie lepiej, niż powinnam mu na to pozwalać. I mimo wszystko… przy nim czuję się dziwnie, niebezpiecznie dobrze. Jakbym w końcu mogła odetchnąć.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Jesteśmy wkurwieni. Mael znowu jest z nią sam na sam. Jakby miał do tego jakiekolwiek prawo. Nie czekam. Siadam tuż obok Lili na kanapie w ogrodzie na dachu i oplatam ją ramionami. Przyciągam ją bliżej, czując, jak Feniks w mojej głowie natychmiast się ożywia.
„Patrz. Siedzi za blisko Kochania. Znowu. Możemy mu spalić tylko ręce? Tylko te, którymi śmie dotykać Kochania.”
„Zamknij się” — myślę ostro.
Feniks chichocze nisko, obłąkańczo.
„Nudne. Zawsze jesteś nudny, kiedy ona jest blisko.”
Feniks nie fatyguje się, żeby zaciągać Maela do wieży. Wystarczy korytarz. Tworzy dźwiękoszczelną barierę i przy pomocy magii kontraktu zmusza go, żeby klęknął. Patrzy na niego z góry, a w głowie słyszę zadowolone mruczenie.
„Ładnie wygląda na kolanach. Powinien tak zostać. Na zawsze.”
— Nie rozumiem — mówi na głos, ni to do siebie, ni to do niego. — Czemu jesteś taki cholernie uparty? Byłoby łatwiej, gdybyś po prostu zrezygnował. Wybrał kogoś innego.
Mael unosi głowę. Jego stalowoszare oczy są zimne jak lód.
— A ty? — pyta cicho. — Wybrałbyś kogoś innego niż Lilien?
Cisza. Feniks milknie. Czuję, jak coś w nas obu się zacina.
„…Kurwa.”
Ma rację. Nikt nie dorówna Lili. Nasyłanie na niego tych dziewczyn było głupie. Idiotyczne. Przyznajemy to sobie w tej samej sekundzie. Ale to wcale nie studzi naszego gniewu. Feniks wyciąga dłoń. Ręce Maela stają w złotych płomieniach. Chłopak krzyczy, wykrzywia twarz, ale przez barierę nie ulatnia się żaden dźwięk. Doskonale. Lili tego nie usłyszy.
Feniks w mojej głowie eksploduje czystą, dziecięcą radością.
„Patrz, jak się wije. Pięknie. Możemy mu zostawić tylko kości? Żeby wiedział, że nie może dotykać Kochania.”
Jednocześnie czuję ją wtuloną we mnie na kanapie. Jej zapach. Ciepło. Miękkość. Feniks ekscytuje się podwójnie, przynajmniej dopóki w naszą euforię nie wkrada się nagle chłodny, ostry głos.
— Wystarczy.
Asher stoi w przejściu do salonu. Feniks warczy jednocześnie w mojej głowie i na głos.
— Nie wtrącaj się. To nasza zabawka.
— Powiedziałem, że wystarczy — powtarza Asher.
Patrzą na siebie. Napięcie jest gęste. Asher unosi brew.
— Chcesz popsuć Lili urodziny?
To jedno zdanie działa lepiej niż jakikolwiek rozkaz. Feniks natychmiast się cofa. Jak wielki, naburmuszony kot, któremu zabrano mysz. Gasi ogień. Leczy poparzenia Maela, jakby nigdy nie było żadnych płomieni.
— Kochanie jest najważniejsza — mruczy Feniks niechętnie.
„Ale następnym razem i tak go spalimy. Trochę. Żeby pamiętał.” — dodaje w mojej głowie, tak dla porządku, to, czego nie ośmieli się powiedzieć na głos przy Asherze, który kiwa głową, wciąż czujny.
— Właśnie. I lepiej niech tak zostanie.
Mael może żyć. Na razie. Choć nie jestem pewien, jak długo jeszcze Feniks wytrzyma.